Moja genialna niania, ta, co ma przeszczepioną nerkę i miesiąc była w szpitalu, poprosiła mnie wczoraj, żebym zwolniła ją o 14.00, bo ma numerek do okulisty.
Zamówiła jednak w zamian swoją Mamę, którą Maryśka dobrze zna, w końcu obżera ją z obiadu, czyż nie?
Okazało się jednak, że MiaUżon się zmobilizował, odebrał Janeczkę i popilnował przez półtorej godziny obydwie córy.
Zaintrygowało mnie jednak, co się mogło stać, bo niania na oczy nie narzekała.
A ma tak piękne, że powala mnie na kolana. Wielkie niesamowicie, jak Sophia Loren.
„A wie pani” – powiedziała niania – „bo ja ostatnio to miewam taką mgłę na oczach. I to mi przeszkadza trochę. No to pomyślałam, że to może coś z tą nerką związane. Albo znowu po jakimś leku mi się tak porobiło?”
I poszła.
A rano powiedziała, że ma zaćmę…
ZAĆMĘ!!!
Moja niania ma 23 lata.
Jest kapitalną dziewczyną.
„Już mi się, proszę pani teraz nic nie chce. Jaki sens mają moje studia? Przecież przy rencie nikt mnie do pracy nie przyjmie, jeśli jeszcze takie rzeczy dochodzą…”
Pogadałam z nianią. Bo jest sens wszystkiego, co robi.
Dobrze, że robi. Bo gdyby usiadła to już w ogóle koniec.
Bo moja niania to dzielna kobieta.
Tylko co jeszcze jej „wyskoczy”?
Indyk atakuje
Matka wczoraj do wpół do drugiej piekła pierś indyczą w sosie pumperniklowym. 2,5 kg mięsa. Ileż ten indor ważyć musiał?
Piekła, bo do rodziny przyjechała kuzyneczka z Holandii i umówiła się na wizytę dzisiejszym wieczorem. Matka postanowiła się zabezpieczyć w kwestii kolacji, choć umówiona była na poobiednią kawę, bo MiaUżon zamierzał wyjść na siatkówkę (ozdrowiał dziwnie szybko z nóżką – Matka założy się, że za chwilę znowu coś sobie zerwie…).
Kiedy juz odmroziła indyka okazało się, że wszystkim się pokićkało i kuzyneczka zapamiętała piątek.
No w piątek to Matka ma szkołę, zresztą w sobotę i niedzielę też. A potem kuzyneczki już nie będzie.
Stanęło więc na sobocie – ciekawe, jak Matka to zrobi? Pewnie pojedzie do cukierni po ciastka.
Skutek tego zamieszania jest tylko taki, że cały dom to jeden wielki indyk, ciuchy Matka zniosła zaraz do pralni, bo ciągnęły za sobą ogon pumperniklowy.
No i ponad dwa kilo pieczeni z nadzieniem…
Teraz będziemy mieli przez miesiąc Wersal…
Nie, no Matka pomrozi towarzystwo.
Choć wolałaby być w zamian bardziej wyspana…
Moglibyście przyjechać i pomóc to jeść…
Zasadniczo.
Ciekawe, co by MiaUżon powiedział?
Portret w plenerze
MiaUżon zrobił sobie zdjęcie. To znaczy, nie sam, nie, nie. Autoportret to to nie był…
Był dziś odebrać odbitkę, ale nie dali mu!
Pokazali tylko i zdenerwował się, bo brzydkie było. Nieostre…
I w ogóle MiaUżona widać nie było.
Bo to był taki portret w plenerze. Z samochodem. Albo w samochodzie raczej…
No i MiaUzona nie było widać, ale za to tablicę rejestracyjną świetnie!!!
I mimo tych niedoskonałości przyszło zapłacić MiaUżonowi sto polskich złotych za takie coś.
I nawet punkty dawali za to. Cztery.
Może promocja?
Nieważne…
Matkę trafił jasny szlag!
I to jest ważne!
Zdechłe akumulatory
Matka przelatywała na miotle koło bawiącego się Potworka.
Humor Matka ma do niczego, więc postanowiła podładować sobie (z braku szkolnej Janeczki) akumulatory Maryśką.
Potworek skupiony stemplował coś w zeszycie ulubionym gwiazdkowym prezentem. Nie widział nic i nikogo.
„Kochana!” – rzekła Matka zachęcająco – „a może dasz mamusi buziaka?”
Maryśka spojrzała nieprzytomnie znad stempelka z misiem
„Nie!” – odparła po namysle.
To żyła jedna maleńka. Ale Matka postanowiła być sprytniejsza…
Podeszła i sama zainkasowała sobie buziaka.
„No i widzisz? Sama sobie wzięłam!” – powiedziała z tryumfem – „chyba się na mnie za to nie gniewasz…?”
„Gniefam siem!” – odparł twardo Potworek stempując 175 misia
„No coś ty?” – zaniepokoiła się Matka -„a bardzo?”
„Bajdzo!!!” – podniósł oczy Potworek
Matka musiała zrobić głupią minę. Chyba…
Potworek szybko dodał:
„Ja siem tak BAJDZO gniefam, że aż ciem KOCHAM!!!”
No i jak tu mieć zły dzień? Serce Matce rośnie!
Sądny dzień
Matka ma dziś dzień straszny.
Zaczęło się od wczoraj, a nawet dwa dni temu.
* MiaUżona namierzyli fotoradarem. Bóg wie za ile. Dziś się dowiemy.
* Matka nie mogła za nic wydostać pieniędzy z bankomatu. Sprawdziła w internecie i wcale się bankomatowi nie dziwi. Pusto po świętach…
* Wezwali MaiUzona na komisję ZUSowską w celu sprawdzenia, czy nie symuluje ze swoją przetrąconą nóżką. Nie symuluje, ale taka komisja lekarska to nerwy i dzień stracony. Wiadomo, że traktują człowieka od razu, jak złodzieja…
* Zadzwoniły lokatorki Mattki z W-wy zdziwione, że zużyły tyle wody i że ta woda tyle kosztuje! I że nie zamierzają płacić prawie 1000zł za rachunek z kilku miesięcy. I że wyniosą się.
*Matka skonsultowała cenę, za jaką wypuszcza swoje mieszkanie w agencji nieruchomości i okazało się, że robi to grubo poniżej cen, jakie w tej chwili są na rynku. Nie szkodzi. Co usłyszała od najemcy to jej. Cała się trzęsie. Bo POWINNA płacić dziewczynom za wodę. A z jakiej racji? Liczniki na wodę są? Są. Na gaz są? Są. I jakoś nikt nie protestuje.
*Matka teraz musi szukać prawdopodobnie nowych lokatorów. Znowu nerwy, koszty. Innymi słowy – Matka dostanie po dupie. No bo kto inny?
No i Matka miała napisać zupełnie o czym innym. Kompletnie.
Ale jest tak strasznie struta sprawą z mieszkaniem, że odchodzi od zmysłów. I żyć się odechciewa.
To to, co miała napisać, napisze potem.
Wraca do obrazu, żeby zarobić na wodę dziewczynkom…
Kilka tygodni wstecz
Przypomniał się Matce pewien poranek z Janeczką.
Na szczęście coraz rzadziej takie się zdarzają. Janeczka chyba wreszcie przyjęła do wiadomości fakt, że do szkoły trzeba się udać samemu, bo budynki są ciężkoprzesuwalne, jak również, że z dzwonkiem nie czekają na Janeczkę. Bez dwóch zdań.
Nawet kwestie ubraniowe roztrząsamy głównie wieczorem.
Cóż, Janeczka dorośleje…
Ale jakiś czas temu nie było tak dobrze. Matka pisała nie raz i nie dwa.
Janeczki nie można było za nic spruć z łóżka, potem „zawieszała system” myjąc zęby, czyli zastygała przed lustrem ze szczoteczką w paszczy, to samo robiła podczas ubierania (już bez szczoteczki…) i jedzenia śniadania.
Skutek był taki, że stałyśmy w korkach i potem z wywieszonym ozorem wpadałyśmy do szkoły.
Matka próbowała wszystkiego – nie skutkowało nic.
Któregoś poranka, kiedy Janeczka nie mogła za nic dojść do szafy, żeby się ubrać a Matka stała w pełnym oprzyrządowaniu, gotując się i brzękając kluczykami, bo była 7.40 a do szkoły 7 kilometrów przez miasto, Matka nie zdzierżyła i zapowiedziała:
„Jeśli natychmiast nie zaczniesz się ubierać, pojadę sama do szkoły a ty zostaniesz w domu. I nie wiem, jak to wytłumaczysz pani!”
Janeczka wyraźnie przyspieszyła, ale po chwili znów się „zawiesiła”, chrząknęła i zapytała niepewnie:
„No dobra…Ale powiedz mi… Po co będziesz SAMA jechała do szkoły?”
Obiad Potwora
Wczoraj niania-Ania znowu nie przyszła. Miała być po raz pierwszy po długiej, chorobowej przerwie, ale zadzwoniła świtem, że nie może.
Zaproponowała natomiast, żeby Maryśkę przywieźć do niej, bo jest jej mama i tato, których to Potworek zna i bardzo lubi.
Matka na tę propozycje przystała, bo już dłużej przestojów mieć nie może. Dolegliwość niani była poza tym spowodowana nadmiarem leków albo uczuleniem na któryś z nich. Niania mianowicie nie wychodziła już trzy dni z toalety…
Potworek został odebrany o czasie, gdyż Matka przyjechała po niego prosto z Janeczką, ze szkoły.
Matka ciekawa była tylko, czy po ponad miesięcznej przerwie i w jakby nie patrzeć, nieco nieznajomym miejscu, Maryśka będzie chetnie jeść obiad.
Zapytała więc o to wychodząc, Mamę niani-Ani.
Mama rozpromieniła się i powiedziała z dumą:
„O tak, Marysia pięknie zjadła obiad. Były kartofelki, gotowana marchewka i schabowy. Marysia zjadła swój, mój i Ani…”
O, ludzie…
Matka chciała się natychmiast okopać, ale na klatce schodowej to beton wylany jest…
Black &White
Jolinda zainspirowała Matkę do wpisu. Nie będzie taki poetycki, bo Matka tak, jak ona nie miewa.
Chodzi o sny.
Matka tak ma, że nic nie pamięta. Choćby w supełek się zwinęła. Nic, zero, nul!
A jak już coś się przytrafi, to jest czarnobiałe. Jak Kronika Filmowa z PRLu. Spadek po niekolorowej telewizji, czy co? Podobno tylko 7% ludzi ma kolorowe sny.
Matka Matki miała. I śniły się jej kolorowe łąki, pełne kwiatów. A dla Matki to była pełna abstrakcja.
I Matka tak jeszcze ma, że maluje, ale jak zamknie oczy to koloru nie potrafi sobie wyobrazić. Gdyby jej ktoś powiedział, ze kupił sweter w kolorze umieszanym z czerwieni van Dyck’a z bielą cynkową i odrobiną sieny naturalnej, to zaraz wie o co chodzi. Ale nie widzi.
To się nazywa zboczenie zawodowe połaczone z wewnętrzną ślepotą…
Ale nie o tym miało być. Matka zawsze pisze nie o tym i potem blog ma długi taki, jak papier toaletowy. A może lepiej by zabrzmiało – jak zwój papirusu?
E tam, Matka nie z eleganckich.
O czym Matka pisała?
No, pamięta. O snach.
Bo już, jak Matka coś pamięta, to są to sny wyłącznie jednego rodzaju. Może dwóch.
Matka siada do fortrpianu (maiała w szkole muzycznej dodatkowy) na egzaminie – i nic. Pustka. Otwiera nuty i nie wie nawet co ma grać.
A drugi, częstszy, to taki, że otwiera w szkole teczkę a tam połowy potrzebnych zeszytów nie ma albo stroju na wf. Aż serce na dół ucieka… Albo ją wyrywają do odpowiedzi a ona nawet nie wie, jak się nazywa…
Czy człowiekowi to już nic innego przyśnić się nie może?
Matka tak ma od matury.
Studia jej się nie śnią a ta szkoła na okrągło…
W tej szkole to było całkiem normalnie. Takie histrorie to się naprawdę rzadko zdarzały i nie wstrząsnęły Matką nic a nic.
Matka umiała wypłynąć jakoś i doholowała do końca szkoły na całkiem niezłych stopniach.
Podświadomość?
Ale jaka? Po co?
Bariery do przebycia
W związku z nieustannym przemieszczaniem się Maryśki po domu, wszędzie mamy pozakładane bramki a do drzwi, prowadzących na schody podorabiane klucze.
Bramki zainstalowane są jeszcze od czasów Janeczki, ale wtedy nie były aż tak bardzo potrzebne. Przyjechały aż z Holandii, nabyte przez kuzynkę w sklepie z używanymi rzeczami dla dzieci, za, dosłownie, kilka guldenów. Fajne, bo drewniane i pantografowe, kiedy nie są potrzebne składa się je na bok i zajmują mało miejsca.
Teraz używamy ich na okrągło, bo Maryśka natychmiast korzysta z wolności i wędruje. Najciekawszy jest, oczywiście strych, bo można Mattce pomalować coś na obrazku. Niech się tak sama nie męczy!
Niestety, skuteczne zamknięcie bramki jest troszkę uciążliwe i Janeczka ,często wchodząc na górę, stosuje metodę mojej Teściowej, czyli udaje tylko, że zamyka.<BRMaryśka, która zna wszystkie te numery, natychmiast otwiera sobie brameczkę, mało tego, zamyka ją za sobą w ten sam sposób i znika jak duch.
Ostatnio zamyka ją za soba także wtedy, gdy idziemy się kąpać. Sęk w tym, że Matka stoi wtedy za bramką na dole a Maryśka na schodach.
Potworka to jednak nie zraża i zaklucza Matkę na głucho (jak się Potworkowi wydaje).
„Kochana! – zaprotestowała wczoraj Matka – „a jak ja mam teraz wejść na górę?”
Maryśkę to zastanowiło.
Odwróciła się, obrzuciła fachowym wzrokiem Matkę po świątecznym obżarstwie, następnie bramkę oraz szerokość otworów między listewkami.
„Eeeeee, mozes psejść pzez dziujkę w bjamce!” – skwitowała krótko
No proszę. A Matka myślała, że to świąteczne dwa kilo widać…
Otwór praktyczny
Matka pojechała wczoraj, jak zwykle po Janeczkę do szkoły. Stracha miała trochę, bo MiaUżon w środku dnia pojawił się w domu i oznajmił z wielkimi oczami, że może być źle.
„Co może być źle?” – zaniepokoiła się uprzejmie Matka
„No, z zębem Janeczki”
„Byłeś u dnetysty?” – domyśliła się Matka
„No właśnie. Powiedziałem, żeby obejrzała ten ząb i zadecydowała, co z nim zrobić a ona na to, że nie ma problemu. Jak trzeba będzie to go machnie od razu i już.”
Matka spojrzała na zegarek. jeśli zęba miało nie być, to już dawno go nie ma. Dentystka przychodzi do pracy o 8.00 i wychodzi o 14.00. Oznacza to, ze jest od 9.00 do 10.00, bo kasa płaci jedynie za kilkoro dzieci i do widzenia…
Trzeba tu wyjaśnić, że Janeczce ruszał się kolejny ząb, ale ani myślał wypadać. Górna jedynka.
Matka podejrzała janeczkową paszczę kilka dni temu i zobaczyła, że stała jedynka rośnie sobie w najlepsze obok. Wtedy nie ma wyjścia, trzeba wyrywać mleczaka, żeby stała weszła na swoje miejsce.
Czemu Janeczka tak ma, że żaden mleczak nie chce dobrowolnie wypaść – Matka nie wie. To znaczy wie – stałę rosna obok mleczaków i tym drugim korzeń nie zanika.
Ale czemu jest taka biedna, że już ją trzeba katować zastrzykami i w ogóle?
Matka pojechała więc z duszą na ramieniu, ale zobaczyła Janeczkę w świetlicy zwartą i gotową.
„No i co tam słychać?’ – zapytała z nadzieją, że nic Jenzcce nie zrobiono.
„A wszystko fajowo!” – odrzekła bardzo zadowolona Jaeczka – „zobacz!” – i zaprezentowała otwór po zębie
„Ojej!”- zdziwiła się Matka -„już nie masz zęba?”
„No!!!” – odparła Janeczka – ” i wcale nie płakałam. No, może krzyknęłam tylko trochę, ale pani nie musiała robić mi zastrzyku! Psiknęła tylko. I dała próbkę pasty Elmex!”
To niewiarygodne, jak szybko dzieci się po takich wrażeniach regenerują.
To pewnie zasługa pasty Elmex.
Dobra na wszystko.
W samochodzie Janeczka kombinowała i kombinowała, aż w końcu wypaliła:
„A wiesz? Teraz to jest super, bo wiesz, co ja mogę robić?”
„Co?”- zainteresowała się Matka
„No pluć przez tę dziurkę po zębie…” – zachichotała Janeczka – „ale nie bój się, w samochodzie CI tego nie zrobię…”