Matka kombinowała wczoraj z MiaUżonem co by tu zrobić, żeby Potwory szybko uśpić i wskoczyć do sąsiadów na tego szampana najprawdziwszego. Pacyfikacja zaczęła się już o 19.00 i nawet Janeczki specjalnie to nie zdziwiło – w końcu zaczyna sie już robić szaro, po szkole człowiek jest zmęczony, no a Maryśka na czasie to już w ogóle się nie zna. Wszystko wyglądało dobrze.
MiaUżon słusznie jednakowoż zauważył, że może zdarzyć się sytuacja, kiedy Maryśka się obudzi i rozpłacze, zobaczy, że nie ma Starych i spruje Janeczkę. Matka nie wie czy byłoby to wykonalne, bo Potwór generalnie jest niedobudzalny, ale przewidzieć coś takiego trzeba.
Janeczka została więc poinformowana, że rodzice wypuszczają się na kolację i będą za ścianą.
I wtedy z Potwora leniwie szorującego zęby wyjrzał demon. Janeczka wpadła w takie podniecenie, że o mały włos wpadłaby do otworu w zlewie. Znalazła sobie natychmiast tysiąc trzysta dwadzieścia osiem pretekstów do wędrówek do pokoju i z powrotem, trzaskania drzwiami, spuszczania wody, zadawania pytan, znowu spuszczania wody i tak w kółko. MiaUżon tymczasem siedział obok w pokoju ze śpiącym Potworkiem na kolanach. Matka zdążyła przybyć cztery razy z odsieczą i wytłukła kilka komarów, które podstępnie i znienacka atakowały pół rodziny.
Kiedy Janeczka dowiedziała się, że W RAZIE CZEGO ma na dole napisany telefon do sąsiadów, Matka była święcie przekonana, że nie wyjdą z domu nigdy…
A wszystko przez to, ze jakiś czas temu popsuła się elektroniczna niania i z braku potrzeby nie została naprawiona. Tak nie byłoby żadnego problemu…
Ostatecznie Matka z MiaUżonem wyszli nie czekając na sen Janeczki. Po małej godzince stwierdzili, że już chyba dawno śpi, bo nie dzwoni.
I nażarli się, jak dzikie osły różnościami weselnymi, i wytrąbili trzy butelki szampana marki właściwej czyli Champagne. W trzy damy, bo panowie pili co innego.
I Matka stwierdza z całą odpowiedzialnością, że jest ISTOTNA różnica między winem musującym a szampanem, zauważalna od pierwszego łyku.
Bo potem to Matka pamięta, ze piła po pierwszej w nocy kawę.
Nie, no niemożliwe…
Po pierwszej? KAWA???
A jednak.
No ostatecznie do tortu, o której by nie był, kawa się należy, czyż nie?
Prądy szkolne
Matka wróciła ze szkoły niespecjalnie zmęczona, żeby nie powiedzieć – wcale, bo miała tylko dwie lekcje. Jutro ma maraton i pojutrze też, nieważne.
Matce chodzi o co innego. Po prostu ideały Matki roztrzaskały się na bruku, żeby nie powiedzieć na linoleum (czy jak to mawiały kiedyś panie woźne – na linoleumie). Opór materii był zbyt silny. Matce nie udało się zrealizować nawet połowy tego, co zamierzała. Najpierw przytargała rzutnik pisma do pracowni fizycznej, w której na ścianach znajdowało się około trzydziestu gniazdek z tajemniczymi napisami – 24, 12, 220… Matka wykoncypowała sobie, że chodzi o napięcie i uparcie usiłowała włączyć urządzenie do kolejnych, co oczywiście jej się nie udawało. Za szybą znajdowało się centrum dowowdzenia i wiele wajch, tudzież światełek, ale Matka nie odważyła się użyć klucza, bo w końcu nigdy nie wiadomo który prztyczek jaką czarną walizkę gotów uruchomić. Namazała to, co na zdjęciu, na tablicy i już! Jakie oszczędności energii elektrycznej…
Matka zajęła się więc mazami na tablicy a jeden z chłopców wtykał wtyczkę do kolejnych kontaktów. Jak się nietrudno domyślić – zajęło mu to całą lekcję.
Matka musiała podyktować zaś tabelkę miast ją wyświetlać i okazało się zaraz, że pisanie to strasznie poważna sprawa!
-„Proszę pani, proszę pani!” – zawołało dziewczę i dźgnęło Matkę palcami w oczy – „Proszę pani, ja nie mogę zrobić tabelki, bo nie mam linijki!”
-„Ale ja ci pożyczę!” – odezwała się sympatyczna grubaska i podała linijkę do dziewczęcia.
-„Ale ja przy takiej nie umiem robić kresek…” – dziewczę chyżo oddało przyrząd i spojrzało na Matkę bezradnie. Matka nie wie, co wyrażał jej osobisty wzrok, ale najwyraźniej był tam wyraźny komunikat, że należy się zakleszczyć w obrębie paszczy i pisać bez linijki…
Kiedy pod koniec Matka walczyła z czasem, przegrywając sromotnie, chłopiec od wtyczek zauważył, że zza szafy wystają dwa czarne kabelki zakończone wtyczkami. Wtyczki włażą w jakieś inne kontakty.
-„Mam sprawdzić, czy zaświeci?” – zapytała Matkę minutę przed dzwonkiem.
-„A sprawdź, najwyżej będziemy wiedzieli na przyszłość, czy jest tam prąd, czy nie…”
Chłopię wyjęło wtyczkę, wetknęło tę od rzutnika pisma, który natychmiast NIE zaświecił, co było do przewidzenia zresztą.
-„Wyłącz” – machnęła ręką Matka – „Nie ma co! I odnieście tego grata z powrotem”. Dodać należy, że grat nowym jest i na pewno brak prądu mu nie służy.
To znaczy Matka ma pewność, że to nie wina rzutnika!
Niestety chłopię zapomniało włączyć tajemniczą czarna wtyczkę wyłażącą spod szafy.
Matka ma tylko nadzieję, że nie prowadziła ona do lodówki pełnej szwajcarskiego sera…
Albo czyjegoś respiratora…
Potworna logika
Matka patrzyła wczoraj na biedną Maryśke, która ma to do siebie, co i Janeczka – gdy temperatura na dworze przekracza 24 stopnie oba Potwory sa mokrusieńkie. Z głowy się leje, sukienki do pleców przylepione, no koniec świata. Rozbieranie do majtek nie pomaga. Po pierwsze Janeczka nie da się rozebrać. Po drugie – jest niewiele lepiej. Wtedy sukienka się nie przylepia, ale leje się dalej.
Sytuację potęguje dodatkowo fakt istnienia pogody tak zwanej oblepiającej – jak wczoraj. Niby słońca nie ma, niby nie jest dramatycznie gorąco, ale powietrze można kroić nożem a na kamiennej posadzce robią się prawie wilgotne smugi od kapci.
Matka siedziała więc wczoraj z rozgogolonym Potworkiem i wycierała mu z nosa, i spod oczu pojawiające się tam momentalnie kropelki potu, odrzucając co jakiś czas na boki ociekającą grzywkę.
-„Czy ty wiesz, do czego masz ten swój nosek?” – zapytała Matka Maryśkę.
Potworkowi za nic nie chciały się zderzyć szare komórki, bo jak wiadomo wilgotność powietrza była duża i straciły zdecydowanie na ruchliwości. Siedział więc tylko i wywracał oczami – zawsze to jakiś ruch powietrza…
-„No nosek jest po to, żeby oddychać! Wciągać powietrze i wypuszczać!” – męczyła Potworka Matka, która generalnie powinna urodzić się i mieszkać w tropikach, bo nie znosi zimna.
Maryśka kłapnęła powiekami na znak, że przyjęła wiadomość do skrzynki nadawczej i jak tylko jej moce przerobowe wzrosną, to być może coś z tym zrobi. Upchnie w jakimś folderze, znaczy się, na swoim twardym dysku.
-„A buzia to jest do czego?” – Matka za wszelką cenę starała sie nawiązać nić porozumienia z wypompowanym dzieckiem. No CKM ta Matka, kompletny.
-„Buzia jest przecież, no? Do czego? Do je-dzeeee-nia i do mó-wieeee-nia….”
Maryśka dalej siedziała jak przkłuty balonik. Nagle do niej dotarło. Przeskanowała wiadomość w jedną i druga stronę, po czym na spoconym obliczu pojawił się wyraz politowania.
–„No coś ty, mamujku!” – parsknęła –” Jak to – do jedzenia? Psecies jak buzie zjes, to jus nic niom … nie powies!!!”
Zapłon z szampanem
Matka czeka jutro na godzinę zero.
Wtedy zostanie zainstalowana część do nissana, która ma mu wrócić życie. Matka zapomniała dodać, że to, co pisała wcześniej było za piękne, żeby miało być prawdziwe. Koleżanka, która miała użyczyć samochodu do szybkiej podmiany części odmówiła w ostatniej chwili. MiaUżon wpadł w czarną rozpacz, no bo jak kupić coś za 1700 złotych, jeśli nie ma się pewności, że to to?
Koniec końców znalazł się podobny nissan na ulicy. MiaUżon znalazł własciciela, kompletnie obca osobę. Zapytał, czy będzie skłonna mu pomóc. Człowiek wykonał telefon do zięcia na uczelni, biegłego w elektronice, upewnił się, że jego samochodowi nic nie grozi i zgodził się dać auto wieczorem. MiaUżon postanowił w takim układzie jednak wymontować podejrzany piprztyk i pojechac z nim do Sąsiedniego Większego Miasta w celu obkomputerowania wyżej wymienionego i sprawdzenia. Na miejscu okazało się, że przez telefon owszem można, ale na miejscu to nie wiadomo w zasadzie jak to zrobić i chyba się nie da. Za żadne pieniądze.
-„Jak pan zapłaci 200 złotych za sprawdzenie, 1800 za nową część, to my to panu zaraz zrobimy!”
Jasne! I jeszcze 400 złotych za holowanie samochodu na lawecie…
Matka poszła na całość i wlazła na forum. MiaUżon zasięgał języka u znajomych mechaników. Mechanik osobisty przepruwał zaś auto i wykluczał co się da.
Padło jednak na aparat zapłonowy. Moduł jakis znaczy się. Aparat Halla czy coś.
Matka siadła ponownie na Alegro. Poszukała z trudem. Podzwoniła. Potargowała się i przyszło. To, co trzeba, za 300 złotych.
Obiecują, że jak nie odpali, to pieniądze zwrócą, bo namazali farbką numerki. Powinien, bo z rozbitego nissana. Wyglądało, że są uczciwi. Tak na słuchawkę. Bo czasem oszusta to poznać od razu.
Matka nic nie podejrzewa. I jak będzie OK, to jeszcze SMSa z podziękowaniem wyśle. No niech tylko będzie dobrze, bo MiaUżon sfiksuje.
A zaraz po nim Matka.
A jutro idzie na najprawdziwszego z najprawdziwszych szampana weselnego do sąsiadów.
Kiedyś musi być ten pierwszy raz…
O szampanie Matka mówi.
No, ciekawe, ciekawe…
Róża
Matka wróciła dziś z Maryśką ze ślubu sąsiadki, która to uroczystość obfitowała w mocne wrażenia, zwłaszcza dla Matki. MiaUżon z konieczności był lekko wyautowany, gdyż pełnił odpowiedzialną rolę kierowcy Państwa Młodych, więc co chwila wyskakiwał przed kościół, żeby sprawdzić czy samochód sąsiada (bo nim przyjechał) jeszcze stoi i ma się dobrze.
Janeczka siedziała znudzona przy Matce i a to zsuwała się pod ławkę, a to kręciła zawijasy z sukienki czy ziewała rozdzierająco. Maryśka tymczasem zainteresowała się szalenie kwiatem, który Matka nabyła w związku z uroczystością i co chwila z nim znikała, korzystając z kiepskiej podzielności uwagi rodzicielki. Matka była dość mocno zainteresowana utrzymaniem rośliny w odpowiedniej kondycji do momentu wręczenia, gdyż jak zwykle przeżyła mały horror w związku z jej kupowaniem.
Matka wymyśliła sobie mianowicie, że da jedną różę, ale za to ogromną. Kiedyś taką nabyła w białym kolorze z zielonkawymi końcówkami i zamarzyła jej się dziś taka samiutka. Pojechała więc do najbliższej kwiaciarni, tej samej, w ktorej wlulono jej kiedyś różę przyozdobioną drutem cynowym i postanowiła jasno – tym razem – wyrazić swoje żądania.
Już na wstepie skrzydełka jej opadły, bowiem okazało się, że zielonkawe róże owszem są, ale wielkości dość przeciętnej, czyli nic z tego. Matka zlustrowała więc pozostałe, tradycyjnie odrzucając kolor czerwony i w oko wpadły jej wielkie, kształtne kwiaty w kolorze powiedzmy pomarańczowobrązowym, cieniowanym i nieokreślonym tak do końca, co Matka bardzo lubi.
-„To ja poproszę jedną taką różę” – zarządziła pewnym głosem Matka
-„Bez przybrania?” – upewniła się panienka
-„W zasadzie bez, ale właściwie z takim oszczędnym i inteligentnym. Żeby coś było, ale prawie jak nie, byle nie drut!” – powiedziała Matka i ciekawa była, czy panienka załapała, bo nie wyglądałao na to. Matka w upale może wyrażać się nieprecyzyjnie i tak chyba było.
-„Wie pani, może takie kłaki zaplatać gdzieś…” – próbowała jeszcze ratować sytuację.
Panienka zaczęła spoglądać na Matkę z lekką odrazą.
-„Proszę pani! A ta róża to na co?”- zapytała krótko i konkretnie.
-„Noooo” – podrapała się w głowę Matka, ale tak nie za bardzo, żeby nie musieć znowu układać kłaków -„Właściwie to na ślub…”
-„Na ślub?!!”- wytrzeszczyła z oburzeniem oczy panienka -„Ależ proszę pani! Na ślubie to róża musi ZAISTNIEĆ!!!”
I panienka zniknęła na zapleczu, skąd doszły Matkę odgłosy walki z materią tudzież psikanie. Po chwili róża wyszła i nie wyglądała już tak dobrze. Po bokach doczepione miała jakieś żółte chwaściory, pozawijane listowie, sterczace piki i zielsko takie, jak Matka wyrywa czasem z trawnika.
Kiedy panienka podała cenę, do klubu Niedobrze Wyglądających dołączyła także Matka.
Po przybyciu do kościoła i otaksowaniu przyniesionego przez gości kwiecia, Matka nabrała całkowitej pewności, że różą nie ma żadnych szans.
A potem Maryśka upłynniła się z kwiatkiem, kilka razy dźgnęła nim gości, przyrżnęła MiaUżonowi i pewnej pani, wykrzywiła go na ławce, wytarła nim klęcznik i pół posadzki a przez pozostałą część mszy przemieszczała się z nim trzymając go jak tablicę informującą o nazwie kraju podczas rozpoczęcia igrzysk olimpijskich.
Kiedy Matka wręczała go Pannie Młodej doszła do wniosku, że róża musiała być bardzo świeża, bo wytrzymała to wszystko bez uszczerbku na piękności.
A i panienka wiedziała, co mówi…
Róża bez wątpienia na tym ślubie … ZAISTNIAŁA.
Prawie Piramidy
Matka szuka w necie piramid i wydm, żeby zrobić dzieciom foliogramy na lekcję. I znajduje wszystko, co nie trzeba: piramidy żywieniowe, sklepy i galerie o tej nazwie, tudzież piramidalne czuby na głowach jakichś odłamów młodzieżowych…
No piramidalny odlot i piramidalne bzdury.
I zaraz się Matce przypomina rok 1990, kiedy pracowała na kontrakcie w Rydze i był to czas szalony finansowo. Matka zarabiała tam mianowicie piętnaście razy więcej niż na etaciku, który posiadała. Dodatkowo było to również kilka razy więcej od Łotyszy, więc życie można było wieść szalone, gdyby nie to, że knajpy zamykali o 23.00 na wszystkie spusty.
Trzeba było jednakowoż jakoś wydać zarobione pieniądze, bo tylko połowę można było przekazać do Polski i zamienić na tak zwane bony, czyli sztuczne dolary. Pozostawała jeszcze cała reszta rubli, za którą zakupowało się telewizory kolorowe, obrabotki, czyli piły stolikowe do drewna, miksery, malaksery, maszynki do mięsa, centryfugi i co tam jeszcze – żeby tylko odzyskać jakoś te pieniądze w kraju, bo przejeść tego na miejscu nie dawało się w żaden sposób!
Matka ze znajomymi stosowała różne sposoby pozbywania się pieniędzy, ale nie wychodziło. Niektóre były stosunkowo przyjemne i polegały na wyłażeniu z pracy podczas przerwy śniadaniowej i odwiedzaniu maleńkiej kawiarenki Aromats. Siedziało się tam wokół baru, gdzie panienka na oczach gościa przyrządzała zabójczo mocną kawę w tygielku. Wybierało sie potem wersję z balsamem albo bez i człowiek wychodził z kołami pod powiekami, bo kriepka była nadzwyczaj.
Matka w tym czasie jednakowoż kawy nie pijała a herbaty tam dobrej nie mieli, więc pozostawała jej czekolada, która była pachnąca i gęsta, że łyżka stała. W Polsce nigdzie takiej nie uświadczysz, no bo kto zrobi czekoladę z czekolady a nie jakiegoś proszku? Picie czekolady było samo w sobie przyjemne, ale zapychało kaloriami i gęstością w sposób szybki i małoodwracalny, więc Matka kombinowała jak koń pod góre, jak toto popić, aż panienka zapytała, czemu Matka nie pija czekolady tak, jak wszyscy.
-„Kak, kak wsie?” – zapytała Matka i wywaliła oczy. No bo co, przez słomkę trzeba było? Wolniej, szybciej?
-„Scias pokażu!” – panienka zakręciła się na pięcie i po chwili wróciła z szalenie elegancką filiżanką, którą postawiła przed Matką.
Matka zapuściła żurawia do naczynia. Płyn był ciemnosłomkowy i przejrzysty.
Matka rozejrzała się na boki i doszła do wniosku, że zaryzykuje.
Łyknęła.
Za dużo.
-„Oj, ja zabyła skazać, sztoby wy ostorożno pili!” – zachichotała panienka
-„Czetyrie rublia!” -dodała i pobiegła podać filiżankę następnemu gościowi, bez pytania.
I Matka zalała czekoladę w brzuchu zawartością filiżanki, wróciła na rusztowanie i następnego dnia pojawiła się w towarzystwie pozostałych osób.
I od tej pory między 10.30 a 11.00 w kawiarni wokół baru siedzieli Polacy i zapijali kawę lub czekoladę filiżanką dobrego koniaku.
Bo tam do 13.00 alkoholu nigdzie sie nie podawało…
A Matka jak zwykle wpadła w dygresje, bo o Piramidach być miało.
No trudno. Potem.
Piprztyk jeden
Nie jest dobrze, nie. MiaUżon zabrał Potwory i porozrzucał po przedszkolo-szkołach i teraz jeździ Matki samochodem. Dobrze, że Matka musi popracować w domu, bo z tej naszej wsi coś załatwić bez pojazdu nie daje się i już. A MiaUzon powienien dziś być w Sąsiednim Większym Mieście w pracy. I jutro też. I nic z tego!
Tymczasem MiaUżonowi nissan kwitnie wybebeszony w warsztacie. Po kolei zaglądają do niego różne osoby i wykluczają to i owo. Wiemy na przykład, że nie zawinił alarm, a szkoda. Niedrogo by było. Może komputer. Może, ale nie da się na miejscu sprawdzić. Pozostaje holowanie auta do znajomego salonu w Sąsiednim, Większym Mieście, w którym ostatnio MiaUżona skroili za duży przegląd nie 800, ale 1400, bez zapowiedzi. Pojechalibyście? Bo MiaUżon nie!
Teraz na tapecie jest jakiś duży i ważny piprztyk związany z regulowaniem napięcia, ale do sprawdzenia potrzebny jest komputer w salonie, czyli nic z tego. Nowy kosztuje prawie 2000, taki ze szrotu 600. Ale jeśli to nie to?
I MiaUżon w rozpaczy zadzwonił do dawnej koleżanki z klasy i zaproponował jej coś, a raczej zaproponował jej- kompletnie mu nieznajomemu -mężowi, żeby przyjechał swoim, takim samym nissanem do warsztatu. I ten nieznajomy człowiek musi dać sobie, a raczej swojemu samochodowi wybebeszyć taką samą część, co wiąże się z grzebaniem w połowie silnika, przełożyć do naszego i próbować odpalić. Jak się uda, to znaczy, że to to…
Pomysł szalony i rozpaczliwy. I jedyny.
I wiecie co?
Mąż koleżanki, którą przez ostatnie dwadzieścia lat widzieliśmy może z pięć razy a jego samego nigdy, ba, nawet nie wiemy, jak człowiek ma na imię – zgodził się!
Matka nie wierzyła i wzruszyła się.
Cholera, może to nie ta część. Matka ma jednakowoż nadzieję, że ta, bo inaczej MiaUżon jej tu zejdzie.
Ale są na świecie ludzie życzliwi, niemający w tym żadnego interesu, jedynie kłopot.
I to takie małe światełko w tunelu od rana.
Uff…
Co było
Matka poszła dziś do szkoły częściowo na piechotkę. Potem MiaUżon przerzucił Matkę na zebranie rodziców w przedszkolu, gdzie atak pani przedszkolanki, coby Matka została Trójcą Klasową dzielnie został odparty. Matka uczy się asertywności…
Następnie Matka udała się do Tepsy, gdzie czekała już na nią nowa umowa na neostradę, czyli wszystko się daje, trzeba mieć tylko chęci. Matki miasto miało, Warszawa nie.
A od rana Matka siedziała w drugiej szkole, gdzie miała kolejne sześć lekcji o tym samym, czyli skończyła na czternastym powtórzeniu tego samego, a może innego, bo Matka majaczyła kompletnie na ostatku i co chwila pytała dzieci, czy już to powiedziała, czy oni są na pewno tą klasą a może jednak inną, no to to na pewno słyszeli, czy to Matce już tylko w głowie się roiło. No masakra!
I Matka zwyciężyła, ale zdechła dziś jest znowu od stresu.
Kiedy więc popędziła do teściowej, bo MiaUżon wrzucił tam dzieci, to poczuła jak uchodzi z niej powietrze, jak z przekłutego balonika. Siadła i kiedy spojrzała na Potwory poprzebierane jak cygańskie konie we wszelkie chustki Babci i inne korale, to zaraz jej się przypomniało, że ma się odstresować. Postanowiła więc przepytać Maryśkę na okoliczność tego, co wydarzyło się dziś w przedszkolu a zwłaszcza, czy wszystko było w porządku.
Matka zebrała więc wszystkie siły i ostatkiem pary w płucach zapytała Potworka:
-„No, jak tam Marysiu? Powiedz, co było w przedszkolu?”
Potworek spojrzał nieco zaskoczony na prawie zdechłą Matkę.
–„Co byjo w pseckoju?”– powtórzył i wzruszył tłustymi ramionkami –„No jóżne zieczy. Na przikłat samochody i lalki…”
Telepunkty
Matce się tak nie podoba. Bo biega tu i tam, usiłuje coś pozałatwiać, nie wychodzi jej i tylko czas traci. A potem zapomina wszystko to, co miała na blogu napisać…
Dziś kotłowała się z neostradą. Wynajęła szczęśliwie mieszkanie w Warszawie, ale musi przedłużyć neostradę,żeby nie weszła na czas nieokreslony, co wiąże się ze znacznie wyższą ceną. Bombarduje więc telefonami Błekitną Linię, nachodzi telepunkt i nic! Nie da się!
-„Nie może pani pojechać do Warszawy tego załatwić?”
-„Może, ale nie zamierza!”
Tak, jakby chodziło o kupienie Pałacu Kultury.
I Matka jutro napisze pismo i wyśle poleconym.Bo inaczej to może sobie potem mówić, że ona dzwoniła i chodziła. Nie udowodni. A tak niech Matce skoczą. Bajzel jeden!
A w szkole Matka miała dziś okienka, więc zdołała wypytać o swój awans zawodowy, który nie jest jej potrzebny, ale chyba nie ma wyjścia. I kawy się napiła. I powiedziała po raz ósmy to samo. A jutro powie jeszcze sześć razy…
I czeka teraz na wkurzonego MiaUzona, któremu samochód powiedział „fajrant” na środku drogi i zgasł. Może alarm a może komputer. Matka boi sie myśleć co. I za ile…
Potwory u babci, bo Matka kwitła w Telepunkcie. Teraz to mamy tu MiaUżona-Polaka, bo Matka ani rano dzieci nie zawozi, ani nie odbiera. Dopiero w czwartek i piątek. I jeszcze powinna tonę papierów napisać i poszperać w sprawie awansu, co dla Matki brzmi równie egzotycznie jak kapibara!
A tu Matkę jeszcze 13 osób atakuje z trzeciej klasy, że maturę chce rozszerzoną z historii sztuki pisać i będą wnioskować o kółko historyczno-sztuczne (jak to okropnie brzmi, ale tak się naprawde mówi). Mówimy partia a w domyśle Lenin. Matka ma sobie na łeb wziąć odpowiedzialność jak ciężka cholera za żadne pieniądze, podczas gdy znajomi dają korepetycje i tłuką szmal? A teraz nie zgódź się Mattko, jak dyrekcja ci każe, bo masz umowę na rok. Ech…
Oj Potwory jedne, wymyślcie coś śmiesznego, żeby się Matka i ogół odstresowali!
Przy taśmie
Matka zaliczyła dziś pierwszy dzień w szkole. Przez pięć godzin gadała i juz teraz wie, że musi zrobić wszystko, żeby ciężar gadania przerzucić na towarzystwo, bo długo nie pociągnie… gardło Matke pobolewa i tyle. Jutro na szczęście tylko trzy godziny poprzedzielane okienkami – będzie czas na coś do picia.
W ogóle Matkę rozśmieszyła konfrontacja wspomnień i rzeczywistości. Bo Matka jak sobie wbiła do głowy chodząc do szkoły, że nauczyciele to tylko znikają w pokoju, kawę piją, wynoszą ją na lekcje, gadają, spóźniają się i w ogóle, to tak jej gdzieś w podświadomości zostało. No i nauczyciele potem chodzą na lekcje, nic nie robią, tylko pytają tych biednych uczniów a potem rozczapierzają się nad książką i czytają na głos, co w nich stoi.
A tu Matka włazi do pokoju, wszędzie kawa porozrzucana. Porozrzucana, dobrze Matka mówi. Porozrzucana, bo sucha. Nikt czasu nie ma, żeby ją chociażby zalać wrzątkiem, a jak nawet zaleje, to zostawia niewypitą na środku stołu. Jeden bierze dziennik, drugi odkłada, klucz, jeszcze jeden klucz, trzask, trzask i nie ma nikogo. Kanapka? Ciastko? A gdzie tam! O suchym pysku wszyscy zasuwają jak w fabryce…
Bo Matce z fabryką szkoła się skojarzyła od razu. Chaplin przykręcający śrubki na taśmie…
I tak to padają mity z dzieciństwa. Matce padły, bo na własnej skórze odczuła. Ale 95% społeczeństwa je propaguje. Nauczyciel pracuje 18 godzin a w pozostałe się ochrzania. Dwa miesiące wakacji ma, nierób jeden. Hyyyyyyyyy… akurat!
A Matka się dowiedziała do tego, że jej przedmiot ma być od przyszłego roku jedynie fakultatywny, cholera jasna! I skąd godziny weźmie? Ech… Co sie polepszy…
Tymczasem Matka podbudowana jest szalenie poziomem wiedzy, jakim zaskoczyli ją uczniowie. Bo można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy.
Na przykład takich, że słynnym, barokowym malarzem, który pracował na dworze króla Hiszpanii, a jego nazwisko – tego artysty – zaczyna się na literę V jest nie kto inny ale Van Gogh…
Albo to, że najwybitniejszym rzeżbiarzem Starożytnej Grecji był niejaki Wit Stwosz…
Matka musi koniecznie sprawdzić w jakich latach w Starożytnym Egipcie panował socrealizm…