Jesienny wąż

Matka zauważyła dziś rano, że nadeszła jednak jesień. Matka oszukiwała się bardzo skutecznie jak mogła – do wczoraj nosiła sandały na gołe nogi. Czas, w którym trzeba wkładać skarpetki jest czasem straconym. Jeszcze nie wymyślili skarpetek, które nie rżnęłyby Matki w nogi. No nie, może nie do końca. Są teraz takie od góry do dołu ze ściągaczem, ale one służą Matce do łażenia po domu albo siedzenia na rusztowaniu. I nie ma czarnych. I eleganckie nie są zbytnio, tylko takie mocno późnojesienne, do kamaszków.

Tak czy owak czas zrobić rewolucję w szafie i popakować krótkie podkoszulki na najwyższą półkę. Powyciągać żakiety, grubszy spodzień, zastanowić się czy aby na pewno wyprało się chemicznie wszystko wiosną, czy coś wisi w szafie i kłapie.

Zaraz Matce odnajdą się prezenty z zeszłego Bożego Narodzenia, które zapomniała dać Janeczce. Trzeba szybko ich szukać bo i Maryśka gotowa z nich wyrosnąć…

No i Matka postanowiła sobie, że dla polepszenia humoru kupi sobie w końcu kurtkę, która nadaje się na okazje elegantsze. Może jakieś połączenie dzianiny z materiałem? Prochowiec Matka fajny ma, ale kurtka, żeby w samochodzie sobie nie nadeptywać na poły przydałaby się. Bo Matka to zawsze idzie po elegantszą a przynosi kolejny nieodzowny polar, po czym łazi w kurtce wybitnie sportowej, którą nabyła sobie jeszcze w czasach, kiedy w Pewexie królowały bony. Ale to też jest dowód na to, że Pewex to był Pewex – po prostu nie do zdarcia!

Tylko co zrobić, żeby zmusić Matkę do takiego wydatku?

Bo jesli chodzi o ciuchy dla siebie to Matka ma w kieszeni węża.

No anakondę.

Musi nosić plecak, żeby jej ogon nie wlókł się za Matką jak tren.

Anakonda zażądała tego plecaka po tym, jak Matka kilka razy przytrzasnęła ją drzwiami od samochodu i przewiozła po mieście…

Rzeczy niemożliwe

Matka zanudza, ale co zrobić – siedzi przez pierwsze trzy dni tygodnia w szkole i prawie nie widzi Potworów. Mogłaby nawet, ale Janeczka, kiedy tylko odrobi lekcje trzaska drzwiami i pędzi w krzaki do Witcha. Jakby jej nie wołać to przenocowałaby niechybnie. Matka zaczyna wołać ją na kolację koło 19.00.

-„Przecież nie będę przychodzić na wieczorynkę! Taki obciach!”- Potwór prycha zawsze i nie przybywa, choćby się krew z kamieni lała.

No w rzeczy samej, osiem lat i wieczorynka to wstyd jak jasny gwint!

Maryśka za to narkotyzuje się dalej Shrekiem, Piękną i Bestią bądź Królem Lwem. Im bardziej wyoglądane tym kochańsze, więc na rozmowę z Potworkiem szanse są minimalne.

Koło 19.30 Matka już nie woła Janeczki. Matka ryczy. Potwór jest całkowicie głuchy. Matce to powinni jakąś rentę przyznać, albo i dwie – z okazji kalectwa córki i straty własnych strun głosowych!

A potem następuje napakowanie Potworów kolacją, kąpiel i pacyfikacja łóżkowa. Wtedy Matka może spokojnie zrobić to, co robi każdego wieczoru. Upojnego wieczoru.

Mianowicie:

– schodzi do pralni i przygląda się jedenastu pralkom prania

– dochodzi do szalenie odkrywczego wniosku, że kupa lekko osiadła pod wpływem grawitacji, ale na ilość sztuk do prasowania to nie wpłynęło

– nie wstawia trzynastej pralki, bo co ma kupa trzynastu pralek leżeć i przynosić pecha?

– włazi na górę rzucając po drodze okiem na okna. Od tej chwili rzuca okiem na okna wieczorem – wtedy znacznie lepiej widać, że NIC nie trzeba robić. Z tego samego powodu Matka w dzień przez otwory okienne nie wygląda.

– mija po drodze odkurzacz i z radością stwierdza, że przecież nie jest pora na odkurzanie tym bardziej, że Potwory już śpią

– mija wielkiego mopa i wtedy już nie ma żadnych wątpliwości, że na nic on, jeśli się wcześniej nie odkurzy. Wyrzutów sumienia żadnych.

– mija butelkę ciemnego piwa

– zabiera butelkę ciemnego piwa

– wypija butelkę ciemnego piwa

– i z czystym sumieniem idzie się kąpać i spać.


No i Matka miała o zupełnie czym innym i jak zwykle wpadła w dygresje.

Wniosek nasuwa się więc jeden – nie ma sensu zabierać się za rzeczy niemożliwe…

Być strategiem

Matka zaryzykowała w kolejnych klasach kartkówkę. Tym razem młódź była doinformowana, że Matka nie żartuje, poza tym wiedzieli tydzień wcześniej o niezapowiedzianej wizycie niczem o przyjeździe Gierka do fabryki.

I cóż wymyślili? No plan genialny!

Przed salą do Matki podeszło dwadzieścia osób i poprosiło o tak zwaną kropkę, czyli zaznaczenie nieprzygotowania do lekcji. Matka kropki dała, bo czemu nie? Ich prawo.

A potem usadziła ich na końcu a reszta napisała. Całkiem nieźle zresztą. Pozostali napiszą za tydzień, proste.

A już nastepna klasa, zasięgnąwszy języka pozwalniała się też, ale chętnych znalazło sie ponad dwadzieścia osób.

Matka odhaczyła.

I powiedziała, że się rozmyśliła i kartkówkę zrobi dopiero na następnej lekcji…

Trzeba było widzieć ich miny!!! Stracili szansę usprawiedliwienia nieprzygotowania się do lekcji do końca półrocza. Szczyt głupoty, bo kartkówka banalnie prosta, z zaledwie dwóch przyjemnych lekcji. A będzie w końcu coraz trudniej.

I w ten sam sposób Matka załatwiła kolejne trzy klasy…

Matka nie chce z tej grupy mieć osób, które kiedyś będą rządzić gospodarką albo co gorsza wojskiem. Stratedzy z nich żadni…

Niech ćwiczą na Totolotku albo co?

Kartkóweczka

Matka zrobiła kartkówkę. Nie wiedziała, co czyni.

Dzieci najpierw zrobiły wielkie oczy, że coś takiego jest możliwe. Potem, ze trzeba sie uczyć. A na końcu, że kartki, które im Matka dała a są kartami pracy też do czegoś służą. Na przykład do czytania, bo w podręczniku ten temat jest pominięty…

A kartkówka była pięciominutowa i służyć miała sprawdzeniu nie tyle tego, czy dzieci się uczą, ale czy używają rozumu.

No to Matka teraz ma połowę pustych kartek, kilka na jakieś oceny, ale raczej nie bardzo jakieś i resztę humoru zeszytów szkolnych.

Na pytanie gdzie mieszkał człowiek paleolitu – A Matka wbijała do łbów, ze nie w jaskiniach jeno w szałasach – napisano Matce, że gość robił sobie dziurę w ziemi, wskakiwał do niej, ale już żeby wyleźć to on potrzebował drabiny!

Za to malowideł naskalnych nie robiono naturalnymi glinkami, które Matka przywlokła i podtykała pod nos dzieciom, tylko – jak się okazuje, rozgniecionymi różnokolorowymi kwiatkami…

I to jest najlepszy ogólniak w mieście?

Matka chyba zrobi gazetkę z humorem z zeszytów szkolnych.

Nie do dowodu

Matka wyczytała w przedszkolu, że w środę są zdjęcia. Matka szczególnie za czymś takim nie przepada, ale jak wszyscy rodzice sie zapisują to trudno Maryskę pozbawiać – miejmy nadzieję- przyjemności. Janeczka zresztą miewała całkiem ładne te fotografie a z niektórych Matka dowiadywała się pozytecznych rzeczy, aczkolwiek dolna częśc obrazka nadawała się do wyrzucenia.

Matka dostrzegała mianowicie, że dziecię wyrąbywało po niecałym miesiącu w przedniej części kapci wielkie, postrzępione dziury, ścierając poprzez łażenie na kolanach parę milimetrów grubej gumy a nastepnie jakiś brezent, dżins, czy co tam jeszcze i z czego kapcie były zrobione. Janczka stała więc upozowana i ubrana jak szczur na otwarcie kanału a z kapci wystawały paluchy…

I nigdy jej to nie przeszkadzało, nie doniosła Matce, zyjącej w świętym przekonaniu, że po miesiącu żadne papcie nie mogą się przetrzeć do imentu!

Tym razem zdjęcia mają być „powyżej pasa”, w otoczeniu jakichś tandetnych zwierzątek, a przynajmniej tak widać na przykładzie wiszącym w przedszkolu. Może jednak nie będzie tak źle?

Matka tylko nie wyobraża sobie Maryśki pozującej do zdjęcia, bo ta albo przychodzi wetknąć palec w obiektyw, albo wykonuje uśmiech numer pięć zwany w kręgach wtajemniczonych szczeżują – szeroko, płasko, ze wszystkimi zębami. Oczy obowiązkowo zamknięte – w końcu nie wytrzymują napięcia mięśni, związanych ze szczeżujowaniem…

A w końcu co się Matka martwi!

Co będzie to będzie.

Zebranie

Matka wróciła z zebrania dla rodziców dzieci pierwszokomunijnych…

O matko jedyna!

Obudziły się w niej wszystkie, liczne, mordercze instynkty!

Lwią część programu stanowił spicz proboszcza. Nie proboszcza Matki, bo komunia będzie w zupełnie innej parafii, przy szkole Janeczki.

-„Jest jeden kamerzysta i jeden człowiek od zdjęć!” – usłyszała Matka. Nie zdziwiła się specjalnie, bo często tak bywa.

-„A jak mi jakaś kobitka wejdzie między dzieci i będzie robić fotki to wywalę!” – zapowiedział.

Matka najeżyła kolce. Nawet jak nie zamierzała wchodzić z „fotkami”, to już na sto procent nie jest kobitką!

-„I żeby mi facetki nie przychodziły poubierane jak na plażę! Tym bardziej, że najczęściej są stare i nie mają co pokazywać!”

Matka szybciutko pozbierała kolce spod ławki. No nie utrzymała najeżonych, nie dało się. Kiedy się podniosła okazało się, że połowa pań też zbiera. Druga połowa wkopywała swoje głębiej pod ławki, żeby kogoś było widać na powierzchni.

-„Sukienki normalne, bo się z babami nie będę kłócił. A na świece zrzutka, na medaliki też i różańce, bo kupujemy najtańsze możliwe, nie tam jakieś srebrne!”

Matce wydaje się, że próg tolerancji niebezpiecznie jej się obniżył. Kiedy spicz się skończył do głosu doszedł przemiły wikary, który zdążył podać już tylko termin następnego spotkania. Rodzice nie usłyszeli, że dzieci mogłyby chodzić na przykład na różaniec, bo zaraz październik sie zaczyna. I że wypada w niedzielę chodzić na mszę, bo lwia czesć tego nie robi, jako i rodzice.

Kiedy więc zebranie dobiegło końca, Matka przeszła się do wikarego, bo proboszcz był zajęty rozmową i zapytała czy byłoby możliwe – skoro nikt nie uważa za stosowne choćby rozważyć sprawy jednakowych szatek – darować sobie wyrzucanie pieniędzy na jakieś byle jakie świece albo blaszane medaliki, z którymi tak naprawdę nie wiadomo potem co zrobić. Jeśli sprawę stroju pozostawia się rodzicom, to juz naprawdę jednakowe świece nie uratują sytuacji.

Matka musiała wyglądać chyba groźnie, bo wikary natychmiast się okopał. Ciężko mu szło, bo posadzka granitowa była, ale się udało. Najwyraźniej nie pierwszy raz to robił.

-„Można, chyba nie będzie problemu…” – zadudnił nieśmiało z dołu.

Matce się żal zrobiło, bo chłop naprawdę na dobrego wygląda i ciekawe rzeczy robi z klasą Janeczki na religii. Matka podląda zeszyt to wie.

A po wyjściu z kościoła Matka przyłączyła się do grupy mam klasowych i okazało się, że nie jest jedyną, która uważa, że szatki są lepszym pomysłem. Ponieważ I Komunia jest rozbita na klasy a w janeczkowej jest zaledwie dziewięć dziewczynek, Matka ma nadzieję, że uda się wspólnie dojść do porozumienia i zakomunikować proboszczowi, że klasa idzie w albach. No Matka ciekawa jest bardzo co też powie…

Ale niech no tylko Matka usłyszy jeszcze raz, że jest babą, kobitką albo facetką!

Szacunek szacunkiem, ale przede wszystkim na pewnych stanowiskach kultura powinna być kulturą.

Problem

Matka odebrała w piątek towarzystwo z przedszkola i szkoły. Najpierw Maryśkę, tak na wszelki wypadek.

W przedsionku przedszkola Matka obczytała jadłospis i zauważyła, że na podwieczorek oprócz śliwek wpisano także wafelka. Matka dała oczywiście paniom spis rzeczy, których Potworek absolutnie jeść nie może, ale panie skarżyły się, że zanim się odwrócą, Maryśka zjada posiłek niedozwolony podpylając go nieuczulonemu koledze bądź koleżance. Doczeka się, że zamkną ją w toalecie na ten czas, albo co?

Panie w każdym razie obiecały zwiększyć czujność, ale Matka obawia się, że żadne czujniki nie przechytrzą Maryśki.

Kiedy więc Matka w szatni zauważyła dzieci, które wynoszą do domu wielkie wafle grubo przełożone kremem czekoladowym zawinięte w serwetki, postanowiła w razie czego przechwycić towar.

Po chwili na horyzoncie pojawił się uradowany Potworek.

„Witaj mamujku!” – zawołał paszczą, na której widać było niedokładnie zatarte ślady przestępstwa. Znaczy się usmarowany był czekoladą jak nieszczęście.

-„I ja cię witam” – odparła Matka -„i pytam się co jadłaś?”

„Nooooo….”– z uszu Potworka zakurzyło się raz. Potem drugi. I trzeci. Nic nie wymyślił!

„No wafejka jadłam! Cekojadowego!” – dokończył.

-„A ja widzę dobrze, że czekoladowego!” – Matka wcale nie była szczególnie uradowana – „Ale przecież ty wiesz, że NIE MOŻESZ!!!”

-„Noooooo…. wiem, ze nie mogem.” – Maryśka spuściła głowę i kręciła koniuszek koszulki w palcach –„Aje wies, jest JEDEN PJOBJEM…”

-„Jaki problem ?”

Dziecię rozpromieniło się:

„No taki, zie ja nie mogem AJE BAJDZO LUBIEM!!!”

Rada – nierada

Matka podążyła wczoraj do szkoły na radę pedagogiczną. Na miejscu okazało się, że jedna z nauczycielek żegna się, odchodząc na emeryturę, w związku z czym na wszystkich czeka wspaniały poczęstunek – kawa, herbata, cztery rodzaje ciasta i szampan.

Po kwiatach i przemówieniach nastapiła króciutka część nieoficjalna podczas której Matka nałożyła sobie dwa rodzaje sernika puszystego jak pierwszy śnieg i łypała okiem czy starczy pozostałych ciast. Wszyscy dostali po szklaneczce szampana i gawędzili miło w grupkach.

Nagle do Matki podeszła dyrekcja i powiedziała, że Matka nie musiała się odmeldowywać, bo większość etatu ma w konkurencyjnej szkole. Matka szczerze mówiąc o tym nie wiedziała. To znaczy o „niekonieczności” przybycia. Spojrzała z żalem na półmiski z ciastem, oceniła szklaneczkę z szampanem i doszła do wniosku, że na jeden łyk go nie weźmie. Zmarnuje się jak nic!

-„A czy w drodze wyjątku nie mogłabym zostać?” – zapytała rzucając dyrekcji spojrzenie zranionego spaniela i parskając okruchami.

-„A nie, nie! Oczywiście, ja nikogo nie wyganiam!” – zamachała rękami dyrekcja -„Tylko mówię, że na przyszłość nie trzeba, ja usprawiedliwię!”

I Matka została. Dopchała jabłecznikiem i sernikiem again. Wysłuchała opieprzu, że czegoś nie wpisała do dziennika, co ją niepomiernie zdziwiło, ale szybciutko doszła do wniosku, że jest jedną z wielu opieprzonych, a poza tym jakość ciasta zdecydowanie przebiła wszelkie incydenty.

I Matka przejmowac sie nie za-mie-rza! NIE ZA-MIE-RZA!!!

Jako i wszyscy tam zgromadzeni.

Hej!

Bliskie spotkania

Matka siedzi i morduje coś, co nazywa się planem wynikowym. Znaczy się Matka musi przewidzieć co powie dzieciom już w czerwcu i pozostałych miesiącach. Do jednej szkoły bardzo ogólny ma być, do drugiej przesadnie szczegółowy. Matka robi więc jeden, ten przesadny i klnie na czym świat stoi, bo raz, ze oczywiście jej się nie chce. dwa – musi nagle a niespodzianie uruchomić najgłębsze rezerwy swoich szarych komórek a to jest szalenie bolesna sprawa. Okazuje sie na przykład, że nie ma takich rezerw. Albo spleśniały na ten przykład. Od nieużywania. Jak u Matki…

Siedziała więc Matka przy stole w salonie a jak kto woli – w pokoju dziennym, który połączony jest z jadalnią i kuchnią naraz. Matka zadekowała się w jadalni, więc z jednej strony atakowały ją zapachy kuchenne, a z drugiej ryczący telewizor, bo mamy na tapecie ciągle Króla Lwa, a tam jak wiadomo- najczęściej ryczą.

Po chwili do ryków doszło rytmiczne szuranie, które otaczało Matkę coraz ciaśniejszym kręgiem. Kiedy podniosła szarość swych kaprawych oczu znad papierów dostrzegła Maryśkę, któa z zapałem chodziła naokoło stołu, potem przemieszczała się w okolice telewizora, znów robiła kółeczko tym razem naokoło ławy, wpadała do kuchni i wracała ponownie w okolice Matki.

-„A co ty robisz, kochana?” – Matka zapytała uprzejmie, bo nie ukrywa, ze po kwadransie szurania miała wyrwę w planie wynikowym.

Potworek nie przerywając zajmującej czynności odrzekł krótko:

„Zbliziam siem do celu!”

I maszerował dalej…

Kiedy dla Matki stało się po półgodzinie jasne, że albo Maryśka albo jej plan, znaczy plan Matki, wynikowy, pytanie zostało zadane ponownie.

„No cały cias siem zbliziam do celu!!!” – odparł nieco zniecierpliwiony Potworek i nie zamierzał przerwać.


Matka spakowała więc plan wynikowy do teczki, bo doszła do wniosku, że Maryśka jest uosobieniem polskiej gospodarki.

Cały czas się zbliża, ale nie wie sama do czego.

Czyli bez szans.

Najniżej

Matka odbębniła dziś trzeci dzień w szkole, tej dawnej swojej. I dochodzi jednak do wniosku, że tu jej się bardziej podoba. Zna każdą klepkę – to też pomaga, bez dwóch zdań!

Kiedy przychodzi – wie z kim ma lekcję i gdzie je ma. Nie ma sytuacji, że łapiemy tak zwane „pozostałe” klucze – kto pierwszy ten lepszy.

I wreszcie najważniejsze – pożyczany ma rzutnik pisma – jedno cudo. Lekki, składany w walizeńkę, świetnie świecący, nie jakis prehistoryczny grzmot, gdzie wszystko jest nieostre i rozłazi się na boki. Tak to Matka może pracować!

-„A jest pani pewna, że nie chce rzutnika multimedialnego? Bo mamy, bardzo proszę!”

No Matka wie, wie. Ale do drugiej szkoły i tak musi robić foliogramy i płacić za nie majątek. Trudno się mówi. Zobaczymy co dalej. pewnie nic…

A dziś za to dzieci były stosunkowo grzeczne i zainteresowane tematem. Patrzyły, dyskutowały i nie marudziły. Tylko jedna klasa doprowadziła Matke do wściekłości.

Bo jak połowa klasy nie ma pracy domowej to Matkę rusza. Jedna osoba – OK, Dwie – Matka zniesie. Ale piętnaście? Klasa leserów!

-„Pracę domową sprawdzam ZAWSZE!” – ryknęła Matka – „I na przyszły raz jak ktoś nie będzie miał stawiam do dziennika dwóję!!!”

Dzieci zamarły.

Nagle z końca doszło Matkę delikatne chrząknięcie.

-„Sorko…?”

-„Słucham!” – Matka była zła jak nie wiem co.

-” Teraz to się za brak pracy domowej stawia jedynki…”


Ups!

Matce się epoki pomyliły…