Do uszu Matki doszedł cieniutki głosik Potworka, który powtarzał jakieś zdanie niczym mantrę. Matka nie mogła się natychmiast udać na sprawdzenie, bo robiła akurat coś w kuchni a Maryśka siedziała na górze w pokoju Janeczki.
Potem trochę też zapomniała i kiedy szła po schodach z pokoju znów zapiszczało. Maryśka śpiewała na bliżej niezidentyfikowana melodię w tonacji luźnej:
-„Tseba zić fzgodzie cały dzień, tseba zić fsgodzie cały dzień!”
Matka zagrzebała w pamięci, ale nic do głowy jej nie przychodziło. Song był mocno poważny, z przesłaniem, autor tekstu nieznany. Melodię można spokojnie przypisać Potworkowi, choć Matka nie sądzi, żeby można to było jakoś zapisać…
Pozostało więc zasięgnąc języka u źródła i Matka przeczekawszy czterdziesty siódmy nawrót „fzgody” zapytała:
-„A o czym ty tak, kochana śpiewasz?”
Maryśka przerwała na chwilę aby przywołać na twarzy wyraz bezbrzeżnego zdumienia.
–„Jak to, nie wies?! Sipiewam o SYJĘCE!” – po czym wróciła do mantrowania.
O Syrence. Aha. Matka wolała nie pytać czy chodzi o samochód czy istotę z bajki. Dopiero by było…
Bój się!
Matka miotała się wczoraj w kuchni. Miotanie się polega na usiłowaniu Matki zrobienia czegoś, co jest praktycznie niemożliwe ze względu na brak czasu odpowiednio długiego do należytego wykonania czynności. To coś ma być pożyteczne – ogarnięciu bajzlu, krótko mówiąc.
Matka udaje więc, że coś robi, przekłada jedną rzecz na inne miejsce, wywala jakiś papierek i zaraz lepiej się czuje, choc mieszkanie nie wygląda korzystniej…
Wieczorem Matka okrutnie zadowolona znalazła kolejną rzecz do wyrzucenia, a był to pojemniczek po Kinder Niespodziance. Czerwony. Matka takich produktów spożywczych nie nabywa, więc zdziwiła się trochę tym bardziej, że w środku coś było. Otworzyła więc i natychmiast obsypała się i pół kuchni naśrupanym proszkiem z kredkowych gryfli.
-„Co to jest, do cholery?” – zapytała elegancko.
Napatoczyła się Janeczka.
-„Uuuuuuuuu!UUUUUUUUUUUUU!” – zawyła i zalała się łzami.
Matka nie miała jakoś ochoty na żarty.
-„Nie rycz, tylko mów co to jest za śmieć?”
-„To nie smieć!” – zaryczała Janeczka – „To są MOCE!!!”
-„Że jak?”- Matka wytrzeszczyła oczy.
-„Moce!!! I teraz spotka mnie nieszczęście! Straszne nieszczęście!!! Ola tak powiedziała!”
I tak to dyrektor Klubu Witch znalazł miejsce utylizacji odpadów u Janeczki, rzucając dodatkowo klątwy. Matka postanowiła przejąć na siebie nieszczęścia wynikające z utraty części czarodziejskiego proszku vel badziewia i ma nadzieję odkazić je (klątwy) czymś mocniejszym.
Moce leżą dalej na blacie kuchennym i straszą…
Licz na dziecko…
Do Matki przyjechali kilka dni temu, kiedy chłód jeszcze był na dworze okrutny, klienci. Zadzwonili najpierw i straszliwie coś Matce było nie na rękę, sprawa nie wyglądała na pilną, oni nalegali i koniec końców Matka się zgodziła na jakąś wieczorną chwilę. Klientami był zaś znany, szanowany, emerytowany lekarz i jego małżonka, więc Matce zależało też, żeby się nie obrazili, bo nigdy nic nie wiadomo.
Sprawa okazała się być z gatunku raczej śmiesznych, bo chodziło o rozstrzygnięcie sporu czy obraz ma zostać w domu, czy należy go sprzedać. Malowidło było raczej sporych rozmiarów, ciemne jak dwunasta w nocy i średnio dobre. Sęk w tym, że nie pasowało do białych ścian, ale pani domu patrzyła na nie lat ponad trzydzieści i czuła sentyment nieprzeparty. Matka wytaszczyła je na taras, bo ciemnawo juz było.
-„Wie pani” – rzekł doktor- „Mi ten obraz to się najbardziej podoba, jak leży w bagażniku!”
I Matka miała pogodzić małżonków. Powiedzieć, że brzydkie i niech sprzedają albo wymyśleć złoty środek na pana domu. No bajka. Należało się przy tym bardzo spieszyć, bo Maryśka sama buszowała w pokoju Janeczki i Matce zależało jak nie wiem co, żeby nic nie wywinęła, bo goście byli bon ton i w ogóle…
Matka doradziła więc, żeby zmienili ramę z czarnej na jasną i kiedyś przynieśli, to Matka podczyści dzieło, to lekko przejrzy. Pan doktor ucieszył się, bo oznaczało to jakieś działanie – trzeba było obraz zawieźć do sąsiedniego miasta do ramiarza zwanego także popularnie oprawcą. Żona zaś będzie patrzyła dalej na swoja martwa naturę i o to chodziło.
Kiedy doszło do sporu, bo chcieli Matce płacić a Matka nie z tych co za takie głupoty biorą i już wyglądało na to, że się przez to nie wyniosą, drzwi na taras otworzyły się szeroko i wszedł, co tam zresztą wszedł – wkroczył, Potworek.
Matka ujrzała, jak oczy państwa doktorostwa robią sie okrągłe jak guziki a paszcze otwieraja ze zdumienia. Obejrzała się więc czym prędzej…
Potworek przechadzał się po tarasie mimo zimna nagusieńki, zawinięty w koc do prasowania, który ciagnął się za nim efektownie.
–„I co tak patsycie?” – zapytał osłupiałych klientów Matki – „Kjójewny fsukięce nie widzieliście?” – i oddalił się z godnością.
Kolega
Matka grillowała zawzięcie, bo dziś to ona ma urodziny. Nie powie które. Kto sie już doliczył, to wie…
Wcześniej poszła, jak zwykle, z rodziną do kościoła.
Z Maryśką w ciepłe dni jest niejaki problem, bowiem Potworek korzystając z otwartych drzwi wybiera wolność i czas spędza na pokonywaniu schodów w tę i nazad. Matka zostaje więc w środku z Janeczką a MiaUżon pilnuje dziecięcia na zewnątrz. Na nic atrakcje w kościele, nawet wakacyjne mulaciątko nie jest w stanie przyciągnąć Maryśki do ławki.
Dziś jednak stało się inaczej. Potworek dostrzegł ulubionego, młodszego kolegę, który spokojny jest nad wyraz, uśmiecha się, łapkę podaje i tak dalej. Maryśka wielokrotnie usiłowała go namówić do wędrówek po kościele, ale nie dawało się. Kawaler nic nie mówił i komunikacja była szalenie utrudniona. Na kilka miesięcy zniknął z pola widzenia i pojawił się teraz znowu. Wydoroślał przez ten czas i zaczął się odzywać, nieporadnie, ale jednak. Maryśka wzięła go więc za rękę a ten posłusznie z nią poszedł na tyły świątyni. Rodzice chłopca wpadli w popłoch. Matka obejrzała się, MiaUżon na wszelki wypadek zatarasował drzwi, ale Potworek wcale nie zamierzał wychodzić. Pokazał za to koledze klęcznik stojący pod schodami, wpakował tam gościa i zatarasował ciałkiem odwrót. Misja została spełniona.
Kumpel siedział cała mszę spokojny, jak aniołek a Maryśka pilnowała pobożności.
Rodzice chłopięcia wyrwali przez ten czas wszystkie włosy z głowy. Mieli ich sporo, bo tatuś posiadał długą, długą kitkę.
Matka nie rozumie takiej nierozwagi.
Przecież za tydzień Maryśka na pewno wymyśli dla kolegi coś nowego.
Co będą wyrywać?
Janeczka

Matka z obłędem w oczach robi dwa torty. Jeden okrągły, drugi prostokątny.
Janeczka ma urodziny.
Ósme.
Z tarczą
Matka dostała wczoraj dobrą wiadomość – dostanie pół etatu w najlepszym ogólniaku w mieście! I do tego powinno być sześć w jej dawnej szkole, która podówczas była na szczycie a teraz lekko chwilowo podupadła.
No to Matka od września nauczycielką będzie…
Drżyjcie narody!
Bo Matka już się trzęsie ze strachu.
Ojciec i Brat
Matka miała pisać o czym innym, ale jadąc rano do pracy usłyszała w radiu co wydarzyło się w Taize. I tak strasznie się jej zrobiło, że nie do uwierzenia.
Bo Matka miała okazję spotkać się z Bratem Rogerem, co prawda nie sam na sam, ale w grupce kilkunastu osób i było to wielkie przeżycie. Matka była z MiaUżonem, wtedy jeszcze AbsztyFikantem zaledwie przez calutkie dwa tygodnie w Taize w 1987 roku. Pamięta, że Polacy nie płacili wtedy nic za pobyt, bo traktowano ich z powodu relacji złotego do dolara jak państwo trzeciego świata. Dobrze tam wiedziano, że stawki dla „normalnych” ludzi byłyby nie do przeskoczenia dla studentów. Matka miała ze sobą cztery dolary i było to pół pensji Matki Matki…
I nosi Matka ten czas głęboko w sercu, bo doświadczyła tam wiele ciepła i wiele dobrego.
I tylko tyle napisze.
Zapamięta datę.
Dwadzieścia cztery lata wcześniej zmarł jej Ojciec…
Dama w perfumy ubrana
Potwory podczas pobytu w Szczawnicy rozrabiały, ile wlezie. Janeczka znalazła sobie natychmiast towarzystwo i znikała, kiedy tylko mogła. Maryśka natomiast robiła inspekcję w domu naszej gaździnki, co należało do jej ulubionych zajęć, jednakowoż przyprawiających Matkę o zawrót głowy…
Trzeba tu dodać, że Matka używa słowa „gaździnka” umownie, bowiem osoba ta jest dokładnie w wieku Matki, bardzo sympatyczna, elegancka i zadbana. Nie chodzi bynajmniej w kolorowej chuście na głowie i kierpcach! Nie zwlania to oczywiście Matki od obowiązku przechwytywania Potworka, kiedy przypadkiem pojawi sie w polu widzenia, dokonawszy wcześniej kontroli w nowiutkiej kuchni, bądź pokoju synów gazdów. Jest to oczywiście szalenie utrudnione przez sposób i szybkość poruszania się Maryśki, której nawet zamontowanie GPSu nie pomogłoby, gdyż urządzenie najpewniej przepaliłoby się z rozpaczy po minucie…
-„Gdzie jesteś, kochana?” – wołała co jakiś czas Matka
–„No tu!” – dochodził z oddali cienki głosik Maryśki
-„Tu – to znaczy gdzie?” – wyrywała sobie kłaki z głowy Matka
–„No psecies mófiem, zie TU!!! – irytował się Potworek z zupełnie innego miejsca.
I tak to wyglądało mniej więcej.
Kiedy jednak wieczorem Matka z MiaUżonem usiedli z gazdami nad herbatą, Maryśka odkryła, że łazienka jest też nowowyposażona.
-„Nic tam nie zrobi!” – uspokoiła Matkę gaździnka widząc obłęd w oczach towarzyszki.
Matka nie była taka pewna. Nie była wręcz zupełnie pewna. Ba! Była całkowicie przekonana, że Potworek zaraz coś zmaluje…
Po chwili Maryśka wynurzyła się z łazienki i do nosa Matki wpadł znienacka straszliwy fetor – taki, jaki daje mordercze stężenie jakiejś perfumy niesamowitej.
-„O, a co ona tak pachnie?” – zainteresowała się gaździnka.
-„Nic, tylko gwizdnęła z półki jakąs wode toaletową!” – poderwała się Matka
-„E, nie!” – pokręciła głowa gaździnka – „Nie sięgnęłaby!”
-„Co tam nie. Wzięła krzesło!” – Matka znała numery Maryśki na pamięć.
-„Pachnie męskimi!” – fachowo ocenił syn gaździny i zawołał starszego brata.
-„No moje! Ale skąd ona je wzięła? Przecież stoją wysoko w szafce!” – zawołał z podziwem starszy.
Matka i gaździna spojrzały na siebie nieco bezradnie i postanowiły zasięgnąć języka u źródła.
-„Kochana moja! Skąd ty wzięłaś te perfumy?” – spytała Matka marząc o wsadzeniu Potworka pod prysznic, żeby zmyć jak najszybciej ten smród.
–„No źłazięki!” – odparł bardzo z siebie dumny Potworek.
-„No to jak z łazienki, to pokaż, jak do nich dosięgnęłaś!” – zarządziła Matka i komisyjnie postanowiła sprawę rozstrzygnąć. Całe towarzystwo władowało się do lokalu.
–„No tu siem podchodzi!„- fachowo wyjaśniła Maryśka – „Podstawia gziwke i mocno naciska!!!”– po czym nachyliła włosy nad mini odświeżaczem powietrza w spray’u przyklejonym do ściany koło muszli klozetowej i zaaplikowała sobie energicznie zapach morskiej bryzy…
Punkt widzenia
Maryśka podczas tankowania samochodu gazem (czy gazem też się tankuje? No bo chyba auta nie można „nabić”?) uważnie obserwowała pana w zielonej kamizelce, który grzebał przy zaworze nissana. MiaUżon rzucił panu „do pełna!” i podążył truchcikiem, żeby jak najszybciej uregulować rachunek.
Matka jak tylko zobaczyła, że Janeczka rzuciła się również na podbój stacji paliw wiedziała, że szybko się nie skończy, bo Potwór wywierci najpierw MiaUżonowi dziurę w brzuchu, żeby nabył jej droga kupna Skittlesy albo inne tiktaki, po czym z otwartych drzwi polecą zapewne pióra.
Zachodziło więc poważne niebezpieczeństwo, że Potworek przypięty w foteliku i znużony po przejechaniu prawie pięciuset kilometrów, zacznie piłować. Jakież więc było Matki zdumienie, kiedy obejrzała się kontrolnie i ujrzała Maryśkę, która bardzo zadowolona patrzyła przez okno na pana, który skończywszy majstrować przy naszym samochodzie, podłaczył wąż do sąsiedniego, po czym zawiesił spojrzenie na liczniku dystrybutora. Pan zaś miast urody góralskiej charakteryzował się raczej śródziemnomorską i przystojny był dosyć, dosyć, Matka nie może powiedzieć.
Po chwili nabijacz spojrzał w okna nissana, ale nic ujrzeć nie mógł, bo odbijało się w nim niebo. Maryśka jednak ożywiła się niesamowicie i wykonała serię uśmiechów, do których po chwili dołączyła międzynarodowe znaki dawane ręką i nazywane ogólnikowo machaniem.
Pan dalej patrzył niewidzącym wzrokiem.
-„Kochana moja” – Matka próbowała dać Potworkowi do zrozumienia, że zaczepianie starszego faceta jest bezcelowe -„Nie machaj tak, pan i tak cię nie widzi!”
–„Nie śkodzi!”– Maryśka zamachała mocniej i wysłała nabijaczowi uśmiech numer pięć – „Waźne, zie JA go widzem!!!
A co!
Matka miala wracac dzis do domu,ale od rana pogoda tak cudna a perspektywa pracy tak oczywista,ze Matka zostala jeszcze jeden dzien.Sa wakacje? Sa!