Konsekwencje

Dziś Janeczka miała pójść do koleżanki po poludniu. Miała, bo nie pojdzie…

Postanowiłam być konsekwentna. Już nie wystarczy słowo „przepraszam”. Przepraszam to jedno a konsekwencje – to drugie.

Janeczka rano tradycyjnie zrobiła cyrk. Prosimy ją, żeby dała siostrze pospać. Maryśka, jeśli wstanie o siódmej rano, potem jest po południu nie do zycia. Najlepiej, jak pośpi do przyjścia niani, prawie do 9.00. Najczęściej tak się udaje, chyba, że Janeczka zaczyna trzaskać drzwiami do łazienki, bo nie podoba jej się na przykład ubranie…

Dziś spodnie były nie takie. Bo spodnie noszone dwa dni z rzędu są ohydne, obrzydliwe i zrobione z g…

I tego było już za wiele.

Janeczka na ostrzeżenie, że nie pójdzie do koleżanki powiedziała:

„No i co? I tak mi nic nie zrobisz!”

A zrobię!

Janeczka przywykła, ze narozrabia, dostanie karę i u MiaUżona w momencie wyprosi od niej zwolnienie. Tyle razy proszę go o konsekwentne egzekwowanie kary. Inaczej to kompletnie nie ma sensu!

Dziś po raz kolejny się nie ugięłam. Inaczej Janeczka będzie nam ciągle włazić na głowę.

Argument MiaUżona był prosty – jak można zadzwonić do dziadków Wiktorii i powiedzieć, że Janeczka nie przyjdzie, bo była niegrzeczna?!

A można. I Matka tak zrobiła. I dowiedziała się, że to tak dobrze, bo Wiktoria też była rano nieznośna, ale nie odwołali wizyty, żeby Janeczce nie robić przykrości…

Przełożyliśmy wizytę na piątek. O ile Janeczka wytrzyma…

Godzilla

Wczoraj Maryśka, jak zwykle zresztą, z uwagą patrzyła na Teleexpress. Matka robiła coś w kuchni i doglądała dziecię z daleka.

Potworek ożywił się wyraźnie, kiedy pokazano kadry z filmu „Godzilla”. Potem zobaczył Promenadę Gwiazd w Hollywood, gdzie mała Godzilla odciskała swoją łapę. Stwór był wybitnie paskudny, ale łaził po czerwonym dywanie i wypuścił z paszczy słup dymu w kierunku zachwyconych fotoreporterów i zaproszonych gości.

Matka popatrzyła na Maryśkę uważnie i zastrzygła uszami. Opłaciło się…

Marysia przemówiła bowiem cichutko do siebie, marszcząc z obrzydzenia mały nosek:

„Popats Majisiu, co to, co to? Ani majpa, ani kjokodil. I tak bzydko pluje z buzi!”

Obiadki w szkole

Dziś pobiegłam rano do intendentki szkolnej, żeby opłacić Janeczce obiady. Potwór oczywiście pożera te szkolne, po czym jeszcze jeden w domu, ale cóż się dziwić. Obiad w szkole jest o 11.30 i niezależnie od jego ilości zgłodnieć można. Cena tych obiadów jest żadna, bo to 2,30 za sztukę a są naprawdę dobre. Janeczka nigdy nie marudzi, chyba, że zupa ma dla niej podejrzany kolor, ale to całkiem inna sprawa…

Tym razem kartki na obiad okazały się być żółte. Co miesiąc są inne i Janeczka z utęsknieniem czeka na kolor różowy – tak, jak wielokrotnie wspominałam – jedyny właściwy dla czegokolwiek.
Zapytałam więc, czy jest szansa na róż i zgodnie z przewidywaniami usłyszałam, że nie bardzo, bo takich kartek to nie kupili. W ogóle to kartki sa wyrysowane na papierku a potem skserowane. Podrobienie ich to pryszcz, nawet kolorowe ksero być nie musi, tylko te żółte kartki… Co zrobić, biznes jest taki, jak jest i szkoły nie stać na inne.

Byłam ciekawa jednak, czy dzieci nie wykorzystują tego, że kartki sa łatwe do sfałszowania. Spytałam.

Pani intendentka westchnęła…

„Wie pani, na obiady nie chodzi znowu tak dużo dzieci, zaledwie setka. Jestem w stanie już rozpoznać większość twarzy. Ostatnio zaczęło mi brakować po kilka obiadów dziennie, więc patrzyłam, kto przychodzi. Zauważyłam dziewczynkę z drugiej klasy podstawówki, która chodzi od kilku dni na obiady, kartkę miała i twierdziła, że zapłaciła za cały miesiąc. Sprawdziłam, okazało się, że mówi nieprawdę.Trzeba było powiadomić dyrekcję, bo jest to traktowane jako kradzież. Wezwano matkę, okazało się, że rodzina jest dobrze sytuowana. I wie pani? Ta matka przyszła do mnie i była OBURZONA. Powiedziała, że dziecko tylko bawiło się w intendentkę a ja nie doceniam jego przedsiębiorczości!!!”

No tak…Może mamusia w pracy też „bawi” się w przedsiębiorczość…? Coś mi się tak wydaje…

Torebka MiaUżona

Torebka stawowa MiaUzona okazała się być zerwaną. Pani fizjoterapeutka ostro wzięła go dziś w obroty, będzie jeździł dwa razy po półtorej godziny. Póki co zaliczył krioterapię i rózne inne ciekawostki.

No to sie dochtory nie pozanały. Pani obejrzała receptę – ortopeda wypisał jakieś ziołowe pastylki…

Niech je sobie…

Malowanie

Wczoraj Maryśka pomknęła ze swym nieodłącznym atrybutem – krzesłem, do kuchni. Krzesło służy oczywiście do podwyższania się w celu sięgnięcia tam, gdzie wzrok nie sięga. Matka jednakowoż czujna była.

„Po co targasz to krzesełko?” – zapytała

„Pomajuje sobie. Mogie?”- zapytał Potworek

„Możesz, możesz, tylko się nie pobrudź!”- łaskawie zgodziła się Matka

Janeczka najwyraźniej zostawiła materiały piśmienne na blacie kuchennym. Potworek zaraz z takich okazji korzysta.

Matka zajęła się swoją robotą a i Maryska też, bo kilka dobrych minut panowała absolutna cisza.

Stanowczo za cicha cisza…

Matka wyjrzała na salony…

Rany Julek….

Maryśka okropnie zadowolona siedziała na kanapie i co trzy sekundy odkręcała bezbarwna pomadkę marki Nivea o smaku brzoskwiniowym, wykonywała permanentny pacyk, czyli MAJOWAŁA się i chowała, najcześciej bez skręcania. Jak bezbarwny może być permanentny? No może, może, w tej grubości może!

„Kochana!!!” – zawołała Matka wielkim głosem -„a kto ci pozwolił brać mamy pomadkę???Nie wolno, masz swoją!”

Potworek sporzał na Matke zdziwiony

„To co, ta jest bajdzo dobja! I mas jesce w łazięce ziejoną…”

Hmmm, no i prawda…

Indyk w pumperniklu

A teraz obiecany przepis na indyka faszerowanego w sosie pumperniklowym. Polecam, bo jest bardzo łatwy i pewny. Można go z powodzeniem zrobić na święta i to już nawet dwa dni wcześniej. Potem tylko odgrzać i gotowe…


Składniki

1,5 kg piersi z indyka

ok.10 dkg szynki, ogonówki, sopockiej, karkówki wędzonej – co kto ma

3 kromki pumpernikla

10 dkg stertego, żółtego sera

cebula
2 ząbki czosnku

jajko

2 łyżki masła lub Rama w płynie do smażenia

1/2 pęczka natki (niekoniecznie)

szklanka bulionu (z kostki)

olej

łyzeczka mąki kartoflanej

sól, pieprz

Przyprawa Kamis do cielęciny – to bardzo ważne!!!


Wykonanie

Mięso umyc i naciąć wzdłuż dłuższego boku tak, aby powstała kieszeń. Rozłożyć jak książkę, natrzeć solą, pieprzem i przyprawą do cielęciny. Sklepnąć i powtórzyć nacieranie od zewnątrz .Kto tej ostatniejprzyprawy nie zna – polecam, absolutnie wyjątkowa, do indyka zwłaszcza.

Szynkę i dwie kromki pumpernikla pokroić w kostkę, posiekać cebulę i wycisnąć w prasce czosnek. Wrzucić na olej lub Ramę i smażyć parę minutek. Podlać łyżką bulionu, wystudzić.

Kiedy ostygnie, dodać jajko, trochę soli i pieprzu, natkę, jak kto lubi i starty żółty ser. Dobrze wymieszać.

Nadzienie włożyć do kieszeni w mięsie (można mięso lekko podmrozić przed wycinaniem kieszeni, wtedy jest łatwiej) i zszyć boki lub spiąć wykałaczkami (ja obwiązałam całość po prostu szpagatem)

W brytfannie rozgrzac olej z Ramą (lub masłem, jak kto woli), obsmażyć mięso na rumiano. Nagrzać piekarnik do 220 stopni. Wstawić mięso, podlać bulionem z pokruszoną kromką pumpernikla i piec około 10-15 minut.

Zmniejszyć temperaturę do 180 stopni, podlać bulionem i przykryć np. folią aluminiową, żeby nie wysychało.

Piec do skutku, to zależy od grubości. Mój był bardzo wysoki i siedział w piecu prawie dwie godziny…

Sos przetrzeć (lub nie), dodać odrobinę wody z mąką ziemniaczaną, zagotować.Mięso pokroić w plastry i zalać sosem.

Niszczyć. Prosta sprawa.

Lew PoNocy

Dziś program dnia całkowicie zaburzony. Wszystko przez MiaUżona…

MiaUżon w ramach relaksu chadza mianowicie na siatkówkę. Grywa głównie z lekarzami, co z jednej strony ma swoje plusy, bo bez problemu szpital udziela mu pomocy lekarskiej w przypadku urazów. Jak dotąd dwa dni siatkówki w tygodniu, zaowocowały dwukrotnym wsadzeniem lewej nogi w gips z powodu zerwania torebki stawowej, złamaniem palca, zwichnieciem palca (to już u ręki)- wszystko w gipsie, no i raz lekki wstrząs mózgu plus kołnierz ortopedyczny, bo ktoś był uprzejmy napluć i MiaUżon w tempie ekspresowym zobaczył czubki swoich butów wzlatujące do góry. Więcej nie pamięta…

Jak widać – sport to zdrowie. Wszystkie plany biorą wtedy w łeb! MiaUżon uwielbia wycinać takie numery w momentach strategicznych – poczatek wakacji, roku szkolnego itd.

Biorąc pod uwagę fakt, że od września nic się nie stało, bo jakoś chyba w końcu lipca zdjęty miał opatrunek z łapy, szanse na spokojne święta miałam nikłe.

Wczoraj MiaUżon udał się na sport nadprogramowy – był to mecz z konkurencyjną drużyną.

Miałam czas na sport własny i ćwiczyłam do mistrzostw Matek Polek w carlingu. W ramach tego zmyłam cały dół chałupy na mokro mopem, wcześniej odkurzywszy z Potworkiem.

Koło 23.00 umilałam sobie czas gawędząc przez telefon z agentką MiaUżona, która wydzwania do niego w takich porach. Bardzo mnie ucieszyło, że wkroczył i mogłam przekazać słuchawkę, gdy tymczasem MaiUżon od progu wycharczał:

„Z nikim nie gadam i telefon potrzebuję, ale już!”

A fuj, nieładnie tak od progu… Przegrał pewnie…

„A do kogo ty będziesz dzwonił o tej porze, jeśli wolno spytać, bo jest jedenasta w nocy?”

„Do szpitala!”- warknął MiaUżon i wszedł po schodach krokiem, powiedzmy pojedynczym. W drugiej nóżce miał schowanego grejpfruta. Dziwne miejsce…

„A co ty masz w skarpeteczce?” – zapytałam złośliwie

„Kostkę!!!”- nie docenił dowcipu MiaUżon.

Zadzwonił do kolegi (i nie miej tu człowieku znajomości), pojechał (jak on to zrobił nie wiem, ale zaparł się, że Teściowej nie ściągnie do Potworków) i wrócił koło 2 w nocy.

„Nie dałem sobie wsadzić w gips!TYLKO skręcona!” – powiedział z dumą

Czy to dobrze, to ja nie wiem. Okazało się, ze dwóch lekarzy mówi co innego. jeden chce go załadowoać w gips, drugi za to mówił, że nic, nawet bandaża niech nie wkłada…

No rano to bez bandaża się nie dało kompletnie, opuchlizna ładnie się ułożyła naokoło nóżki a tu na zabiegi trzeba pomykać. I znowu bez znajomości ani w ząb, bo przecież zanim lekarz przybędzie do poradni to już jeden zabieg zaliczony być może. Dobrze, że właścicielką prywatnego gabinetu jest klientka MiaUżona, będzie miał wszystko zrobione jak najlepiej.

A i tak za dwa dni się okaże, czy gips jednak nie będzie potrzebny.

Dzyń, dzyń, dzyń, idą święta…

Jajo Kolumba

Wracałyśmy dziś ze szkoły z Janeczką. nagle Potwór ni z tego, ni z owego zapytał:

„Mamo, czy ty odczuwasz KULISTOŚĆ Ziemi?”

„Ale jak to …kulistość?” – zapytałam jak durna

„No wiesz, to że Ziemia jest WYGIĘTA. Czy ty to odczuwasz, jak jedziesz na przykład samochodem…?”

Zadumałam się. Jak jadę samochodem?

„Hmmm, wiesz, chyba jednak nie…”

I opowiedziałam Janeczce, jak to statek Kolumba znikał za horyzontem. Nic mi innego do głowy nie przyszło…

Nie zabić świąt…

Gazetki z hipermarketów. Janeczka przeglądająca kartki, wypisująca listę życzeń dla Świętego Mikołaja. Barbie taka, śmaka, Ken, bałwanek w srebrnym kubraczku, Baby born, Nenuco, akcesoria… jeszcze ze dwadzieścia podobnych rzeczy. W domu hałdy nikomu niepotrzebnych zabawek, które po kryjomu wywożę do Domu Samotnej Matki… Znowu nie dostanie tego, co chce, ale nie ugnę się…

Na lodówce lista zakupów: kapusta, śledzie, morszczuk, buraki, indyk, schab, suszone owoce, tysiąc innych rzeczy….

Obok lista rzeczy do zrobienia – okna do umycia, kurz na szafie do wytarcia, firanki do uprania, obrusy do uprasowania, choinka ze strychu, huśtawka na strych, liście wygrabić.

Jeszcze kartki kupić i sensownie wypisać, odstać w kolejce, wysłać.

Pióro sobie wsadzić…

A potem zostaje już tylko naburmuszyć się, bo nikt nie pochwali, bo na pysk się pada, bo okien i tak nie widać…

I święta stają się dniem, jak inne, tylko roboty dużo więcej, z lodówki się wywala, bo nikt nie ma siły tego zjeść…

A może w tym roku inaczej?

Może warto zatrzymać się, nie myć tych okien w śnieżycę, tylko zadzwonić gdzieś?

Spotkać się przy stole?

Porozmawiać?

Kolędy pośpiewać?

Zwolnić?

Przypomnieć sobie, na Kogo czekamy?

Zauważyć, że się narodził?

Warto! Jeszcze zdążymy…

Oczy szeroko zamknięte

Dziś w nocy Maryśka znowu wylądowała w naszym łóżku. Przyniosłam od razu sobie jej kocyk. Zawsze to lepsze, niż nic. Maryśka zwykle wyrzuca nuny na kołdrę i wtedy nikt nie ma z niej pożytku. Bo po co? Najważniejsze, że Potworkowi jest ciepło!

Takie historie zawsze dzieją się w okoliczch pełni księżyca, wilka mamy czy co?

Do tego śpię potem jak mysz pod miotłą i reaguję na każdy szelest – a nuż Maryśka gdzieś pójdzie?

Dziś Maryska usiadła na łóżku koło pierwszej w nocy.

„Gdzie mas łyskę?!!”- zapytała

MiaUżon nadludzkim wysiłkiem uchylił jedna klapę, żeby nie stracić za wielu kalorii przy otwarciu dwóch.

Maryśka siedziała i rozglądała się. Właściwie trudno powiedzieć, że się rozglądała, bo oczy miała zamknięte, ale kręciła głową na prawo i lewo.

Nic się nie odezwaliśmy, po co ją budzić?

„GDZIE MAS ŁYSKĘ?!!”- Potworek znów.

„W szufladzie…” – próbowałam uspokoić Maryśkę.

„Aha” – powiedziała i padła na łóżko.

Minęło dziesięć sekund, Maryśka siadła znów jak zepsuty nóż sprężynowy

„A gdzie jest MOJA łyska???”

„Też w szufladzie…”- wymamrotałam

„Aha! To dobze! To ja idem spać!” – zadowolony Potwór padł ponownie na poduszkę

Jako i ja padłam pod kocykiem 70x100cm…