A teraz Matka odkłada pędzle i farby i jedzie z kwiatami do swojej Siostry. Póki jasno.
Bo potem zamkną bramę.
I Matka zapali Siostrze lampkę.
Bo dziś mija 35 lat jak Siostry nie ma…
I już tylko Matka została do palenia lampek…
Kołysanka
Wracając do wczorajszego usypiania Maryśki…
W pewnym momencie Potworek stwierdził, że teraz on sam będzie usypiał misia.
Przykrył futrzaka kocykiem, przytulił się do niego i wrzasnął mu w ucho zestaw słowno muzyczny:
„Sifienta noc! Cicha nooooooc! Cejwony Kaptujek posed NIE-SA-MO-FI-CIJE pienknie ubjany do babci! Cuda, cuda ogłaaasaaaajom!”
No chyba kupię dyktafon…
Nie zobaczy
Maryśka przestawiła się w związku z feriami Janeczki i wstaje nieco poźniej. A może nawet wstaje tak samo, ale kładzie się później. Oczywiście Matka za nic nie może uśpić Maryśki, kotłuje się z nią pół godziny, po czym MiaUżon przychodzi i dziecko śpi po paru minutach jak anioł.
Co on jej mówi? Matka nie wie, bo MiaUżon poszedł w zaparte i nie chce powiedzieć nic poza tym, że Matka nie ma podejścia.
Może Matka podejścia nie ma, ale co sobie pogada z Potworkiem, to jej.
Z Janeczką się nie daje wieczornie pogadać, bo pada na poduszkę i śpi natychmiast.
Maryśka porzuciła za to usypianie na matkowym kolanie, co trwało moment i ładuje się do łóżka. Przykrywa kocykiem pierwszym i drugim, co skutkuje kompletnym przemieszaniem wszystkiego, przytula misia i zaczyna gadać. Wstaje, kładzie się, wywiesza za łożeczko, sprawdza, czy głowa nie przejdzie jednak między szczebelkami i dyskutuje.
Matka próbuje wszelkich usypiaczy – na próżno. Jak tu cokolwiek mówić, kiedy Maryśka szura, chrzęści i puka, czym się da.
Ostatnio na tapecie mamy „Cichą noc”, „Dzisiaj w Betlejem”, Czerwonego Kapturka i Kopciuszka. Marna sprawa, nic nie pomagają.
Po ponad półgodzinie Matka wyrwała sobie kłaki wszystkie z głowy i próbowała postraszyć terapią wstrząsową:
„Oj, jak zaraz nie uśniesz, to zobaczysz, machnę cię w pupę”
Z łożeczka w ciemnościach natychmiast zapiszczało radośnie:
„No cos ty! Nie ZOBACIE, bo psecies lezę do ciebie tyłem!!!
Matka kobietą
Matka zaczyna mieć stracha. Nie z powodu Potworów, nie. Ze swojego powodu. Matka czuje mocno, że przesadza, ale to jest silniejsze od niej.
Matka mianowicie, musi napisać sprawdzian. Nia sama. To znaczy sama, ale nie ona będzie pisała, tylko dla innych. To znaczy będzie pisała sama… O rety, Matka sia zakałapućkała.
Matka musi napisac sprawdzian jako pracę zaliczeniową na swój kurs pedegogiczny.
I to jest pewnie pryszcz, biorąc pod uwagę, jacy nauczyciele czasem ten kurs kończą. Matka da radę, ale i tak okropnie się stresuje.
Bo sprawdzian sprawdzianem, ale tu już na Matkę czyhają praktyki w okolicach lutego. Czas prawdy.
Szesnaście lat przy sztaludze a tu się Matce zachciało robić w życiu coś innego. Jako wtręt, nie jako całościowe zarobkowanie, bo Matka jako stażystka nie wyrobiłaby na podstawowe opłaty…
No i Matka teraz trzęsie portkami, jak głupia.
Ruszyć szare komóry musi.
Oj, trudno będzie, trudno…
Może i Matka z tego śmiać się będzie za czas jakiś, ale teraz nie!
Zachciało się Matce być Prawdziwą Kobietą, co i dom zadba, i o własną higienę psychiczną, i o chleb, i coś do chleba…
No to masz, Matko, placek…
Karp i dziewczyna
Matka zaczęła się zastanawiać, od kiedy to tak jest, że nie ma u niej w domu na Wigilię karpia. Bo w domu samej Matki to go nie ma już szesnasty rok, jakby nie liczyć, ale wcześniej w domu Matki Matki też nie było od jakiegoś czasu. Od grubej kreski, można nawet powiedzieć.
I Matka chyba sobie przypomniała, bo spytać to już dawno nie ma kogo…
Pewnego pięknego, przedwigilijnego dnia Matka Matki wróciła do domu z karpiem. Musiał to być ani chybi rok 1979 albo 1980. Kto pamieta to wie. Kto nie, to już wyjaśniam. Na karpia trzeba było polować dobre kilka dni wcześniej i hodowac go w wannie. Polowanie nie gwarantowało poza tym powodzenia, ale Matce Matki jakoś sie udawało, choć nikt specjalnej ochoty na karpia i tak nie miał. Ale tradycji stawało się zadość.
Karp więc pływał a cała rodzina myła się w wielkiej emaliowanej miednicy…
I wtedy mała Matka Polka wróciła sobie ze szkoły, i zobaczyła swoją Matkę w pozycji normalnej, czyli walącą w maszynę do pisania. Bo Matka Matki oddawała wtedy mnóstwo historyczno-sztucznych opracowań do pracy i jeszcze pisała nocami doktorat. W kuchni i w dwóch miednicach moczyły się śledzie (kto pamięta, co to był za – powiedzmy – zapach?), w prodiżu piekł się piernik. Matka Matki robiła dziesięć rzeczy naraz z jednakowo dobrym skutkiem.
Wracając do powrotu małej Matki ze szkoły… Mała Matka chciała wejść do łazienki i umyć łapska a tu na klamce leży foremka do piasku w kształcie rybki… Mała Matka wystartowała więc do Dużej Matki (która tak po prawdzie to juz była niższa od Małej Matki) i zapytała, cóż jej dziecięca foremka na klamce robi. Duża Matka oderwała się od jakiegoś dworu, wytrzeszczyła oczy i nagle bang! Zaskoczyła. Zerwała się na równe nogi i zawołała:
„O rety, tylko nie wchodź do łazienki, umyj ręce w kuchni. Ojciec przyjdzie, to zrobi z tym porządek!”
Teraz Mała Matka wybałuszyła oczy.
„Ale co się stało?” – zapytała
„No karp!” – wyjaśniła okropnie zdenerwowana Matka Matki – „kupiłam karpia a on zachowuje się jak wariat!”
Tu należy wyjaśnić dwie sprawy. Matka Matki ryb brzydziła się zawsze okrutnie i nie było nawet mowy, żeby żywą, lub martwą, ale niepozbawioną łba do ręki wzięła. Druga rzecz to to, że w naszej łazience Matka Matki zażyczyła sobie kiedyś świetlówkę. Nieststy wysiadały startery, których na rynku nie było i często gęsto człowiek robił siusiu i wtedy dopiero świetlówka uprzejma była się zapalić.
Cóż się więc stało, ze leżała rybka? Prosta sprawa.
Matka Matki nie mogąc się doczekać zapalenia światła, wlazła do łazienki, rozebrała się i pakowała własnie do wanny, żeby wziąć prysznic, kiedy światło w końcu się zapaliło.
Matka Matki zobaczyła zapomnianego karpia i narobiła okropnego wrzasku. Karp zobaczywszy Matkę Matki atakującą jego akwen wodny, ze stanem przedzawałowym wyskoczył Matce Matki prosto na głowę, po czym spadł na podłogę łazienki i zaczął się miotać w prawo, i w lewo. Matka Matki zużyła wszystkie ręczniki do złapania ryby, wpakowała go do wanny, zatrzasnęła drzwi od łazienki i poprzysięgła sobie, że tam nie wejdzie, dopóki Ojciec małej Matki nie strzeli karpia w łeb.
I tak pół dnia chodziłyśmy na siusiu do sąsiadki a karp tymczasem pływał w wannie jak wściekły.
Matka da sobie głowę ściąć,że miał na łbie białą opaskę z czerwonym kółkiem na przedzie…
I wtedy Mała Matka jadła karpia po raz ostatni…
Kto mi dał skrzydła?
Siedzieliśmy dziś przy obiedzie i jedliśmy niżej wymienioną rybkę po grecku, kiedy Maryśka zamyśliła się, wywróciła oczami i spojrzała na MiaUżona.
„Ty wies, tatulku? Ty mas skrzidła!”
MiaUżonowi ryba stanęła w gardle w poprzek.Obejrzał się dyskretnie przez lewe ramię, potem zerknął przez prawe… Skrzydeł nie było. Ale niewykluczone, że były jakieś malutkie i Maryśka je dojrzała. No bo z tyłu łatwiej, no nie? Niż tak samemu na swoje plecy spoglądać.
MiaUżon przyjął więc do wiadomości, że skrzydła posiada i już.
Niepotrzebnie jednak drążył temat. Tak się przynajmniej Matce wydaje…
Zapaliły się MiaUżonowi w oczach tabliczki z napisem „Jestem aniołem”, ale wolał to skonsultować i to był błąd.
„No to powiedz, Marysiu” – zapytał bardzo a bardzo zadowolony – „jeśli mam skrzydła, to KTO ja jestem?
Potworek spojrzał ze zdumieniem, bo jak można zadawać takie podstawowe pytania.
„No coś ty?” – zaśmiał się – „jak mas skrzidła to jestes SKRZIDLAK, po pjostu!!!”
Otóż to. Krótka piłka.
Ryba latająca?
Matka otworzyła balkon i wystawiła połowę jego zawartości do podgrzania, i podania na obiad. Litościwie oszczędziła suszarkę do bielizny, bo coś jej mówiło, że nawet długotrwałe duszenie by nic nie pomogło. Nie zmiękłaby…
Maryśka chodziła wokół kuchenki zacierająć łapki. W końcu przegłodziliśmy przez te święta Potworka, jak nigdy!
„Co beńdzie?” – nie wytrzymała i zapytała Matkę
„Ryba po grecku” – odparła Matka, zgodnie z prawdą
„Ahaaaaaaaa…” – przyjął do wiadomości Potworek i zniknął. Po chwili pojawił się ze szczelnie obwiniętym wokół szyi śliniakiem, który upychał jeszcze dodatkowo pod brodą ścierką.
„A czemu Ty się tak owijasz?!” – zapytała nieco zaskoczona Matka
„No wies…” – zaszeptał Potworek – „to tak, zeby mi jibka za kosulkę nie wskociła…”
Prezenty i ich właściciele
Nareszcie normalny dzień! A właściwie nie do końca, bo cały czas przychodzi Teściowa zamiast niani, która w związku z trzema tygodniami w szpitalu, poprosiła o wolne do końca roku. Jakąś pracę musi poczynić do swojej szkoły a zmarnowała mnóstwo czasu. Trudno. A tymczasem mój obrazek leży odłogiem, siostry czekają a ja poczekam sobie na pieniądze ponad miesiąc dłużej. Trochę boli, ale jakoś się przeżyje…
Nie wiem tylko, jak Babcia da radę z Potworami, bo przecież Janeczka ma pierwsze w życiu ferie. Domyslać się tylko mogę, że ilość owłosienia nagłownego u Potworów zmniejszy się mniej więcej dwukrotnie, za to ja wyłysieję całkiem!
Bo Janeczka zachowuje się klasycznie! Co to znaczy? To proste!
Janeczka od Wigilii pięknie się bawi. Zabawkami Maryśki! Bo swoje zadekowała tak, że do końca życia nie znajdzie!!! Siedzi więc na kanapie, rysuje na czterokolorowej magicznej tabliczce Maryśki, pod jednym półpupem ma wciśniętą Barbię Maryśki a pod drugim komórkę za 2,50zł. Co jakiś czas komórka wydaje rozpaczliwe dźwięki, no bo tak ma. Maryśka dostała jeszcze dwa zeszyty i świecowe kredki, żeby Janeczka nie spuszczała jej wiecznie łomotu za rzucenia choćby okiem na jej kartki z rysunkami.
Niestety nie upilnowaliśmy Janeczki. Kredkami Maryśki, w zeszycie Maryśki, zrobiła rysunki Maryśce i nie pozwala Maryśce patrzeć na te maryśkowe zeszyty. Zrozumieliście? Jak nie, to wyjaśniam. Janeczka zachowała się jak typowa wydra. A nam ręce opadły…
Nawiasem mówiąc po Wigilii i w pierwszy dzień świąt MiaUżon siedział okropnie zadowolony i bawił się nową komórką, którą dał mnie, Matce w prezencie…
Niedaleko pada jabłko…?
Jemy i tyjemy
Drugi dzień świąt…
Niektórzy mówią, że jak drugi dzień, to już właściwie po świętach. Eeeee, nieeeee….
Matka musi Wam powiedzieć, że Wigilia udała się jej nadzwyczaj. Przyjechała też szwagierka z dwoma dorosłymi synami, bo po raz pierwszy byli w święta bez szwagra, który wyjechał dopiero co do Szwecji zarabiać na życie. Matka w związku z tym narobiła jedzenia do oporu, ale nikt nie był w stanie tego przejeść. Za to pochwalili Matkę za wszystko i na barszczyk chcą przepis. To chyba znaczy, że im smakowało?
Teraz, kiedy Matka otwiera lodówkę, to Matkę napadają tony klusek z makiem, kapusta na balkonie czyha, jedynie śledziki sa systematycznie niszczone przez Miaużona i Janeczkę (pod warunkiem, że nie są w śmietanie, oczywiście…).
Matka musi przemeblować w zamrażarce i jakoś to jedzenie spacyfikować, bo warunki zewnątrzdomowe nie sprzyjają dłuższemu przechowywaniu na balkonie! I to szybko, i koniecznie, bo za moment Matce z ryby Grek wyskoczy, albo ryba z Greka. A najprędzej, to wypłyną razem ze szklanego gara, no bo zjeść tego wcześniej to nie damy rady…
Co zrobić, wyglądamy jak wieloryby na dnie bardzo błotnistego i śliskiego, częściowo wyschniętego bajorka. Co jakiś czas rozpaczliwie bijemy płetwami, ale nie daje sie wstać…
No to jemy dalej…
I zaraz się zbieramy, bo Maryśka dziś od świtu trąbi nam do ucha:
„Fśtawajcie! Fśtawajcie, bo tam ksionc w kościójku na nas czeka!”
No to lecimy, nie damy mu czekać!
Bóg się rodzi…
Wspomnienia Wigilii…
Takie różne a często takie smutne. Matka już raz pisała przy okazji 1 listopada. Tu można poczytać…
Wigilia – czas oczekiwania…
Bóg sie rodzi, moc truchleje…
Matka pamięta jeszcze jedno oczekiwanie. W Wigilię sześć lat temu. Siedziała w szpitalu pod blokiem operacyjnym i miała nadzieję, że to jednak nic takiego. No bo co się może wydarzyć, kiedy kogoś rozbolał nagle brzuch? I był zawsze zdrowy, jak ryba? Bo Matka Matki nigdy się nie poddawała!
I sąsiad chirurg, który wyszedł i powiedział:
"Przykro mi, jest dużo gorzej, niż myślałem… najwyżej trzy miesiące…"
I znajomy ksiądz, który zatrzymał się i przypomniał:
"Niech pani postara się mimo wszystko nie zapomnieć, jaki dziś dzień…"
Boże, jak trudno było cieszyć się z tego, żeś się narodził…