Ło mattko!

Matka dojechała. I klnie na czym swiat stoi. Bo pogoda jest taka jaka jest i kropka. Deszcze przelotne. Przelatują przez wszystkie warstwy ubrania.
Matka przewidziała jednakowoż taki wariant i zabrała pelerynki tudzież kaloszki dla Potworów. Pelerynki oczywiście rózowe…

Ale poza tym koniec tego dobrego, bo Potwory nudzą się straszliwie i rozrabiaja u gazdów na całego. Szczęście nasze wielkie, że gazdowie w naszym wieku, zaznajomieni świetnie i w związku z tym cierpliwi.

Tyle tylko, że ze spacerów nici. Przynajmniej na razie.
Wieczorami za to ognisko, które jest zadaszone, więc do kielonka nie pada. I na karkóweczkę.
I wiecie co? malowac nie trzeba i nawet myśleć o tym nie. Poza tym odbiorca obrazu był, pozachwycał się, mało tego – pieniądze juz wpłaca, czyli choć na koncie Matce zrobi sie jaśniej.
A w prognozy z naszej TP Matka za bardzo nie wierzy. czy one kiedykolwiek się sprawdzają? Nie! No to bądźmy dobrej myśli…

Ząb, zupa

Matka znów na walizkach. I znów pióra latają w domu. Dostaje sie wszystkim, od wszystkich i za wszystko!

Matka pada na pysk. Do trzeciej trzydzieści w nocy malowała, bo zapowiedział się sponsor na momencik w okolicach trzynastej. No Matka za czymś takim przepada. Pora obiadu, więc z rana popędziła do sklepu, nabyła mielone, nastawiła gryczaną kaszę i szybciutko zarobiła kotlety. Ciastka też przywiozła sklepowe, a co tam!

Kiedy kładła granaty na patelnię z obłędem w oku, nadciągnął sponsor, zupełnie przypadkowo z odbiorcą obrazu. Matka padła na miejscu, ale zaraz przytomnie się podniosła, bo szkoda kotletów przecież, spaliłyby się…

Obraz sie podobał. Chwila trwała dwie godziny. Ciastka zjedli, obiadu nie zdążyli.

Matka była wyliczona co do minuty, ale jakoś tę wizytę niespodziewajkę przeżyła. A potem wypadła jej plomba. I wszyscy znajomi dentyści wyjechali na wakacje. Pozostaje nocne ambulatorium, o ile Matkę w ogóle przyjmą! Nie boli, ale za to rozlecieć się może!

Jak nie urok, to przemarsz wojsk!

W przeddzień wyjazdu zawsze jakiś kwiatek…

Z budką

Matka po nocach maluje. Nie chce, ale musi. I czeka z utęsknieniem na moment, kiedy wieczorem nic musiała nie będzie.

Ale żeby tak było, to Matkę trzeba spacyfikować, bo jest niereformowalna. Bo na każdym obrazku zawsze coś można domalować. Płótno bardzo wytrzymałe jest, w przeciwieństwie do klientów i terminów. Tak więc Matka musi obrazek podgonić do soboty, bo w niedzielę z rodziną się wypuszcza w Pieniny. A stamtąd będzie łaziła na piechotę na Słowację, bo jest rzut kamieniem. I pojedzie do aquaparku do Popradu, byle pogoda była, bo najciekawsze baseny są na zewnątrz.

A wieczorem z przesympatycznymi gazdami sobie zagrillują, a właściwie rozpalą ognisko, nad którym jest zamontowany fachowy ruszt na trójnogu.

I co by nie robiła, to obrazka ze sobą wziąć nie może, bo ten jest wysoki na dwa metry dwadzieścia…

I właśnie po to są wakacje. Żeby tak jeszcze komórkę MiaUżon wyłączył to byłoby fantastycznie, ale nie może za bardzo.

I potem Matka chodzi, a za nią Potwory i budka telefoniczna – dzwoni i dzwoni.

Straszna, straszna jest ta cywilizacja…

Urlop na sznurku.

Ale chociaż za daleko będzie, żeby wrócić!

Między klawiszami

Maryśka ma ostatnimi czasy zmienne humory. Cóż, dorasta… Za moment to będzie normą, jakby powiedzieli rzeczoznawcy w sprawach kobiet.

Humory przejawiają się w porykiwaniach i pochlipywaniach bez konkretnego powodu. A raczej może powodu, którego Potworek wyartykułować jeszcze nie umie. Matka to właściwie się dziwi, bo biorąc pod uwagę rozumek Maryśki jest ona w stanie załatwić wszystko. A tymczasem ryczy i nie chce powiedzieć czemu.

Dwie ostatnie noce wyglądały podobnie – Potworek budził się koło północy, wiercił, po czym zaczynał koncert.

Siusiu – nie.

Nos wytrzeć – nie.

Przykryć – nie.

Napić się – nie.

-„To jak nic nie chcesz, to ja idę spać!” – jęczała Matka i oddalała się, żeby paść na łóżko.

Maryśka wytrzymywała kilka chwil i wyjąc wychodziła przed swój pokój. Potem kotłowała się w Matki i MiaUżona łóżku, skutecznie zakłócając ciszę nocną.

Niestety, ryki nocne przeniosły się także na dzień.

Telewizor wyłączony – płacz.

Gumy do żucia nie – płacz.

Ciastek nie – płacz.

W końcu MiaUżon, którego uszy szalenie sie uwrażliwiają w okolicach godziny dwudziestej, kiedy polska Telewizja nadaje wiadomości sportowe, nie zdzierżył i odpłacił zasmarkanej Maryśce pięknym za nadobne.

-„UuuuuuuUUuuuuuuuUUuuuuuuuuuUUUUuuuu!!!!” – zawył do wtóru.

Maryśka przerwała płacz natychmiast. Spojrzała zdumiona na ojca, po czym skomentowała mocno zdegustowana:

-„No wies ty co? Ale … FAŁSUJES!!!

Punkt siedzenia

Matka wysłała MMS, ale znów nie doszedł. Szlag jasny Matkę trafi!

A chodziło tym razem o to, że Matka ma lekki dołek, bo MiaUżon nie dostał jednak tej pracy, którą sobie wymarzył stanąwszy do wieloetapowego konkursu. Wygrali za to niezbyt lotni, ale szerocy w plecach… takie życie.

Matka do tego wszystkiego, no bo przecież komplecik być musi, dostała ochrzan na rusztowaniu. Przypomniała bowiem, że w poniedziałek wyjeżdża na pięć dni, jak co roku zresztą. I tak, jak zapowiadała.

Niestety zostało to juz zapomniane i Matka wysłuchała o braku odpowiedzialności, solidarności w pracy i tak dalej.

Matka musi tu dodać, że w tym roku etap prac ma być niezakończony. Ruszta zostają do przyszłego czerwca. na rusztowaniu od jutra pracuje dwadzieścia osób, co jest liczbą straszną, biorąc pod uwagę szczupłość miejsca (tu poszło MMSowe zdjęcie…) i konieczność podłączenia dwudziestu pięćsetwatowych halogenów…

Matka nie ma jakiegoś konkretnego etapu do wykonania, pracuje tak, jak wszyscy – raz tu, raz tam. Siedzi zawsze od początku do końca z tygodniowa przerwą na wakacje.

-„Na urlop to się wyjeżdża w listopadzie!” – usłyszała dziś – „Wtedy wczasy na Kanarach sa najtańsze, tylko 1500 złotych za tydzień!”

Tylko, że Matka nie jest razy jeden. Matka jest razy cztery. Nie ma czasu w listopadzie, bo jest w wieku, kiedy posiada się dzieci, tak zwane szkolne. Dzieci wymagają wyjazdu na wakacje choćby na pięć, sześć dni. Matka tez wymaga tego wyjazdu. I MiaUżon.

Litościwie pomińmy fakt, że Matka nie zarobi przez te dwa miesiące na Kanary, choćby nie jadła, nie piła, nie płaciła rachunków i ZUSu.

I ma inne priorytety, niż tylko praca, praca, praca.

Bo człowiek przynajmniej raz w roku musi zwolnić tempo. Inaczej nie warto żyć.

Howgh!

Nie damy się !

Rozmiar

Matka wpadła wczoraj późnym wieczorem do hipermarketu po zakupy. Nie musi nawet pisać, że kompletnie zapomniała o nabyciu ziemniaków, co okazało się dopiero dziś przed obiadem. Nie ma jednak tego złego i rodzina zjadła eksperyment Matki, czyli ratatuję -po raz pierwszy w garze – i trójkolorowy makaron na dokładkę. Ale Matka jak zwykle nie o tym miała pisać.

No bo hipermarket jak zwykle czyha za zakrętem z czymś nieoczekiwanym. Że z wyprawką pierwszoklasisty i przedszkolnego malucha, to Matka wiedziała i skorzystała. Ale zastawił też na Matkę sidła w postaci rajstop i skarpet dla Potworów.

Jak wiadomo skarpety to ta część ubioru, która złośliwie ginie, nie dopiera się, nie wysycha na następny dzień, ulega przemieleniu przez pralkę ładowaną od góry, w ostateczności przez dodatkową wirówkę, wrzyna się ściągaczami i jest wywalana do kosza, pierze się kilka razy pod rząd w wyniku przyklejenia sie do bębna pralki i jest jaśniejsza jedna od drugiej, w końcu niechcący gotuje się razem z białą pościelą, wskutek czego trafia nas jasny szlag, bo powłoki i poszwy są sine – przecież zawsze wpadają w ten sposób do pralki czarne, ewentualnie granatowe skarpetki…

Tak czy owak – skarpety są po to, żeby zatruwać życie ludziom i Matka z tej okazji w maju je zdejmuje i nie wkłada aż do jesiennych chłodów! Ale ten numer nie przechodzi w przypadku Potworów i Matka stale musi dostarczać nowych. Skarpetek – nie Potworów. Potem zresztą okazuje się, że połowa sie nie nadaje.

-„Za grube są!” – mawia Janeczka o ciemnych, które w zamierzeniu Matki miały być praktyczne.

-„Nieładne! Nie będę nosić” – to o czerwonych, zielonych, fioletowych itd.

-„Jejuuuuu! O takie mi chodziło!” – to o wstrętnych różowych w kokardki, serduszka, misie i posypane jeszcze brokatem na dokładkę. Po czym Janeczka jeden raz bierze je w krzaki do Klubu Witch i już Matka ich nigdy nie dopierze, choćby polewała wybielaczem. Sa nieużywalne i koniec.

Wracając do hipermarketu – zaczaił się na Matkę z koszem pełnym skarpet, ale dla Janeczki były w zasadzie tylko jedne, za to ładne. Poza tym zaatakował skarpecinami na Maryśkową nóżkę, co jest jak najbardziej uzasadnione, biorąc pod uwagę wstąpienie w mury przedszkola od miesiąca września. Psiakrew!

Matka zapadła się więc w promocji, co było łatwe, gdyż rzeczona odzież nanożna kosztowała 0,99 złotego za parę, była kolorowa i dobra gatunkowo. W efekcie w koszyku wylądowało jakieś dziesięć par, do tego dwie rajstop i Matka mogła pojechać do domu z poczuciem spełnionego obywatelskiego obowiązku!

Po wyładowaniu zakupów okazało się, że dochodzi 23.00, więc Matka udała się na spoczynek. Kiedy przyłożyła głowę do poduszki – Maryśka podniosła swoją.

-„Idź do niej!” – zajęczała Matka do MiaUżona – „Opiła się i pewnie trzeba ją posadzić na nocniku!”

-„No to idź!” – odbił piłeczkę MiaUżon i jakoś szczególnie Matki tym nie zaskoczył.

Kiedy tak pograli sobie trochę i Matce wyszła piłka w końcu na aut, trzeba było zainterweniować, żeby nie musieć przebierać pościeli.

-„Chodź siusiu!” – zaproponowała Matka Potworkowi.

„Nie!!!” – machnąła ręką Maryśka. Potworek – tu trzeba to powiedzieć jasno – nie bywa w nocy uprzejmy.

-„No to czemu płaczesz?” – zapytała Matka.

Maryśka, o dziwo, nie była zbytnio nieprzytomna. Widać nie spała już od pewnego czasu.

„Pić mi się chce!” – oznajmiła, po czym wytrąbiła kubek wody podany przez Matkę.

-„No to teraz śpij a ja pójdę do siebie” – Matka poczłapała do łóżka.

Nie minęło dziesięć minut, kiedy Potworek nadciągnął i padł pośrodku. Matka miała z głowy kołdrę, co – biorąc pod uwagę tempraturę -nie stanowiło zbytniego problemu. Maryśka nie zamierzała jednak wcale spać i tłukła się po MiaUżonie.

Koło trzeciej Matka miała serdecznie dosyć i rozważała możliwość przeniesienia się do łóżeczka Maryśki, przerażały ją jednakowoż szczebelki, więc dała spokój.Potworek przyrżnął jej nogą w łeb, ponieważ ziewał rozdzierająco i się przeciągał, a następnie umieścił swoją stópeczkę pod Matki nosem.

I wtedy Matka zaklęła szpetnie.

Nie dlatego, żeby coś jej przeszkadzało, bo Maryśka, jak co wieczór, była świeżutko wymyta.

Powodem był rozmiar. Rozmiar stopy. Matka oceniła go z każdej pozycji, wywracając oczami.

Bez wątpienia Matka miała w szufladzie dziesięć par nowych skarpetek dla Potworka.

Dziesięć par ZA MAŁYCH skarpetek…

Być, albo nie być

Matka siedziała sobie z MiaUżonem na tarasie, Janeczka ujeżdżała swoje rolki a Maryśka zajęta była oglądaniem książeczek. Idylla. No nic więcej nie trzeba.

Nagle Potworek wprawnym oczkiem dostrzegł, że najwiekszego zagrożenia dla jego zdrowia, życia i dobrego samopoczucia – czyli inaczej rzecz ujmując, ukochanej siostry – nie ma w polu widzenia, więc natychmiast i cichutko podążył na piętro, żeby robić bajzel.

Jak wiadomo, pokój Janeczki świętym jest i Maryśce wstęp do niego grozi wszelkimi możliwymi konsekwencjami. Lepiej się nawet nie zastanawiać jakimi.

Potworek wyczuł już jednak bluesa i rozrabia, pozostawiając liczne slady działalności w postaci pobazgranych książeczek, dziennieczka ucznia, bądź papierków po batonikach musli, które Janeczka upycha tak świetnie w szafkach, że znalezienie ich zajmuje Potworkowi trzy sekundy. Matka to sie nawet zastanawia, czy nie zacząć zarabiać na dziecku, wypożyczając go na przykład celnnikom na Okęciu…

Wracając do miłego popołudnia – Matka, siedząc na tarasie usłyszała cichutkie chroboty dochodzące z pokoju Potwora. Po chwili odgłosy przybrały na sile, trazskały szafki, skrzypiała kanapa, samo włączyło się radio, potem odtwarzacz CD, który zagrał jakimś bajlandem, po chwili jedną bajką, następnie drugą. Spadło coś z hukiem, zaszeleściło papierkiem, zagrzechotało i co kto jeszcze chce. Pełna orkiestra dźwięków z grubsza mocno niedozwolonych.

Maryśka zapomniała zupełnie, że otwarty jest balkon, a może raczej nie podejrzewała, że między tarasem a balkonem odległośc jest zupełnie niewielka i świetnie służy komunikacji słownej, która to Matka okazję zamierzała natychmiast wykorzystać.

-„Marysiu, co ty TAM robisz?”

W pokoju natychmiast ustały wszelkie odgłosy poza rykiem odtwarzacza.

Z otwartych dzrwi balkonowych zadymiło, widać Potworek włączył myślenie na 12 w skali dziesięciostopniowej.

-„Ja się pytam – co ty TAM robisz, Maryśka?!” – powtórzyła Matka głośniej.

„Noooooo….”– zapiszczało z pokoju, po czym Maryśka odchrząknęła i dokończyła z fasonem – „Ja nic nie jobię!!! Ja tyjko tu JESTEM!!!”

Asfalt

Koło Matki domu Zarząd Dróg będzie musiał niedługo wylać nowy dywanik. Szkoda, bo całkiem niedawno droga była robiona na koszt mieszkańców, tak z rok przed Matki wprowadzeniem się, czyli osiem lat temu. Ominęło nas spłacanie tej drogi, ale wyglądała jeszcze wczoraj całkiem dobrze. Ba, świetnie nawet.

Ale nie będzie!

Nie będzie z powodu Janeczki. I członkiń Klubu Witch w ilości sztuk czterech.

Ich rodzice zmuszeni zostali bowiem do zakupu rolek w trybie natychmiastowym i teraz Janeczka i Reszta jeżdżą w te i nazad po naszej krótkiej i ślepej uliczce.

Cały dzień szu, szu, szuuuuuuuu.

Koleiny wyrąbią, jak nic!

I znów koszty…

Czas przeszły

MiaUżon zrelacjonował Matce powrót z Maryśką ze spaceru po okolicznych uliczkach.

Dzień był gorący, złazili się okrutnie, więc Potworek, gdy tylko wszedł, ostatkiem sił dopadł do kubka z zapomnianą, zimną herbatą owocową, która pogardził rankiem i duszkiem wytrąbił całą.

-„Ojeeeeej” – MiaUżon widząc to, zrobił współczującą minę – „Ależ się dziecku pić chce!”

Maryśka odstawiła kubek, otarła ręką paszczę i w wyraźnie lepszej kondycji odpowiedziała z godnością:

„Nie chce się, tylko CHCIAŁO – a to nie to samo!!!” – po czym odpłynęła na pełne morze z kuchni.