Szalikowiec?!

Matka dziś rano rzuciła się do przejrzenia janeczkowej teczki . Wczoraj przygotowała Potworowi ubranie i dziś obeszło się nawet bez dyskusji.

Okazało się, że Janeczka spakowała się całkiem dobrze. Niczego nie brakowało.

Oczywiście było sporo rzeczy więcej, bo Janeczka ma, jak wiekszość chyba dzieci, skłonność do gromadzenia wszelakich śmieci. Matka wyprowadziła więc do kosza zużyte kartki po ćwiczeniach, ścinki po robieniu jakichś światecznych dekoracji itp. W sumie plecak odchudził się o jakieś 20 deko. Zawsze to coś!

Na koniec uwagę Matki przykuł nowy podręcznik. Matka zupełnie sobie nie przypomina, żeby go kupowała. Do tego cieńszy był jakiś, czy co?

Matka wyjęła go więc i wykonała rzut okiem. Podręcznik nazywał się „Superkibic”. I nie był podręcznikiem.

No to masz mattko placek!

Janeczka nic, tylko połknęła bakcyla koszykówki.

MiaUżon bowiem, wydębił skądś nieosiagalny wręcz karnet na mecze i może zabierać Janeczkę, pod warunkiem, że trzyma ją na kolanach. I robi to!

Matka myślała, że Janeczka po jednym razie będzie miała dosyć, ale wygląda na to, że nie…

To teraz co? Kupić ma szalik Janeczce?

Bo Matka to się nie wyznaje…

Po co kolejka ta stoi…?

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem odwiedzania kościoła. Świąt się namnożyło i Maryśka była wniebowzięta. Przepada za chodzeniem do kościoła.

Ponieważ udawaliśmy się na proszony obiad, więc pojechaliśmy do naszego dawnego kościoła. Jest większy, organy grają głośniej i w ogóle. To „w ogóle” to jest w szczególności nieduży klęcznik, którego aksamitny, czerwony podkolannik (czy to się tak nazywa?) Maryśka zaadaptowała dla swojej pupiny i siedzi tam dzielnie pół mszy.

Kolejne pół niestety się przemieszcza a ponieważ topografia tej światyni jest jej lekko obca, więc Matka albo MiaUżon, udając niewidocznych, podążają za Potworkiem.

Tym razem jednak, Maryśka podążała jedynie od nas w kierunku klęcznika. Usytuowanie mebla było znakomite. Przed nosem cały kościół, za plecami żłobek. Sprawa była nieco utrudniona, kiedy Potwór szedł między ławkami, bo przecież dróg do celu jest kilka.

Poradziliśmy sobie jednak z tym w ten sposób, że nabyliśmy Maryśce drogą kupna czerwoną czapkę z uszami. Uszami stojącymi pionowo do góry, dla naszej wygody.

Teraz obserwowaliśmy więc czerwone uszka, przesuwające się między rzędami ławek, niczym płetwa rekina na „Szczękach”. Działało!

W pewnym momencie jednak Maryśka zniknęła, co było zrozumiałe, bowiem naród ruszył do komunii. Kolejka do jednego z księży ustawiła się w pobliżu klęcznika.
Po chwili kolejka zafalowała.
Potem zafalował ksiądz…
MiaUżon doszedł do wniosku, że Maryśka najwyraźniej usiłuje przebić się przez ciżbę i przeszkadza. Podążył więc truchcikiem w kierunku fal.

Nie minęła chwila a falowali wszyscy – ludzie, ksiądz i MiaUżon.

Co jest???

Matka zobaczyła po chwili, jak MiaUżon z trudem wynosi Maryśkę pod pachą.

Okazało się, że dziecię rzeczywiście przedzierało się do swojego klęcznika, ale zobaczyło, że tam „coś” dają.

Ustawiła się więc przed księdzem, zamknęła oczy, zadarła głowę do góry i otworzyła paszczę!

Zawsze to jakaś szansa, że coś by wpadło…

Przesuwamy zwrotnice

Poniedziałek, 6.30.

Woda,ubranka, pióra, czesanie, pióra, Janeczka, pióra, śniadanko do szkoły, pióra…

Oznacza to ni mniej, ni więcej, że ferie się skończyły!

Wokół, mimo sprzątania świątecznego, trup ściele się gęsto. Wszystkie szyby „obłapkowane” maryśkowo-janeczkowo, spod komody chyba nawet kot jakiś wyłaził.

Lodówka opustoszała.

Lampki na choince szlag jasny trafił na amen.

Genialna niania ozdrowiała nareszcie i dziś wraca. Chyba wraca…

Obrazek czeka na Matkę zwarty i gotowy.

Porozrzucane wieszaki, czyli MiaUżon wbił się w garnitur.

Wraca normalność!

Matka wskoczyła na swoje tory…

Żegnaj Matko Świąteczna.

Witaj Matko Polko!

Atak noworoczny

Matka odpoczywała sobie od komputera. Nie tam kac, Holly, pobożne życzenia… Matka nażarła się sernika i drożdżówki i leżała kołami do góry.

Poza tym wyspać się nie dało. I żeby to jeszcze jakaś porządna przyczyna była!

Matka padła w Sylwestra a raczej już w Nowy Rok, gdzieś koło trzeciej nad ranem. Wszystko fajnie, ale pół godziny potem się zaczęło:

„Bzzyyyyyyyyyyyyyyyyyyy, bzYYYYYYYYYYYYYY, bZYYYYYYYYYYYYYYYY, BZYYYYYYYYYYYYYYY!!!”

Nie, no koniec świata!

Messerschmitty jedne!!! Matka aż teraz w Google zajrzała, żeby błędu nie zrobić, bo jak napisze -komary – to to w ogóle nie odda Matki wściekłości.

Przyleciała cholera taka i siadała Matce na uchu. MiaUżon okazał się jak zwykle nieruszalny. W końcu nie na nim siada, no nie?

Matka potoczyła w ciemnościach wzrokiem. Nic. No niby co ma być? Komar ostatecznie niefosforyzujęcym jest!

A do tego Matka soczewki nosi, ale w nich nie śpi. I nie będzie sobie w oczach dłubać w Nowy Rok o czwartej nad ranem! Co ona, express do Yumy jest, czy co?

Zastosowała więc Matka metodę na chlaśnięcie własne. Pocekała, jak skubaniec usiądzie i przyłożyła sobie w ucho. Efekt był znakomity. Komar uleciał, powiewając tylnymi łapami a Matka już długi czas go nie słyszała. Bo ogłuchła…

Po chwili MiaUzon zaczął okładać swoje części nieosłonięte. Matka zrozumiała, że został otoczony i zaatakowany.

Wstał nawet i zapalił światło! Po chwili Matkę doszły odgłosy:

„@#$%&!!! oraz %$^&*)()!”

Komar poległ, utłuczony Matki podkoszulkiem. Czystym. Prosto ze sznurka. Matka padła z zachwytu…

A potem o godzinie 4.15, jak również 4.55 oraz 5.20 cała sytuacja się powtórzyła.

Matka nie wie. Czy komary robią przetwory na zimę w Nowy Rok???

Bo ich ilość i zmasowany sposób ataku na to wskazywał!!!

Aha, o 6.00 wstała Maryśka i przyszła do nas.

Tak to żeśmy się w Nowy Rok wyspali…

Czy to znaczy, że codziennie tak będzie…?

Odpaliliśmy! Już!

Matka pojechała dziś dzielnie, żeby po raz pierwszy w życiu nabyć fajerwerki…

No bo MiaUżon obiecał Janeczce, że po raz pierwszy w życiu Potwór dotrwa do północy, wydzie przed dom i z sąsiadami odpali ognie, podczas, kiedy Matka z MiaUżonem uraczą się szampanem. Pod tym względem sąsiedzi trzymają się w kupie i dobrze jest!

Matka pojechała więc w ciężkim deszczu do Tesco. Ruch był jak cholera a Matka musiała zmienić pas. No to zmieniła i usłyszała, jak w bagażniku okropnie coś jej się przewróciło.

Ale jeszcze nic przecież nie kupiła…

No i się okazało, że gość za Matką jechał nadzwyczaj szybko, przyhamował, żeby Matki nie puknąć (ale Matka tu zaznacza, że nie wymusiła nic, 100 metrów wolnego było) i wyrżnął w niego facet z tyłu…

Matka mimo to miała wyrzuty, ale co zrobić… Niech nie jeździ osiemdziesiątką po mieście…

No i Matka spotkała w Tesco MiaUżona, który okropnie dumny pokazał jej, że kupił fajerwerki po -nawet- okazyjnej cenie…

Po bliższych oględzinach Matki, fajerwerki okazały się być zimnymi ogniami…

MaiUzon wściekły wyrzucił je do kosza z podobnymi i pojechał do Biedronki po właściwe.

A Matka nabyła jakieś jedzenie i wróciła do domu.

Tam patrzy, a fajerwerki ciepnięte w szafie, MiaUżon wściekły, Babcia czerwona, Janeczki nie ma. Tylko Potworek maluje na swojej magicznej tabliczce z miną Giocondy.

„Co jest?” -zapytała Matka krótko acz wieloznacznie.

„Spytaj swojej córki!!!” – MiaUżon na to.

Matka spytała. Nic to nie dało.Janeczka wyła w swoim pokoju.

Okazało się, że zakomunikowała Babci, iż jej nienawidzi i do tego przyrżnęła Babci ręką. No bajka!

Babcia powiedziała, że wychodzi. Wcale sięjej Matka nie dziwi.

No. To u nas już właściwie odpaliły petardy…

A tam, petardy. Rakiety!

Kolejna godzina polegała na wzajemnym obsmarkiwaniu się i zalewaniu łzami.

Jak Matka lubi takie imprezy!!!

A teraz idzie robić sernik i drożdżówkę szybką na dwóch jajach.

Babcia dała się udobruchać…

Wersal 17

Dziś wściekłym świtem, obudziło Matkę piłowanie Maryśki. Kiedy się doczłapała pod łożeczko Potwora, ten stał cały w smarkach, ze spuchniętym nosem.

„Ojej” – Matka złapała się za głowę – „a ty już długo tak płaczesz?”

„Długo” – wychlipała Maryśka

„A co się stało?” – Matka próbowała jak zwykle, błysnąć poranną inteligencją

„Nie fjem!” – wzruszył ramionkami Potworek – „chyba zjobiłam siusiu”

Matka fachowo obmacała okolice dolnej części pleców Maryśki, potem łóżeczko, nic. Posadziła więc ją na nocniku i zabrała potem do swojego łóżka.
To znaczy właściwie nie zabrała. Jak wypłukała nocnik i przywlokła się na swoje miejsce, to już było zajęte.
Potworek spał, aż gwizdało.

Jakiś czas potem, a było jeszcze ciemnawo, Maryśka zlazła z łóżka i na bosym ustopieniu podążyła do pokoju Janeczki.

„Ej!” – do Matki doszedł jakże wymowny komunikat

„Coooo?” – wychrypiała zaspana Janeczka

„Mogem siem połozyć z tobom?” – zapytał Potworek

„Noooooo” – Janeczka miotnęła się w lewo, robiąc miejsce

„DZIENKUJEM!” – dokończył konwersację Potworek i padł, chrapiąc, na poduszkę Janeczki


Taki to mamy Wersal o świcie…

Kasujemy i zapisujemy

Tak sobie wszyscy rok podsumowują…

A Matka nie będzie. Bo Matka ma tak zaprogramowane, że same paskudne rzeczy pamięta. Okropne to jest!

Jak już Matka się do końca dołuje, to czyta swojego bloga od początku i mówi do siebie:

„No, no, popatrz tylko, rzeczywiście! Było tak! A całkiem zapomniałam!

A jak jeszcze spojrzy, że poznała tyle ciekawych osób, dzięki temu, że coś tam bazgrze od czasu do czasu, to już w ogóle Matce się robi cieplej koło serca…

I wtedy wie, że rok był udany.

Bo Matka przypadkiem kliknęła w Blox, zamiast w pocztę Gazety…

I jak zaczęła czytać, to wpadła na całego!

I to się nazywa nie przypadek, tylko opatrzność.


I Matka życzy tym zabieganym, co to jutro będą się wypiękniać, bo gdzieś na tańce się wypuszczają, udanej zabawy!

A tym, co pichcą coś pysznego, bo spraszają przyjaciół, też wszystkiego najlepszego i ich drożdżom na ciasto udanego porostu. Albo może wzrostu…?

A wszystkim nam pogody ducha i zapomnienia rzeczy przykrych.
Takiego klawisza „delete” życzę.
I świetnej pamięci do każdej, nawet najmniejszej, dobrej chwili. Choćby lekkiego, czyjegoś usmiechu!
Wiecie: „Zapisz plik jako…”

Będzie dobrze!

Po prostu być musi, musi, musi!

Babcia Zdobywca

Dziś przy obiedzie Janeczka zaczęła drążyć temat trzęsień ziemi. Wymyśliła nawet upiorny quiz:

„Czy wolałbyś być na małej wyspie kiedy:

a) zalewa ją całkowicie fala

b) wybucha na niej ogromny wulkan

c) zapada się całkowicie z powodu trzęsienia ziemi?

Zainteresowani a właściwie mało zainteresowani wybrali odpowiedź
d) czyli lekko się wkurzyli.

Uprzedzając komentarze – tak, tak, pogadanka na temat odbyła się, a jakże.

Potem Janeczka otrzymała zadanie bojowe przynieśc globus zeszłoroczny, czyli polityczny i znaleźć kraje, które ucierpiały po tsunami. Matka musiała się oddalić, w celu zapakowania zmywarki, więc pozostało jej tylko strzyc uszami. Janeczka tymczasem wraz z Babcią szukały Sri Lanki i Indii.

„Babcia zobacz, Indonezja jest!” – Janeczka dokonała odkrycia

„No tak, ale szukaj Indii” – patrzyła w globus Babcia

„Azję mam!” – wrzasnęła radośnie Janeczka

„A tam, Azję” – mruknęła niezadowolona Babcia – „Azja to się łączy ze Związkiem Radzieckim!”

Janeczka popatrzyła na Matkę nieco nieprzytomnie.
Matka zrobiła okrągłe oczy i machnęła ręką.
Trudno. Niech tam Babcia pobędzie sobie imperatorem. Fajnie byśmy mieli, co? Polska do Morza Kaspijskiego na przykład…

A wieczorem poprzesuwamy Janeczce granice na swoje miejsca…

Na wszelki wypadek

Kolejne usypianie Maryśki. Coś Matka ostatnio nie ma osiągnięć na tym polu…

Trzeba Potworka budzić o świcie, czy jak?

Wczoraj znów MiaUżon dokończył dzieła, ale Matka sobie wcześniej pogadała z Maryśką. Jak już odśpiewała kolędy i opowiedziała setny raz Czerwonego Kapturka, to znów musiała użyć argumentu z gatunku najwyższych…

„Marysiu, oj, zaraz ci strzelę w pupę!”

Potworek natychmiast zareagował wkomponowując nowo nabyte słowa:

„Wies co, mamuniu? To jus ty mnie NA WSELKI WYPADEK nie stselaj…”


I to się nazywa wytrącić z ręki oręż…

Róża

Matka wczoraj dojechała pod cmentarz prawie o zmroku. Kolorów to było od groma, bo obok stoi wielki hipermarket, oświetlony jak Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia, ale budy z kwiatami pozamykane były już na głucho. Matka nabyła w ostatniej lampkę i przemykała koło jeszcze jednej, już prawie całkiem „spakowanej”, żeby wleźć boczną furtką na cmentarz. Spojrzała jednak na trzy wiadra, w których stało chyba z pięćset róż, wszystkie piękne i w zadziwiających kolorach. A może to miganie hipermarketu sprawiło? Chyba jednak nie…

Matka stanęła więc i zagapiła się na piękne, czerwonopomarańczowe kwiaty, których było najwięcej. Obok stał jakiś starszy pan i Matka myślała, że to też zabłąkany, i spóźniony klient. Nie zwracała więc na niego uwagi, bo dojrzała najpiękniejszą z najpiękniejszych róż. Wcale nie była na wierzchu i trzeba by było połowę kwiatów pewnie wyjąć, żeby ją wyciągnąć…

I wtedy pan się odezwał:

„Mam wrażenie, że pani podziwia właśnie różę” – i wyciagnął ją z tych kilkuset, i podał Matce.


I to jest właśnie to TO, co posiadają niektórzy starsi panowie…