Maryśka doprowadzi nas do rozpaczy pchaniem się w każdą dziurę. No bo czy to jest normalne, że dorabia się w domu, do niemal każdych drzwi wewnętrznych, zamki?
Na schody bramki i drzwi, klucze, szafki na wichajstry, jak już klucza za nic się wsadzić nie da.
I wystarczy chwila nieuwagi a Potworek się natychmiast bezszelestnie upłynnia…
Odpływa jak żaglowiec, czasem skrzypnie bramka albo pluśnie sok w kubeczku. Tylko łopotu żagli nie słychać…
Najgorzej, kiedy MiaUżon wychodzi po coś do piwnicy. Na przykład po drewno do kominka, a wtedy otwiera drzwi pod tarasem i wieje zimno, że aż strach.
A Potworek biegnie, jakby w ogóle o tym nie wiedział!
I na nic przemowy, prośby i groźby. Że do piwnicy nie ma poręczy, albo jest, ale Maryśka OCZYWIŚCIE z niej nie korzysta.
Idzie i asystuje MiaUżonowi a ten zgrzyta.
Z piwnicy dochodza krzyki, pacyfikowanie Potworka, ten wraca i zaraz znowu się upłynnia, makabra!
Ostatnio Matka przeprowadziła z Maryśką poważną rozmowę i postraszyła uruchomieniem bezpośredniego kanału komunikacyjnego przez skórę.
No bo Matka widzi, jak Maryśka spada ze schodów. Jak wózek u Eisensteina.
A tymczasem Potworek po raz kolejny się upłynnił.
Z całą świadomością, co go czeka!!!
I zrobił wszystkich w balona…
Zszedł po cichutku do piwnicy za MiaUżonem, który z zapałem grzebał w kominkowej brzozie…
I donośnie zawołał z daleka:
„Ty siem tatujku tyjko nie denejejwuj!!! Ja ci idem WYŁONĆNIE dać wiejkiego buziaka!”
No i co?
Dyplomatka jedna…