Czarna łyżeczka

Matka zostawiła dziś na momencik Potwory same na dole, bo zajęte były sobą nadzwyczaj. Kiedy wróciła po minucie, zastała je na gorącej dyskusji – Maryśka usiłowała coś wytłumaczyć Janeczce, ale umiejetności nie stawało.

„Mama, ona chce czarną łyżeczkę!”

Nic w tym nie było dziwnego, mamy łyżeczki z czarną albo czerwoną końcówką z jakiegoś ebonitu czy czegoś takiego. Maryska jednak, od dawna sama je sobie sięga…

„No to daj jej, może chce dostać ją od ciebie?”

„A ja jej przecież wtykam, ale ona nie chce wziąć i się denerwuje!”

Potworek nie wyglądał na wzburzonego, więc Matka specjalnie się nie przejęła. Rzecz była jednak dziwna, skąd taka nagła miłość do JEDNEJ czarnej łyżeczki. Potworek najczęściej bez pytania wyprowadzał wszystkie łyżeczki i urządzał piknik dla lalek…

„A dobrze zrozumiałaś Marysię, Janeczko?” – zapytała Matka

„No NIE! Pewnie, że dobrze!” – święcie oburzył się Potwór, machnął ogonem i poszedł do swojego pokoju.

Matka zadumała się. I jeszcze raz. I jeszcze. Piłeczka Pomysłowego Dobromira zrobiła bang!

Na szczęście, bo Potworkowi dwa zbiorniczki niebezpiecznie napełniły sie solanką i lada chwila mogły przelać. Minę miał okrutnie nieszczęśliwą.

„A powiedz, kotku, gdzie TO jest?” -zapytała dyplomatycznie Matka

Potworek natychmiast się ożywił.

„O tu, tu” – dopadł drzwi lodówki -„tu czajna łorzeczka stoji w kajtonie! Najejesz mi do szkjanki?”

Jęki okropne. No straszne wręcz…

A teraz Matka pojęczy sobie jeszcze na temat wywiadówki. Nic tam zabójczo ciekawego nie było, ale panie z trójki klasowej wróciły do tematu żaluzji. Przez czas dzielący jedna wywiadówkę od drugiej dowiedziały się, co ile by kosztowało.

W klasie Janeczki są trzy wielkie okna, każde złożone z sześciu skrzydeł. Okna znajdują się od południa budynku, słońce więc swieci cały czas i jest niewątpliwie uciążliwe. Najlepszym wyjściem są w tej sytuacji żaluzje bądź rolety.

Okazało się , że kremowe rolety, po jednej na każde okno, kosztowałyby jakieś 600-700zł. To daje po 27 zł na osobę. Niby mało, ale policzmy wydatki w tym roku:

40zł rada rodziców

200zł podręczniki

po 5zł na miesiąc na radę klasy

30zł wycieczka do teatru

10zł na ślubowanie

6zł na inny teatr

120zl na dodatkowy angielski
70-80zł Wyprawka do świetlicy

40zł obiady

Niby niedużo, ale pamietam, że są naprawdę niezamożne osoby w klasie. To nie chodzi o to, ze nie zapłacą i się te środki wygospodaruje. Chodzi mi o to, że im jest przykro, bo tę sprawę załatwia się nie tak, jak powinno.

Panie z trójki znowu mówią, że z 40 zł na radę rodziców wezmą na żaluzje po 10 zł od osoby. Ale Rada Rodziców wydała na ślubowanie już 15 zł. A będą prezenty ogólnoszkolne na Gwiazdkę, Zajączka, Dzień Dziecka i wiele innych. Z czego? Przecież te 40zł to kropla w morzu…

Okazało się też, że prawie połowa osób nie zapłaciła jeszcze w ogóle na radę rodziców.

Panie zapytały delikatnie:

„Czy mogłyby wstać te osoby, które jeszcze nie wpłaciły?”

Nikt nie wstał.No ja się nie dziwię!

Rada Rodziców nie jest obowiązkowa. Inna sprawa, że najczęściej nie wpłacają te osoby, które mogłyby zrobić to z łatwością…

W szkole widuję rano dziewczynkę z matką, która jest zawsze ubrana w tę samą spódnicę i kurtkę. Myślę, że dla niej to zbyt wielki wydatek. Te żaluzje. Rolety, czy jak je tam zwał.

Ale tego nie można załatwiać w sposób, w jaki zrobiły to panie z trójki.

Ale jak?

Chyba porozmawiam z wychowawczynią. Wczoraj nie było możliwości – zawsze ktoś byłby urażony, to jest strasznie delikatna sprawa.

Świat się nie składa z prawników i dentystów.

Panie z trójki się z nich składają.

Zapomniały o ludziach…?

Absztyfikant

Janeczka dziś przy myciu zębów zaczęła prychać pianą. Matka w lot odczytała ukryte intencje Potwora – miał cos ważnego i niecierpiącego zwłoki, do powiedzenia.

Potwór zabulgotał trzy razy i wyartykułował:

„Mama, jest poważna sprawa”

Ojeju….

„Bo wiesz…jest taki Adaś…. no i on chyba się we mnie zakochał!”

Tylko nie Adaś. Już jednego Adasia w przedszkolu przeżyłam. Śliczne chłopię było, ale o głowę niższe od Janeczki. Po obejrzeniu sobie mamusi i dużo później tatusia doszliśmy z MiaUżonem do wniosku, że wzrost rodziców nie rokuje na przyszłość i trzeba TO skończyć. Nie dało się. Miłość zwyciężyła, po czym padła w konfrontacji z rozstaniem starszaków z placówką…

Wracając do Adasia obecnego…

„A skąd wiesz, że on się w tobie zakochał?”

„No bo wiesz, mama, on przychodzi do mnie, mówi – moja kochana- i się przytula”

„A wyższy jest od ciebie?” – Matka zadała pytanie w sprawie najwyższej wagi

„Eeee, nie…..”

„A podoba ci się?”

„Oj, nie!!! Wcale!” – zdecydowanie zaprotestowała Janeczka

„No to jak ty sobie z tym radzisz?”- nie na żarty zaniepokoiła się Matka

„Jak to jak?” – Potwór spojrzał na Matkę z lekka odrazą – „nie wiesz? No po prostu go z siebie STRZĄSAM…”

Wita Cię minka…

Przepraszam, to jest reklama, na widok i „wysłuch” której Matce wypada wszystko z rąk. Bo Matka taka marudna jest i tyle…

I jak zwykle nie o tym chciała…

Kupiłam ze dwa dni temu Janeczce witaminy. Takie tam, co się je bierze raz dziennie. Zawsze proszę panią w aptece o witaminy na cały miesiąc, o najbardziej korzystnym stosunku ceny do ilości i jakości. Witamin, nie miesiąca.

Janeczka ma oczywiście swoje preferencje. Dotyczą one wyłącznie Marsjanek z dołączonym jakimś kosmicznym zegarkiem. Biorąc pod uwagę leżące pod nogami hałdy niemarsjańskich zegarków z zepsutym czymśtam, jak również odłączone od gazetek wszelakich małomarjańskie radyjka ze słuchaweczkami, Matka głuchą jest absolutnie! Zresztą radyjka, czy posiadywują baterie, czy też nie, są w zasadzie bardzo marsjańskie – nasłuch jest równie efektywny co podsłuchiwanie obcych cywilizacji w kosmosie…

Porzucając dygresje (Matka ma to po swojej Matce)…

Janeczka dostała więc kolejne, takie samo pudło witaminek o wdzięcznej nazwie Witamulki. Mają dokładnie to samo, co Marsjanki, wyglądaja identycznie, tylko cena bardziej do Matki przemawia.

Janeczka za każdym razem obczytuje całe pudełko, upewniając się, że nie jest to arszenik i ma szanse dożyć następnego dnia.
Tak było i tym razem. Dodam, że czytanie odbywa się na głos z koniecznym uczestnictwem Matki jako odbiorcy prezentacji. Nie ma zmiłuj się!

Potwór pojawił się bardzo ucieszony i przeczytał z pudełka napis, umieszczony między jaszczurką, motylem i rybką:


„Witaminy dla dzieci zdrowych

jak rybka, zwinnych jak jaszczurka,

silnych jak słoń, o sokolim wzroku.”



„Mamusiu!” – wykrzyknął -„O sokolim wzroku! To dlatego z łatwością potrafię wypatrzeć megapaczkę Tiktaków wśród innych cukierków w sklepie!!!”

Po 20

Wróciłam. Jakoś to było.

Na wywiadówce pojawiły się dwie panie, zaproszone przez wychowawczynię – pani psycholog i pani pedagog. Znam z czasów szkolnych obie.

Dziewczyny truły jak chore węże. Miały mówić o nadpobudliwości i sposobie radzenia sobie z tym problemem. Przede wszystkim uświadomiły rodzicom, że tylko 5% dzieci, uważanych za nadpobudliwe rzeczywiście nimi jest. Poza tym to są dzieci zwyczajnie rozpaskudzone i niegrzeczne. Nie powiedziały, że w obecnych czasach dziecko traktuje się jak piłeczkę do ping-ponga. Przywozi ze szkoły, odwozi na angielski, przerzuca na karate, potem tenis, potem basen, potem SKSy, potem taniec nowoczesny i co tam jeszcze. A jak wraca to rżnie w komputerze nie wiadomo w co. Wszystko, byle spokój święty był. A potem dziwimy się, że dzieci pyskują wszystkim na prawo i lewo i spokojnie nie mogą usiedzieć w jednym miejscu.

Może należało to uświadomić? Wśród moich rówieśników nie pamiętam dzieci nadpobudliwych. Rodzice kończyli pracę o 15-16.00 i byli w domu. Znaczyli dla dzieci najwięcej. A teraz dziecko właściwie czasem chyba nie wie, kto ma być jego autorytetem – pani w szkole, babcia, niania czy pan od sportu. Pomieszanie z poplątaniem.

Takie czasy. Wiem, że wielu ludziom jest bardzo ciężko, pracują na kilka frontów, żeby związać koniec z końcem. Ale są tez tacy, co pracuja coraz więcej, bo potrzebują coraz więcej sprzętów, typu kino domowe, absolutnie niezbędnych do egzystencji. A dzieckiem może zająć się armia niań, pieniądze są.

Ja wiem, że to czubek góry lodowej. Że temat rzeka. Że może ktoś się obrazić.

Wielu nauczycieli twierdzi jednak, że co rok do szkoły przychodzą coraz bardziej rozbrykane dzieci, nie potrafiące się sobą zająć, w gimnazjum nie umiejące zdecydować, co będą robić dalej. mniej dojrzałe pod pewnymi względami, czy co?

Ale przytrułam na noc…

I o tej wywiadówce nie napisałam…

Jutro, jutro, jutro. Koniec marudzenia, dobranoc…

Przyjemności znów

Dziś Matka Polka idzie znów na wywiadówkę. Skóra jej cierpnie, jak pomyśli, że pani zleci znów jej pracę plastyczną, przez którą Matka zarwie dwa dni…

MiaUżona wysłać? No nie da się, pracuje, poza tym to nic nie zmieni, tym bardziej pani wlepi a MiaUżon dodatkowo nie będzie wiedział o co chodzi…

Tymczasem Matka się zastanawia, co też za rewelacje usłyszy. Na pewno na wywiadówce będzie zaproszona pani psycholog i powie rodzicom, jak radzić sobie z nadpobudliwością u dziecka. W klasie janeczkowej jest bowiem 75% dzieci kwalifikujących się do odwiedzenia psychologa z tego właśnie powodu.

Matka obawia się, że Janeczka jest w tej niechlubnej grupie. Zresztą niechlubnej jak niechlubnej. Biednej – i tyle…

Matka znowu obejrzy rewię mody, tipsów i samochodów. Ulubiona pani od lexusa właśnie go zmieniła na nową, srebrną wielką BMWicę!

Znowu wszyscy będą jęczeć na składki na potrzeby klasowe. 5 złotych miesięcznie. A panie z trójki kupują – z tego, co Matka zauważyła, nie w Kauflandach i Biedronkach, tylko w małych osiedlowych sklepach. Nic dziwnego, że na nic nie starcza. Panie są całe w futrach i pretensjach, mają prywatne gabinety i nie wiedzą, że w hipermarketach jest taniej. A może futro się zszarga o wózek? A może nie wypada? Przecież chipsy w misce wyglądają jednakowo, czy firmowe, czy z innego wora. I nie o nie chodzi na dziecięcych imprezach.

Matka już czuje, że nie będzie tym razem jej się chciało odezwać…

A w piątek otrzęsiny, temat więc będzie. Brrrrrr…

Bebechy telefonu

Maryśka, korzystając z pakietu „Darmowe wieczory i weekendy”, wykonała wczoraj telefon do Babci. Zwykle jest tak, że Potworek trzyma słuchawkę i ledwo dosłyszalnym szeptem mówi:

„Tak, tak, neeeeeeee…”

Jeśli w ogóle ma odwagę cokolwiek powiedzieć.

Wczoraj jednak nastąpił przełom! Maryśka poczekała, aż Babcia odbierze słuchawkę i dobitnie rzekła:

„Dzień dobji!!!”

Dzięki temu Babcia mogła się z łatwością zorientować z kim ma zaszczyt.

Potem babcia zaczęła rozmowę z dzieckiem:

„Marysiu! Hej! Marysiu!”

Potworek siedział cicho, bo cóż ma na to powiedzieć. Wiadomo, że jest Marysią…

Za jakiś czas Babcia musiała się w końcu zorientować, że konwersacja zmierza donikąd, bo rozpoczęła przesłuchanie.

„A siusiu robisz do nocniczka?”

„Jobię!” – rozchmurzył się Potworek

„A obiadek zjadłaś?”

„Ziadłam! Kujczaka, kotjeciki, sujówkę i kajtofelki!” – ożywił się Potworek na wspomnienie jedzenia.

„I kojacyjkę ziadłam i jus głodna jestem!” – NIE odkrył Ameryki Potwór

„A idziesz się już kąpać?” – spytała babcia

„No! Idem zajaz!”

Maryśka chwilę pomilczała i zapytała niepewnie:

„Babciuuuuuuuuuuu… Ty jesteś w tym tejefonie…?”

Layout?

Wieczorem Maryśka wystartowała po nocnik. W ogóle to ja się nie zdążyłam pochwalić, że od paru dni sukcesy mamy takie, że ho ho. Maryśka sama zaopatruje się w naczynie nocne i robi prezenty. Zdarza się jej co dwa dni nie zdążyć, ale cóż to jest!

Wracając do wczorajszego dnia: w kominku napalone, Janeczka patrzy na dobranockę, my wygrzewamy gnaty, dzieci najedzone, no sielanka. Maryśka bierze nocnik, sama zdejmuje porteczki i nagle bang! Zakłada porteczki i bieży szybciutko do gazetnika. Gazetnik to pojemnik na gazety, jak sama nazwa wskazuje. Wylewają się z niego wyborcze, ale także wszelkie książeczki Potworów, pęka w szwach po prostu.

Maryśka przytargałaa sobie jakąś ksiażeczkę, zdejmuje porteczki, nagle bang! Zakłada porteczki i pędzi znów do gazetnika, targa coś grubszego, układa na stole zdejmuje porteczki i bang! Zakłada porteczki, ciągnie z gazetnika coś mniejszego, układa na stole i bang!

Jeju! Nie zdzierżyłam!

„Siadaj prędko, Marysiu, bo nie zdążysz!” – wołam

„Nie mogę!’ – woła Potworek – „musę cytać!” – i niesie kolejną książkę.

Kiedy na stole spoczęła piąta kniga, Potworek spokojnie oddał się wysiadywaniu a książki zostały dokumentnie, acz z wielkim namaszczeniem przejrzane. Maryśka zadowolona była tak, że pozwoliłam sobie skontrolować, co też ona czyta.

Były to (tytuły mniej więcej takie) :

1. „Pajączek – najlepszy polski edytor stron www”

2.”Tworzenie stron www w ćwiczeniach”

3.”Zaawansowane tworzenie stron www”

4.”Poradnik webmastera”

5.”Na progu niepodległosci. Katalog wystawy”


Ta ostatnia to chyba dla urozmaicenia…

No to chyba wiem, kto mi wreszcie zrobi layout do bloga…

Może kogoś też polecić Maryśce? Szybko się uczy…

Jęki i statystyki

Matka zajrzała sobie do genialnego liczniczka. Wyczytała, że wszedł dziś m.in. ktoś z Izraela (to ją lekko zaniepokoiło) oraz z Australii. Pewnie znowu jakaś maszyna, jak to mnie znajomy blogowicz uświadomił. A może żywy człek?

Matkę rozbawiły za to znowu i nieodmiennie hasła, jakie ludzie wpisują do wyszukiwarki i wyskakuje im Matka.

No bo takie, jak „matka”, „polka”, „matka polka” we wszystkich odmianach, „tort makowy”, „masa kawowa”, „tiramisu” czy „tarta” to już Matki nie dziwią. Matka w końcu prowadzi tu książkę kucharską, czyż nie? Pięć razy dziennie nęka wszystkich przepisami na zacierki.

Masowo wchodzą do niej wpisując słowo „ośmiornica”. To, jak już wspominała, dotyczy cały czas pluszowego zwierza Maryśki.

Mamy też tematy poważne: „edukacja”, „lęki” i „jęki”…

Ale hitem jest to hasło dnia:

co to znaczy „dwie dziurki w nosie i skończyło się”

Matce nigdy by nie wpadło do głowy, żeby wpisać do wyszukiwarki całe pytanie…

Debigos

Podsłuchałam wczoraj MiaUżona, jak rozmawia z Maryśką. Słowa za dobrze nie docierały do góry, na strych. Wiedziałam tylko, że nie mogą się w jakiejś kwestii za nic dogadać.

Maryśka coś chciała, MiaUżon nijak tego nie rozumiał. Szurał szufladami, lodówką, zamrażarką, szafkami. Bardzo mnie to zaintrygowało. Zlazłam…

„Słuchaj, gotowałaś coś z kapusty?”

Wywaliłam oczy.

„Z kapusty? Przecież byś poczuł!”

„No właśnie…A wcześniej, też nie?”

Matka nic, tylko kapustę gotuje.

„Nie gotowałam żadnej kapusty!”

„A mama? Nic nie przynosiła, wiesz, w garnku?”
No rzeczywiście, mamie zdarzyło się parę razy ugotować dla MiaUżona tak zwaną „kapustkę”. Inaczej nie powie, jak tylko kapustka. Ale to jest słodkie i poza MiaUżonem nikt nie je.

„Nic nie przynosiła, już nie ma młodej kapusty”

Co u licha z tą kapustą???

„A o co chodzi tak naprawdę?” – spytałam uprzejmie.

„Eeeeee, nie, no bo Maryśka woła bigosu….”

„Bigosu? Ja chyba ze dwa razy w życiu robiłam bigos i to nie za Maryśki! Poza tym tylko kapustę z grzybami i jeszcze z grochem na Wigilię…”

„Nie, szukałem już w zamrażarce, ale nie było”

„No ja wiem, że nie ma, za chwilę będzie następna!”

„A to ja już nie wiem!” – zdenerwował się MiaUżon.


Jako Matka postanowiłam sprawdzić rzecz u źródła.

„A powiedz mamie Marysiu, co ty chciałaś?”

„Chciałam debigosik…” – niepewnie zajęczał Potworek.

„Aaaaaaaaaaaa” – powiedziałam, sięgając debigos-„kartkę też?”

„Tes mamuniu!” – uradował się Potworek -„popisę sobie na niej debigosikiem!”