Matka wraca dziś ze szkoły swoim wozem, którym rozrzuciła rano towarzystwo, a tam pod domem… A tam pod domem… A tam pod domem nissanek stoi!
Rety, rety, naprawili!!!
Kartę pożyczyli z Sąsiedniego Sąsiedniego Miasta! No cud na kiju!
A MiaUżon, który nastawił się nocą bojowo, pióra nastroszył, zaostrzył dobrze i w ogóle kroki przedsięwziął, żeby wyglądać jak Indianiec, co właśnie topór wykopał, zapytał panów grzecznie, czy wszystko działa.
Działało.
„A ile ma kosztować?” – zadał uprzejmie pytanie.
-„Oooooooo, prooooszę panaaaaaaaa!” – pan główny nabrał duzo powietrza – „Gdybyśmy my panu policzyli te wszystkie godziny, które spędziliśmy przy pańskim samochodzie po 100 zł za sztukę…”
-„COOOOOO?!” – MiaUżon zrobił wielkie oczy, bo jak już Matka wspomniała nastawiony był bojowo. Teraz się zdecydowanie uzbroił dodatkowo – „Nie zapłacę za żadne gapienie się w mój samochód i waszą niewiedzę! Mo-wy nie ma!”
-„Ale proszę pana! Samo sprawdzenie samochodu czujnikiem kosztuje 60 złotych a myśmy przy nim dwa dni siedzieli!” – zamachał płetwami pan.
-„To ja mogę zapłacić za wszystko góra dwieście!” – strzelił MiaUżon – „A jak sie panu nie podoba, to jeszcze pana obciążę kosztami organizowania sobie samemu części, bo wy nie macie komputera na podmianę!”
-„…” – Pana zapowietrzyło
-„I zapłacę przelewem, kiedy będę miał przypływ gotówki!” – rzucił MiaUżon jeszcze.
Matka pomyślała sobie natychmiast, że zapowiadają tragicznie niski stan wody, znaczy się gotówki, ale trudno. Pana sprawa.
-„A w ogóle to coś mi piszczy w samochodzie” – odezwała się nagle część szarych komórek MiaUżona, zostawionych na czarna godzinę. Ta – czyli czarna godzina – właśnie nadeszła.
-„No piszczy panu pasek!” – odezwał się radośnie pan, że rozpoznaje usterkę – „Jest do naciągnięcia!”.
MiaUżon pasek wymieniał bez wątpienia u swojego kolegi za 1/5 ceny a nie w salonie.
-„To ja nie wiem, co pan tu jeszcze robi?” – zagrał MiaUżon va banque. -„Zaraz jadę i ma NIE PISZCZEĆ!!!”
Pana zdmuchnęło.
Nissan NIE piszczy.
MiaUżon nawet nie zapytał CZY to coś kosztuje, nie mówiąc o tym – ile.
I tak ma być!
Howgh!
Kill panów!
Matka donosi, że poszukiwania części do nissana na szrocie zakończyły sie powodzeniem. W zasadzie to taki szrot – nie – szrot, tam rozkładają samochody powypadkowe i sprzedają części. Jak zwał tak zwał – komputer do samochodu został nabyty, zawieziony do salonu i zamontowany. I poszło! Wreszcie ten wielki komputer salonowy czyta resztę samochodu.
-„Niestety nie możemy wydać panu dzisiaj samochodu, bo zgubiliśmy kartę…”
MiaUżon padł.
-„Jaką kartę? Moją? Do czego?!”
-„Taka do kodowania immobilizera. Nie pańską. Naszą. Zgubiliśmy już kilka dni temu…”
-„I co w związku z tym?” – MiaUżon nie jest skory do żartów, jeśli samochód nie działa dwa tygodnie
-„Noooo, byśmy musieli pojechać do innego salonu, pięćdziesiąt kilometrów stąd…”
Nie, no dobrze, że Matki tam nie było! Może MiaUżon ma pojechac jeszcze sam po tę kartę?! Szkoda, że nie mówili, bo przejeżdżał dziś przez to miasto w drodze na szrot!
Czemu na szrot?
No bo w salonie panowie mieli do zaofiarowania komputer za 6000 złotych a MiaUżon nabył za 300…
I nie wiemy, kiedy karta się znajdzie. Matka wie jedno – karta sama nie przyjdzie, skoro nie zrobiła tego przez tydzień.
Psiakrew, mamy fajne zabawki, ale kompletnie nie umiemy się nimi bawić, panowie!!!
Autobusem
Matka dziś od rana w ciężkim szoku. Tak wygląda mianowicie odstawienie od samochodu.
Jak się okazuje, człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do dobrego. Za szybko. Matka nie przyjmowała tego do wiadomości, dopóki MiaUżon nie zabrał matkowego samochodu i nie pojechał w świat, żeby zbawiać swoje autko. Bo w salonie firmowym już nie wiedza co mu jest. W salonie firmowym! MiaUżon samochodu nie zabierze, bo nie przeżyje opłacania kolejny raz lawety a poza tym gdzie ma go zabrać? Do innego miasta, gdzie tez nie mają sprzętu, żeby usterkę zdiagnozować?
MiaUżon jedzie więc dziś na szrot szukać komputera, bo to chyba coś takiego szwankuje. Nowy – bagatela 6000zł. W promocji 3600. No bajkowo. Matka ma na koncie akuracik 10% tej sumy i nie jest ona – z wielu względów – wolna!
Jeśli więc MiaUżon dziś tego nie załatwi i nissan nie odpali, Matka sobie strzeli w łeb. No żeby w firmowym salonie nie mieli komputera na podmianke, zeby sprawdzić czy to to, czy nie? Oni nie to, że nie mają akurat teraz. Oni nie potrzebują go mieć! Matka ma tylko nadzieję, że MiaUżon pozna dziś swój samochód, bo może juz połowy nie ma?
No i Matka w związku z tym pedałuje dziś na jedną lekcję na piechotkę. Znaczy się autobusem musi podjechać, bo by szła chyba pół dnia, ale po drodzie trzeba załatwić ksero dla dzieci, potem odebrać foliogramy i zasuwać kawał drogi do szkoły na chwilkę.
No to Matka przejdzie przyspieszony kurs chodzenia, bo najpierw to musi się przejść dwadzieścia munut do najbliższego miejsca, gdzie sprzedają bilety, potem trafić na autobus, który kursuje co pół godziny, ale nie wiadomo, co które pół…
W mordę jeża!
Ze cztery godziny Matce wyjdą na to jedyne 45 minut!
No Matka się chyba straszliwie na tej wsi rozbestwiła.
Niby nic, ale tak od świtu Matkę wrzucać pod kran z zimną wodą?
No to kawa!
Może będzie lepiej?
Proszek
Matka dziś rano wyspała się, jak to czasem w niedzielę bywa. Potwory bowiem wyrosły i już nie spruwaja starych z łóżka o świcie. Potem jednak już nie jest tak wesoło, bo nagle wszyscy zaczynają się kotłować w łazience. Nagle muszą umyć głowę, wykorzystać dostęp do morza, ubierać się w jednym miejscu i tak dalej.
Kiedy więc towarzystwo się przekotłuje przez lokal, Matka z ulgą wsadza łeb pod kran i ma łazienkę tylko dla siebie. Nie wiedzieć jednak czemu, poranne niedzielne rytuały ciągną się w nieskończoność, podczas gdy w dzień powszedni trwają dla wszystkich pół godziny łącznie ze śniadaniem…
Matka polewa sobie więc głowę ciepłą wodą, nakłada szampon, rozmarza się i…
-„Mama!!! Ja nie mam skarpetek!” – Janeczka wpada do łazienki
Matka zjada pianę, która jej spadła z głowy. Szampon nie jest smaczny, jak się okazuje.
-„W tych skarpetach są dziury!” – Potwór usiłuje podetknąć garderobę pod nos Matce. Okazuje się przy okazji, że szampony dla dorosłych zdecydowanie szczypią w oczy.
-„Przecież te skarpetki noszone były tylko jeden raz!” – przytomnie przypomina sobie Matka
-„No były!” – prycha Potwor – „Ale dziury zrobiły sie od razu!!!”
-„No to masz w szufladzie kilka par nowych skarpetek!” – odbija piłeczkę Matka. W zasadzie wydaje jej się, że te stare też są nowe, jedynie lekko uszkodzone…
-„Ale te nowe mają nieodpowiedni kolor…” – zaczyna jękliwie Janeczka
-„Mają PORAŻAJĄCO odpowiedni!!!” – kończy Matka a Janeczkę wydmuchuje.
Kiedy Matka gna do sypialni, żeby błyskiem sie ubrać, zauważa wałęsającego się w piżamce Potworka, szalenie szczęśliwego, ze wszyscy o nim zapomnieli.
-„Kochana!” – łapie się za głowę Matka -” Ty jeszcze nieubrana? Przecież zaraz idziemy do kościoła!”
–„Do kościoja?!” -na oblicze Potworka natychmiast wypełza uśmiech.
-„Do kościoła, do kościoła!” – Matka szybko wkłada spodnie – „Dochodzi jedenasta a ty jeszcze w proszku!!!”
–„O psepjasam!” – Maryśka natychmiast stroszy pióra –„Nie jestem w ziadnym pjosku, tyjko na jazie jesce W DOMU!!!”
Roczek
A Matka morduje foliogramy dla dzieci na lekcje i tak sobie mimochodem zauważyła, że minął właśnie rok, jak na blogu pisać zaczęła…
No, no. Minęło jak z bicza strzelił!
A foliogramy niedobite jakieś . Jutro Matka skończy. Trudno.
Matka wszak analogowa mocno jest. I tak dobrze, że robi…
Dawid pokonany
Maryśka namiętnie przegląda wszelkie książki. Nie ma obrazków? Nic nie szkodzi!
Ostatnio na tapecie są podręczniki Matki, tym ciekawsze, ze najeżone fotografiami.
Kiedy więc Matka zabrała się za robienie obiadu, nie miała nic przeciwko temu, żeby Potworek zajął się wertowaniem lektur, bo gwarantowalo to parę chwil swiętego spokoju. Maryśka rozsiadła się wygodnie w fotelu i fachowym okiem oceniła zawartość wydawnictwa z PWNu. Kiedy skończyła, w ręce wpadła jej książka do plastyki w gimnazjum, któa najwyraźniej zaplątała się tam przypadkiem. Dziecię wlepiło wzrok w okładkę, na której umieszczono widok Akropolu, Wenus Boticellego i Dawida Michała Anioła. Hity nad hitami, jak by nie patrzeć.
Maryśka Wenus przełknęła, Akropolem ze względu na archaiczna formę się zbytnio nie przejęła, natomiast całą uwagę skupiła na klejnotach Dawida.
Na twarz wpełzł jej powoli wyraz średniego obrzydzenia.
–„Fuj!!!” – rzekł Potworek do siebie – „A co to za interes taki? Jakieś kulki ma dziwne…”
Poprzyglądał się jeszcze chwilę uważnie i rzucił książkę na stół.
–„Mój tata to ma o wiele fajniejsy!!!”
Otóż to!
Otóż to???!!!
Leżaki nie w tropikach
Leje. Leje nieprzytomnie.
Matka obawiała się, że prosto z krótkiego rękawka trzeba będzie wskoczyć w kurtkę! I ma nadzieję, że Potwory się nie poprzeziębiają, bo tak to najczęściej się kończy, zwłaszcza na początku przedszkola czy szkoły. Póki co były wczoraj marudne, nie chciały nic jeść (sic!) i w ogóle. No Matce to jeszcze się nie zdarzyło zrobić obiadu i zajadać go samotnie przy stole!
Do tego wszystkiego Matkę czeka rozmowa w przedszkolu, bo wczoraj mieliśmy w domu lekki cyrk. Jak Matka wspominała, w placówce po 23 latach zmieniła się dyrekcja. Objawiło się to głównie w przywróceniu obowiązkowego leżakowania.
-„Dzieci musza przez dwie godziny prostować kręgosłupy!” – zarządziła
Niech prostują w inny sposób! Maryśka od półtora roku już w dzień nie sypia. Jesli jej się zdarzy raz na parę miesięcy zdrzemnąć w samochodzie, to później szaleje do północy. Można powiedzieć – a co babo? Przeszkadza ci dziecko, bo nie możesz obejrzeć filmu?
Matka już nic nie ogląda, bo nie ma czasu ani ochoty. I może zajmować się Maryśką. Ale rano nie można jej za nic spruć a tymczasem niezależnie od janeczkowego wychodzenia do szkoły na 8.00, dyrekcja przedszkolna zarządziła przyprowadzanie dzieci do 8.30. Niby można się spóźnić i nic nie będzie, ale Matka czy MiaUżon i tak muszą wieźć dzieci jednocześnie, bo mają kompletnie nie po drodze.
Matka zapyta więc, czy nie jest możliwe powrócenie do wcześniejszych zwyczajów, czyli dzieci jedne leżakują, a inne (i jest to zdecydowana większość) chodzą z drugą wychowawczynią do dużej sali, żeby się bawić. Mają tam basen z kulkami, różne materace, gąbkowe schodki i tak dalej.
Maryśka jest po dniu, w którym leżakowała nie śpiąc zupełnie „normalna”, ale ostatnio przysnęła, no bo koń by nie wytrzymał dwugodzinnego leżenia przecież. Niedługo zrobi się ciemno i takie przesypianie w ciągu dnia będzie częstsze a jak potem wyrwać Potworka ciemnym rankiem ze snu?
Matce juz cierpnie skóra…
Bo u nas ranne niechciejstwo wstawaniowe jest zdecydowanie rodzinne…
Ano, jak ktoś jest sową…
Ciasto jesienne
Matka jest proszona od dłuższego czasu o przepis na ciasto drożdżowe ze śliwkami i cynamonem, o którym kiedyś wspominała. Ponieważ pamięć Matka ma dobrą, ale krótką, więc zaczęła robić rzecz najnudniejszą pod słońcem, czyli czytać swojego własnego bloga. Nie, no makabra.
Jednak Matka nie za bardzo pamiętała o jakie ciasto chodzi i miała nadzieję, że będzie tam coś więcej. I było. Przepis się znalazł nawet. Matka wyciąga go więc do zakładek w grupie „Przepisy Matki Polki” i życzy smacznego. Ciasto jest banalnie proste i udaje się nawet tym, którzy generalnie do drożdżowego mają dwie lewe ręce. I nie trzeba nic ubijać, rozdzielać i tak dalej.
A przecież czas śliwkowy mamy…
Szybki zawód
Matce kazali zrobić rzecz niemożliwą – przynieść świadectwa pracy. Coś tam Matka znalazła sprzed szesnastu lat, ale tylko za rok. Potem zaczynają się schody, bo Matka pracowała jako tak zwany wolny zawód, czyli w odczuciu większości urzędników nic nie robiła.
-„Miejsce pracy!” – słyszła Matka
-„Nie ma miejsca pracy!” – odpowiadała -” Mam wolny zawód”.
Panie natychmiast patrzyły z obrzydzeniem, poczynając od pielęgniarki na pogotowiu, w szpitalu czy innej biurwy.
-„No to pracuje, czy nie?!!” – wściekały się.
-„Jasne, że pracuje!” – oburzała się Matka, bo nie tylko wtedy pracowała, ale nawet harowała i to za konkretne pieniądze.
-„No to miejsce pracy!” – zapierała się panienka.
-„Proszę pani!” – Matka przybierała ton lodowatouprzejmy – „Ja pracuję raz w domu a raz za granicą. Teraz na przykład w kościele”
-„To znaczy się – sprzątaczka?!” – mina panienek natychmiast się zmieniała na jeszcze gorszą o ile była na to przeznaczona jakaś rezerwa. Zwykle możliwości wyczerpywane zostawały przy drugim żądaniu podania miejsca pracy.
-„To TEŻ piękny zawód” – Matka bardzo nie lubiła, kiedy panienki dzieliły ludzi na kategorie. Zwłaszcza, że każda Matka jest najpierw w domu sprzątaczką i ma przyjemność sprzątania własnych brudów, a ta, co musi cudze, to już w ogóle święta kobieta – „Ale ja jestem akurat artystą plastykiem. I robię raz tu, raz tam, gdzie popadnie.”
-„Artystka!” – prychały zwykle panienki – „Ale my coś musimy wpisać w miejsce pracy!”
-„To niech pani COŚ wpisze!” – radziła wtedy Matka i kończyła dyskusję.
A kiedy miały się pojawić Potwory, Matka założyła jednoosobową działalność, bo wtedy należało jej się chorobowe i sprawa stała się o wiele prostsza.
Teraz jednak Matka musi udać się do ZUSu, żeby ten poświadczył jej ponad piętnaście lat płacenia składek i obawia się, że jeśli nie znajdzie na to konkretnych dowodów w postaci zetlałych papierków, to jej się nie uda. Okaże się, że artyści nie istnieją…
A musi, musi, żeby jakąś wysługę lat jej naliczyli.
Zaświadzczenia z uczelni chyba nie potrzeba, bo z tego, co Matka słyszła to studia liczą się do emerytury, ale do stażu pracy nie, no bo niby dlaczego?
Szkoda.
Na uczelni nikogo nie dziwiłoby, że Matka jest artystą…
Za to teraz Matka może mówić, że jest nauczycielem i kropka. I wszyscy to rozumieją!
Jako artysta Matka schodzi więc do podziemia…
Tytuły
Matka zakończyła dziś edukację dzieci szkolnych, padła niemal na pysk, no, może nie do końca, tak trochę musiała odstawać od ziemi, żeby jednakowoż powiesić klucz na gwoździu w pokoju nauczycielskim.
Kiedy ostatni człowiek żądny wiedzy wytoczył się z klasy, Matka usłyszala radosne piski i do lokalu wkroczył bardzo zadowolony i jeszcze bardziej zaskoczony obecnością Matki Potworek.
-„No popatrz tylko, kto tu stoi!” – powiedział MiaUżon, który wszedł następny – „Pani profesor!”
Maryśka odwróciła się zdumiona.
–„Jaka pani pjofesoj?” – zapytała płaczliwie.
-„No tutaj!” – odrzekł MiaUzon dźgając palcem Matkę, która pakowała bajzel
–„To moja mama!„- wkurzył się Potworek
-„No tak, ale też pani profesor!” – zaparł się MiaUżon.
Potworkowi mina niebezpiecznie się wydłużyła.
-„A ja to biorę dziennik!” – Janeczka pojawiła się i szybko zniknęła a Matka była niemal pewna, że stało się coś, co jest niezgodne ze statutem szkoły.
–„To jest MOJA MAMA!!!” – Maryśka powtórzyła jeszcze raz.
-„No tak, ale…” – MiaUżon zamiast skończyć, zaczął ponownie, ale napotkał na opór materii.
Maryśka wyprysnęła z klasy.
-„Buuuuuuuuuu„- zawyła – „To nie ziadna PANI PJOFESOJ, tyjko MOJA MAMA!!! MAMA!!! Nie pani pjofesoj!!! Buuuuuuuuuuu!!! Ziadna pjofesoj!!!”
Matka jeszcze nigdy tak szybko nie doszła do wyjścia. Rodzinka została zaprezentowana. Jak dobrze, że po ósmej lekcji mało kto był…
I ostatecznie Maryśka ma rację. Magister to nie profesor.
Niestety, chociażby, zresztą , przecież…