Matkę otrząśnięto. Przeżyła. Narysować coś musiała i wygrała. No trudno, żeby nie! W końcu dyplom jej za coś dali, no nie?
Oczywiście na ośmiu nowych nauczycieli pojawiła się trójka, z czego jeden ksiądz, ale cza-czę tańczył odważnie. Matka z całą pewnością będzie miała dwóch uczniów mniej w przyszłym tygodniu na lekcjach, bo skopała ich równo. Trudno. Trzeba było wymyśleć inne konkurencje, a jak nie, to proszę bardzo lizać rany.
W każdym razie nie stało się to, czego Matka obawiała się najbardziej, czyli nikt nie kazał Matce śpiewać. Laryngolodzy mieliby do końca życia zarobek…
Za to Maryśka wyszalała się za wszystkie czasy.
Cały jubel odbywał się na świeżym powietrzu, słonko grzało jak dzikie, no pięknie było. Z początku Matka odczekała aż pojawią się kolejno starsze dzieci, rozsiądą na ławkach, po czym wyciągnęła aparat. Wsadziła na niego lampę, włączyła i bum! Poczuła, że jak natychmiast nie znajdzie krzaczka to będzie koniec świata. Rozejrzała się wokół – no makabra. Tłum napierał a Matka sobie raz w życiu zajęła miejsce w pierwszym rzędzie!!!
Obok siedziała babcia z maluszkiem, który wył i za nic nie chciał wejść do przedszkola. Miotał się na prawo i lewo i Matce tam było wszystko jedno, ale przecież nie pobiegnie w ustronne miejsce oprzyrządowana, bo jeszcze coś utopi. Komórkę już raz wyciągała z toalety mocno publicznej. Komórka nawiasem mówiąc przeżyła. Matka ledwo…
Wystarczyła jednak jeszcze chwila, żeby rzucić aparat na krzesło i upłynnić się w podskokach.
W przedszkolu tymczasem szykowała się do wyjścia grupa maluchów i Matce zależało, żeby uwiecznić tę chwilę. Dzieci stały wyelegantowane, sztywne i przejęte, a grzeczne, że aż nie do wiary.
Matka zniknęła na trzydzieści sekund zaledwie, ale kiedy wypadła dzieci już nie było.
Nie było…widać.
Bo słychać to i owszem…
Towarzystwo wyło tak, ze rozpacz brała. Panie darły sobie pióra z głowy.
Smarki spadały na białe koszulki, czarne muchy i aksamitne spódniczki. Dzieci trzymały się dzielnie, dopóki nie ujrzały starych obserwujących uroczystość. Jeden po drugim wybierały wolność i niknęły w ramionach rodziców. Kiedy Matka pojawiła się w polu widzenia, Maryśka zamachała jej ochoczo tłustą łapką i dzielnie siedziała dalej na ławeczce. Matka odetchnęła.
Tymczasem nastał czas konkurencji – najpierw trzeba było przejść przez długaśny rękaw z żółtego materiału. Pierwsze dziecię wepchnięto i wyłoniło się z dumą dostawszy oklaski. Drugiego dziecka nie było. To znaczy było, bo kolejka stała przed wejściem do rękawa, ale falowała coraz bardziej i zapierała się rękami i nogami. Na nic zachęty. Nikt nie chciał wleźć i już!
Nagle Matka ujrzała Maryśkę, która zgrabnie wyminąwszy peleton pokonała z radością rurę i nagrodziła się oklaskami. Zawróciła natychmiast, żeby zrobić ripleja i udało jej się, bo chetnych dalej nie było. W końcu parę szlochających dzieci jakoś przelazło a reszta się rozpierzchła i na tym konkurencja się skończyła.
Kiedy przyszło rzucać do celu woreczkami z grochem nie miało znaczenia, że dzieci nie trafiają. Potworek świetnie się bawił zbierając porozrzucane woreczki i błyskawicznie umieszczał je we właściwym otworze. Najcześciej wybierał mały dystans. Efekt wizualny może nie tak dobry, ale za to jaka skuteczność!
Kiedy już dostał wszystkie papierowe i medale i odrzucił jej sobie na plecy, bo musiał wypić tajemną miksturę, udał się z resztą dzieci na podwieczorek pod parasolami.
Starzy też zjedli po pączku, wypili kawę i patrzyli z daleka, jak też dziecko może kompletnie nie być zainteresowane, co oni robią.
Maryśka zdecydowanie jest inna pod tym względem od Janeczki, co potwierdza regułę, że najpierw powinno się rodzić drugie dziecko…
A Matka niniejszym doniosła, że Maryśka pasowanym przedszkolakiem jest.
No i Matka otrząśniętym nauczycielem.
Pasy i wstrząsy
Matka pojawiła się wczoraj w pokoju nauczycielskim po ostatniej lekcji i uwagę jej przykuły ładne koperty, które leżały na stole. Zainteresowała się.
Jedna z kopert okazała się być przeznaczoną dla Matki…
A w środku było zaproszenie na otrzęsiny pierwszaków, co Matki specjalnie nie zdziwiło, bo wiedziała, że są, choć nie miała zamiaru uczestniczyć. I tak będą mieli dosyć zamieszania.
Tyle tylko, że jak Matka przeczytała kilka razy treść, to dotarło do niej wreszcie, że dzieci zapraszają ją nie jako publikę, ale jako OFIARĘ!!!
Matka ma być również otrząśnięta…
O w mordę!
Matka wróciła więc do domu z duszą na ramieniu.
Otworzyła drzwi, otworzyła torbę i otworzyła paszczę, żeby przekazac hiobową wieść MiaUżonowi, ale nie zdążyła.
MiaUżon był mianowicie w otwieraniu pierwszy!
-„Jutro twoje dziecko ma uroczystość w przedszkolu. Zapomniałem ci powiedzieć wcześniej.” – oznajmił radośnie.
-„Otrzęsiny?” – zapytała Matka
-„Jakie tam otrzęsiny?” – zdumiał się MiaUżon – „Pasowanie na przedszkolaka!”
Jak zwał tak zwał. O jedno chodzi.
Matka zamiast więc pracować nad kolejną lekcją dla dzieci będzie się dziś pasować i otrząsać. A po otrzęsinach podobno jest bal.
O, co to to nie!
I tak najbardziej tym wszystkim jest przejęta Janeczka, choć nie uczestniczy.
U niej na szczęście dopiero w maju Komunia.
Do tego czasu Matka chyba się otrząśnie z wrażeń?
Kawa celebrowana
Matka miała wczoraj dość pracowity dzień. W środy jest w swojej dawnej szkole i ma sześć godzin z jednym okienkiem – tym razem jednak pochorowało się sporo nauczycieli i dostała zastępstwo, więc z kawy nici. Matka oczywiście ma na myśli celebrowanie kawy, o ile kawę rozpuszczalną można w ogóle celebrować. Coś Matce dzwoni ostrzegawczo, że nie. Ba, wydaje się nawet, ze to profanacja napoju, ale co tam!
Matka widzi takich nauczycieli, co przynosza sobie zaparzaczyki marki Bodum, wsypują kawę, zaglądają uważnie do środka i… bach! Wysypują, bo kilka pyłków za dużo wpadło.
Cała zabawa zaczyna się od początku.
Zanurzanie specjalnej, markowej łyżeczki w paczce z kawą. Nie, nie w paczce. W hermetycznie zamykanym, szklanym słoiczku. Jakiej znowu tam papierowej paczce – przecież zapach uleci. No więc ciach do tego słoiczka, puk, puk łyżeczką o brzeg, żeby nadmiar spadł. Taksowanie oczne. Za dużo. Sruuuu do środka.
Jeszcze raz.
Wszyscy w pokoju wstrzymują oddech. Niech się w końcu, do ciężkiego grzyba uda, bo cholery dostaną od tego pukania!
Udało się.
Taksowanie oczne ponowne, z przemieszczeniem spojrzenia do środka zaparzaczyka.
Za długo trwa. Za dłu-go!
Chwila namysłu. Rzut oka na słoiczek z kawą, na zaparzaczyk, słoiczek, zaparzaczyk, słoiczek…
I łyżeczka markowa idzie znowu do słoiczka. Nabiera kilka pyłków kawy.
Puk, puk, odsypywanie, bo dwa za dużo.
I jeszcze raz do słoiczka, bo trzy uciekły.
A towarzystwo nauczycielskie patrzy, żłopiąc gorącą, rozpuszczalną, zalaną często ohydną, rakotwórczą, bez wątpienia do bólu zakonserwowaną śmietanką z małych pojemniczków. I siorbie, bo ma już dno.
Tymczasem trwa wsypywanie brakujących dwóch pyłków. Poszło!!!
Start do czajnika. Gorąca woda. Nie da rady.
Do zaparzaczyka musi iść świeży, napowietrzony wrzątek, a tu jakaś cholera zalała sobie nim rozpuszczalną.
Kran, woda, przycisk, wszyscy czekają na szum, bulgot i parę.
Jest!!!
Chwila ciszy… i słychać, jak woda delikatnie uderza o idealny kopczyk kawy, błyskawicznie tworzy w nim krater, spływa strużkami na boki niczym lawa, miesza się z pyłem, unosi tworząc kożuch z niezwilżonej kawy.
Rzut okiem na zewnętrzna stronę zaparzaczyka – jest odpowiedni poziom wody.
Czajnik na miejsce. Zatkanie zaparzaczyka specjalnym pizdrykiem z siateczką, która w odpowiednim momencie odetnie dostęp naparowi do zgorzkniałego wsadu.
Jeszcze jeden rzut okiem na poziom. Osiadło!!!
Wyciąganie dekielka, dolewanie wody – ostrożnie, ostrożnie, bo tylko cztery milimetry trzeba dolać, inaczej wyjdzie lura.
Znów dekielek i oczekiwanie. Trzy minuty z zegarkiem w ręku.
Można opuszczać wieczko i uwolnić napój od fusów. Powolutku, z namaszczeniem,żeby zaparzaczyk nie strzelił. Zdarza się czasami.
Powolutku, żeby wydobyć z kawy to, co najcenniejsze.
Wszyscy milkną.
Cisza, jak makiem zasiał.
Jest kawa!!!
I jest dzwonek na lekcję…
Klucze, dzienniki, drzwi, szafki, znów dzienniki, bo wzięło się nie te, drzwi, ciach, ciach, trzask, trzask!
Na stole zapomniany zaparzaczyk, kawa i czysta filiżanka.
I za 45 minut można już spokojnie wypić zimną, ale celebrowaną wcześniej lurę…
Gotowanie na ekranie
Matka rano wyprawiała MiaUżona i Potwory. Sama szła na drugą lekcję, więc mogła zbiec na dół w szlafroku, którego szczerze nie znosi, ale kiedy rano jest chłodno mówi się trudno. Trzeba jakoś się odziać, a okupacja łazienki jest o świcie na tyle skuteczna, że Matka nawet nie próbuje. Szlafrok i wiuuuu, robimy śniadanko, wyprawiamy Potwory a potem można spokojnie zająć się sobą.
Matka pokroiła Maryśce śniadanie i siadła, żeby dopilnować zjedzenia. Potworek ma ciągi – raz zjada, jak odkurzacz,raz nie chce wcale. Matka za bardzo się nie przejmuje, bo przecież po chwili w przedszkolu jest posiłek, ale jak można coś w Maryśkę wrzucić to nie zawadzi posiedzieć.
Potworek obrzucił dziś Matkę uważnym spojrzeniem i przerwał natychmiast konsumpcję.
–„A fco ty siem ubjałaś?” – zapytał spoglądając z zaciekawieniem na jadowicie niebieski szlafrok.
Matka wygląda w nim jak nieszczęście, ale używa tylko awaryjnie, jako, że nie cierpi tej części garderoby.
-„W szlafrok” – odparła krótko Matka i wsadziła Maryśce kawałek chleba do paszczy.
–„A cemu?” – parsknął okruchami Potworek
-„Nooooo…”- zastanowiła się Matka -„No bo jestem jeszcze nie gotowa!” – dokończyła zadowolona.
–„Oj, to nic tjudnego!!! – zaśmiała się Maryśka plując dżemem brzoskwiniowym – „Po pjostu UGOTUJ siem!!!
Leżaki szalone
Matka wróciła dziś ze szkoły i zastała świeżo przybyłe Potwory wraz z MiaUżonem. W zasadzie nie trzeba nikogo przekonywac, że MiaUżon też w domu przebywał, gdyż Potwory rzadko, żeby nie powiedzieć nigdy, przebywają samotnie.
Janeczka pochwaliła się, ze dostała szóstkę, czyli słoneczko. Czekamy teraz co ze sprawdzianem na koniec miesiąca, ale okaże się dopiero na wywiadówce, czyli ho, ho!
Matkę ciekawiło za to, jak też Potworek w przedszkolu. Niby jest wspaniale, ale Matce siedzi pod skórą niepokój, że coś się może popsuć, coś może zajść i Maryśka odmówi współpracy. Cholera z takim Matkowym myśleniem. Ciagle się boi niepotrzebnie. Dobrze jest, a ona sobie wyobraża, że może być gorzej.
Ale w końcu bycie Naczelną Katastrofistką Rzeczypospolitej zobowiązuje…
Matka wypytuje więc Potworka o wszystko, co się da, a Maryśka nieustannie odpowiada jej: „Nie wiem…”
-„Co jadłaś na obiad?”
–„Nie fjem!”
-„A co robiłas dzisiaj?”
–„Nie fjem”
I tak w kółko.
Nie byłoby w kółko, gdyby Matka odpuściła i nie pytała, ale nie może. Tak już ma!
Wczoraj na przykład Maryśka za bardzo nie chciała zasnąć. Matka podejrzewa, ze leżakowanie zmogło Potworka w przedszkolu i zamknął oczy. tego w końcu sam nie powie a MiaUżon pań nie pyta.
Matka postanowiła zapytać więc Maryśkę z nadzieją, że może jednak coś interesującego zezna w tej sprawie.
-„Powiedz no, kochana…” – zaczęła Matka – „co też ty robiłaś na leżakowaniu?”
Maryśka zmrużyła oczka z nieskrywanym zdumieniem.
–„Co jobiłam?” – prychnęła –„Co jobiłam? No TO, co sie zafse jobi na leziakowaniu! SIALAŁAM!!!”
Jasne. Jak słońce. Szalałam!
Matka się znowu głupio pyta…
Dodatkowe wyjście
Matka poszła dziś do tej lepszej szkoły, żeby zrobić w końcu kartkówkę. Dzieci to myślą, że taki belfer to o niczym innym nie marzy, tylko o robieniu sprawdzianów. Bo po pierwsze stoi sobie wtedy i dłubie w nosie. Pytania same mu się wymyślają. Nie? No to już na pewno kartkówki są samosprawdzające się.
Matka nic, tylko o tych cholernych kartkówkach marzy, szkoda gadać.
Dzieci tymczasem wymyśliły sobie tydzień temu, że pani im wstawi kropki. No to wstawiła. Pisała zresztą o tym.
Ale jak Matka tej kartkówki nie zrobiła, to wydawało jej się, że następnym razem już ją napiszą, tym bardziej, że pocztą pantoflową dowiedziały się bez dwóch zdań co było. Matka nie zamierzała za bardzo zmieniać, bo jej się nie chciało a poza tym przecież nie chodziło jej o odstrzelenie gości na michałkach.
Nic więc nie zmieniła i przybyła, żeby rach – ciach zrobić sprawdzianik i poprowadzić lekcję, bo czasu mało jest.
Nie przewidziała jednak głupoty dzieci. Nie mogła, no bo szkoła dobra.
Bo Matce w głowie się nie mieściło, że po miesiącu w nowej szkole pierwszaki moga to zrobić.
Dać dyla.
Tak po prostu.
W związku z czym Matka wypiła sobie z dziką przyjemnościa kawę.
I doszła do wniosku, ze z trzydziestu dwóch osób ONA JEDNA przejmować się tym kompletnie nie musi!!!
Czapeczka
Matka wyzbywa się rzeczy po Potworach. Nie jest to łatwe…
Motywacja jest – wokół rodzą się dzieci młodszych znajomych. Wózek poszedł. Fotelik też. Wielki kojec stoi dalej na strychu, mniejsze łóżeczko lada dzień zniknie. W większym śpi Maryśka i pewnie ze dwa lata co najmniej postoi w jej pokoju.
Ale najgorzej to jest z ciuchami. Matka pakuje zawsze za małe ubrania do worów i fiuuuuu, do schowka na strychu. Ponieważ schowek nijak nie chce się rozciągnąć, więc okazja do pozbycia sie ciuszków okazała się być zbawienną. Matka co lepsze dała znajomym a pozostałe wywiezie do sióstr. Zresztą wcale nie znowu takie gorsze, bynajmniej.
Niestety Matce w ręce wpadła czapeczka. Taka czapeczka typu gestapówka, w której Janeczka i Maryśka przyjechały ze szpitala. Biała. Mała. Jak na piłkę do tenisa. Matce serce zadrżało.
No i Matka schowała tę czapeczkę głęboko, głęboko…
Nie da!
Absztyfikant again
MiaUżon przyjechał gdzieś w środku tygodnia z hiobową wieścią: Janeczka ma narzeczonego!
Matki nie zwaliło to z nóg, nie usiadła nawet, bo chyba siedziała, nie wypuściła szklanki z rąk, bo trzymała kubek i generalnie nie mrugnęła nawet okiem.
-„Jednego?” – zapytała za to krótko i konkretnie.
-„Jednego!” – sapnął MiaUżon zdziwiony, że Matka nie reaguje.
Matka nie reaguje, bo Janeczka w przedszkolu też miewała narzeczonych i to w porywach do trzech, więc jeden to szczegół niewart uwagi.
-„Chodzi z nim za rękę po korytarzu!” – MiaUżon dołożył znowu.
A tu już Matka przerwała konsumpcję, bo sprawa stawała się poważniejsza. Jak łazi za ręke, to musi być odpowiednio reprezentacyjny.
-„Czy sięga jej jak zwykle do pasa?” – upewniła się
-„Nie!” – odparł MiaUżon uradowany – „Jest wyższy!”
-„Wyższy od Janeczki? To który to?” – Matka zdecydowanie przejęła się rozmową
-„Nieeeeeee… Wyższy od Janeczki nie, tylko wyższy od poprzednich narzeczonych. Do połowy głowy jej sięga!”
-„Aha!” – machnęła ręką Matka – „To nie ma się czym przejmować!”
-„Jest!” – zaparł się MiaUżon -„Bo Janeczka zeznaje, że ją pocałował!”
-„W mordę jeża!” – Matce cała historia przestała się podobać – „jak – całował?”
-„Ja nie wiem – jak!” – wystraszył się MiaUżon
-„A mi nie chodzi o to jak, tylko, że w ogóle!!!” – wkurzyła się Matka – „Ja tę Janeczkę wezmę dziś na spytki!”
I Matka ostrzyła sobie zęby pół dnia, żeby Potwora zaatakować, otoczyć i wziąć do niewoli. Przygotowała armatę, działko przeciwlotnicze, kilka torped i łuk. Maczugi nie mogła znaleźć na strychu, pewnie mole wrąbały.
Kiedy Janeczka stanęła w drzwiach, Matka natarła.
-„Ja to się chciałam zapytać, co to za narzeczony pojawił się na horyzoncie?” – zapytała dyplomatycznie.
Potwór wydął wargi.
-„Żaden narzeczony!” – prychnął
-„Nie mów mi, że żaden, bo ja wszystko wiem!”
-„Żaden narzeczony, mówię!” – Janeczka wlazła na schody i podążyła szybko do swojego pokoju.
-„Co sie dzieje?” – zapytała Matka MiaUżona, który pojawił się w drzwiach.
-„Nie masz pojęcia jaki kretyn!” – zachichotał MiaUżon – „Dał jej pierścionek z różowym oczkiem. A Janeczka dojrzała, że dwie inne koleżanki z klasy mają takie same pierścionki i wyciągnęła od nich zeznania. Dał wszystkim trzem!!!”
-„Bigamista!” – oburzyła się Matka
-„Okropny!” – przytaknął MiaUżon.
I oblali wieczorem samotność Potwora.
Z radością.
Smętnie ale z nadzieją
Matka dziś ma spadek nastroju. Szaro, mglisto, ponuro. Wczoraj co prawda Matka się rozerwała na konferencji, która szalenie ciekawą była, ale w domu nic się przez ten czas samo nie zrobiło.
Teraz Matkę czekają jeszcze karty pracy dla dzieci o piramidach i sprzątanie.
Ale wieczorem za to jest impreza, a Matce i MiaUżonowi rzadko się zdarza bywać w towarzystwie. Może to dlatego, że nie są specjalnie rozrywkowi? Może przez wrodzoną wredotę Matki? Przez małe Potwory?
No wiadomo, że Matka Potworów na imprezę nie weźmie, teściowa przybywa z odsieczą. Kilka godzin oddechu przyda się nadzwyczaj, bo tu znów same problemy.
Nowym lokatorkom Matki w stolicy jajka zamarzły w lodówce. Lodówka w czerwcu działała, teraz nie. Matka ma zdalnie powiedzieć, czy to regulator temperatury rozkręcony jest na maxa, czy termostat szlag trafił. Pewnie to drugie, ale nic nie wiadomo. Już jedne lokatorki rozkręciły zamrażalnik do oporu i oczekiwały, ze dzięki temu w lodówce będzie zimno. Nie było – jak śmiało nie być? No to teraz może być podobnie a jak nie, to trzymaj się Matko za kieszeń – nie ma cudów- trzeba naprawić. Wszystko, psiakość działa, dopóki tego czegoś nie wyłączyć na dwa miesiące. A potem kwiatki.
Na szczęście jest oswojony naprawiacz i w razie czego zareaguje. Matka jeno sfinansuje.
A tymczasem Matka zarządziła obiad dniowodzieckowy – paluszki rybne i frytki – bo można razem wciepnąć do frytkownicy i samo się robi. I miednica sałaty z winegretem. Potwory będą uszczęśliwione frytkami, bo rzadko im się trafia. Czy Babcia też – Matka nie wie, ale zdąży w takim wypadku posprzątać, karty pracy myk, myk zrobi i wyimprezuje się. Może nawet zarządzi wypad taksówką, bo inaczej będzie trudno.
Tak! Taksówką! U znajomych zawsze dobre wino jest.
A Matka ciągle za kierowcę robić nie musi!
Wenus
Matka zajrzała znów do kartkówek i poczytała sobie co też człowiek w paleolicie rzeźbił. I jak dowiedziała się, że głównie „Wenus w ciąży”, to zaraz postanowiła, że uda się jutro do SąsiedniegoWiększegoMiasta na odcham, czyli konferencję całodniową, choćby miały jej się odciski na siedzeniu zrobić.
A nie chce jej się okrutnie przez tę pogode, co to Matka nawet nie wie czy ładnie ma być, czy brzydko, ale samo to, że nie można na boso już ją zniechęca.
Znaczy się powinna zacząć znów te kartkówki poprawiać. Odbębniła jakieś 150, jeszcze trzysta dziewięć zostało, ale to już w przyszłym tygodniu, jak dzieci napiszą. Dobrze, bo Matka gotowa wpaść w trans, co w połączeniu z alkoholem z przyszłej sobotniej imprezy zgubnym okazać się może szalenie.
Koniec tygodnia zapowiada się więc miły, bo imprezy Matce i MiaUżonowi często się nie zdarzają – znajomi mają dzieci na studiach, a Matka z takim poślizgiem jest, do Komunii albo przedszkola posyła! Zapraszanie z Potworami niewygodną jest sprawą , więc pozostaje poczekać aż dziatwa dorośnie. Ech!