Mikołaj

Matka ruszyła wczoraj na podbój sklepów. Nie, żeby jej się chciało, ale na wyraźny prikaz MiaUżona. Matka wie, że u Potworów na podłodze kłębią się wszelakie zabawki i ma tego dosyć. Nie chciała więc kupować nic trwałego, ale raczej jakieś słodkości i jakby zagrzebała dobrze w domu, to by cosik znalazła bez wątpienia.

MiaUżon jednak nie i nie. Matka by go wysłała, żeby tak połaził sobie w niedzielę po hipermarkecie, ale MiaUżon ciągle z nóżką niedomaga i nici z planu.

Napadła więc Matka Real i zwiędła już w progu. W środku cyrk, rodziny niemal piknikują, płaszcze w wózkach, pod płaszczami niemowlęta, wszyscy łażą jak muchy w smole.

Matka już w progu wbiła się na kosz z czapami i wyciągnęła dla Janeczki jedną, z szalikiem. Coś już było. Maryśce wielkie pudło ciastek duńskich i jeszcze dwie malutkie maskotki, które zaraz potem Matka wyciepnęła z powrotem, bo to przecież kompletny bezsens wydawać pięniądze na zbiorowisko kurzu.

Matka przelatując więc koło męskich bardziej półek nabyła drogą kupna dwa Matchboxy, wsadziła wszystko w skarpety i zadowolona była w miarę.

W nocy Janeczka, której normalnie armatą nie ściągniesz z wyra, zaczęła łazić, jak Marek po piekle.

„Mamaaaaaaaaa, coś okropnie szelesta mi w pokoju…”

No jasne, MiaUżon upychał Potworowi czapkę do skarpety.

„Śpij, śpij” – mruknęła wyczerpująo Matka

Janeczka ponagniatała folię, pomerdała skarpetą i padła na łóżko.

„Ee, nie, ja chyba widziałam tatę, poczekam na Mikołaja…” – wymamrotała zasypiając

Bang!

No i od rana sobie Matka zaplanowała mnóstwo rzeczy a tu bang! Niania przyszła ledwo żywa, ma od trzech dni 39 stopni i nic poza tym… A to niedobrze wygląda, bo niania jest po przeszczepie nerki. I w czwartek była na kontroli i lekarza jest kompletnie zmienił leki. Może nie działaja na nianię tak, jak powinny?

Rety, rety, pobiegła dziewczyna na USG czy jest OK, czy znowu cos sie dzieje. Bo juz raz była akcja, nerka się przesunęła, kabelek się zagiął i wszystko się zaczęło paprać. Tylko nie to! Lecę do Potworka, pozbieram myśli i zajrzę za czas jakiś.

Kulinarnie znów

Kontynuując tematy jedzeniowe…

Matka wypuściła się tydzień temu na koncert i zabrała na niego koleżankę z klasy. Matce przysyłają zaproszenia dla dwóch osób a MiaUżon musi zostać z dziećmi. Gra przy tym role ostatniego cierpiętnika, jakby nie wiedział, że Matka doskonale się orientuje, że on koncertów nie znosi. Matka już dawno machnęła ręką, bo co ma zrobić? Na koncercie były utwory Piazzoli a to nie jest najłatwiejsze. Ech, znowu nie o tym…

Po Matkę koleżanka zajechała wozem. Matka specjalnie nie protestowała, bo wóz koleżanki nowym jest i ładnym. Czarna Honda Civic. Koleżanka zanabyła sobie ją drogą kupna na skutek szczęśliwego trafu – jakiś czas temu wygrała samochód w konkursie bardzo poczytnego kobiecego czasopisma. Wygrała jak najbardziej zasłużenie – najpierw napisała odpowiednie hasło a potem stanęła do regularnych zawodów, w których musiała się wykazać techniką jazdy. No i pokonała zawodniczki bardzo doświadczone, często panie – taksówkarki, i wygrała Fiata Barchettę, cudny kabriolecik, który jednak żarty był niesamowicie i wskutek tego nieopłacalny bardzo. Poza tym koleżanka moja posiada dwójkę dużych dzieci a cabrio na dwie osoby bodaj było. Zaplanowała sobie zaraz więc, że po pół roku puści go wolno i zakupi hondę, co uczyniła.

No to Matka wyjaśniła już, czemu nie pojechała swoim,ziuuukającym nadal, hopelkiem.

Koleżanka podjechała po Matkę i wniosła do chałupy wielką siatę. Wręczyła ją Matce i mówi:

„Masz, kochana, w prezencie, dostałam straszliwe ilości tego i musisz mi pomóc to jeść!”

Matka zajrzała z ogromnym zaciekawieniem, bo kształt całości był dziwny.

W środku kłębiły się setki przepiórczych jajek. Mniam, mniam.

Koleżanka miała nadzieję, że Potwory mogą te jajka jeść, ale nie. Matka nie wyprowadzała jej z błędu, żeby nie było jej przykro.

Potwory nie mogą, Matka wielokrotnie sprawdzała. Żadnych jajek, żadnego mleka, żadnej czekolady i wielu innych rzeczy.
No trudno się mówi. Może wyrosną.

Dziewczyny przywykły już też, ze my czasem jemy coś, czego one nie mogą. Jeszcze nie tak dawno jedyną porą jedzenia pizzy była północ, bo nie można było nawet zagnieść ciasta o normalnej porze, taki był raban.

Matka ugotowała więc przemysłowe ilości jajeczek i podała je, z braku czasu, po prostu z majonezem.

MiaUżon zjadł migiem a Matka się rozsiadła i zajada.

Spod ziemi wyrosła Maryśka. Zajrzała do talerza i mówi:

„Jakie hajne! No hajne, ze nie wiem co! Daj mi tes!”

O, koniec świata. Zaczyna się. Matka musi iść znowu do kuchni i wleźć na blat, zeby nie było widać, co ma na talerzu.

„Nie ić, nie ić, daj mi jajo!”- zawołał zrozpaczony Potworek

„Kochana, nie mogę, bo mi spuchniesz jak balonik. Po prostu MOWY NIE MA!”

„E tam!” – Maryśka na to- „jeśt mowa, jeśt!”.

Wyrodni rodzice

Mowa tu o Matce i MiaUżonie. Wcale nie są to refleksje z kursu. Dziś był wykład i matka padała z nóg, bo szalenie fachowo pan mówił, no a Matce tych szrych komórek nie staje po karmieniu Maryśki…

Podobno jednak komórki się regenerują, więc Matka pełna nadziei jest. Nie, no trudno pan mówił, jak do studentów pedagogiki z V roku a nie do zbioru przypadkowych dosyć osób.

W każdym razie nic w tym temacie Matka do powiedzenia ciekawego nie ma , natomiast zajęcia z psychologii będą kontynuowane za dwa tygodnie i na pewno coś ciekawego Matka napisze, jak nic!

Matka porzuca dygresje i wraca do wyrodnych rodziców…

Dziś po powrocie z kursu Matka zastała Potwory naburmuszone. Była godzina 15.00. Dzieci nakarmione obiadem po sufit. No i głodne…

„Mamo, daj mi coś do jedzenia, bo umieram z głodu!!!” (Matce oczywiście podczas wykładu trzy razy podawano obiad z przystawką…)

„Zrobię ci chleba z wędliną”

„Na chleb to ja nie jestem głodna!!!”

Nie, no Matka to wie, Janeczka bywa po obiedzie głodna na ciastka, lizaki, kisiel lub chipsy. Z naciskiem na chipsy. Ale Matka ostatnio ma powietrze w portfelu i nie nabywa, i już!

Matka zna, poza tym takie teksty i juz za bardzo się nie przejmuje. Nie tak dawno bowiem miała miejsce następująca historia:

Matka nabyła największą patelnię Tefala. Głupotę lekką zrobiła, bo patelnia okazała się być większą od pola prądowego na płycie Matki, ale co tam! Grunt, że osiem wielkich kurzych udek wchodzi jednocześnie. Bo Potwory trzeba zarzucac wielkim ilościami jedzenia natychmiast.

Matka robi więc osiem pysznych udek, po czym z MiaUżonem patrza, jak Janeczka wrąbuje cztery a Maryśka… cztery. Gdyby zrobić dziesięć, to i tak tylko patrzylibyśmy…

Do tego po pół wiadra ziemniaków, miednicę sałaty z winegretem i michę zupy.

Pięć minut po obiedzie Janeczka melduje:

„MaMAAAAAAAA! Strasznie głodna jestem!!!”

„Janeczko, przecież przed momentem tyle zjadłaś! Ciebie brzuch boli nie z głodu, tylko z przejedzenia!”

Janeczka zaczyna lać łzy jak groch i szlocha smarkając na prawo i lewo:

„Tak! Tak! Doczekałam się! Że, że, że, że właśni rodzice mnie GŁODZĄ!!!”

Ucz się, ucz…

Matka wróciła z kursu. Zadowolona, jak nie wiem co, bo szalenie ciekawie dziś było.

Podstawy psychologii to się nazywało i prowadziła zajęcia bardzo rozsądna kobieta lekko po pięćdziesiątce, jak się okazało wzięty psycholog z sukcesami.

Mówiliśmy o autorytetach i cechach dobrego nauczyciela. Poza tym porównywaliśmy rodzaje komunikatów werbalnych i ich efekt (na nas, czy dzieciach). Kapitalna sprawa.

No i dowiedziałam się, że gadam z Potworami głupio, że aż strach! Chcę dobrze a psu na budę to się zdaje.

Bo takim małym dzieciom się nie tłumaczy, bo i tak skutku to nie odniesie…

Powiedzmy takie mycie zębów Janeczki. Jak widzę, jak ona zamiata tą szczotką, to gdyby jedna jedniusieńka wielka bakteria tam siedziała, to chwyciłaby się któregoś zęba i chichrała jak najęta… No więc ja tłumaczę jak pastusz krowie, żeby myła tak i siak, bo inaczej to jej się dziury porobią i będzie pół życia spędzała u dentysty. No i błąd. Dziecko takich rzeczy kompletnie nie pojmuje a człowiek wykłady robi w najlepszej wierze i dziwi się, że groch o ścianę.

Echhhhhh…

A najgorzej to z Potworkiem. Czasem trzeba kombinować, żeby coś zrobił.

„A ciekawe kto pierwszy zje obiad, mamusia, czy Marysia…?”

„Oj, oj, musimy koniecznie szybciutko zejść na dół i sprawdzić czy aby tatuś nie wrócił już z pracy…”

Czy tatus aby nie wrócił o 9.30…

I co się okazuje?

Że jest to do obrzydliwości posunięta wręcz, manipulacja, która krótkie nogi ma bardzo.

I człowiek chce tu dobrze a kłody sam sobie podkłada pod nogi…

I potem zwala wszystko na nadpobudliwośc dziecka…A metody wychowawcze ma do niczego… I nawet o tym nie wie…

Coś matka czuje, że ten kurs pedagogiczny to jej się przyda bardziej, niż sądzi…

Ankieta

Matka wczoraj poszła na ankietę. Nie tak sobie zwyczajnie, tak nie da rady. Matkę zapraszają, bo jest w bazie i pasuje akurat do badań…

Być w bazie jest miło, bo taka ankieta nie tylko interesująca bywa, ale daje tez zarobić i to całkiem, całkiem. Matce zdarzyło się, że za godzinę zegarową dostała 100zł, co było baaardzo przyjemne i pożyteczne, bo przez Gwiazdką było. Wczoraj co prawda „zaledwie” 60zł, ale temat ciekawy. Bo na takiej ankiecie trzeba się nieźle naprodukować, nie ma lipy. W końcu po pierwsze płacą konkretnie i za coś. Płacą natentychmiast. Jest się wybranym i ktoś człowieka poleca, nie można mu więc robić obciachu i siedzieć cicho. I poznać można parę osób i posłuchać, co mówią…

Ankietę robią ludzie z firmy, zajmującej się takim rzeczami – na zlecenie kogoś, wczoraj akurat pewnej telewizji satelitarnej od pani w srebrnym kubraczku. Firma miała wyczuć, co jest przeszkodą w założeniu talerza przez przeciętnego Polaka w wieku 30-40 lat, niemającego dostępu do kablówki.

Chyba nie trzeba nikomu mówić, że cena. Cena zaporowa, jak mi się wydaje. Bo żeby przyzwoicie sobie popatrzeć, czyli mieć coś ludzkiego dla dzieci i jakiś Canal+ lub HBO (albo albo) – należy wydać 82 złote. To rozbój! Do tego dochodzi przecież abonament telewizyjny i radiowy.

Telewizja ta, kusi coraz bogatszą ofertą programów. Masz więcej do wyboru za jedyne sto trzydzieści cośtam. A ja pytam – po co? Doba ma 24 godziny i tyle. Nie da się jednocześnie patrzeć na więcej niż jeden program…

Doszliśmy więc do wniosku, że pakiet najdroższy jest dla bardzo bogatego bezrobotnego, który nie potrafi inaczej zająć sobie czasu…

Ja bym sobie tę telewizje wzięła w jednym przypadku – gdybym mogła sobie skomponować np.20 programów, które mnie interesują. Bo po co mi płacić za 200, jeśli oglądam 5-6?

I uważam, że obniżenie ceny o połowę spowodowałoby zwiększenie ilości abonentów nie dwukrotne, ale 5,6 a może siedmiokrotne. Tak było przecież z Tepsą i dostępem do neostrady.

Wiem, umowy, licencje itd. Ale biznes jest biznes.

Ja to w ogóle telewizorni nie mam czasu włączyć, wiadomości dobrze, jak obejrzę, ale czasem miło na dobry film spojrzeć…

Ciekawe, co myślicie? Drogo 82 złote za pakiet? No dla mnie astronomiczna cena… A tańsze mocno okrojone są… I nie takie znowu tanie…

Zwijka

Wczoraj Potworek moczył zawzięcie swe, niezbyt tłuste ciałko, w wodzie z płynem (słynnym pieniącym się, z Biedronki). Pora zrobiła się późna wyjatkowo i MiaUżon przestępował z nogi na nogę, bo chciał wleźć już do brodzika. Właściwie to trudno powiedzieć, że on przestępował, bo nóżkę ma cały czas lekko nieczynną, ale zabiegi robią swoje. Powiedzmy, że zdjął bandaż i przepytywał Maryśkę na okoliczność ulotnienia się z brodzika.
Nie muszę dodawać, że Potworek ani myślał opuszczać miejsce zażywania kąpieli. Dyskutował z MiaUżonem i wypytywał o chorą nogę. Odkąd Potworka wpakowali omyłkowo w gips, jest mocno na punkcie nóg przewrażliwiony…
Cierpliwość wszystkich wyczerpała się jednak, woda też wymówiła i ochłodziła się niebezpiecznie.
Postanowiłam zadziałać szybko i zwięźle.
"No, kochana" – powiedziałam -"koniec kapieli! Zwijamy się z tego brodzika!"
Maryśka zatrzepotała rzęsami i zapytała o szczegóły:
"Źwijamy siem? A cim? Bandaziem?"

Technicznie


Matka zaraz się musi wypuścić na ankietę. Jaką? A to Matka jutro napisze o co chodzi. W każdym razie bądź Matka tam chodzi co pół roku i sobie dorabia przez godzinkę albo dwie. To jutro.

Dziś to Matka się za to rano wkurzyła. Bo nie jest techniczna, ale za to chyba nadsłuchowa.

„Żebys ty tak słyszała, co JA mówię, jak słyszysz dobrze w samochodzie!” – narzeka na ogół MiaUżon.

No bo Matka nic nie poradzi na to, że słyszy skrzypy i stuki.

Czasem Matce się trafi, jak ślepej kurze ziarno, że dostąpi zaszczytu pojechania gdzieś nissankiem. Latem to jest wręcz niemożliwe, bo nissanek posiadywa klimę i jest obiektem bardzo pożądanym w związku z tym. MiaUżon jedzie nim do pracy, klima potem osiem godzin się wygrzewa i MiaUżon uroczyście wraca.

Matka za to zaiwania po całym mieście, odwozi Potwora, przywozi Potwora, załatwia zakupy i sprawy w zusach i skarbówkach, targa tego biednego potworka ze sobą, jak niani nie ma – i topi się w upał jak masło na patelni. I chodzi z wścikiem niemożliwym, bo nie o to chodzi, że ona klimy nie ma. Też coś. Matka całe życie bez klimy jeździła i dobrze jest. Matce tylko dzieci żal, bo Maryśce nie raz kałuża z potu pod oczami stała i darła się, jak opętana, ale co się dziwić.

Jeju, no Matka to znowu w te dygresje wpadła. Nie wyleczy się z tego i już…

No to, jak Matka pożyczy tego nissanka to zaraz coś wysłyszy. I donosi:

„A jak gazu dodaję, to brzęczy coś z przodu, tak pod maską, bardziej z prawej, wytrzymać nie można. A jak puszczam to przestaje”

„Ciebie to gdzieś puścić, ja też to słyszałem, mówiłem, wszyscy mechanicy wsiedli i nic nie było słychać!

„To puść jednego” – Matka na to _”pewnie coś się dociążyło i dlatego. Niech jeden słucha”

MiaUżon wzrusza ramionami i idzie sobie.

Odkąd Matka w półrocznym nissanku wysłyszała, że siadły amortyzatory z tyłu i MiaUżon się wściekł, że chyba do reszty jej odbiło – a potem sie okazało, że mają 7% sprawności i firma natentychmiast je wymieniła, to już MiaUżon nie chce słuchać krakania Matki.

Ojej, Matka znowu nie o tym.

No więc tym razem matce w jej hopelku, co to nie ma klimy ani wspomagania, zaczęło coś robić w kole ziuuuuuu, ziuuuu, ziuuuuu. Matka podzieliła się troską ale MiaUżon powiedział, że to koła niewyważone. I że ich nie wyważy, bo Matce kupi wreszcie zimówki, to wtedy wyważą. Matki to kompletnie nie przekonało, bo uparta jest jak osioł w kolorze blond.
No i kupił MiaUżon wczoraj zimówki, dwie jakieś obce, lekko użyte po 50 zł i nówki Fuldy (na przód), ale w używanych oponach, za 60 zł. Darmo.
I wie, Matka, ze zimówki są głośniejsze.
Ale Matka nie chce, żeby one teraz jeszcze głośniej robiły ziuuuu, ziuuuuuu, ziuuuuuu. Zwłaszcza, jak Matka puszcza na luz.
I Matka kracze od tygodni, że to poszły łożyska, ale MiaUżon tak okropnie się wścieka, że szkoda gadać.

Ciekawe, na czyje wyjdzie… Pewnie na mechanika….

Zapewne nikt przez to nie przebrnął, ale trudno, Matka mało techniczna jest, ale ziuuuukanie to ją doprowadza do rozpaczy i musiała to z siebie zrzucić.

I jedzie ziuukając na ankietę. A może watę do uszu wsadzić?

Bajka

Wczoraj Maryśka wyjatkowo szybko zdecydowała się, z czym będzie spać. Nie można jej nic proponować, bo zaraz mówi, że cos jest za duże, albo za małe, albo za „twajde”.

No to ja pytam z czym chce spać i Potworek wybiera. Raz to idzie wolniej, raz szybciej, ale lepsze to, niż propozycje Matki.

Tym razem na topie jest Berta, lalka Matki Polki sprzed lat 34 chyba.

Gorzej za to było z bajką. Matka to za bardzo biegła w bajkach nie jest. Na okrągło Kopciuszka męczy, a ostatnio także Czerwonego Kapturka i dyżurną bajkę o piesku albo kotku.

Wczoraj Potworek był bajkowo nastawiony na „nie”.

Postanowiłam zastosować metodę taką, jak w przypadku zabawek do spania.

„To dzisiaj Marysiu wybierz sobie bajkę a mama opowie…”

Potworka zatkało z lekka, ale zakurzył przepisowo a uszu i ciężko pomyślał.

„Wiem!” – zawołał – „dziś chcem bajkem o Czejwonym Kopciuszku!!!”


No tak, jutro będzie „Śnieżka w butach”…?

To, co najwazniejsze…do szkoły

Dziś próbowałam bezskutecznie spruć Janeczkę o 7.00, żebyśmy zdążyły do szkoły. Ja zwlekam się o 6.30, okupuję łazienkę, potem włazi MiaUżon, bo zwykle odwozi Potwora. Teraz MiaUżon zalega w łózku dłużej, ze względu na nóżkę, więc nie ma takiego strasznego tłoku przy wszelkich otworach łazienkowych, łączących nas z morzem…

Janeczka nawet się wyszykowała, śniadanie zjadła i zaczęła się ubierać. I to już poszło znacznie gorzej.

Wygląda to (w duzym skrócie) tak:

Janeczka siada na schodku, ziewa rozdzierająco.

Drapie się w głowę.

Ziewa

Sięga po spodnie z polaru.

Próbuje trafić w nogawkę a to trudne, bo szuka jednocześnie lalki, którą naszykowała do szkoły

Spuszcza głowę i liczy fugi na podłodze

Przeciąga się

Tu mała cezurka – Matkę trafia jasny szlag, Janeczka wchodzi na drugi bieg

Wkłada drugą nogawkę, wstaje z nadludzkim wysiłkiem…

To może oszczędzę Wam opisu wiązania butów, bo to dopiero można dostać małpiego rozumu.

Potem Matka wypryskuje,otwiera bramę, przedziera się koło choinki, włazi do samochodu na podjeździe, odpala, wyjeżdża, zamyka bramę, chowa się do samochodu i czeka. Odgryza w międzyczasie pół kierownicy, ale tylko od góry i od dołu, żeby mozna było cokolwiek trzymać.

Janeczka wynurza się z domu, ciągnie worek i kupę bambetli – dziś lalkę, hipopotama, którego nie zauważyłam i jakąś zawieszkę niewiadomego przeznaczenia.

7.45 – czeka nas korek na moście, potem drugi pod tunelem. Szanse, że dojedziemy dopiero dwie przed ósmą – 100%.

Jedziemy jak szalone, po chwili odzywa się Janeczka:

„MaMAAAAAAAAA! Ale ja zapomniałam tornistraaaaaaaaaaaaaa…..”