Troska

Maryśka spędzała ostatnio czas z Babcią. Coś tam robiła w piaskownicy, bawiła się lalkami albo piłką – słowem nudy na pudy, to, co zawsze. Babcia miała wtedy wolną chwilkę i wygrzewała się na słoneczku na tarasie. Co prawda Matka ciągle nie może kupić poduszek na drewniane fotele, więc wygrzewaniu się towarzyszy zawsze powstawanie odcisków na plecach, tudzież nieco niżej…

Poza tym im bliżej wieczora, tym bardziej Babcia wysiada i nie ma się co dziwić – w końcu ma 71 lat. Kiedy więc Maryśka pojawiła się przed nią jak duch i rzekła ze współczuciem:

„Oj, Babujku, chodź, pójdzies sobie na kanapem, połozys siem i odpocnies” – Babcia rozpłynęła się natychmiast ze wzruszenia i podążyła szybko za wnuczką.

Potworek fachowo natrzepał Babci poduchę i zalecił położenie się w pokoju na sofie.

-„Jaka ty jesteś kochana, Marysiu” – westchnęła Babcia z rozrzewnieniem – „Dbasz o babunię, żeby jej plecki odpoczęły” – po czym padła na poduchę i wyciągnęła się na kanapie.

Potworek spojrzał zdumiony:

-„Pjecki?”– wytrzeszczył oczka -„Jakie znofu pjecki? Ja tyjko fciałam, zebys wjeście zdjęła papcie, to sobie w nich pochodzem…” – i odszedł szurając straszliwie laczkami rozmiar 39.

Jutro

Matka świtem gna do stolicy, żeby pokazać ludziom z sąsiedniego, mniejszego miasta mieszkanie. Może wynajmą. Matce kamień z serca spadnie i przestanie ubywać z portfela. Puste stoi a czynsz leci.

A ludzie mili chyba, bo dobrze się rozmawia. Dwie dziewczyny mieszkałyby.

Ech, trzymajcie za Matkę kciuki. Musi się udać!

Raporcik

Matka zawiozła wczoraj Maryśkę do przedszkola. Dziecię od rana było mocno obrażone, no bo jak to budzić je o ósmej? Jest taka godzina? Niemożliwe! Matka nie wie, co by było, gdyby pracowała w fabryce na siódmą…

Dla Matki to nie problem, ale Potworek zwykł był wylegiwać się do dziewiątej a nawet dziesiątej i choćby postawić rzędem parę kolubryn, to nie dałyby rady Maryśce. Czas spania jest święty i basta! Na szczęście przedszkole Potworka jest normalne i nikt nie zamyka drzwi o 8.15 ani kuchni zaraz po śniadaniu. Przychodzisz o 11.00 i śniadanie dostajesz. Należy się jak psu zupa.

Matka przybyła więc o dziewiątej i postanowiła Maryśkę wprowadzić do sali. Z daleka dochodziły spazmy maluchów, ale Potworek nic – maszerował dzielnie.

Przed wejściem zatrzymał się i popatrzył Matce prosto w oczy:

„Aje BEŃDOM małe sedesiki?” – zapytał gotów do zawrócenia.

-„Jasne, że będą!” – zapewniła Matka i tyle Potworka widziała.

A do tego wszystkiego wychowawczynią bedzie ciocia Basia, szalenie ciepła osoba – Maryśka nie mogła trafić lepiej! Ciocia Basia wróciła z urlopu dla poratowania zdrowia, ale miała przejść na emeryturę. Czemu jest – Matka nie wie, ale Bogu dziękuje!!!

Dzieci polecono odebrać po 12.00, czyli po obiedzie.

Matka znów wlazła do grupy i zastała Maryśkę bawiącą się w najlepsze samochodem.

-„Jak było?” – spytała pani Basi.

-„Idealnie!” – ucieszyła się pani Basia, na której wisiała trójka zasmarkanych od płaczu dzieci.

-„A reszta?” – rzuciła Matka w przestrzeń tak sobie, mimochodem.

-„A różnie” – westchnęła Basia – „Jak zwykle to samo – rodzice zamiast wprowadzić dziecko, pożegnać się i wyjść, zabierają je na dwór i wracają, znowu na dwór i wracają. A potem jest coraz gorzej”

Zadzwonił telefon z szatni.

-„Ciociu, cy to moja mama? Moja? Niech psyjdzie jus moja mama!!!” – rozdarł się mały chłopiec i natychmiast zawtórowała mu reszta.

-„My chcemy, zeby nase mamy psysły!!!”

Matce włos zjeżył się na głowie, spacyfikowała Maryśkę i dała nogę.

I myśli sobie, że strasznie wyczerpujące to jest dla przedszkolanek, ale i tak radziły sobie świetnie.

A Maryśka poza kłopotami z porannym wstaniem poszła do przedszkola bez problemów. MiaUżon ją odbierze i zobaczymy, co dalej…

U Janeczki idylla trwała tydzień…

A potem był dramat w wielu aktach.

Ale Potworek jest inny i Matka trzyma się tego, jak brzytwy!

Idziemy do przedszkola

Matka przeżyła dziś sądny dzień. Nie to, że musiała iść do szkoły na rozpoczęcie roku, nie. Co prawda dostała kociokwiku od hałasu, ale czas najwyższy do tego się przyzwyczaić – w końcu widziały gały, co brały! Myliła uczniów z nauczycielami, bo ci ostatni często wyglądali młodziej – nic to!

Matka posłała Maryśkę pierwszy raz do przedszkola…

I nie ma znaczenia to, że Maryśka jest drugim dzieckiem. Że idzie do tego samego, świetnego przedszkola. Matka się przejmuje i już!

A od kilku dni oczywiście starała się roztoczyć przed Potworkiem świetlaną wizję przyszłości.

-„Zobaczysz, jak w przedszkolu jest fajnie!” – wywracała oczami

-„…” – Maryśka włącznie wywracała oczami.

-„A jak mama by chciała znowu chodzić do przedszkola!” – wzdychała Matka

-„…” – wzdychała Maryśka

-„I są takie malutkie umywaleczki!”

-„…” – Maryśka tylko patrzyła na Matkę

-„I malutkie, śliczne sedesiki, żeby łatwo było usiąść!”

-„…” – Potworek kombinował, jak też mogą być mniejsze od jego własnego.

-„I dostaje się śniadanie, obiad i podwieczorek!”

-„…”

-„I jest bardzo, bardzo dużo takich ślicznych zabawek”

-„…”

-„No cieszysz się?” – nie wytrzymała Matka

-„No pefno, zie siem cieszem!” – pokiwała głową twierdząco i z uśmiechem Maryśka – „I NIGDZIE NIE IDEM!!!”

Medycyna pracy

Matka rano pognała do lekarza medycyny pracy po raz drugi w życiu. Ten pierwszy raz był wczoraj i jednocześnie nie był. Matka zajrzała bowiem do poczekalni i zobaczyła jakiś rozwścieczony tłum, który z dzikim obłędem w oku biegał między pokojami lekarskimi z kupą papierów w rekach. Tłum stanowiło jakieś sto osób, co dawało średnia trzydzieści na jeden gabinet i Matka szybciutko wyliczyła sobie, że wejdzie o 23.58. Ponieważ o tej godzinie zdecydowanie woli spać, więc wyprysnęła z mocnym postanowieniem, że tam nigdy nie wróci!

Jak to jednak kobieta – nastepnego dnia rano zmieniła zdanie i zaatakowała jeszcze raz. Tym razem osób było zaledwie pięćdziesiąt, bo trzysta czterdzieści trzy czekały w kolejce do rejestracji. Matka nie ukrywa, że wlazła do gabinetu bez kolejki wykorzystując znużenie przeciwnika. Kiedy bowiem kilkanaście osób zaczęło się spierać, że teraz to własnie ich kolej, Matka po prostu wpakowała się i już!

Okazało się, że jest na wpół ślepa i całkowicie głucha. To drugie nieco Matkę zdziwiło, bo jak przychodzi do szukania komara, który fruwa w ciszy nocnej, to potrafi zatruć MiaUżonowi życie. Tym razem jednak Matkę postawiono koło otwartego okna, za którym wyżywał się do bólu operator młota pneumatycznego i choćby panienka ryczała, to Matka nic nie słyszała i kropka. Kolejne osoby jednak okazały się również całkowicie niesłyszącymi i pani skwitowała to krótkim:

-„Słyszeć trzeba w KAŻDYCH warunkach!”

I wpisała, że jest OK.

Kiedy zaświdrowali Matce w uszach i nosie w kolejnym gabinecie, tudzież zajrzeli lusterkiem opalonym nad płomieniem (piromani z tych laryngologów, nie ma co!)w krtań, potem w innym osłuchali i skomentowali bliznę po oparzeniu i wystającą łopatkę, nastepnie wysłali z fakturą, odkopnęli z powrotem do lekarza po ksiażeczkę, no bo zapłacone przecież – to wreszcie Matka mogła wyjść z papierami, że zdolna jest do gnębienia złotej polskiej młodzieży.

A potem była rada pedagogiczna, ale to zupełnie inna para kaloszy.

A teraz Matka, ilekroć wejdzie do toalety, to dłuższą chwilę się zastanawia, czy może już spokojnie z niej korzystać, czy też powinna trafiać w różnego typu pojemniki ku chwale polskiej nauki…

Badania okresowe

Matka popędziła przed swoim ostatnim dniem pracy na rusztowaniu do szkoły, żeby zasięgnąć języka w sprawie badań okresowych. Wszyscy myśleli bowiem, że Matka jest zorientowana w temacie, ale przeciez Matka ostatni raz miała umowę o pracę piętnaście lat temu a wtedy nikt żadnymi wizytami u lekarza się nie przejmował!

Wypisano więc Matce śliczna książeczkę, która pamięta chyba lata pięćdziesiąte, sądząc po kolorze i wysłano, żeby odwiedziła lekarza medycyny pracy i laryngologa. Przedtem należało jednak wykonać trzykrotnie badanie na nosicielstwo, co do przyjemności nie należy, ale jak mus to mus. MiaUżon nabył w aptece trzy urocze pojemniczki a Matka wpadła na pomysł, że nie będzie jechać do Sanepidu, który na peryferiach jest, tylko pobiegnie z rana do jakiegoś płatnego laboratorium w centrum miasta. I tak wywala pieniadze z własnej kieszeni a za pierwszym razem szkoła tego nie zwraca.

Matka zaatakowała więc o świcie pierwsze laboratorium i spotkała ją niemiła niespodzianka. Cała poczekalnia była bowiem pełna rosłych, napakowanych młodzianów.

-„Panowie czekają w kolejce?”- zapytała głupawo Matka

-„Tylko my” – odparło sześciu czy siedmiu – „Bo inni już byli”

Faktycznie niektórzy siedzieli ze zgiętymi rękami. Matce było to bardzo nie na rękę i kombinowała jak wściekła, jak podać ten cholerny pojemniczek, żeby tego nikt nie zauważył, bo drzwi do laboratorium nie było.

-„Eeeeee, to może ja tylko zapytam?” – rzuciła Matka w przestrzeń.

-„A bardzo prosimy” – odparli elegancko młodzianie – w których Matka rozpoznać już zdążyła miejscową, bardzo zresztą dobrą, drużynę koszykówki – i zapletli nogi pod ławeczkami, żeby Matka mogła przejść.

Matka weszła za zakręcik i zaraz ujrzała jednego z koszykarzy czekającego na wbicie igły. Spojrzała na pielęgniarkę oczami zranionego spaniela i dając porozumiewawcze znaki wszelkimi odnóżami zapytała bezgłośnie:

-„Proszę pani, czy robicie tu badania na no-si-ciel-stwo?”

-„Na co?” – pani namarszczyła się z wysiłku, ale ni cholery nie zrozumiała.

Matka znowu bezdźwięcznie zakłapała paszczą:

-„Na NO-SI-CIEL-STWO!!!”

-„Ach KAŁ na nosiecielstwo?” -zaryczała pani uradowana, że zrozumiała – „Nie, niech pani idzie tu i tu, na ulicę taką i taką!”


Matka doszła tam i tam w pół sekundy. Nawet nie pytajcie…

Rozpoznanie

MiaUżon dawnymi czasy często wyjeżdżał na szkolenia i to takie dwu- albo trzydniowe. Matka zostawała na posterunku i musiała wieczorami troszczyć się, żeby samochód znalazł się na podjeździe. Parkowanie pod lasem mogło się bowiem skończyć – mówiąc elegancko – uszczupleniem wyposażenia auta albo zaopatrzeniem go w czapkę-niewidkę. Czpka niewidka polega na tym, że rano wyglądamy przez okno i samochodu nie widzimy. Proste.

Ponieważ coś takiego MiaUżonowi się raz przydarzyło, choć dzielna Policja znalazła pojazd po dwóch tygodniach, więc Matka nie wystawia losu na pokuszenie. Niestety wstawianie samochodu na podjazd przez Matkę, który to podjazd wąskim jest, stromym i ukośnym kosztuje średnio 400 złotych i tydzień pobytu u lakiernika, więc Matka zwykle dzwoni do sąsiada i ma z głowy sprawę.

Ale Matka znowu nie o tym chciała. Bo nie o auto chodzi, ale o Potwory. To znaczy o auto też, bo Matkę wkurzało to wieczne wiszenie na dzwonku do furtki sąsiada, ale kiedy na weekend sama zostawała z Potworami, zwłaszcza zimą, to nie byo to zbyt miłe. Potwory tęskniły, marudziły i stały w oknie, czy tatulek nie wraca.

MiaUżon pojawiał się najczęściej późną nocą, dawał buziaka śpiącej Janeczce a Maryśkę zostawiał w spokoju, bo miała okres, kiedy i bez tego budziła się po dwanaście razy w nocy. Przez rok.

Tym razem więc, kiedy po wielomiesięcznej przerwie trafiło się mu szkolenie i do tego niespodzianie przez kamień w nerce wrócił tego samego dnia w nocy, popędził natychmiast do pokoju Janeczki, żeby dopełnić dawnego rytuału.

Cmoknął Potwora, który wytarł się dokładnie przez sen, jęknał coś i przewrócił na drugi bok. MiaUżonowi było jednak mało.

-„Zobacz Janeczko, kto wrócił!” – powiedział radośnie do Potwora, który był oczywiście szalenie zainteresowany tym faktem. Tak bardzo, jak może być ciekawe twardo śpiące dziecko, o północy…

-„Janeczko!” – porykiwał w ciemnościach dalej, niezrażony niepowodzeniem MiaUżon -„To ja, twój tatuś! Poznajesz mnie?”

Potwór nadludzkim wysiłkiem uchylił jedną klapę w oku:

-„Tak właściwie … nie do końca” – wymamrotał i zamknął szczelnie oko.

Poświęcenie razy dwa

Matka z MiaUżonem sprzedali dziś Potwory do szwagierki na wieś i pognali na poświęcenie obrazu, który Matka (też z poświęceniem, ale innego zgoła typu) ostatnio malowała. Droga była może nie dramatycznie daleka, bo jakieś 200 km, ale za to po krętych i straszliwie wyboistych szosach. Matka już, już myślała, że nic z tego nie będzie przez nerkę MiaUżona, która trochę odpuściła z bólem, ale zdaje się, że puchnie (jutro świtem będzie wreszcie USG, którego żaden z lekarzy zalecić nie chciał, więc MiaUżon sam zaatakuje aparaturę), ale dało radę.

Matka była, uczestniczyła, wiele, wiele miłych słów usłyszała, jeszcze album dostała piękny o papieżu w prezencie. I strych w kościele obejrzała, co jest zawsze najciekawszym miejscem z całego budynku, bo wtyka się tam różne niepotrzebne rzeczy. Kościół co prawda starym nie jest, gdyż poprzedni, drewniany spłonął w latach pięćdziesiątych, ale coś się znalazło do rzucenia okiem. To coś wymaga konserwacji, jest tego warte, choć robota będzie straszna. Jak więc uda się załatwić dofinansowanie, to może znowu Matce coś wpadnie, a byłaby to prawdziwa przygoda konserwatorska – z wycieraczki zrobić znów dzieło sztuki… Matka lubi takie!

A teraz Matka siada, żeby wypełnić MiaUżonowi kolejną ankietę personalną i złożyć w miejscu, gdzie na pewno praca jest znowu załatwiona nie dla niego. Bo to już MiaUżon wie. Ale co Matka ma zrobić? No wypełnia, w końcu nic nigdy nie wiadomo. Znów MiaUzon będzie sfrustrowany i wściekły. Zresztą cały czas jest.

Takie życie.

Czas pokaże.

A Matka tak, jak wspomniała, za dwa dni zaczyna mieszkać w domu już normalnie, bez skakania po rusztowaniu. A teraz tak tylko napisała, żeby było wiadomo, że jest.

Tak sobie relację zdaję

Matka pomału kończy robotę na rusztowaniu. Co prawda prace trwają jeszcze gdzieś do 7-8 września, ale Matka do szkoły przecież idzie! I to nie tylko na 10 godzin do tego najlepszego liceum, ale też na sześć do drugiego! Można więc powiedzieć, że Matka w dwóch szkołach zgarnęła wszystko, co było… Daje to razem szesnaście godzin, z czego czternaście stanowi Wiedza o Kulturze. Innymi słowy Matka będzie miała czternaście klas po trzydzieści osób i nie mniej ni więcej cztermaście razy w tygodniu będzie zasuwać tę samą lekcję. Mattko…

Matka postarała się jednak znależć kolejny pozytyw ( w końcu sama tego chce, sama kurs robiła i sama podania składała z pełną świadomością) – i znalazła!

Przecież będąc lekko podstarzałym stażystą, który musi pisać konspekty, dużo lepiej jest wyprodukować jeden konspekt tygodniowo i powiedzieć czternaście razy to samo, niż czternaście razy mówić co innego i pisać tyleż samo scenariuszy lekcji. Prawda? Chyba prawda!

Ostatnią lekcję Matka poprowadzi z zamkniętymi oczami, tyłem i na głowie.

I tak to w czwartek zaczyna się inne życie.

Matka do pracy.

Janeczka do szkoły – tu rewolucji nie będzie, ale w maju za to I Komunia.

Maryśka do przedszkola – a o tym to Matka nawet nie chce myśleć.

I Matka pewnie będzie jajo znosić przy komputerze, bo musi szczegółowy plan wynikowy dla dyrekcji zrobić. Ale za to znów przy blogu częściej pojawiać się będzie…

Dla relaksu.

Oj, niedobrze, niedobrze…

MiaUżon pojechał dziś rano na dwudniowe szkolenie z pracy. Na szczęście nie tak daleko, bo jakieś sto kilometrów. Miał wrócić rano, ale przyjechał przed chwilą.

I nie jest dobrze. Musiał zaaplikować sobie we wszelkie otwory środki przeciwbólowe, żeby dojechać, bo zostać nie odważył się – miejscowośc mała i w nocy mogłoby być różnie. A przed wyjazdem zauważył, że zaczyna się łączyć z morzem nie za pomocą koloru żółtego, ale ciemnobrązowego. Przytomnie pobiegł rano z pojemniczkiem i wyniki wyszły bardzo, bardzo nieciekawe.

Cóż, ma od dawna kamicę, ale takich sensacji nie było! Zdaje się, że jego nerki wytoczyły działo i oby to był tylko kamień…:-(

A Matka rano siedzi na rusztowaniu i nic nie pomoże. Dobrze, że lekarz bliziutko.

I dawno się nic nie wydarzyło zdrowotnego. Ech!