Nareszcie deszcz!

Piękny poranek mamy dzisiaj. Ciemno, ponuro, leje jak z cebra… I o to chodzi!!! Czemu? Bo jest ciepło…

Do Matki szalenie przemawia temperatura powyżej +5 stopni, bo w domu jest wyraźnie cieplej! A to się bezpośrednio przekłada na taki biały papier, który w okresie zimowym przychodzi do domu i nazywa się rachunkiem za gaz…

Poza tym Matka może sobie troszkę pomarudzić, że nic nie widzi na obrazku, który maluje, ale odkąd przy okazji wymiany pokrycia dachowego (oj, jak to poważnie brzmi) kazała zrobić okno dachowe zwane pieszczotliwie szyberdachem – to już to jest trudniejsze. Ale Matka jest tak straszliwie marudna, że nawet to nie stanowi dla niej przeszkody…

Matka rusza więc szybciutko na odrabianie pracy domowej, czyli czyta znajomych i mniej znajomych królika, póki Potworek smacznie śpi a niani nie ma. A potem coś dopisze.

I przepis na indora sobie przypomni

Indor i szare komórki

A co tam, nie będę Was trzymać w niepewności – indyk wyszedł świetny!!! Jaki indyk? No ten z poprzedniego wpisu…

Jutro może napiszę przepis, jeśli chętni do przeczytania i zrobienia ciała lotnego będą. A indor pachnie jeszcze w całej chałupie. Oczywiście nie był cały, tylko sam cycek, jak mawia kuzynka Matsa, ale ona niepotrzebnie pyta o przepis, bo sama robi świetnego. Może jedynie nie w sosie pumperniklowym…

Aha, nie zjedliśmy go na obiad, bo piekł się półtorej godziny dłużej niż ustawa przewiduje, po prostu go zasznurowałam i był bardzo wysoki…

A teraz przyszłam popracować, co ze względu na późną porę i nabyty brak szarych komórek, straszliwym jest.

To niewiarygodne, jak mózg się potrafi skurczyć na skutek nieużywania. Wystarczyły dwa lata siedzenia z Maryśką i bum. Ja nie mówię, że siedzę z nią i bawię się lalkami, bo przecież mam genialną nianię. jednak po pracy już nic nie robię poza rzeczami typu gotowanie, pranie i sprzatanie. A praca konserwatora jak by na to nie spojrzeć, dość fizyczna jest. Mysleć trzeba bardzo, ale nie na piśmie. I od tego człowiek bardzo się odzwyczaja!

Ostatnią rzeczą, jaką pisałam, był artykuł do Niedzieli i potem już nic. Ani żadna dokumentacja się nie trafiła, nic kompletnie. Toteż, kiedy przychodzi mi wypocić teraz pięć stron na temat, na którym się nie znam – mam kłopot. Rzecz sama w sobie bardzo prosta, bo mam się oprzeć na Ustawie o Systemie Oświaty. Do tego wszyscy z kursu piszemy to samo. Prawdopodobieństwo, że człowiek przeczyta choć jedną pracę, równe jest niemal zeru. Postanowiłam więc zadziałać na niego psychologicznie i rzecz całą potraktować szalenie poważnie.

Właściwie to „poważnie” to jest zupełnie „normalnie”. Ja po prostu zrobię coś, czego na pewno nikt nie zrobi. To coś to zwykłe przypisy…

Sunday

Niedziela częściowo bez MiaUżona. Okazało się, że musi jechać do sąsiedniego, nieco mniejszego miasta, na kontrolę z moją Teściową do szpitala. Zapewne jest wszystko w jak najlepszym porządku, ale pokazać trzeba a lekarz akurat ma dyżur. Trzeba było w związku z tym podzielić siły na kościół. On wcześniej z Teściową a ja poźniej z Potworami.

Było typowo… Janeczka od połowy mszy kręciła się, jak najęta, oglądała swoje dłonie z rękawiczkami i bez nich, sprawdzała, czy nie utraciła zdolności przekręcania tułowia w lewo, a nastepnie w prawo. Potem wyginanie się w przód i w tył, z jednoczesnym obrotem w dowolną stronę, lub bez.

Stałam z tyłu kościoła, bo nie miałam wyjścia. Zwykle tyły obstawiał MiaUżon, teraz nie było takiej możliwości. Obstawianie takie konieczne jest ze względu na sposób uczestnictwa we mszy, przez młodszego Potworka. Maryśka wędruje mianowicie i zwiedza wszystko, co się da. Głównie prezbiterium, niestety, więc wrażeń z kościoła zawsze mam mnóstwo. Na szczęście nie wydaje żadnych dźwięków, jedynie chodzi, ale i tak mam jedno małżeństwo, które nieustannie mnie strofuje.

Uważam jednak, że skoro księdzu to nie przeszkadza ( a rozmawiałam z nim nieraz), to nie będę za nią łazić, bo to by było z pewnością większym zamieszaniem niż mały człowiek, którego ledwo widać…

Poza tym prezbiterium jest 7 stopni podniesione a Maryśka chadza po pierwszym od dołu.

Kiedy była młodsza zdarzało jej się przynieść piękne jabłko lub banana i wtedy był dramat. Musiałam się przedzierać przez tłum , żeby odnieść je do kosza z darami…

Dziś natomiast Maryśka postanowiła odpokutować jakieś- nie swoje chyba winy i poruszała się krokiem pielgrzyma z Ostrej Bramy albo Jasnej Góry, czyli na kolanach… Pół biedy, jeśli po granicie, ale nie wszędzie on jest i po takich wyczynach na betonie mam garderobę Potworka do prania. Na szczęście dziury się nie zrobiły…

A teraz lecę robić nadziewaną pieczeń z piersi indora z pumperniklem. Znalazłam niedawno taki przepis i wygląda baaaaardzo obiecująco. Może byc ciekawe połaczenie smaków!

Czytanie

Maryśka przepada za słuchaniem bajek. Właściwie, to nie tak. Uwielbia, kiedy ktoś jej czyta książki. Ma ich cały stos, takie malutkie, kwadratowe, albo troche większe, z grubymi stronami. Przynosi cały plik, ile tylko w łapkę wejdzie, gramoli się na kolana i wydaje komendę:

„Cytaj!!!”

Siada i słucha, i słucha, i słucha. Cała Polska czyta dzieciom…

Ostatnio jednak „czyta” sobie sama. Można paść ze śmiechu i dowiedzieć się ciekawych rzeczy na temat różnych bajek. Należy tylko zaczaić się za rogiem, żeby nie spłoszyć Potworka. Coraz częściej też zasiada nam na kolanach i wtedy dzieci czytają Polsce…

Dziś mieliśmy znowu taki dzień. Potworek pojawił się z książką i zapowiedział dobitnie:

„A teraz bende cytać wam głośno!!!”

Pomyślał chwilę i dodał:

„Ale mówić nie bende!”

„A dlaczego?” – zdziwiłam się

„No bo pseciez bende wam cytać!”

No tak! Proste….

Czarna flaga opuszczona

Piraci odpłyneli. Dobrze było!

Jak się okazało, rodzice zdenerwowali się chyba przedwczorajszą decyzją pani dyrektor (patrz wpis niżej) i zamiast 25 dzieci pojawiło się jedynie 15…

Do tego trzeba doliczyć oczywiście pozostałe dwie klasy, które jakoś lepiej dopisały ilościowo. Ia przebrana była za ryby, natomiast Ic za ryby głębinowe. Jaka różnica – nie wiem. Dzieci miały na głowie doczepionego mniej lub bardziej udanego karpia (zapewnie akt woli i rozpaczy zdesperowanych rodziców).

W „naszej” klasie rodzice zdecydowanie przejęli się najmniej. Dzieciaki miały na sobie dżinsy i podkoszulki a na głowach chustki z kawałka starego prześcieradła, a w najlepszym wypadku jakąś fantazyjną apaszkę mamy. I dobrze. Chłopcy dodatkowo wyposażeni byli w rewolwery lub plasikowe sztylety, którymi z ochotą dźgali panienki w części miękkie. Była to więc grupa najbardziej aktywna…

Janeczka wyglądała więc w sumie na „najbardziej” przebraną. Oczywiście zakopiańska chustka z frędzlami, którą Potworowi zamotałam w pasie zrobiła furorę, nie mówiąc już o kolczykach z pudła po monitorze, które pomalowałam złota farbą. Na szczęście nie sypało się z nich, ale za to lepiły się koncertowo. Matka chciała, żeby się błyszczały i trysnęła je werniksem w sprayu. Cholernik jeden, na obrazie wysycha, jak głupi a na kolczykach nie chciał. Ale w końcu musiał! No i ta wielkość! I forma… Żeby wyciąć kotwice z tektury, muszą one mieć jakąś konkretną wielkość. I to był strzał w dziesiątkę! Koleżanki patrzyły na Janeczkę z szacuneczkiem, jakby obrobiła Cartiera. Nie wyprowadzała ich z błędu.

Maryśka patrzyła na imprezę ze średnim zainteresowaniem i dopytywała się, kiedyż będzie mogła wreszcie potańczyć. Gdy czas ten nadszedł, a był krótki, bo zaledwie 10 minut, nie wykorzystała go na tańce a zjeżdżała z toru przeszkód, który był jedną z prób sprawnościowych.

Poza tym kilkakrotnie usiłowała skonsumować porzucone na stołach mikstury „sprawnościowe”, ale dzielnie jej w tym przeszkadzaliśmy. Musztarda z dżemem mogłaby jej niekoniecznie wyjść na zdrowie…

Uważam więc, że jako rodzice, też żeśmy się otrzęśli, po czym dodatkowo otrząsnęli z wrażeń…

Piraci!!!

Matko jedyna!!! Zapomniałam!!!

Wczoraj wieczorem Janeczka mi doniosła, że pani wychowawczyni bardzo a bardzo przeprasza, ale na wywiadówce we wtorek nic jeszcze nie wiedziała o planowanym przez dyrekcję przebraniu na otrzęsiny.

O otrzęsinach to ja wiem już od ponad miesiąca, ale o tym, że dzieci należy przebrać to już zupełnie nie! I nie tylko ja, bo dyrekcja wczoraj wymyśliła, że dzieci mają być piratami!

Cholerka! Ja nic tylko szable mam poupychane po szufladach i szarawary! I lunety!

No i do tego wczoraj wieczorem to się tak zdenerwowałam, że mi to z głowy wyleciało. A tu przy obiedzie MiaUżon pyta, jak tam strój. Jejuuuuuuu!

Zalazłam w szafie czerną spódniczkę na szelkach, z jakimiś wielkimi złotymi klamerkami. Rajstopy w paski. Koszulka pod kolor jednego z pasków. Chustka na głowę ze statkami i kotwicami. Chusta zakopiańska z frędzlami do założenia w pasie.

Coś mi się widzi, że Janeczka będzie wyglądać bardziej jak cygański koń!!!

Co robić? Co robić?

Chyba wytnę jej sztylet z tektury i z tegoż samego kolczyki w formie kotwic, no i machnę to na złoto. Wyschnie? Nie wiem. Najwyżej Janeczka będzie sypać złotem jak Janosik…

Wiewióra 19

Matka Polka to jest taką wiewiórką. Najpierw chodzi dwa dni koło lodówki. Nie, nie po to, zeby coś zjeść. Matka z tym kłopotu nie ma, otwiera lodówkę i zjada. Matka na lodówce ma centrum dowodzenia. Poza pracami malarskimi Potwora, wisżą tam niezliczone bloczki z karteluszkami do wyrywania, na których Matka zapisuje, co ma kupić.

Matka lustruje więc wnętrze lodówki i liczne szafki, wypytuje ludzkość domową i zapisuje. Potem śmiga do Tesco, w drodze po Janeczkę i ma. Szybko, sprawnie i bez namyślania się.

Nooo, może nie do końca tak jest. Zwykle Matka wraca z Janeczką, dźwiga kilka worów a niania otwierając drzwi mówi:

„Co, zapomniała pani ZNOWU karteczki?”

No zapomniała. I kupiła oczywiście kompletnie nie to, co trzeba. A ZWŁASZCZA nie kupiła ziemniaków.

Ale trudno. Matka nie rezygnuje i znowu pisze i pisze.

Ostatnio pisała, jak Potworek domagał się „debigosiku” i kajteczki. Był wieczór, więc Potworek nic już z nią nie zrobił, ale zabrał się do dzieła nastepnego dnia.

„No, mamusiu, powiedz, co ces kupić?”

Jakie kochane dziecko, wyręcza mamusię.

„Zapisz, że muszę kupić śmietankę do kawy.” – przypomniała sobie Matka

Potworek nagryzmolił coś zawzięcie.

„I co jesce?”

„Nooo, może ziemniaki, bo znowu zapomnę” – zagrzebała w pamięci rozpaczliwie Matka

„Jus! Jesce coś?”

„Zapisz mięso na kotlety”

„Dobja!”- zapisał szybko Potworek

Złożył karteczkę na pół i przyniósł Matce.

„Pjosę! Zebyś tyjko nie zapomniała!”

Matka spojrzała na kartkę. Kłębiły się tam liczne esy-floresy.

„Zaraz, zaraz! A co tu napisałaś, bo nie pamiętam? „- spytała chytrze Matka

„Eeeeee, nic…” – zmieszała się Maryśka – ” napisajam tyjko, zebyś mi kupiła cukejki…”

Niania ma wolne

Dziś znowu dzień trudniejszy. Moja niania ma zjazd, bo kończy w tym roku studia. Ja już teraz się nie orientuję za bardzo, jak to jest ze studiowaniem, bo za moich czasów zostawało się magistrem i już. No chyba, że jak mój MiaUżon – magistrem inżynierem, który nota bene nie przepracował w zawodzie ani minuty, bo rozpadły się PGRy i inne takie miejsca pracy.

Niania kończy trzeci rok zaocznej pracy socjalnej. Ciekawa jestem, czy będzie uczyć się dalej. Nie byłoby to złe z dwóch powodów – nauki nigdy za dużo i – po drugie – będę jej pewnie potrzebować. Z doświadczenia wiem, że dziecko w maluchach w przedszkolu wychorowuje się tak bardzo, że jest w domu trzy tygodnie, wraca do przedszkola na dwa-trzy dni i znów ze dwa tygodnie w domu. Ospa, zapalenie oskrzeli, różyczka, zapalenie oskrzeli i w kółko Macieju, aż do kwietnia rozrywka. Dodatkowo po kolei towarzystwo sie zaraża i jest totalny szpital. Nie musi tak być, ale wolę to zawczsu przewidzieć. Matka Katastrofistka!

Z Janeczką pozawalałam wszystkie terminy z obrazami i nie chcę tego teraz powtarzać, kiedy rynek jest taki marny.

Muszę to z nianią omówić. Mam naprawdę wspaniałą dziewczynę. rzadko się zdarza, żeby osoba po technikum krawieckim poszła na studia… I do tego pasjonowała się tym, co robi.

Mam więc dziś w domu Teściową. Zrobiłam już szybciutko jajka w „schrzanionym” sosie a dla Potworków (jajek nie mogą…) odmroziłam mięso z szynki i pokroiłam w plastry, póki było twarde. Utłukę już jak przyjdzie mama, żeby Potworek jeszcze pospał. Po wczorajszej rannej pobudce chodził jak śnięty tak od Teleekspressu, właził na fotel i przytulał pucka, chętnie by zasnął, ale paskudna Matka nie dała…

O, znowu od rana pojęczałam, ale na potem mam i coś weselszego. Szybciutko muszę zapisać, bo znowu zapomnę!

Potwór po teatrze

No, jak Matka wyłączyła ten guzik w komputerze to na dobre. I tak powinno być! Matka teraz siedzi z Potworami i korzysta z chwili na Pszczołę…
Potworek już Matkę wyczuł i woła pod bramką na schody, muszę więc pomykać do nich. jeszcze go bajki trochę nudzą, z Janeczką też tak było…

Ale o czym innym miałam. Dobrnęłam dziś do szkoły pospóźniana, bo okazało się, że w Tesco szaleństwo świątecznych zakupów na całego. Matce tez się udzieliło i kupiła starszemu Potworowi tablicę korkową do przyczepiania obrazków, bo lodówka już się skończyła oraz duży globus, tym razem fizyczny. Polityczny Janeczka ma i zna wzdłuż i wszerz, ale nie ma na nim gór i innych takich pizdryków.

Znowu miało być o czym innym. O teatrze, w którym Janeczka była dziś z klasą a właściwie klasami 0-4. zapytałam ją, jak jej się podobało…

„Wiesz co mama?”- jęknął Potwór – „Do niczego był ten teatr! Tańczyły jakieś dziewczynki w strojach ludowych a stare babcie bez zębów, śpiewały…Nudno, jak nie wiem co!”

Hmmmm…No i tego się obawiałam, bo coś mi się wydawało, że tańce będą…

Kogo słuchać?!!

Dziś rano mieliśmy mały Sajgon. Jak zwykle wtedy, gdy jest to najmniej potrzebne, Maryśka budzi się dwie godziny wcześniej.
Narzekać to my nie możemy, to jest kochane dziecko do spania – nie można jej wykopać z łóżka do przyjścia niani, czyli do 8.45 a i wtedy ledwo otwiera oczy. Dodam, że śpi od 21.00 a już koło 20.00 jest pacyfikowana i chlupie się w wodzie. I nie ma zmiłuj się! Z Janeczką też tak było i z Maryśką będzie, żadnych wyjątków, dzięki temu śpią jak anioły i wiedzą, że porządek musi być. Nawiasem mówiąc Janeczka zasypia pierwsza…

Znowu dygresje mnie gubią…

Rano zamieszanie było spore, bo Janeczka jedzie ze szkołą do teatru. Mamy tu na miejscu taki – powiedzmy teatr, ale rzadko używany. Przyjeżdża czasem ktoś z Warszawy, albo z sąsiedniego miasta, bywają koncerty różnej jakości i przedstawienia dla dzieci. Na co Janeczka jedzie, to ja tak naprawdę do końca nie wiem. Nie na sztukę teatralną, ale chyba na występy jakichś zespołów ludowych. Nie byliśmy w stanie z niej tego wyciągnąć.

Dość, ze trwa to półtorej godziny i pani poprosiła na wywiadówce, żeby dobrze nakarmić dzieci, bo nie będą przecież jadły kanapek w teatrze. No ja myślę…

Pani poprosiła jednak również, żeby w związku z tym dać dzieciom jakieś BATONIKI, bo kanapki jeść nie wypada a batonik można… Do tego teatru jedzie 330 dzieci tylko z tej jednej szkoły. Wyobraźcie sobie szelest 330 batoników!!!

Janeczka nie wzięła nic. Na szczęście ma uczulenie na czekoladę i mleko, więc batoniki odpadają i nie musiałam robić jej za dużego wykładu. Ale powiedziałam co myślę, bo jako Matka Polka jęzor niewyparzony mam.

Janeczka spakowała więc malutki plecaczek, a ponieważ idzie potem w szkole na obiad i do świetlicy, więc kanapkę i sok (z czarnej łorzeczki…) i tak dostała.

Wzięłam do ręki ten plecak, żeby włożyc do niego pudełko śniadaniowe a ten ciężki, jak kamień. Ki diabeł?

Zrobiłam przegląd wojsk. W środku znajdował się gruby kalendarz formatu A5, długopis i taka gra komputerowa, która wydaje piekielne odgłosy.

Janeczka uderzyła w ryk, MaiUżon spóźniony do pracy, autobus na Janeczkę pod szkołą przecież nie poczeka.

„Ta gra jest na wypadek, jakby mi się nudziło w teatrze!!!” – wył Potwór.

Ludzie, trzymajcie mnie! Kładź tu dziecku do głowy, że w tetrze nie wypada NIC jeść, no to ono pogra sobie w zamian.

Żadne argumenty nie trafiały, Janeczka ryczała, kanapki nie ruszone, herbata tym bardziej, leki nie wzięte, czas płynie.

„Jadę bez ciebie!” – MiaUżon pobiegł wywlec samochody.

Kompletnie bez sensu, bez Janeczki nie ma po co jakby jechac do szkoły…

„Nie jedź!!!” – szlochała Janeczka – „już się spieszę!!!”

Wszyscy zapomnieli, że wyjątkowo na dole dziś była Maryśka

„Prose tu nie ksyceć na Janeckę!”- wstawił się za siostrą Potworek

„A to powiedz siostrze, żeby była grzeczna i słuchała mamusi i tatusia!” – to MiaUżon

„Dobja!” – Potworek bardzo ucieszył się z misji do spełnienia – „Janecka, mas być gzecna i, i, i słuchać, i słuchać….” – i tu Potworkowi zabrakło pamięci operacyjnej, bo jest dwubitowy, jak Matka Polka…

Maryśka stanęła, namarszczyła się, kombinuje, jak koń pod górę, bo kazali przecież mówić, tylko co?

Nagle bang! Maryśka już wie!!!

„Mas słuchać, mas słuchać co mówi Matka Boska!!!”

I zostawiła Janeczkę z rozdziawioną paszczą ze zdumienia…
A i myśmy rozdziawili…