Na pamięć

Janeczka pojechała dziś rano do szkoły z MiaUżonem. W połowie drogi zaczęła się nerwowo kręcić, chrząknęła i powiedziała:

” Wiesz co? Ja to się chyba starzeję…”

MiaUżon mało nie padł.

” Starzejesz się??? A po czym to zauważyłaś?” – zapytał

„No wiesz… właściwie to nie wiem…” – zamilkła Janeczka

Po dłuższej chwili z tylnej ławki znów doszło MiaUżona odchrząkiwanie.

„Tatooo? A ZMIENIAJĄC TEMAT – czy mógłbys kupić mi coś na pamięć? Bo mi szwankuje…” – z tylnej ławki wyraźnie zadymiło…

„Coś na pamięć?” – MiaUżon najwyraźniej nie jarzył

„No tak. Wiesz, tabletki, Bilobil takie, czy coś…”

„Ahaaaaaaa”- załapał MiaUżon – „a coś się stało, że tak nagle tabletki?”

„Noooooo… poważna sprawa!” – znów chrząkanie.

„Bo ja, no wiesz… Bo ja zapomniałam zrobić pracę domową….”

Lot na szmacie

Matka lata na szmacie. Urozmaica tak sobie czas, czekając na MiaUżona, bo gdy ten przybędzie, Matka zawiśnie na naszej chince przeddomowej, żeby utkać trzy komplety lampeczek.

I Matka od rana ma dziś farta! Wie już, że w drugie święto idzie na obiad do szwagierki. A przed chwilą dowoedziała się, że w pierwsze do Teściowej…

To się w głowie nie mieści!

Matka od zawsze robiła wszystko sama! Zapieprzała jak mały pocisk, padała na pysk i nie słyszała dobrego słowa w zamian. Teraz nie może dać wiary.

W takim układzie Wigilia u nas w zwiększonym składzie. Trudno. Nie będzie nie wiem ile żarcia, bo przecież Matka nie ma silikonowych garów! Nie rozciągną się. Nie będzie nażerania się! Ale za to Matka stanie na głowie, tak, jak to zwykle robi. Bo Matka ma Wigilię obcykaną szczególnie i już właśnie kwas buraczany na barszczyk nastawiła. Do tego będą paszteciki francuskie z kapustą i grzybkami. Mniam, mniam… I wiele innych

Ale, szczerze mówiąc, Matka chyba do ostatniego dnia nie uwierzy, że nie MUSI nic robić na dwa dni świąt…

Robaczki świętojańskie

Wczoraj schodzę sobie z góry, po trudach usypiania Maryśki (bo marnie jej szło) – a tu MiaUżon udaje robaczka świętojańskiego. Siedzi na podłodze w piżamie obwieszony mniej, lub bardziej świecącymi lampeczkami.

No, może z tym robaczkiem to ja przesadziłam, w końcu robaczek by się tak nie wyrażał…

Bo u nas co roku przed Gwiazdką jest cyrk lampkowy. MiaUżon najpierw szuka lampek w garażu. Jest to trudne, bo nie leżą w tym samym miejscu, co choinka. Choinkę u nas się rozbiera 2 lutego a lampki kwitną przed domem częto do Wielkanocy. Bo a to śnieg, a to deszcz a to muchy w nosie.

Takie sezonowanie wpływa na świecenie, bo kabelki śniedzieją, przerywają się i… no każdy wie, co są warte takie lampeczki.

Matka bieży więc kłusem w Wigilię rankiem na rynek i zakupuje dwa sznury po 200 sztuk, koloru Jakizostał.

W ten sposób dorobiliśmy się jakichś 800 zapasowych żaróweczek, bo kable tak poprzerywane, że szkoda gadać.

Ale nie jest tak prosto. MiaUzon wykonuje także co roku heroiczny wysiłek uruchomienia światełek, bo a nuż się uda? I tu wracamy do punktu wyjścia.

MiaUżon przynosi lampeczki. Godzinę rozplątuje. Godzinę klnie jak szewc. Godzinę szuka zapasowych, wielkich wtyczek. Godzinę je zmienia, zmuszając Matkę do golenia końcówek kabli z igielitu. Godzinę uruchamia. Godzinę klnie. Godzinę stuka w każdą lampeczke po kolei (przy pomocy Matki), bo może któraś drgnie. Godzinę klnie. Godzinę wyjmuje lampeczkę, wkłada inną, sprawdza, wyjmuje zapasową lampeczkę, wkłada poprzednią i przechodzi do kolejnej lampeczki.

U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki…

Światełka nie świecą. Bo nie maja prawa!!!

Matka się wkurza, mówi, że idzie spać, rzuca lampeczkami o glebę.

ŚWIECĄ!

I w ten sposób mamy trzy sznury palące i zaledwie 600 lampek tak zwanych ZAPASOWYCH…

I dziś napadamy naszą choinkę przed domem i ubieramy. Czego się nie robi dla dzieci…?

Bo na tak zwanym osiedlu już się zrobiło wesołe miasteczko…

Ale my na szczęście nie mamy sieci, ani pełgających światełek, ani dyndających dzwoneczków, ani – zwłaszcza- lampek pitolących…

Jeśli ktoś ubije w tym roku sąsiadów od pitolenia to będzie to Matka Polka…

Wieczorny fruwacz

Ze względu na weekendową szkołę, Matka postanowiła pójść do kościoła w sobotę wieczorem. Nie przepada za tym wariantem, bo ciemno, pusto i mało niedzielnie jest, ale co zrobić. Dla bezpieczeństwa tak postanowiła, bo nigdy nie wiadomo, o której szkólka sie skończy..

Po głębszym namyśle, rodzina postanowiła Matce towarzyszyć, żeby ta nie czuła się porzucona.

Ślizgawica akurat się zrobiła okropna i kościół pusciusieńkim się okazał, Matka ledwo piętnaście osób naliczyła. MiaUżon siadł w trzeciej ławce, Janeczka z Maryśką w pierwszej, natomiast Matka w ostatniej, żeby osłaniać tyły podczas wędrówek Potworka.

Dłuższy czas Maryśka siedziała w ławce z Janeczką. Niespotykana rzecz, bo normalnie to wędruje w różnych kierunkach, zanim ksiądz podejdzie do ołtarza.

Jednak kościół był pusty, widoki zupełnie inne, ministrantów nie było a tym samym ich ławeczki stały nieużywane. Maryśka ich użyła. Wielokrotnie. W różnej kolejności. Z przeczołgiwaniem się pod spodem oraz atakiem wierzchem.

Następne padły ofiarą ławki tak zwane „normalne”. Okazało się, że na wzięcie ich górą Potworkowi wzrostu nie staje, ale dołem szło świetnie. Matka nie jest tylko przekonana, czy kombinezon był tego samego zdania…

Ciekawe okazały sie też chryzantemy pod bocznym ołtarzem. Maryśka dobre dziesięć minut wąchała wszystkie po kolei.

Doniczki stały trzy. Człowiek , jak wiadomo, po trzech zapachach już nic nie czuje, więc Maryśka odeszła.

Człapała sobie wzdłuż stopni prezbiterium i nagle znieruchomiała. Właśnie zaczynało się Podniesienie, naród padł na kolana i cisza była bardzo pożądanym elementem.

Matka odetchnęła z ulgą. Za wcześnie jednak…

Maryśka ciężkim kłusem rzuciła się do Matki, odczekała, aż ksiądz opuści kielich i scenicznym szeptem, od którego zadrżały szyby w oknach, powiedziała:

„Mamulku, mamulku, wies? Tam fjuwa OKJOPNY KOMAJ!!!”

Chemicznie

Matka kończy, co też na kursie ją tak zainteresowało. No, może niekoniecznie zainteresowało…
Właściwie mówiliśmy dziś o rzeczach ciekawych. To znaczy głównie pan mówił. Rzeczowo, z sensem, na temat systemu oceniania w szkole. Można było skorzystać. Nawet Matka musi pracę z tego napisać, czyli ułożyć sprawdzian i różne mu podległe papierzyska. jak się okazało nie jest to za pierwszym razem takie hop-siup.
Ale wracając do pana. Pan jest tam personą ważną, w tej Kursowej Instytucji. Uczy do tego jeszcze chemii, mimo wieku więcej niż średniego. Ubiera si ę schludnie, Matka nic zarzucić nie może. Ale Matkę jedna rzecz drazniła. Potem okazało się, ze nie tylko Matkę, ale Matka siadła w pierwszej ławce i może dlatego…
Po kursie Matka wykonała telefon do kolegi, który kiedyś też miała tam wykłady. Zapytała, czy to możliwe, że pan taki a taki, to to i to. Kolega się zapowietrzył i stwierdził przyparty do muru, że tak, kiedyś pan to i to. Ale nie wiedział, że ciągle.
No to ja powiem chemicznie,  skoro pan uczy też chemii.
Matce przeszkadza, jak na Matkę na zajęciach zionie się nieprzetrawionym, ba, wręcz świeżutkim C2H5OH…
Trudno!

Od poślizgu do Holly…

Matka wróciła z kursu. Wygląda jak śniegowy bałwan, bo nawiedziła jeszcze miejscowy ryneczek, napadła na braci Miałkotów i nabyła drogą kupna sztruksową koszulę dla MiaUżona. Matka już kiedyś w rozpaczy jedną kupiła, bo MiaUżon wyjeżdżał na szkolenie, gdzie w garniturach być zakazali i myślała, że koszulka będzie uprzejma żyć do pierwszego prania, ale już nie „włącznie”. Tymczasem nabytek ów nie tylko przeżył pierwsze, ale i dwudzieste pierwsze pranie i nic! Jak spod igły! Matka zmieniła zdanie o Wietnamcach.

Tak więc Matka przeleciała się po rynku, w tym czasie zaczął walić śnieg a parasolka oczywiście grzała miejsce w samochodzie. Matka wsiadła, spojrzała w lusterko wsteczne, jak prawdziwa kobieta, czyli w celu znalezienia tam samej siebie i… No i Matki tam nie było! Był bałwan z piramidą śniegu na głowie.

Ale cóż to jest w porównaniu z udanym zakupem…

Potem Matka wpadła w zachwyt mogąc wypróbować w warunkach bojowych nowe, zimowe opony (bo Matka-kamikadze jeździła zawsze na letnich z braku funduszy). Wjechała więc w uliczkę z prędkością niemierzalną, czyli około 10km/h, po czym wpadła w poślizg i skosiła lewy pas a następnie ją obróciło i skosiła prawy. Udało jej się ominąć drzewa, no i nikogo tam na szczęście nie było. To już zresztą – i jedno i drugie – nie jest zasługa Matki.

A wcześniej Matka nabyła Wyborczą i zaraz na tym śniegu szukała Holly, ale wiedziała, że Holly tam nie będzie, bo kiedyś drukowali Matki list i pisała naczelna, że cosik tam nie doszło, czy doszło- a pokaszanione, i Matka wie, że Wysokie Obcasy to się z dnia na dzień nie drukują. Matka jeno spojrzała na zdjęcia i ma nadzieję, że Holly tak wyglądać nie będzie…

Bo Holly by się tak nie dała „zdjąć”. Nie ten typ, jak sądzę i już nie ta kondycja psychiczna.
Bo Holly jest kobita z jajami.

Tak Jej przykadziłam, że o kursie potem. Bo już wpis nie wytrzymałby rozrzutu wiadomości. A czemu- to za dłuższą chwilę…

Kulturalnie 18

Siedziałyśmy sobie wczoraj przy obiedzie z Maryśką. To znaczy Matka siedziała a Maryśka patrzyła, co też Matka robi. Bo sama obiadu to tak za bardzo nie zjadła i marchewkę zostawiła. Maryśka albo jednego dnia czymś się zapycha, albo w ogóle nie ruszy nawet. No trudno.

Potworek zbojkotował więc pyszna surówkę z marchewki, z rodzynkami i ananasem. Dziwne, bo tego dnia była pyszna. Matka surówki zakupuje w Tesco, są rzeczywiście fantastycznie doprawione, może kupić ich kilka i nie marnuje czasu, który może poświęcić Potworom.

Matka tego dnia nabyła surówki z kiszonej kapusty, selera ze śmietaną i brzoskwiniami, i marchewkę. Obstawiła się pudełkami i dokładała sobie do talerza z obiadem.

Maryśka patrzyła zaciekawiona (jakby Matki żrącej surówki nigdy nie widziała…), po czym podążyła po widelec i zanurzyła go w marchewce.

„O, kochana, poczekaj!” – zaprotestowała Matka – „jak Ty zaczniesz tak jeść marchewke prosto z pudełka, to reszta się za chwilę wścieknie i jutro trzeba będzie ją wywalić. Ja Ci nałożę do miseczki”

Jak Matka zapowiedziała, tak zrobiła. Potworek był zachwycony nadzwyczaj. Pałaszował marchweke, dokładał sobie i znów zaraz wszystko znikało.

Po chwili zaczęła go jednak interesować zawartość pozostałych pudełek. Seler odpadał, ze względu na uczulającą Potworka śmietanę i samego selera zresztą. Za kiszoną kapustą Maryśka zaś specjalnie nie przepadała.

Potworek spojrzał do pudełek i zapytał.

„Co to jest?”

„Surówki” – udzieliła uprzejmej odpowiedzi Matka

„As tyje?” – dociekał dalej Potworek wiosłując w marchewce widelcem

„Aż tyle” – potwierdziła Matka

„A po co?” – ulubione pytanie Maryśki

„No wiesz. Żeby było smacznie, żeby można było sobie wybrać to , co się lubi…” – Matce skończyły sie pomysły.

Potworek zamyslił się głęboko.

Kultuja?” – zapytał znienacka

Matka zadławiła się selerem

„PEŁNA!” – odrzekła, bo nic innego jej nie przyszło do głowy…

Bałagan (nie)kontrolowany

No i znowu jęki? Nie, no bez przesady. Babcia przyszła. Niania obtelefonowana – będzie siedziała w szpitalu chyba do świąt. Tak ta nerka jej się zapaprała, że nie moga lekarze wyjść z tego zakażenia. Do tego wyniki siadły, czyli nerka nie pracuje już tak, jak kiedyś. Pytanie – w którą stronę to się rozwinie. jestem pełna dobrych myśli.

No i skoro jest już Babcia, to Matka weszła na swoje poddasze, gdzie ma centrum dowodzenia. Stoi komputer, regały z kilkoma tysiącami książek, tapczan, fotel, sztaluga, zlew, biurko, szafki z rozpuszczalnikami, narzędzia, farby. No brakuje tylko toalety, ale bez przesady.

I Matka ma tam zawsze bałagan kontrolowany, bo nic nie jest poukładane. MiaUżon nawet nie startuje do znalezienia czegokolwiek a Matka daje radę.

Tylko, że dziś to Matka odnalazła komputer tylko dzięki temu, że wiatraczek się pewnie zakurzył i hałasuje…

Bajzel się rozkontrolował!!!!

Wszędzie jakieś papierzyska MiaUżona firmowe Matkę atakują. A to PITy a to DRY, a to rachunki. Matka zaczęła więc robić dziurki w papierach i powkłada je w segregator.

Czemu tak jest, że od razu się tego nie robi?!

A potem Matka wytrze kurze, natrze mebelki jakimś specyfikiem, dzięki któremu wyglądają zawsze GORZEJ. No i wypsika szyby w drzwiach, tysiące szybek. I już w ogóle wszystko będzie w smugi! Co tam, melanż jest modny.

Grunt, żeby barszczyk wyszedł na święta i BYŁO MIŁO.

Matka tego ostatniego to sobie bardzo mocno życzy, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią jej, że będzie kompletnie inaczej. Ale ponieważ to od nastawienia Matki bardzo zależy, więc zamknie sobie uszy i oczy, i przetrzyma.

Matka marzy o świętach z dorosłymi Potworami i ich mężami, i dziećmi. Będzie wtedy nareszcie prawdziwa, rodzinna Wigilia, jak wiele lat temu.

I Matka zaszaleje wtedy w kuchni, tak, jak jej Matka robiła.

I pięknie będzie…

Rety, do czego mnie te dygresje doprowadzają…

Miało być o Maryśce a wyszedł bałagan niekontrolowany z nostalgią na końcu…

Wybaczcie Matce!

Telefonia zapachowa

Matka sobie dziś siedzi i wybiera model telefonu. Nie, zeby chciała. Nie chce! Ma świezutki, dwuletni telefonik, prosto spod igły. Dzwonki normalne, monofoniczne, jest ulubiona Matki Badinera, co w nim gra, kabelek do ucha i drugi do komputera. Co trzeba więcej? Noi najwazniejsze – Matka juz opanowała telefonik.

Tłumaczy więc Matka MiaUżonowi, że jej z tym telefonikiem dobrze. Jedynym mankamentem jest taryfa, która nie służy do niczego. Najdroższa chyba w Unii. Matka nie dzwoni, bo minuta kosztuje ponad 3 złocisze, ale tez Matka nie czuje potrzeby. Jest w domu i okupuje stacjonarny telefon. Telefon ma do bycia pod nim.

I Matka dobrze wie o co MiaUżonu chodzi! O prezent! Bo MiaUżonowi się wydaje, że jak zmieni Matce taryfę (czyli sobie, bo ma, na tak zwaną firmę, dwa telefoniki) to Gwiazdka załatwiona.

Zarzucił więc Matkę kartkami z nową taryfą, jakiś Profit, Max, czy razem to do kupy. Matka obejrzała sobie więc w komputerku dwa Siemesy (bo już jeden ma i jest zadowolona) i kombinuje który wybrać. Matka się nie zna. Ma dwa do wyboru, bo są w miarę przystępne cenowo, czyli koło stówki kosztują. Bo w małej taryfie takie za złotówkę to już jakieś złomy.

No i musi być to w Plusie, nie ma wyjścia. MaiUżon nie chce słuchać o czymś innym.

A może ktoś ma inne, dobre doświadczenia?

No Matka to ma nadzieję, że do kompletu dostanie jakiś dobry perfum, jak zwykle, bo Matka to chyba od zapachów uzależniona jest…

Poza tym prezent ma być dla Kobiety, czyż nie?

Cicha noc

Matka ma dziś wolne. MiaUżon poszedł na spotkanie opłatkowe pracowników swojego Inspektoratu, do jedynego w mieście czterogwiazdkowego, nowego hotelu.

Matka pańszczyznę odrobiła. Potwory nakarmione, wykąpane, uśpione własnomatkowo i samodzielnie. Maryśka preferuje ostatnio do usypiania „Cichą noc”…

Matka porusza wszystkie swoje szare komóry, ale udaje jej się odgrzebać w pamięci jedynie trzy zwrotki i to w kolejności dość swobodnej, jak przypuszcza…

Zreszta nie wiadomo, czy się opłaci, bo Potworek zasypia przy drugim nawrocie, kiedy Matka zgrzyta do taktu zębami ze złości. Przez pierwsze trzy zwrotki Potworek przekłada z prawej strony na lewą i odwrotnie, Michała. Michał to królik wielkości średniego konia. Śpi w skórzanej kamizelce i dźga Maryśkę w oczy guzikami. Zawsze trzeba go w nocy wyciągać spod Potwora… Na wszelki wypadek grinpisa dodam, że materią nieożywioną i pluszową on ci jest.

A teraz Matka udaje się na spoczynek nocny, co szybko nie nastąpi, bo okupacja łazienki trwa u Matki jakąś godzinę. Już Matka teraz wie, po kim Janeczka to ma…

Co zrobić, Matka może żyć bez jedzenia, ale bez wody NIE! Takiej wody aplikowanej zewnętrznie…

Czy nie ma jakichś zastawów promocyjnych wody w sieci? Jakaś Twoja Strefa Zrzutu Wody (wtedy wykupię sobie na brodzik i kranik ogrodowy…;-)) albo Wybrane Krany?