Matka pada. Na cokolwiek. Makowce wyszły wielkie jak gazociąg, który niedaleko mojego miasta przechodzi… Ryby zrobione. Jutro tylko ciasto francuskie na paszteciki i kluski do maku. A to, to już nic, bułka z masłem!
Choinka ubrana. Wygląda kolejny rok jak głupia – wszystkie bombki na czubku a doły łyse, ze względu na Maryśkę. Zresztą Potworek jest bardzo przedsiębiorczy. Popatrzył, że drzewko wygląda dziwnie i wsadził miedzy dolne gałęzie gazetę i reklamówkę foliową. Udało się go przekonać, że łańcuchy może będą wyglądać nieco lepiej…
Zanim MiaUżon przytaszczył z pralni pudło z choinką, opowiadałam Maryśce , jaki to dzień ważny jutro będzie i że ubierzemy się pięknie i odświętnie, czyli Potworek włoży elegancką sukienkę. Potem połamiemy sie opłatkiem i zjemy to, co Mama robi w kuchni. I będą prezenty.
„Ale najpierw musimy szybciutko ubrać choinkę” – mówię do Maryśki
Potworek popatrzył na mnie badawczo, oczki zrobiły mu się wielkie jak guziki i zapytał zdumiony:
„A to ty mas, mamuniu, dla choinki takom duzom sukienecke?”
Dziękuję i życzę...
Kochani,
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia – zanim Wam wszystkiego najlepszego będę życzyć – dziękuję Wam za to, że tu jesteście. Za to, że czytacie, wpisujecie coś, co dodaje mi często otuchy… Sami może nawet o tym nie wiecie, jak ważna jest dla mnie Wasza obecność.
Mam nadzieję, że kiedyś Was zobaczę…
Życzę Wam, aby każdy dzień Nowego Roku pełen był nadziei i ciepła. Pełen życzliwości innych ludzi dla Was.
I żeby innym ludziom było z Wami dobrze… Obysmy umieli z innymi rozmawiać i ich słuchać…
Patrzmy w przyszłość, ale nie zapominajmy o przeszłości. O tych, którym wiele zawdzięczamy.
Wbrew temu, co mówią, odwracajmy się czasem za siebie…
Bo "Kto wie, czy za rogiem
nie stoją Anioł z Bogiem,
nie obserwują zdarzeń
i nie spełniają zdarzeń…"?
Wszystkiego, co najlepsze, Kochani!
Ryba pod beszamelem
Przepis dla Alki na zamówienie. Polecam także wszystkim zabieganym, bo można usmażyć sobie w przeddzień Wigilii wieczorem, ba, nawet zrobić sos i wszystko ososbno poczeka. Potem tylko wstawiamy do piekarnika i samo się chwilkę robi. ja bardzo lubię smażoną rybę, ale to oznacza stanie przy patelni, kiedy inni siedzą przy stole, poza tym zapachy, które niekoniecznie ładnie współgrają ze świeżo umytymi włosami…
Zaczynamy. Rzecz jest banalnie prosta i pyszna, jak sądzę, bo nie robiłam. Ale inne rzeczy pod beszamelem są jak najbardziej fantastyczne, więc i to być musi dobre.
Składniki
Filety z ryb
Cytryna
sól i przprawa do ryb, albo pieprz
Mąka, bułka tarta i jajo do panierki
Łyżka masła (lub twardej margaryny czy oleju)
łyżeczka mąki
szklanka mleka
pół szklanki gęstej śmietany
natka z pietruszki (ok. 2 łyżek posiekanej)
2-3 łyzki startego, żółtego sera.
Wykonanie
Rybę skrapiam sokiem z cytryny. Ja się przyznaję bez bicia, że cytryny nigdy nie mam i rozpuszczam kwasek cytrynowy w wodzie, i kąpię w tym kawałek ryby. Potem obtaczam w mące, jaju i bułce tartej. Do jaja dodaję sól. Ryby posypuję przyprawą do ryb już na patelni, bo jestem szybka Matka, ale warto wcześniej. Smażę normalnie, czyli w sporej ilości tłuszczu. Osączam na papierowym ręczniku.
Sos – rozpuszczam masło (margarynę lub tylko podgrzewam olej), dodaję mąkę, szybko mieszam i na boku zalewam powoli mlekiem dobrze rozcierając, żeby nie było grudek. Dodaję śmietanę. Zrobię trochę więcej niż tu piszę, bo coś mi mówi, że będzie mało… Wtedy trzeba wziąć odpowiednio więcej mąki i tłuszczu.
Stawiam na małym ogniu i mieszam, aż zacznie pyrkać. Wtedy doprawiam solą, pieprzem (i znowu się przyznaję, że wlewam odrobinę maggi), można też szczyptę cukru wsypać. Na koniec dodaję natkę, jeśli akurat mam ;-). Układam rybę, najlepiej w szklanym płaskim naczyniu, polewam sosem i posypuję utartym serem. Zapiekam w gorącym (180 stopni) piekarniku ok. 30 min.
Niż
Czekając na MiaUżona Matka padła przed telewizorem, bo co, jak co, ale Teleexpressu sobie nie odpuści. Święte 15 minut i już. Poza tym należało się, bo kapusta wyszła wspaniała a ta z grochem to już w ogóle, Matka próbuje i próbuje…
Zaraz rybkę po grecku strzeli, przełoży do szklanego naczynia i zwolni gar na barszczyk. Oj, Matce brakuje coraz bardziej dużych garów. Potwory rosną i jedzą więcej, i więcej. Małe garneczki przestały mieć rację bytu, chyba, że do zasmażki….
Ojeju, znowu Matka nie to miała pisać. Rybkę pod beszamelem to jutro skrobnie na blogu z rana. A dziś wraca do Teleexpressu…
Orłoś wyskoczył na początku, jak zwykle z pogodą, ale tym razem straszno się zrobiło. Powiedział mianowicie ni mniej, ni więcej, tylko tak:
„Jutro DOPADNIE nas głęboki niż norweski…”
Matka ucieszyła się, ze dopiero jutro, ale chyba nie zdąży go zauważyć nad garami.
Nagle Matka zorientowała się, że słabo słyszy Orłosia. Słabo, nie dlatego, że nagła a niespodziana głuchota ją dopadła. Bynajmniej. Coś okrutnie Matkę zagłuszało.
To coś to było chrapanie…
Maryśka siedziała na fotelu i patrzyła na Teleexpress z zamkniętymi oczami. Spała, aż gwizdało.
No i niż ją DOPADŁ dobę wcześniej…
Nigdy tej pogody nie nauczą się przepowiadać…
Kapusta dla Agi i nie tylko
Kapusta z grzybami
Kapusta kiszona w ilości dowolnej (ja robię 5-6 kg)
Suszone grzyby(garść)
Cebula(1-2)
Olej
Majeranek(pół garści)
Przyprawa Kamis do potraw z kapusty – oczywiście niekoniecznie
Suszone śliwki
Wykonanie
Namoczyć grzyby, najlepiej na noc, następnego dnia zagotować. Ja to robię po kilku godzinach, bo zawsze zapominam.
Kapustę przelać wodą, jeśli jest mocno kwaśna i pociąć. Ja kładę kłąb kapusty na deskę i kroję co dwa centymetry. Potem się tak straszliwie nie ciągnie koło twarzy…
Do wielkiego gara wlać olej, dołożyć posiekaną cebulę albo dwie, zeszklić, dorzucić kapustę, podlać odrobinę wody.
Grzać co chwila mieszając.
Wrzucić śliwki suszone, ile kto lubi. Ja daję wielką garść na 5 kg kapusty.
Wsypać majeranek, wlać posiekane grzybki wraz z wywarem.
Przyznaję się bez bicia – wkładam kostkę bulionową o smaku grzybowym…
Jeśli jest przyprawa – dokładam niemal całą paczkę. Jak nie mam – sypię więcej majeranku i pieprz, często też mielony kminek.
Jesli ciężko jest mieszać – dolewam oleju.
Uzupełniam wodę w razie potrzeby.
Po godzince, dwóch, kiedy kapusta nabierze ładnego koloru wyrzucam ją na balkon, żeby zmarzła i potem zabawa od początku. Im więcej, tym lepiej.
A potem dzielę tę kapustę na pół. Do jednej części dodaję jeszcze podsmażone pieczarki a do drugiej łuskany groch, ugotowany z majerankiem. I wolę, bodajże wersję z grochem?
Rachunek sumienia
Wstrętna Matka postanowiła! Ponieważ wyprawia Wigilię, kiedy rolety są pozaciągane, więc nie myje okien! Już i tak po czasie a na mrozie skakać Matka nie będzie…
Matka stawia na jedzenie. Jak zwykle nosem się będzie podpierać na koniec, ale może nie, skoro raz te święta się Matce upieką? Ostatecznie żadnego mięsiwa Matka przygotowywać nie musi, więc piekarnik nie będzie robił bokami.
No to teraz rachunek sumienia. Co też u Matki na Wigilii będzie. Bo kto, to wiadomo: 8 osób, z czego 6 żartych do nieprzytomności. Do dwóch pozostałych Matka zaliczyła siebie i – litościwie – Maryśkę. Choć nie byłaby taka pewna… Maryśki.
Zaczynamy:
*Barszcz na (własnoręcznym) zakwasie
*Paszteciki francuskie z pieczarkami (co barszczyku)
*Śledziki, rodzajów sześć- kupione
*Śledziki po wileńsku, z korzeniami (własne, pomijając połów,prawo własności morza do śledzia, śledzia do morza, rybaka do śledzia, hurtownika do rybaka itp.)
*Ryba po grecku
*Kapusta z grzybami
*Kapusta z grochem
*Ryba smażona, zapiekana w sosie beszamelowym z serem
*Kluski z makiem
*Ziemniaki w mundurkach odsmażane (do ryby)
*Kompot z suszonych owoców
*Różne słodkości makowe i piernikowe (Matka machnie ze trzy najwyżej)
Matka zastanawia się nad pierożkami, nadziewanymi suszonymi śliwkami, z bitą śmietaną na wierzchu. Zobaczy.
Wielcy nieobecni – KARP. Matka i MiaUżon karpia nie lubią, zarówno w postaci pływającej, jak i patelnianej. Trudno. W takim razie inni też nie zjedzą.
Choroba, starczy?
Zawsze jeszcze była sałatka buraczkowo-fasolkowa, kresowa, ale poza Matką nikt jeść jej nie chciał…
Jak Matka prezenty zapakuje, to pewnie coś jeszcze wymyśli…
Wiewióra
Matka od rana dziś biega z piórem. Postanowiła mianowicie znaleźć prezenty. Nie, nie nowe. Te, które zupełnie niedawno kupiła. Matka zawsze upycha je rozpaczliwie w różne, przedziwne miejsca a potem nijak nie może znaleźć!
Skutkiem tego jest odkrywanie zimowych, pięknych rękawiczek dla Janeczki latem. Janeczka wtedy usiłuje je nawet uprzejmie wcisnąć na łapki, ale się nie udaje, bo łapki stały się grabiami…
Kto pamięta wierszyk z rosyjskiego:
„Odnako wo wremia puti sabaka mogła podrasti…”?
No coś takiego, tylko, że podróż nie była potrzebna…
Matka potem na ostatnią chwilę pakuje prezenty i robi sobie jeszcze jeden numer. Pakuje, pakuje, zakleja, ale nie podpisuje. I ma całą stertę bezimiennych prezentów. I robi maluteńkie dziurki i podgląda, co też jest w środku…
Jak można robić to samo co roku?
Można, kiedy robi się trzydzieści rzeczy naraz!
To może Matka już dziś się weźmie i popakuje…?
Zasady
Janeczka dziś w drodze ze szkoły była markotna.To nadzwyczajne. Zwykle robi o coś awanturę a tu taki podły nastrój.
„Czy, nie daj Boże, dostałaś może uwagę do dzienniczka?” – zapytałam
„Nieeeeeee” – mruknęła Janeczka
„A stało się coś?” – nie dawałam spokoju
„Też nieeeeeee” – machnęła ręką Janeczka
„No ale coś się stać musiało? Nie wyszło? – drążyłam temat
Janeczka westchnęła, spojrzała w okno, znowu westchnęła.
„Bo ja to się dziś zawiodłam…”
„A na kim?!” – zatrwożyłam się
„Nie no, nie na kim, tylko na czym. Na życiu!”
„Na… życiuuuuu?” – nadstawiłam uszu
„No tak, bo chciałam siedzieć w pierwszej ławce. Ale pani mówi, że gadałam z Szymonem i posadziła mnie do ostatniej. I pani powiedziała, że w życiu są ZASADY”
„A są, kochana, są, żeby nie zasady to trudno byłoby żyć. Ba, to chyba byłoby wręcz niemożliwe” – wymądrzyłam się.
„No właśnie, pani też tak mówiła! A ja nie rozumiem co to znaczy – ZASADY. Wiem tylko, że przez nie siedzę w ostatniej ławce!”
Nabrałam powietrza, żeby coś sensownego powiedzieć, ale Janeczka była pierwsza.
„Ja to coś czuję, że przez te ZASADY to życie mi się nie będzie tak do końca podobać…”
Hm, chyba każdy zna jakieś życiowe zasady, co to mu się do końca nie podobają…
Ale nie powiem tego jeszcze Janeczce…
Świecą absolutnie
Cholery świecą. Matka włozyła kurteczkę i włączyła je celem sprawdzenia, co wywala korki. Chwilę poświeciło i łupnęło. Z fasonem, bo dym poszedł jak jasny gwint!
Okazało się, że MiaUżon założył wtyczkę od przedłużacza od kosiarki jak typowa kobieta. Gołe kabelki na wierzchu, ładnie się dotykające w środku wtyczki. Nie miało prawa świecić.
Dziwne, bo to mu się nie zdarza, chyba, że rżnął po ciemku…
Matka zrobiła. Naklęła się, bo kable na mrozie sztywne, łapy też i w ogóle żadna przyjemność.
Byle do następnego zwarcia…
Maryśka za to naoglądać musiała się Klanu. Stała bowiem przy oknie i patrzyła na wyczyny Matki a kiedy choinka rozbłysła, wykrzyknęła z radością (choć żadnym sensem):
„Absojutnie!!!”
Cholery
MiaUżon wczoraj napadł na kolejne lampeczki, tym razem do choinki domowej. Miały szczęście, poza urwaną wtyczką były w porządku…
Wcześniej Matka za to zawisła na choince przed domem, która bezczelnie urosła przez rok i trzeba było włazić na drabinę. Matka upchnęła na drzewie trzy sznury światełek, MiaUżon odpalił, zadziałały.
Wieczorem Potwory zażyczyły sobie, żeby nie zasuwać rolet do końca, tylko tak, żeby było widać choinkę. Rozmarzyliśmy się, pięknie było.
Jeszcze późniejszym wieczorem Matka z MiaUżonem zasiadła przy kominku.
„Rany julek, jak to dobrze, że te CHOLERY w tym roku świecą bez problemów!” – podtrzymywał dobry nastrój MiaUżon
Matka łaskawym okiem rzuciła na cholery.
„Mówisz o tej ciemności za oknem?” – zapytała uprzejmie
„Nie, no @$#%&^@#, ja zwariuję!!! Idę!” – zerwał się z fotela Miaużon
Poszedł do piwnicy, coś długo go nie było. Wrócił z miną baardzo zadowoloną.
„Już!”
Matka znów spojrzała. No rzeczywiście. Już.
„JUŻ znowu nie świecą…” – wbiła MiaUżonowi nóż w plecy
” @#$%&%$#!!!” – Matkę doszedł tupot nóg po schodach do piwnicy.
A teraz proszę sobie przeczytać od „Rany julek” trzydzieści razy i skończyć na „@#$%&%$#!!!”. Bez tupotu nóg.
Bo MiaUżon już więcej nie zszedł.
Bo przecież by pozabijał te CHOLERY…