Na prawo most…

Kiedy Matka jedzie z Maryśką po Janeczkę, musi ją – jak już kiedyś pisała – ostro zabawiać. Cały czas odchodzi pokazywanie różnych mniej i jeszcze mniej ciekawych rzeczy przez okno, które komentowane sa przez Matkę jako niezwykle atrakcyjne, żeby nie powiedzieć – zwalające wręcz z nóg. Matka może to robić spokojnie, bo Potworek siedzi zapięty w foteliku, czyli nie spadnie…

Wczoraj Matka dość szybko dojechała do mostu i zerknęła przez prawe ramię (bo MiaUżon inteligentnie zamontował Matce fotelik maryśkowy tuż za nią, czyli Matką). Maryśka leniwie zamykała klapy, należało natychmiast zadziałać.

„Ojej, zobacz Marysiu, jaka przepiękna, śmierdząca ciężarówka za nami jedzie!”

Maryśka spojrzała i zachwyciła się.

„A zobacz jeszcze tu! Wjeżdżamy własnie na most! Widzisz?”

„Hidzę” – Potworek na to całkiem rześko

Matka zastanowiła się. Ona ledwo most widzi a Maryśka siedząc dużo niżej w foteliku nie ma prawa. Chyba…

„Kochana? Ty widzisz most? A jak ty to robisz?!!” – zdumiała się Matka

„No nojmajnie!” – odpowiedział Potworek -„WYWJACAM OKAMI…”

Targiem

Wczoraj nie było niani (telefon milczy, widać karta jej się skończyła a z tą nerką cały czas nie wiadomo, co będzie i szpital w dalszym ciągu)i nie było też Babci.
Matka z Maryśką miały czas dla siebie. Fajnie było.

Kiedy przyszedł czas, żeby pojechać po Janeczkę, Matka wbiła Potworka w kombinezon jak do tresowania psów, dołożyła czapę, łapawiczki, szalik i butki pontony.

Po takim ubieraniu wykończona była jak mops, ale trzeba się wtedy szybciutko odziać i brykać do hopelka, żeby Maryśka nie wypłynęła z ubranka z własnym potem.

Pojechały do szkoły.

Matka, po dojechaniu na miejsce wytoczyła się z samochodu i otworzyła drzwi Potworka. Zawalczyła z pasami fotelika, spojrzała na jego zawartość i plecy jej jęknęły mocno i dobitnie na samą myśl wchodzenia po schodach. Bo ktoś wymyślił świetlicę na drugim, wysokim zresztą piętrze! A Potwora samego puścić po schodach nie można, bo trwa to wtedy pół godziny – wszystkie drzwi są jego!

Maryśka spojrzała pytająco okrągłymi oczkami na Matkę.

„Oj kochana!” – mruknęła Matka – „i znowu cię muszę targać na to drugie piętro…”

„Dobze mamuniu” – łaskawie zgodził się Potworek – „tyjko uwazaj, zebyś siem sama nie potajgała na główce…”

Blox-kartę ładuj!

Tak się Matka dziś przyjrzała swojemu blogowi i wyszło na to, że pisze głównie o Maryśce. A przecież miało być o edukacji Janeczki. No i bywa, ale jakby rzadziej?

I Matka doszła do wniosku, że wtedy, gdy zaczynała, Maryśka mówiła zaledwie kilka słów, więc nie było za bardzo o czym pisać. A potem rozgadała się nieprzytomnie i trzeba to raz, dwa dokumentować. Bo jak tylko Matka odłoży coś do nastepnego dnia, to już zapomina jak wiewióra.

I Matka jeszcze uparcie grzebie w czeluściach pamięci i próbuje sobie przypomniec, czy Janeczka też była taka śmieszna. No i wychodzi Matce, że nie! Niemożliwe, żeby już wszystko zapomnieć. Matka nawet na tę okoliczność przepytała krewnych i znajomych – potwierdzili. Matce kamień z serca spadł z łoskotem. Janeczka w ogóle mówiła bardzo, bardzo wcześnie i bardzo wyraźnie, może stąd brak smiesznych wpadek? Ale przecież u Maryśki nie tylko chodzi o niewyraźnie mówienie a może nawet zupełnie nie o to?

Nasze córy sa kompletnie różne. Jak to dobrze!

I jaka szkoda, że Matka nie wpadła na pomysł zapisywania osiągnięć Janeczki w jakimś kajecie. Też byłoby ciekawie…

Robiła na szczęście setki zdjęć i z nich da się też kiedyś Janeczce kawałek historii udziergać…

I Matka zastanowiła się wczoraj nad tym, co ktoś gdzieś napisał, że średnie życie bloga wynosi trzy miesiące. Czemu?

No wiem, bo ktoś tak wyliczył, ale dlaczego ludzie po tych trzech miesiącach przestają pisać? Czy tylko kończą im się pomysły? Pewnie tak.

Ale Matka wymyśliła coś jeszcze, bo sama to odczuła.

Po tych trzech miesiącach następuje jakieś naładowanie akumulatorów. Tak, jakby kuracja blogowa (jesli ktoś czuje taką potrzebę) miała tyle właśnie trwać. Matka po raz pierwszy odniosła u siebie takie wrażenie.

Matce nie jest na duszy jakoś wyraźnie lepiej, bo są problemy w życiu, które jescze długo poczekają na rozwiązanie i od bloga zupełnie nie zależą (no bo niby w jaki sposób?), ale Matka właśnie coś tam sobie podładowała. Taką Blox-Kartę.

I może odejść albo zostać.

I zostanie chyba, bo nie po to pisała. TO się stało niejako mimochodem i nie było celem tego bloga. Ale dobrze, że się stało.

Znowu Matka pojęczała sobie od rana jak typowa kobieta blogowa, którą Matka JEST.

Szansa na sukces

Robiłam dziś coś na dole a Maryśka rozrabiała w pokoju Janeczki. Zawsze to robi, im ciszej, tym bardziej szkodliwie. Potem mi sie od Janeczki dostaje, oj, dostaje…

Postanowiłam zrobić więc nalot, ale okazało się, że nie trzeba. Potworek sam schodził właśnie po schodach.

I co to było za zejście! Maryśka śpiewała coś bardzo a bardzo niekreślonego, zarówno jeśli chodzi o tekst, jak – tym bardziej – o linię melodyczną.

Brzmiało to mniej więcej tak (melodię można wstawić zupełnie dowolną…):

„Łohohoho, hajaja, hojojojojojooooooooooo!”

Podeszłam do schodów, rzuciłam okiem a tam zgroza!

Maryśka schodzi nie trzymając się poręczy, bo w obu łapkach ma po pęku bierek, oczywiście ostrzami do góry. Już widziałam, jak spada i trójzęby i wiosełka wystają jej z pleców. Brrrrrr!

„Co ty robisz???” – zawołałam wielkim głosem.

Potworek spojrzał bardzo zdziwiony

„Nic, no pseciez tyjko spiewam sobje….”

Szyszki owsiane

Obiecała Matka przepis na ciastka śmieciowe. No to będzie. Przepis pochodzi od Zielonejherbaty, ale Matka go zmodyfikowała, bo rodzina pluła za bardzo płatkami owsianymi i zażądała, żeby coś zmienić. No to trudno się mówi, Matka pokombinowała, zeżarli prawie trzy blachy w niecałą dobę. Znaczy się – smakowało. I do tego robi się błyskawicznie.


Składniki

500-600g płatków owsianych (ja kupuję górskie, ale z różnych firm wyglądają inaczej. generalnie patrzę, żeby nie były takie płatki w całości, tylko połamane, wtedy lepiej się je. Przynajmniej Potworom. uwaga, paczki są często po 400g!)

pół szklanki cukru

6 jajek

250ml śmietany

pół słoika miodu sztucznego (a pewnie z naturalnym byłoby jeszcze lepsze, ale akurat nie miałam)

rodzynki (nawet parę garści), pestki słonecznika, wiórki kokosowe (ja wrzucam całą 100gramową paczkę), posiekane orzechy, skórka pomarańczowa i co kto jescze ma

łyżeczka proszku do pieczenia

Dwie czubate łyżki mąki

kilka łyżek oleju


Wykonanie

Na patelnię wlać olej i wrzucić płatki. Dosypać cukier. Zrumienić na złoto cały czas mieszając. Nie piszę ile oleju, bo płatki różnie go wchłaniają. Leję tyle, żeby nie były strasznie suche. Rumienię umiarkowanie, bo szybko się przypalają. Chodzi głównie o to, żeby nie pachniały surowizną. W zasadzie tylko niektóre maja przyrumienione krawędzie. Na mocnym dośc ogniu nie trzymam tego więcej niż 5 minut.

Przesypać do michy. Jak wystygnie dorzucić makę i proszek do pieczenia, wymieszać.

Potem wlać śmietanę, miód (jesli naturalny, to oczywiście rozpuszczony i wystudzony) i wbić jajka.

Dorzucić bakalie i mieszać, żeby się skleiło. Jak coś się śmie jeszcze sypać – dołożyć odrobinę śmietany albo jajo, ale w zasadzie mi jeszcze się nie ośmieliło…

Wykładać łyżeczką na blachę takie małe szyszki. Ja używam papieru do pieczenia.

Piec w temp. 180 stopni aż się zrumienią. Ja grzeję od góry i od dołu. Najlepiej wyciagnąć jedno i spróbować. Za bardzo przypieczone kłują w paszczę!


Jest jeszcze wersja gotowana, z kakao, którą Matka robiła namiętnie w czasach stanu wojennego, kiedy nic a nic nie było. Do tej pory lubi sobie zrobić takie czekoladowe szyszki, ale te to wszyscy chyba znają…

Stopnie i ciastka

Nie będzie żadne tam do śmiechu. No bo ile się można śmiać?

Dziś miałam iść do Janeczki szkoły na wywiadówkę tak zwaną indywidualną. Czarno to widziałam, bo godzina na wszystkich to mało. Do tego znowu w ostatniej chwili termin został przesunięty o tydzień i trzeba było pozmieniać wszystkie plany swoje i babciowe.

Dziś Janeczka za to ze szkoły przyniosła teczkę ze sprawdzianami i powiedziała, że wcale isć nie muszę. No bajka, może w takim razie poszukam jakichś prezentów? Tylko jakich?

Sprawdzian Janeczki jak zwykle rozwiązany bezbłędnie. I jak zwykle nasmarowane, powycierane do bólu i znów nasmarowane. I dopisek pani : „Mało starannie!”

I tak co miesiąc. Poza bazgraniem oczywiście sprawowanie do luftu. Janeczka gada, gada i gada…

A teraz ucekam, bo Potwory krążą jak satelity wokół pudełka, gdzie schowałam przemysłowe ilości ciastek owsianych, według mocno zmodyfikowanego przepisu Zielonejherbaty. Wczoraj upiekłam trzy blachy, ciacha były jeszcze gorące, kiedy Janeczka szła spać. Sztuk chyba ze sto, nie mniej.

Potwór spojrzał na nie z żalem i poprosił:

„Ale zostawcie mi na jutro chociaż dwa…”

I tak oto dowiedzieliśmy się, jakimi żarłokami nieopanowanymi jesteśmy w oczach dziecka…

Oczywiście – głodzonego do nieprzytomności dziecka…

Etykiety część dalsza

Wczoraj po południu Matka jak zwykle zabawiała Potwory. Obejrzała Teleekspress i pooglądała z Maryśką książeczki. Nie bardzo można wtedy cokolwiek robić, bo Maryśka okupuje kolana Matki i przytula puce, żeby naładować akumulatorki.

Matka zaś miała w lodówce dwa kilo łopatki do upieczenia i kombinowała okrutnie, jak to zrobić, żeby w miarę jadalne było. Przypomniało jej się na szczęście, że kupiła poprzedniego dnia kilo suszonych, kalifornijskich śliwek i można by wsadzić je do środka pieczeni, co nie zaszkodzi a kto wie, czy nie pomoże. W praniu okazało się, że MiaUżon był nadzwyczaj uprzejmy i wieczorem po kryjomu zjadł 3/4 kilo, ale to, co zostało, powinno wystarczyć.

Trzeba było jednakowoż do tego się zabrać a tu Maryśka na kolanach kwitnie i ani myśli się ruszyć.

Matka postanowiła zadziałać dyplomatycznie.

„Marysiu” – powiedziała – „puść mamusię, bo musi iść do pracy”

Potworek spojrzał wystraszony

„Chces isć na góję? Majować? Nie iććććć!”

„Nie, kotku, nie na górę. Jest za ciemno do malowania i mama przecież by cię tu samej nie zostawiła. Nawet z Janeczką”

Maryśka wyraźnie odetchnęła.

„To dzie chces iść?” – drążyła temat

„Do kuchni,Marysiu. Mama musi zrobić mięso na jutro, na obiad”

Potworek pokombinował, wstał i gestem policjanta kierującego ruchem na skrzyżowaniu podczas akcji Znicz pokazał Matce kierunek:

„A to TAM jest kuchnia! Pjosę bajdzo!”

No to Matka poczłapała…

Dobre maniery

Wczoraj trzeba było wieczorem Maryśkę uprać. Nie był to jeszcze bardzo późny wieczór, bo wtedy to Potworek zawsze wymaka w wodzie, ale powiedzmy, późne popołudnie.

Do uszu Matki doszedł wrzask straszliwy. Wpadła – Maryśka stała nad nocnikiem, porteczki opuszczone, ale już nic więcej nie zdążyła. Rozpacz czarna. Matka umyła ją i przebrała, Potworek odetchnął trochę, pokazał paluszkiem, gdzie należy podziałać szmatą (niby nie widać było tych kałuż i mokrego dywanu…) i poszłyśmy na dół na bajkę.

Matka postanowiła wzmożyć swoją czujność, żeby opady przelotne się już nie powtórzyły.

Po jakiejś godzinie pyta więc Maryśkę:

„Kochana a nie zrobiłabyś może siusiu do nocnika?”

Potworek spojrzał i odpowiedział uprzejmie:

„Nie, DZIĘKUJĘ.”

Adwokat

Dziś na obiad były między innymi ziemniaki. Jak w większości rodzin pewnie. Kaszy gryczanej ostatnio zjedliśmy całą wannę, więc należy się odpoczynek.

Matka ugotowała pyszne ziemniaczki i posypała je jeszcze lepszym koperkiem. Zapach rozniósł się po całym domu.

Maryśka w pełnym oprzyrządowaniu poduszkowo- śliniakowym z uwagą śledziła poczynania Matki i oblizywała się od ucha do ucha.

Wpadła Janeczka. Spojrzała. Namarszczyła się. I dała głos:

„Nie będę jadła kartofli z tym wstrętnym, ohydnym, obrzydliwym i śmierdzącym koperkiem!!! Za nic! Żeby nie wiem co!!! Zobaczysz, nie ruszę nawet! Samą marchewkę zjem i kotleta! A kartofle niech się marnują!!!

Matki to już nie wrusza, nic a nic. Koperku tym bardziej. Koperek to w ogóle nie dostąpił w żadnym ze swoich wcieleń innego traktowania, więc pewnie uważa, że to norma…

Ale za to nie wzięliśmy pod uwagę Maryśki. Chyba jednak czegoś takiego nie słyszała, bo oczka zrobiły jej się okrąglutkie, najpierw ze zdziwienia a potem z oburzenia…

Wzięła głęboki wdech, poczekała, aż Janeczka się wypiekli i przemówiła do niej równie głośno:

Janecko, USPOKÓJ SIEM!!! Za duzo jus głupotóf! Siadaj i ziadaj, kopejek zdjowy jest!!!”

Matka zamarła…

A Janeczka wzięła widelec i zjadła bez szemrania wszystko, do ostatniego ździebełka koperku…

To się nazywa mieć adwokata!

Gorzej, jak się zorientuje, że na tym można zarabiać…