Damski bokser

Janeczka wróciła parę dni temu ze szkoły bez humoru. Łaziła po domu przez pół godziny jak Marek po piekle, aż w końcu przyszła i wyrzuciła z siebie żale:

„Mama, ja to bym chciała, żebyś porozmawiała z panią!”

Oho, coś się stało…

„Masz jakieś kłopoty?” – nastawiłam uszu

„No mam, bo wiesz, Michał to mnie bije!”

Krew we mnie zawrzała. Bije mojego Potwora?!

„Michał jaki?” – krótka piłka

„Noo, Michał …ski. Juz tak mocno mnie bije na przerwach, że mnie boli!”

Aaaaaaaaaaaa…Znamy, znamy! Michał …ski wywarł na mnie takie wrażenie pierwszego dnia w szkolnej szatni, że zaczęłam pisać bloga! Toż to właściwie ojciec chrzestny pamiętnika! Jak mogłam o nim zapomnieć?

Przybiję łobuza za uszy do ściany!!!

„Słuchaj Janeczko, nie ma sprawy, ja się wszystkiego dowiem” – obiecałam a krew we mnie wrzała jak jasny gwint.

Należało jeszcze wziąć pod uwagę tę możliwość, że albo Janeczka spuściła Michałkowi łomot, w co osobiście wątpię, albo wyzwała go od takich i owakich, co już było znacznie bardziej prawdopodobne…

Pojechałam do szkoły i zamierzałam sprawę wyjaśnić najpierw z samym Michałkiem. Nic z tego. Słabowity jakiś, rozchorował się i już.

Próbowaliśmy kilka razy, nie było go. W końcu rankiem trafiło na MiaUżona…

Przydybał go, porozmawiał.

„No i co? No i co?” – zapytałam po powrocie

„No i nic.” – wzruszył ramionami MiaUżon – „porozmawiałem, co mam mu zrobić?”

„A zapytałeś, dlaczego tak robi???”

„Nie, no jasne, że zapytałem. Powiedział, że on tak…z sympatii do Janeczki. To co, wleję mu za to, że Janeczka mu się podoba?!”

O masz ci los…

To teraz się spuszcza łomot dziewczynie, jak się podoba?

MiaUżon pogadankę z Michałkiem przeprowadził. Zasady podrywu wyłuszczył. Co będzie dalej – nie wiem.

Mam nadzieję, że Michałek z nią „zerwie”…

Martwię się

Martwię się o moją nianię. Dziś zrobiła sobie badania, wyszły niedobre. Pojechała do szpitala, do Łodzi.

Mam nadzieję, że nie straci tej nerki. Cieszy się nią dopiero troszkę ponad rok…

Zadzwoniła do mnie dzisiaj, trzęsła się jak galareta. Myśli tylko o najgorszym. Starałam się ja podnieść na duchu, ale pewnie niewiele to dało.

Jutro przed południem będę do niej dzwonić, powinny już być wszystkie wyniki.

Musi się udać! Już raz tak było i zdążyła. Teraz niepotrzebnie czekała pięć dni. Ma jakiegoś niezbyt sympatycznego lekarza i chyba trochę się go boi. Nie chciała zadzwonić, żeby go niepotrzebnie nie odrywać od pracy… Jejku!

Nikt jej nie powiedział, że krew można zrobić w razie potrzeby też w środku dnia. Powiedziałam jej, gdzie ma pojechać i zrobią. No i taki bigos wyszedł…

Dziewczyna ma 23 lata…Martwi się, że pracy zaliczeniowej w terminie nie odda. A cóż to jest taka praca przy nerce? No nic, po prostu nic!

Trzymajcie kciuki, uda się!

Nie ma wyjścia!

Wieczorny Tato

Potworek wieczorem zawsze znajduje sobie coś ciekawego do zabawy. Janeczka w tym czasie bierze prysznic, więc Maryśka spokojnie może buszować w jej pokoju.

Po wyjściu starszego Potwora z kąpieli, Matka zapodaje płyn z Biedronki i robi basen w brodziku. Pacyfikuje Maryskę i zdziera z niej kolejne warstwy ubranek. Wtedy zwykle pojawia się MiaUżon i zaczyna zabawiać Maryśkę. Otwiera na przykład znienacka drzwi od łazienki i ryczy. Albo wpada na czworakach i wydaje inne odgłosy. Potworek w tym czasie bezskutecznie usiłuje odpiąć dwa guziczki pod samą szyją, więc skupienie potrzebne jest absolutne a tu takie rzeczy sie wyprawiają…

Maryśka czasem musi wyjść z łazienki podczas rozbierania się. Robi to średnio 17 razy, Matce nie udało się dojśc do tej pory, jaki jest cel owych wędrówek. Muszą jednakowoż ważne być bardzo, bo zabawy MiaUżona szalenie Maryśkę rozpraszają.

Wczoraj weszła do łazienki w samej koszulce (po raz 16 i ostatni, jak się okazało), zła, najwyraźniej nie osiągnęła w pokoju tego, co powinna.

Naburmuszyła się i nastroszyła, wzruszyła ramionkami i powiedziała do siebie:

„No nic nie mozna zjobić!!! Tata dzisiaj jest bajdzo wygłupiany!

Strachy…

Matka uprzedza, że nie będzie śmiesznie, choć może się tak wydawać… W każdym razie nie o śmieszność Matce chodziło…
Janeczka wczoraj zadała Matce trudne pytanie:

„Mamo, czego ty się boisz?”

Matka zamyśliła się i doszła do wniosku, że Potwór nie powinien chyba do końca wiedzieć, czego ona się boi. Bo raz, że nie zrozumiałby a dwa, nie powinien wiedzieć. Palnęła więc szybko:

„Chyba najbardziej to ja nie lubię ciemności, nie, żebym się bała, ale nie lubię”

Janeczka wywróciła oczami.

„Ahaaaaaa, no to własciwie ja też. Ale wiesz, ja to mam jeszcze coś innego, czego się boję. Zgadniesz czego?”

„Pajaków?” – strzeliła na oślep Matka

„No, pająków też, ale to nie o tym myślę”

„Węży?” – rozpaczliwie zagrzebała w rozumie Matka

„Też, ale to nie o to chodzi”

„Oj, to już nic mi nie przychodzi do głowy. Jakiegoś kolegi, nie daj Boże?”

„Nieeeeeeeee” – żachnęła się Janeczka -„no co ty, kolegi? Wiesz, czego ja się najbardziej boję? Ja to się boję śmierci…”

Matka lekko przysiadła. Nawet mocniej przysiadła, bo się tego w tym momencie nie spodziewała.

I pogadała z Janeczką o tych, którzy juz odeszli i czekają tam na nas. Niebo mamy obstawione jak jasny gwint. Lepiej, powiedziałabym, chyba wygląda sytuacja w niebie, jak na ziemi. I o tym, ze każdy z nas tam się przeniesie prędzej, czy później, więc zamiast się bać, trzeba żyć tak, żeby być z życia zawsze zadowolonym i dumnym. Już Matka nie mówiła, że tak, jakby każdy dzień miał byc ostatnim, bo Janeczka chyba jednak trochę za mała na taką rozmowę jest. Ale jeszcze tylko troszeczkę.

Janeczkę chyba to uspokoiło. Poszła się bawić.

Po chwili wróciła i pyta:

„Mamaaaaa, a jakiego koloru są trumny…?”

O jeju, co ona znowu?

„No wiesz, głównie brązowe…”

„Aha…” – zamyśliła się Janeczka – „a białe też są?”

„Są, rzadko, ale są” – Matka postanowiła na razie nie zgłębiać bardziej tematu białych trumien, bo bała się kolejnych pytań i to wcale nie takich, o których teraz myślicie. Matka bała się pytania, które padło oczywiście…

„Mamo…..”- Janeczka wróciła raz jeszcze i wsadziła głowę do pokoju – „a powiedz mi…. bywają też ….różowe….?”

Wyskoki

Wczoraj usypianie Potworka było trudne nadzwyczaj. Potworek wyspał się mianowicie rano o 15 minut dłużej, niz powinien i wieczorem zaczął szaleństwa.

Na nic bajka, Maryśka wgramoliła się sama góra do łóżeczka i zapowiedziała, że sama zasnie. Matka wcale przy tym nie zatarła rączek. Matka za stary wróbel jest, żeby w coś takiego uwierzyć…

Maryśka przykryła się kocykiem bez powleczenia, kocykiem z powleczeniem, ułożyła obok lalkę-brzoskwińkę, położyła głowinę na poduszce, podniosła głowinę, stwierdziła, że kocyk z powleczeniem jest jej niepotrzebny, położyła głowinę, podniosła, zdjęła kocyk bez powleczenia, połozyła głowę, przełozyła brzoskwińkę, podniosła się, naciągnęła kocyk z powleczeniem, stwierdziła, że ten bez powleczenia nie jest potrzebny, połozyła głowę, podniosła, przełożyła kocyki znów…

A teraz należy odciąć ten kawałek taśmy i skleić od momentu przykrycia się kocykiem przez Maryśkę. Puszczać 45 razy. Co pięć razy należy zrobić przerwę i powiedzieć głośno:

„A teraz Matkę trafia jasny szlag, zgrzyta zębami i mówi jak najuprzejmiej: Śpij wreszcie, Marysiu, może jednak wezmę cię na ręce i opowiem bajkę?”

O, to tak mniej więcej wyglądało.

A jak już Maryśka nieco osłabła i zakopała się w kocyki, to Matka zauważyła, że spod koca Potworkowi wystają palce od nóg. Udała jednak, że nie widzi, ale na nic to się zdało. Potworek okazał się być świadom tego faktu, w tym samym stopniu, co Matka.

„Mamuniu…., wies, ja to nie mogem spać, bo mi okjopnie nogi spod tego kocyka wyskakujom…”

Serce ojca

Maryśka dziś z Babcią. Ugotowałam wczoraj barszczyk, taki porządny, z majerankiem i czosneczkiem. Do szczęścia brakowało tylko kwasu buraczanego, ale takie pizdryki to ja już tylko robię na Wigilię.No właśnie, muszę w kalendarz wpisać, żeby za późno go nie nastawić.

Do barszczyku dorobiłam dziś świderki, bo Potwory lubią kluchy wszelakie, no i drugie danie.

Janeczka była jeszcze w szkole gdy Maryśka wsunęła cały obiad. Kiedy wrócił Miaużon, dostał swój obiad. Siadł właśnie i z zainteresowaniem oglądał zawartość, po czym wbił pierwszy kęs na widelec i otworzył paszczę…

I tu nastapiła przerwa, bo przyturlała się Maryśka. Biorąc pod uwagę ilość wsuniętego przed chwilą jedzenia, inaczej nazwać tego nie można…

Spojrzała na MiaUżona z widelcem przed twarzą, jak na stopklatce, zatrzepotała rzęsami i przymilnie powiedziała:

„No chyba das mi to zjeść? No pjosę cię! Ojciec!”

I ojciec popatrzył sobie, jak można nie zjeść własnego obiadu…

Jazda próbna

Matka zaczęła pisać zupełnie coś innego, ale wpadła, swoim zwyczajem, w takie dygresje, że czytać to było już kompletnie niemożliwe. No to dygresje teraz w postaci osobnego wpisu, nie ma rady…

Matka jakiś czas temu pojechała z MiaUżonem i Maryśką do sąsiedniego, nieco większego miasta, w celu obowiązkowego wydania dużych pieniędzy na przegląd wozu. Tak zwany duży przegląd. Wiemy co niektórzy, że to słowo boli bardziej. Tak mniej więcej o 200zł bardziej niż przegląd zwykły. Maryśka była dopiero co chodząca, ale jeszcze tankowała w południe cyca, więc zawsze jeździła z Matką. Do tego jakaś okazja musiała być, czy co, że Matka pojechała też. Chyba chciała odwiedzić koleżankę, bo ma w tym mieście znajomych w pysk, z racji wcześniejszego tam studiowania.

No nieważne, nie o koleżankę chodzi.

Nissanek został odstawiony na przegląd a Matka ruszyła w kierunku położonego nieopodal hipermarketu,żeby nabyć drogą kupna jakiś suwienir dla dziecka koleżanki.

Wtem wzrok jej bystry padł (a w czasie siedzenia z dzieckiem w domu wzrok bardzo a bardzo wyostrza się na tego typu okazje) na bardzo zgrabny samochodzik z napisem wielkim jak wół : „JAZDA PRÓBNA”.
Samochodzikiem była świeżutka micra, autko tyleż prześliczne, co lekko drogawe i Matka nigdy w jego posiadanie nie wejdzie. Ma zdecydowanie nieodpowiedni stosunek wielkości do ceny a Matka lubi samochody duże, bo zawsze widzi, jak ktoś wjeżdża jej w bagaznik. To dużo lepsze, niż widzieć, jak ktoś wjeżdża w tylne siedzenie, gdzie zwykle bywają Potworki.

No Matka znowu nie o tym…

Matka rozejarzała się więc, ale nikt się nie kłębił wokół autka. Może oferta nieaktualna? Matka postanowiła zaatakować Biuro Obsługi Klienta. Zostawiła MiaUżona z Maryską i poszła. Też jej się coś od życia należy!

Okazało się, że jak najbardziej można się przejechać. Pora była wczesna i panowie ciutkę zaskoczeni propozycją Matki byli, ale co tam.

Matkę trochę zdziwiło, że nic od niej nie chcą, ani kserowac prawa jazdy, ani wypełniania jakichś druczków, no nic kompletnie.

Przyszedł młody, przystojny człowiek, wsiedli i pojechali. Wszystko Matce pokazał, gdzie klima, gdzie komputer, gdzie jakie pasy w Matkę strzelą w razie czego, gdzie jest drapaczka do pleców i wycieraczka do nosa. No prawie…

A potem Matka zapytała, czy mogą sie przesiąść, no bo wozić to jej nikt nie musi, sama chce zobaczyć to cudo techniki. Pan się zgodził bez wahania, Matka siadła, odpaliła a tu pan zbladł, zzieleniał i zaczął się jąkać. Matka zauważyła, że najwyraźniej dopiero teraz zadziałała u niego pierwsza kawa i się obudził.

„Proszę pani, bo tegoooooo, eeeeeeeee” – zaczął się jąkać chłopiec – „bo ja proszę pani, zapomniałem o formalnościach. Eeeee, no tego, ja panią bardzo przepraszammmmm, no i w ogóle. Ale wie pani, ja to panią muszę zapytać……”

„Aha, no o co?” – Matce lekko się spieszyło do Potworka

„Nooooo, no ja przepraszam, ale jak długo ma pani prawo jazdy?” – zaczerwienił się po czubki uszu chłopiec.

„A ile pan ma lat, proszę pana?” – zapytała Matka, z nieustanną, wrodzoną delikatnością

„Dwadzieścia jeden!” – z duma powiedział chłopiec

„No to ja mam prawo jazdy dłużej, niż pan żyje…”

Chłopiec rozdziawił paszczę i tak został.
A Matka przejechała się autkiem z ogromną radością. Nie tylko z powodu samego autka, jak pewnie rozumiecie…

Plany w łeb!

No i wszystko sie pokićkało. Niania dalej chora i ciagle nic nie wiadomo. Mam nadzieję, że to tylko jakiś złośliwy wirus, ona przecież ciągle musi brać leki obniżające odporność, to i łatwiej paskudztwa łapie…

Na szczęście udało się dziś ściągnąć Babcię. Będzie późno, ale zawsze to coś, pomalować troszkę obraz się uda. Do tego atrakcji innych jest co niemiara. Prezenty prezentami a tu Maryśka wystawia nam paluszki z bucików ortopedycznych i trzeba pędem jechać kupić nowe. Jak dobrze, że te butki są takie, jak miewały salowe albo sprzątaczki w latach siedemdziesiątych (i później zdaje się, że taż), czyli sznurowane od góry do dołu, z odsłoniętymi paluszkami…

Potwór starszy nic, co prawda, nie zgłaszał, ale zauważyłam wieczorem na palcach dwa wielkie pęcherze. Na dużych palcach na czubkach! No to oznacza ni mniej, ni więcej, tylko za małe buty! Ale które? Adidasy w szkole, czy zimówki? Gorzej, jeśli jedne i drugie… Najciekawsze jest to, że Janeczka tego problemu mi nie zgłosiła – nie czuła, czy co?

I myśl tu człowieku o prezentach a rzeczywistość już zadba o ciebie sama… jak zwykle wciskają się przeglądy wozów (jak mi się podoba, kiedy moja ciotka z poznańskiego mówi na samochód – wóz!) i nagłe a nieodwracalne terminy płatności jakichś ubezpieczeń. Uffff…

A wracając do butów – pamiętam, że jak mi się jakieś podobały to też w nich chodziłam, choć palce i pięty piekły, jak przypalane żelazem. Coś, czego by żaden dorosły chyba nie zrobił…

Nie widzę!

Z racji braku niani (doniosła, że USG w porządku ale temperatura się utrzymuje ciągle wysoka) pojechałam po Janeczkę do szkoły z Maryśką. Ponieważ to kawałek drogi, więc postanowiłam włożyć jej nieco cieńszą czapkę. Wyciągnęłam więc starą czapkę Janeczki, czewroną, z dzyndzołkami i klapkami pod brodę.

Potworek był zachwycony. Z radościa wgramolił się na fotelik i pojechaliśmy. Dodać tu trzeba, że jest mi ciągle zimno, więc w samochodzie grzeję. Potworka to lubi zaś rozkładać. Siedzi i oczy ma coraz bardziej maślane a nierzadko zasypia. Wtedy to juz makabra po prostu. Potworek płacze po dojechaniu na miejsce i nie chce wysiadać, wcale mu się zresztą nie dziwię…

Jedynym sposobem jest więc zabawianie Maryśki, ile wlezie. Trzeba jej pokazywać różne rzeczy za oknem, bo proszenie, żeby powiedziała, jak robi krówka to mamy już raczej bezpowrotnie za sobą.

Ponieważ Potworek był dziwnie spokojny już po chwili, należało zacząć pokaz.

„A zobacz Marysiu, co też tam jedzie przed nami?”

„Gdzie?” – zapytał cienki glosik – „nie hidzę!”

Co by człowiek nie pokazywał obu Potworom, to one nigdy tego dojrzeć nie mogą!

„No tam” – pokazałam palcem wielką ciężarówkę

„Oj, nie hidzę!”

Koniec świata…

„A zobacz tu, tu, na lewo, co to?” – machnęłam ręką na rzekę

„Gdzie? Bo nie hidzę…”

„No tu, tu! Jak się ta rzeka nazywa, pamiętasz?”

„Nie pamientam! I nie wiem któja!”

O rety, ciężko dzisiaj…

„A zobacz ile domków mijamy. Zielone, brazowe i żółte. Lampki się na nich palą, widzisz?”- zagadywałam dalej.

„Gdzie jampki? Nie hidzę!”- miotał się na wszystkie strony Potworek.

„O tu, popatrz, takie wielkie kule się świecą”

„Nie hidzę! Kuje? Dzie?”

I tak żeśmy dojechały do szkoły. Atrakcji po drodze było co niemiara, ale jakoś Potworek nic nie widział!

Wylazłam z samochodu i otworzyłam drzwi Maryśki, żeby ją wyjąć z fotelika. O żeby to…

„Marysiu” – pytam – „widzisz mamusię?”

„Nie hidzę!” – dziecię na to.

No ja się nie dziwię… Janeczkowa czapka spadła Potworkowi aż do samej brody…

Organy

Wczoraj cała rodzinka nawiedziła nie swój kościół parafialny, ale dawny. Juz kiedy weszła w progi, domyśliła się, że nie jest tak, jak zwykle. Nie zaczęły się, bynajmniej rekolekcje, ale za to występował chór. Śpiewał całkiem, całkiem. Maryśka wpadła w dziki zachwyt.

Porzuciła wędrowanie po kościele, usadowiła się pod prezbiterium na klęczniku i słuchała każdą swoją komórką.

Chór śpiewał raz cicho, raz głośno. Potworkowi podobało się zwłaszcza to drugie. Po chwili przyszedł do mnie na ręce, żeby słyszeć wyżej. Do tego wszystkiego grały organy, ale ani organisty, ani chóru nie było widać, bo skryli się gdzieś w czeluściach.

Maryśka odczekała, aż chór zacznie śpiewać cichutko i na cały głos krzyknęła:

„Wy ojgany nie bójcie się!!! Śpiewajcie głosniej!!!”