Maryśka coś się w nocy rozkaszlała. Rano tym bardziej.
Matka na razie leczyła jej katar domowymi zasobami, typu wapno i Bioaron, ale postanowiła dołączyć do tego syrop od kaszlu. Na cebulę trzeba by było troszkę poczekać, na buraka też, więc Matka zaszperała w szafce.
Mucosolvan odpadł od razu. Potwory go nie znoszą, w dodatku to nie ten kaszel.
MiaUżon, na wyraźną prośbę Matki kupił jednak oststnio stary, wypróbowany, a jednoczesnie chyba już zapomniany syropek Pini.
Pyszny, słodki i w ogóle.
Matka pamięta, że kiedy na zajęciach z malarstwa obniżał się nagle w grupie poziom cukru, wszyscy odwiedzali aptekę i zakupywali syropki. W sklepach słodyczy nie było, jedynie katarzynki łyse, czyli bez żadnej polewy. Po spożyciu ww. katarzynek bardzo wzrastała częstotliwość odwiedzin dentysty, co nie było rzeczą miłą.
Grupa Matki dzieliła się mniej więcej po równo na zwolenników Pini, Symphyti oraz Thymi. Matka należała do fanklubu tego ostatniego.
Pani farmaceutka donosiła zapewne w swoich raportach o nagłej a niespodziewanej epidemii kaszlu studenckiego.
Potwierdzały to niewątpliwie zestawienia śmieciarzy, bowiem pół godziny później w koszu pod akademikiem leżało sobie dwanaście takich samych, pustych buteleczek…
Matka uspokaja, że to nałóg zdecydowanie cukrowy był, nie alkoholiczny. Spirytusu salicylowego wszak nie brakowało, nie mówiąc o wszelkich odmianach cz.d.a. w szafie z odczynnikami…
Matka porzuca dygresje (ależ dawno w nie nie wpadała!!!) i wraca szybciutko do Maryśki.
Potworek z wielkim zapałem wypił znane wcześniej medykamenty i otworzył paszczę do Pini.
Matka wlała. Maryśka przełknęła.
Postawiła oczy w słup.
–„To jest o-hit-ne!!! Majisia wiencej tego pić nie beńdzie!!!” – i Potworek odpłynął lekko obrażony w siną dal.
Ech, nigdy nie wiadomo, jaki też komplet genów się przekazuje…