Obiadek

Dziś rano pędem odwiozłam Janeczkę do szkoły i po drodze nabyłam towary żywnościowe różne, z czego najwięcej ważyła marchewka. Postanowiłam ją ugotować i pokroić. Udało mi się to pierwsze, po czym przybyła Babcia. Niania ciągle w szpitalu, ale może nie będzie źle!

Babcia dojrzała marchewkę i zaofiarowała pomoc przy krojeniu, więc mogłam spłynąć na stryszek do malowania.

Nie na długo jednak. Babcia woła mnie na dół…

Zeszłam, patrzę, marchewka pokrojona, babcia zaczyna doprawiać, jest wpół do jedenastej.

„Ja nie wiem, co robić!” – mówi teściowa

„A co tu myśleć?”- zdziwiłam się lekko-„ja robię tak jak mama. Trochę soli, trochę cukru, masła i zagęścić”

„E nie….” – teściowa na to -„ja nie wiem, co zrobić z Marysią. Popatrz co ona sama tu nawyczyniała. Nie chce nic a nic słuchać, że jeszcze za wcześnie!”

Rzuciłam okiem na stół…

Potworek ustawił pięć talerzy, podkładeczki, elegancja-francja, widelce, noże. Na krzesełku dwie poduchy, na poduchach Maryśka w pozycji bojowej, śliniak na szyi, siedzi i widelec z nożem zaciera!

„Pjędko, pjędko mama! Babcia zajaz obiadek mi da! Bo ja tak jubię majchewkę!!!”

I wychodzi na to, że znowu głodzimy dziecię nie dając mu o 10.30 obiadu…

Między nami kobietami

Janeczka zażyczyła sobie wczoraj, żeby nagrać jej program „Od przedszkola do Opola”. Ja osobiście dostaję wysypki, kiedy na scenę wychodzi dziecię i wije się niczym Britney i do tego śpiewa głosem, no , powiedzmy zupełnie nie swoim, żeby nie obrazić żadnej piosenkarki, bo przecież nie jest temu winna…

No już, już, porzucam dygresje, nawet wyzłośliwić się od rana nie można.

Po skokach musieliśmy, chcąc nie chcąc być świadkami występu zespołu Kombi, co akurat zupełnie nam nie przeszkadzało, bo jak by nie patrzeć dorastaliśmy przy dźwiękach tegoż.

Sprzedaliśmy nawet Janeczce znane powiedzonko, które spaprał pan Kawalec, bo coś mu się majtnęło.Potwór wie już więc, że „gra i trąbi zepół Kombi”.

Zostało to przez niego natychmiast zapisane i wywieszone na lodówce. Przeczytałam potem:

„Gra i trąbi zespół Kąbi”

Bardzo mi się spodobało. Wyobraźnia dziecka nie zna granic…

Ale, ale, wracam do tematu.

Dziewczynka w owym programie wykonywała piosenkę „Królowie życia”. Hicior, swojego czasu, nie z tej ziemi.

Janeczka słuchała, zapatrzona w ekran, po czym zapytała:

„Mamo, a co to znaczy- królowie życia?”

Zamyśliłam się i nic z tego nie wynikło. Nie słuchałam piosenki i nie wiem, co Skawiński chciał przez to powiedzieć.

„Wiesz co?” – powiedziałam trochę bez przekonania ” tak naprawdę to nie ma kogoś takiego na świecie…” – i zaczęłam kombinować, co tu powiedzieć mądrzejszego, no bo żadna odpowiedź to nie była. Nie zdążyłam jednak.

Janeczka spojrzała na mnie z politowaniem.

„Mama, no co ty mówisz??? To ty nie wiesz, kto jest królem życia?!”

„Noooo, nie wiem… A kto?” – ciekawość mnie zżerała do kości

„No wiesz? Przecież Pan Jezus!!!”

O rety, ale ze mnie cymbał. W taki tok rozumowania to się kompletnie nie wpasowałam.

„Wiesz, Janeczko, masz rację! Nie przyszło mi do głowy.”

Potwór siedział bardzo a bardzo z siebie zadowolony. Nagle popatrzył na mnie trochę niepewnie i cicho dodał:

„Ale wiesz co, mama? Ja to od Pana Jezusa wolę kogoś innego…”

„Tak? A kogo?”- przeraziłam się okropnie

„Nie, no wiesz, jakby to powiedzieć…Ja to wolę Matkę Boską.”

„A dlaczego?” – nie powiem, kamień z serca mi spadł

„No bo wiesz, zawsze to też dziewczyna…”

Właź Dziwie!!!

Maryśka dziś od rana ma gadane. W zasadzie ma zawsze, ale dzisiaj to już wyjątkowo.

Właź, dziwie, do kościoła idziemy!” – zapowiedziała po śniadaniu.

Matka zastrzygła natychmiast uszami. Nie zapraszała żadnego dziwa, żeby właził!!!

„Że jak, jak?” – zapytała jak gdyby nigdy nic.

„No właź, dziwie, do kościoła trzeba jus iść!”

Matka namyśliła się i jednak postanowiła nie otwierać drzwi dziwom. W kościele na szczęście dziwa nie było, Maryśka tuptała sobie na prawo i lewo. Chyba zapomniała…

W domu MiaUżon postanowił mimo niedzieli wykonać bardzo ważną pracę domową. Czyżby chciał odciążyć Matkę? Oj, nie wydaje się…

Zszedł do pralni i umył letnie opony…

„Gdzie, właź, dziwie jest tatulek?” – zapytała Maryśka

Matce zrobiło bang!

„Gdzie WŁAŚCIWIE jest tatulek?”- powtórzyła jak papugaj

„No, mówie pseciez! Właź dziwie!”

„Właściwie to chyba w pralni, nie idź tam, tato zaraz przyjdzie”

Ale Potworka już właściwie nie było.

Z piwnicznej czeluści doszedł piskliwy głosik:

„Psysłam do ciebie właź dziwie!”

I tak pół dnia…

„Chciałam się soku napić właź dziwie!”

„Idem na górem właź dziwie!”

„Misia właź dziwie Uszatka puscas Janecko?”

Koniec świata.

Kiedy właściwie nadszedł czas robienia obiadu, Matka zajrzała do lodówki i zobaczyła, że nic z wczoraj nie zostało, choć wydawało się, że powinno. Rzeczy było mnóstwo, ale jedno do drugiego właściwie nie pasowało. Matka wyciągnęła więc z zamrażarki drożdże, zarobiła ciasto i kroiła różne rzeczy, bo popstanowiła zrobić pizzę.

Podpłynął Potworek.

„Co jobis, właź dziwie?” – zrobił okrągłe oczka

„Pizzę” – udzieliła jakże wyczerpującej odpowiedzi Matka – „a ty wiesz, co to jest pizza?” – zapytała chytrze.

Potworek zakurzył okropnie z uszu ciężkim mysleniem. No skąd miał niby wiedzieć co to jest?

Wywrócił oczami raz, drugi, trzeci. Wreszcie wzruszył ramionkami i powiedział stanowczo:

„No pseciez, ze wiem! Pica to jest właź dziwie pica!”


No to Matka teraz biegnie wyciągnąć ją z piecyka, bo właściwie to pachnie aż na strychu…

Nowe słowo

Maryśka codziennie teraz prezentuje nam nabyte umiejętności. Dotyczy to zwłaszcza nowych słów, bo jeśli są szczególnie ulubione, to Potworek z lubością upycha je w kontekście albo poza nim.

Dziś sobota, więc MiaUżon z radością oddał się niezwykle wyczerpującej czynności, jaką jest rzut okiem w ekran telewizora. Jest to także szalenie stresujące, no bo latanie samo w sobie niebezpieczne jest, nawet, kiedy Małysz lata. No dziś może niektórzy zwrócą Matce uwagę, że nie latał a skakał, ale biorąc pod uwage pierwsze miejsce niech będzie latanie.

Matka jak zwykle wpadła w dygresję daleką od Maryśki, ale już wraca i przeprasza.

Zajęcia MiaUżona umożliwiły jego umiarkowany nadzór nad Potworami, więc Matka oddaliła się hoplem, wypełniając sobie czas wolny przebijaniem się przez hipermarket (coś co MiaUżon uważa za odpoczynek dla Matki…).

Nabyła wory pożywienia dla Potworów (zwłaszcza) i siebie z MiaUżonem, podjechała pod dom. Zaczepiła na każdym palcu lewej ręki po kilka reklamówek wyładowanych kartoflami, słoikami, serkami, PIWEM dla MiaUżona, gazetami, chlebem i nie wiadomo czym jeszcze. Wsadziła do paszczy kluczyki, w prawą rękę analogicznie do lewej napchała reklamówek, zamknęła nogą bagażnik i pokłusowała do domu.

MiaUżon otworzył drzwi, wrzasnął radośnie:

„Małysz prowadzi po pierwszej serii!!!” – i zabrał reklamówkę z piwem.

Matka wturlała się po schodkach do kuchni i zastanawiała się, gdzie i jak rżnąć wory, żeby uratować jaja (kurze, nie postronne), kiedy podpłynęła Maryśka.

Oszacowała wzrokiem Matkę i zawartość worów, ponagniatała jajka, czy aby nie są z niespodzianką (wieczorem jemy z MiaUżonem w związku z tym jajecznicę z 12 jaj…) i spytała krótko i rzeczowo:

„A kupiłaś Mamuniu kisiel?”

„Yhyyyyyy” – wycharczała Matka z kluczykami w jamie gębowej, kwitnąc na środku kuchni

„Aha” – odparł usatysfakcjonowany Potworek oddalając się -„to SIFIETNIE!”

No, to Matka chciała właściwie tylko o tym nowym słówku napisać…

Akcja Tato

MiaUżon zawsze wykręca się od usypiania Potworka. Wiadomo – bajkę trzeba opowiadać. To się tak, oczywiście, nie nazywa. To jest albo nagła i pilna potrzeba obdzwonienia klientów albo inna – święta – mecz. Dowolny. Byle był. Jak dobrze, że nie mamy Eurosportu…

Wczoraj jednak Matka musiała wykonać dla MiaUżona usługę – policzyć mu ZUS mianowicie i wysłać go pocztą elektroniczną. Zapowiedziała więc, ze nikogo nie usypia i już.

MiaUżon dzielnie wykąpał młodsze dziecię i uśpił.

Nie musze mówić, że na temet usypiania zawsze wysłuchuję uwag zaczynających się na „A”:

„A ty to masz nie takie metody wychowawcze…”

„A jakbyś nie mówiła bajki to może byłoby szybciej”

„A jakbyś prędzej położyła ją spać to srutu tutu…”

No to wczoraj mógł się MiaUżon wykazać metodami.

A usypianie wyglądało tak:

Potworek położył się sam w łóżeczku (juz czwartą noc z rzędu tak usypia, ciekawe, jak długo jeszcze?).

Zażyczył sobie, zeby Tatuś potrzymał go za rączkę.

Po pewnym czasie rączkę zmienił na nóżkę.

Za chwilę nożkę zamienił na rączkę.

Potem (trzymając przezornie MiaUżona cały czas za palec) wstał.

„A ty co robisz?” – zapytał zaskoczony do granic możliwości (oczywiście) MiaUżon.

„Jak to co jobię?” – zdziwił się Potworek – „jus się pousipialiśmy a tejaz to sobie pojozmawiamy…


A Matka pomyślała, że Potworek jeszcze w tej ciemności to musiał chyba cichutko zdmuchnąć dym z lufy swojego rewolweru…

Nie skończyła

Maryśka ma jeden okropny zwyczaj. Właściwie zwyczaj to jest w miarę normalny, jedynie pora nie za bardzo.

Potworek bowiem zawsze, gdy oglądam Teleekspress, coś zmaluje. A to pokłóci się z Janeczką a to przewróci się i poobija. Skutek jest ten sam – przychodzi, włazi na ręce i ryczy.

Problem jest w tym, że Maryśka ma jakąś inną częstotliwość głosu, niż Janeczka miała. Przy płaczu Maryśki blokuje mi się coś w uchu, potrząsam głową, ale nic nie pomaga. Orłoś kłapie paszczą a ja nic nie słyszę…

Wczoraj było wypisz wymaluj to samo.

Potworek wywinął orła, płaknął i uwiesił mi się na szyi. Wyje i wyje, wylewa ciecz wszelkimi otworami na stronie licowej głowy.

Wycieram, pocieszam, nadzieję mam, że jeszcze coś usłyszę z Teleexpressu, ale gdzie tam.

„Uaaaaaaaaaaaaaa, uaaaaaaaaaaaa”

I tak bez końca.

Za piątym wytarciem nosa wreszcie spokój. Osuszyłam łzy, buziaka dałam, postawiłam na podłodze.

Ale Maryśka stoi i kombinuje, aż starym zwyczajem ,dym idzie.

W końcu spojarzała do góry, władowała się znów do mnie na ręce i mówi:

„Ja jesce pseciez nie skońcyłam jiceć!!!. Uaaaaaaaaaaa, uaaaaaaaaaa, uaaaaaaaa…”

Męsko-damski

Wpis, nic innego. Matka już się szykowała na niego ze trzy dni.

A sprawa jest z gatunku raczej męskich, ale potraktowanych po babsku. I dotyczy jeźdżenia samochodem…

Matka, mianowicie, zorientowała się dopiero co, że wreszcie nie musi myśleć przy skręcaniu. Nie, nie, Matka nie zrobiła teraz prawa jazdy. Matka ma je 23 rok… I przez te dwadzieścia prawie trzy lata jeżdziła jak kompletna blondynka! To znaczy skręcała jak blondi. Bo jeśli chodzi o parkowanie i to, że jak Matka na parkingu widzi dwie dziury – mniejszą blisko i większą daleko, to oczywiście stanie w większej – to to jest oznaka bycia prawdziwą kobietą. Matka to wie i nie wstydzi się powiedzieć. A co!

Ale Matka też musiała się odblondzić. Definitywnie i natychmiastowo w kwestii skręcania!

Matka bowiem, gdy maluje, słucha sobie Trójki. A w Trójce czasem ma króciutką audycję pan, którego nazwiska nie pomni, ale bardzo rozsądny jest i przypomina, jak należy jeździć, żeby dobrze było. I tak mówił sobie pewnego dnia a Matka to wpuszczała uchem i wypuszczała drugim, kiedy nagle bang!

Pan mówi a Matka wcale tak nie robi! I wychodzi na to, że Matka jeździ jak kompletna kretynka, do tego nieoszczędna.

Bo Matka to lubi sobie przygazować i jak widzi, że ma wolną drogę do skrzyżowania, albo pod chałupę, to puszcza na luzik, bo autko lepiej się toczy. Matka myśli przy tym, że oszczędza!

A tu tymczasem błąd. Bo samochód wyrzucony na luz bierze paliwo. A taki co toczy się na biegu, ale bez gazu – nie. Bo dopływ benzyny jest wtedy automatycznie odcięty! Matka nie wie tylko jak jest z gazem płynnym, bo takiego używa, ale ma nadzieję, że tak samo.

Gorzej jest z zakrętami, bo Matka wywalała na luz przed zakrętem, hamowała i wrzucała niższy bieg już za zakrętem. I też do chrzanu, bo raz, ze samochód na luzie słaby jest, dwa, jest to niebezpieczne, bo czasem trzeba szybko zrobić jakiś manewr, a tu bieg trzeba wrzucić jeszcze, trzy – samochód na luzie a tym bardziej z wciśniętym sprzęgłem podczas pokonywania zakrętu zarzuca i skręca nie tak, jak byśmy chcieli.

Po prostu niebezpieczna i głupia blondynka za kierownicą…

Matka nastawiła więc uszu, jak robić, żeby było dobrze.

Wykłada więc:

Dojeżdżamy do zakrętu na biegu 5,4 lub 3 (o dwójce nie piszę, bo bez sensu)

Przed zakrętem hamujemy.

Nie puszczając hamulca wciskamy sprzęgło, redukujemy bieg i puszczamy sprzęgło.

Musimy skończyc ten manewr przed wejściem w zakręt!

Dopiero wtedy puszczamy hamulec i na zredukowanym biegu pokonujemy zakręt.

No i Matka zaczęła odstawiać hopki-szopki, bo przyzwyczajenie straszne miała. Samochód stawał jej dęba przy tym hamulcu, co to miał zostawać na sam koniec. Ale już dobrze!

Matka bardzo dumna z siebie jest.

Bo Matka wozi Potwory i bezpieczne być muszą.

I inni na drodze też.

A kto tak nie jeździ, niech spróbuje, nie jest łatwo na początku!

Pan mówił, że to najlepszy sposób pokonywania zakrętów i Matka mu wierzy.

Bo na hamulcu przy pokonywaniu przeszkód to juz daaawno nie jeździ…

Dba o podwozie. Swoje i auta.

W końcu jest bardzo, ale to bardzo jasną szatynką!

Wiście oczy!


Najchętniej to zostawia mnie na dole i podąża cichcem na piętro, do pokoju Potwora. Robi straszliwe łomoty drzwiczkami i szufladami i schodzi na dół z miną niewinną, jak u aniołka.

Dziś patrzę a tu Maryśka wydobyła spod ziemi, ba, nawet nie spod ziemi, ona musiała zrobić chyba serię jądrowych wybuchów i zdemolować cały janeczkowy dobytek, żeby znaleźć najlepiej i najsrożej strzeżony długopisik. Przyrząd tyle niewygodny, co brzydki. Ohydny, jaskrawozielony długopis w formie strusia. Posiada nawet pierze! I oczy. I dziób!

Odwróciłam się od śniadania i głos uwiązł mi w grdyce, łącznie z kawałkiem chleba.

Potworek sunął z długopisem i nawet nie mrugnął okiem. Po prostu go nie było.

„Kochana!” – zawołałam – „czy ty jesteś PEWNA, że możesz wziąć ten długopis?”

Potworek spojrzał na mnie wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu (bo i taki rodzaj wzroku występuje, jeśli nie mieliście pojęcia…)

„Oci wiście!”– powiedział i odpłynął jak fregata pod kompletem żagli.

I tu Matka została na lądzie…z otwarta paszczą…

Przerwy i nerki

Miała Matka napisać coś zupełnie innego, ale to poczeka a co inne ulecieć może. Bo tu Potwory pierszeństwo mają.

Pojechała Matka do szkoły po Janeczkę.

Minę miała niezbyt wyraźną…

„Mów zaraz co się stało?” – Matka się nie patyczkuje

„Oj, bo straszna rzecz się stała na przerwie!”

No to Matce od razu całe życie Janeczki, własne i Maryśki przelatuje w pół sekundy, obiad idzie w dół, potem w górę, a może nawet i odwrotnie.

„A jaka?” – Matka zachowuje zimna krew. Co się będzie burzyć po próżnicy…

„No bo Nikola na przerwie, bo wiesz, mama, my poszliśmy na przerwie na dwór z panią, no to ta Nikola, wiesz, ta Nikola co popchnęła Zuzię na schodach tydzień po rozpoczęciu roku szkolnego…

Tu Matka obowiązana jest wsadzić dygresję siłą: Nikola popchnęła Zuzię na schodach tak skutecznie, że tamta 6 tygodni siedziała w gipsie, bo miała złamanie z przemieszczeniem. Tymczasem Nikola uderzyła w ryk. Pani doszła do niej, bo myślała, że tak bardzo się przejęła wyrządzeniem – niechcący – krzywdy koleżance, że rozpacza z tego powodu. A tu sie okazało, że Nikolka ryczy, bo nikt na nią nie zwraca uwagi. Po to popchnęła, zeby ona była ważniejsza a tu na jakąś głupią złamaną nogę pani uwagę zwraca… Piękne, prawda? Koniec dygresji.

„No bo ta Nikola to dłubała patykiem w drzewie. I ja jej zwróciłam uwagę, ze niszczy przyrodę ojczystą. I pani powiedziałam, ale chłopaki się lali i pani powiedziała, że trudno, niech niszczy. No to ja poczułam, że coś z tym musze zrobić i odsunęłam Nikolę. A ona wtedy uderzyła mnie z całej siły w twarz!!!”

O matko…

„I co dalej? Powiedziałaś pani?’ – pyta Matka, ale modli się, żeby nie usłyszeć, że Janeczka oddała tym samym

„No pewnie! I pani powiedziała, że wpisze Nikoli uwagę, ale nie wpisała i ma porozmawiać we wtorek na wywiadówce na spotkaniach indywidualnych”

No to Janeczka przy okazji przyswoiła sobie nowe słowo. A faktycznie jest jakas wywiadówka, ze każdy będzie wchodził osobno. Tak czy owak wesoło będzie.

A potem Matka powiedziała Janeczce, że z nianią jest marnie, leży pod kroplówką i nie wiadomo, jak to się skończy…

Janeczka bardzo się zmartwiła.

Wyszła przed domem z auta i wrzasnęła:

„Bo panu Bogu to się nie udały dwie rzeczy!!! Nerki i przerwy w szkole!!!”

Mężczyźni, co myślicie?

Co Mattkę naszło?

Własne jęki na bloxie. Bo Matka zagląda tak sobie na inne blogi i często widzi, że jest chyba tak zwany wpis damski. Matka go – niestety równie często uskutecznia…
Polega on na tym:

„Olaboga rety, znowu muszę wstawić pranie. A potem pięć pralek prasowania czeka w kolejce. A mój chłop znowu zostawił skarpetki w kącie, bo myśli, ze ja to jestem gosposia!

A w łózku to się d… odwrócił i myśli, że ja go zaczepiać będę! A ja sobie pójdę do komputerka i poczytam inne blogi!
A z dzieckiem to musze do lekarza, bo kicha i prycha.

A w pracy to mnie złośliwa szefowa gnębi, nic nie rozumie, że ja genialna jestem!

A po pracy to ja pójdę do Dzidki i razem skoczymy na zakupy, bo taki fajny krem reklamują, będziemy sobie wklepywać – ja jej a ona mnie…
Bo chłopy to świnie. Darmozjady. Puszczą nas z torbami! Ale my się nie damy!!!
Najlepiej to będzie, jak wyjdę na spacerek z moim ukochanym piesulkiem albo dam coś pysznego mojemu koteczkowi. Pod warunkiem, że wcześniej nie zjadł piesulka, bo może nie mieć ochoty…”


Łojeju. Skończyłam. Ale wredna i złośliwa jestem! Ale napisałam uczciwie, ze ja tez tak pisuję… Bo baba jestem!

I poczytałam sobie (jak zwykle)trochę zaznajomionych bloxowo i zupełnie przypadkowych facetów i widzę, ze oni inaczej do życia podchodzą, czy jak?

Piszą konkretnie, składnie i ładnie!

I widać, ze to faceci z charakterem są, żeby im innych części ciała, że tak powiem, nie poruszać…

Ciekawe, czy oni czytają takie „damskie wpisy” i nie mają ich dość?

A może jednak każda baba musi sobie czasem pojęczeć i poużalać się a między wierszami jest i tak co poczytać?

Chyba tak…