Maryśka dziś z Babcią. Ugotowałam wczoraj barszczyk, taki porządny, z majerankiem i czosneczkiem. Do szczęścia brakowało tylko kwasu buraczanego, ale takie pizdryki to ja już tylko robię na Wigilię.No właśnie, muszę w kalendarz wpisać, żeby za późno go nie nastawić.
Do barszczyku dorobiłam dziś świderki, bo Potwory lubią kluchy wszelakie, no i drugie danie.
Janeczka była jeszcze w szkole gdy Maryśka wsunęła cały obiad. Kiedy wrócił Miaużon, dostał swój obiad. Siadł właśnie i z zainteresowaniem oglądał zawartość, po czym wbił pierwszy kęs na widelec i otworzył paszczę…
I tu nastapiła przerwa, bo przyturlała się Maryśka. Biorąc pod uwagę ilość wsuniętego przed chwilą jedzenia, inaczej nazwać tego nie można…
Spojrzała na MiaUżona z widelcem przed twarzą, jak na stopklatce, zatrzepotała rzęsami i przymilnie powiedziała:
„No chyba das mi to zjeść? No pjosę cię! Ojciec!”
I ojciec popatrzył sobie, jak można nie zjeść własnego obiadu…