Oddech po edukacji

No i odpoczął sobie blog i znajomi bloxowicze od Matki . I dobrze, czasem trzeba…

Matka dziś znowu siedziała na kursie. Wczoraj było świetnie, wykładzik, ćwiczenia tak zwane aktywizujące i inne ciekawe rzeczy. Dziś za to tylko wykład. Powinno być 7 godzin lekcyjnych, od 9.00 do 15.10 z jasno określonymi długościami przerw.

Po pięciu minutach obłędnie ciekawego, prowadzonego z niezwykłym wręcz nerwem, wykładu, na którym zdążyło paść aż kilkanaście słów, wszyscy nerwowo rozejrzeli sie po sali. Ratunek nie nadchodził. Matka, korzystając z oddechu długości minuty (u pani prowadzącej) zapytała niezwykle delikatnie – w końcu jest starostą grupy – czy pani nie mogłaby się bardziej zblokować i kosztem kilku niepotrzebnych przerw skończyć zajęcia np. zaraz po drugiej.

No i jak myślicie, co?

Pani powiedziała po trzyminutowym namyśle, że długość przerw nie ma dla niej znaczenia, MUSIMY skończyć o 15.10!

Luudzie!!! I co Matka zrobiła? Powiedziała pani, że w takim razie robimy przerwy po każdej godzinie lekcyjnej. Pani się bardzo ucieszyła! My też!

Ja czegoś takiego nie widziałam. Pani zapisywała nam na tablicy niemal każde swoje słowo!

Czy wiecie na przykład – a to będzie BARDZO trudny przykład, więc uwaga! Czy wiecie więc, że był taki facet, który nazywał się Jan Jakub – uwaga, uwaga – Rousseau?

Gdyby nie pani, nie umielibyśmy tego napisać!

A wiecie, że jest coś takiego jak UNESCO?

Bo ja nie tylko teraz wiem, ja nawet wiem, jak to się pisze po angielsku!

Pisownia oryginalna z tablicy, wg pani:

Unitet Nations Educational, Scientific and Cultural

Nie wytrzymaliśmy. Machnęliśmy ręką na ten Unitet, ale chórem zaryczeliśmy:

„ORGANIZEJSZYN!!!”

Ciasteczka

A teraz Matka idzie upiec makaroniki bo ją naszło i przypo,mniała sobie, że na zaprzyjaźnionym blogu był przepis.

Matka upraży płatki owsiane na patelni a potem usmaży na niej kurczaki na jutrzejszy obiad dla Potworów i MiaUżona. I jak zna siebe i resztę, to wrąbie wszystkie do wieczora.

A teraz Matka leci, bo Potwory się tłuką i trzeba towarzystwo rozdzielić. Przepis zdrukowała i nie ma co tu więcej siedzieć. Sobota w końcu, trzeba się poważną robotą zająć, szmata, szczota i te rzeczy…

Bo jutro od rana kurs…

A tymczasem mniam, mniam, mniam

Koń

Wróciłam z kursu i padłam. Potworów nie ma, cud na kiju, ale wiem, że za moment wrócą…

Kontynuowałam z Janeczką temat wścieklizny, ale za bardzo się nie dało. Dziecko jednak sporo wiedziało na temat zastrzyków w przeponę, jakimi dawniej pogryzionych raczono i znaczenia odkrycia Pasteura.

Potwór zadał mi jednak pytanie, do którego muszę się z lekka przygotować. Zapytał mianowicie:

„Powiedz mamo, jak koń zdechnie to co się z nim robi? Wykopuje taki gigantyczny dół i zakopuje?”

Hmmmmm. jakoś mi się wydaje, że tak dobrowolnie to nikt konia nie zakopie. Najpierw wyciągnie z niego, co się da, np wygotuje gnaty na klej perełkowy, ze skóry może też coś zrobi….

Mam znajomego weterynarza, to się spytam, ale może wcześniej się od Was dowiem?
Nikomu z Was nie padł ostatnio koń?

Przed nocą

Matka wróciła padnięta z kursu, zaraz leci wstawić obiad na jutro, bo przecież porzuca rodzinę od 9.00 do 16.00, a to się równa z kataklizmem. Należy w związku z tym dostarczyć rodzinie pożywienia, żeby gatunek ludzki nie wyginął z głodu…

Zajrzał więc Matka tylko z ciekawości do swojego genialnego liczniczka, żeby zobaczyć, jakież kraje do Matki zaczytują…

Okazało się, że masowo Wielka Brytania, tak samo Niemcy i USA. Mała przerwa i Francyja, Belgia, Włochy. Potem Holandia,Austria, Norwegia i – uwaga – Islandia! Kto jest na Islandi??
No i masa wejść z tak zwanych krajów nieznanych. Ciekawam tak bardzo, że pęknę – jakich?

Na pewno Katar zagląda, ale kto jeszcze?

Azory?

Bermudy?

????

Tu też

Matka dzis od świtu czyta : u mnie śnieg! A u mnie skorupa na samochodzie. A ja to nie mogłem wyjechać. A u nas tak pięknie, biało…
I Matka nie wiedziała o co chodzi? Bo Matkę to zlało rano, jak jechała do szkoły z Janeczką. Paskudnie było i tyle.
A tu Matka odczepiła się od obrazu i zeszła na dół zarządzić bajzlem. A na strychu Matki to są okna, ale trzeba wleźć na krzesło, żeby zobaczyć coś więcej niż niebo. No to Matka zwykle się nie przemęcza…
Ale jak już zlazła, bo zaraz pędzi do szkółki, to popatrzyła na świat Boży i co widzi? No makabra. Mokra breja, coś niby pada, ale śmiech taki. Topi się.
Oj, Matka widzi, że niedługo się zacznie poranne odśnieżanie podjazdu, które to czynnością wesołą jest szalenie, bo podjazd stromy. I nie dlatego jest  śmiesznie, czasem mimo odśnieżania wyjechac nie można… A jak nie można autkiem Matki, co śpi na podjeździe, to nie można też autkiem MiaUżona, nocującym w garażu. I jest bosko!
A tymczasem znalazłam zdjęcie sprzed roku, robione z Matki okna – taki ponury, wczesny poranek…
Zawsze jednak coś ładnego da się w nim znaleźć…

Kopia

Janeczkę pochłonęła wczoraj wieczorem pilna praca. Malowała coś przy stole z wywieszonym językiem.
„Co rysujesz Janeczko?” – Matka w końcu sie łaskawie zainteresowała
„Ja nie rysuję, ja KOPIUJĘ!” – Potwór na to.
„Ahaaaaaaa.”- Matce kopia obca nie jest.
„A co to takiego?” – zapytała mieszając w garze, bo nie była w stanie zobaczyć
„To praca dodatkowa, dla chętnych na angielski” – odparł Potwór
„Na angielski? Rysunek?”
„No tak!” – odparła bardzo z siebie zadowolona Janeczka -„bo my opisywaliśmy stroje po angielsku i pan powiedział, że kto chce,może narysować strój NIE DO OPISANIA. No to rysuję!”
Zaciekawiło Matkę, co też Janeczka wynalazła nie do opisania. Zanając zasób kilku słów angielskich, to nie było trudne dla Potwora…
Matka podlazła, spojrzała i zachwyciła się. No kopia, jak w pysk strzelił. Ręka jedna w bok, druga ugięta. I ten strójniedoopisania…
Dodam, że to tancerka z karnawału w Rio.

Psy 5 1/2

Odwoziłam dziś Janeczkę do szkoły. Paskudnie, padał drobny deszczyk, ale na szczęście wiatr znikł tak nagle, jak się pojawił.

Kwadrans jazdy samochodem to dobra okazją, żeby Janeczkę przydusić w kwestii tego, co było w szkole ma lekcjach. Efekty najczęściej są mizerne, ale spróbować trzeba…

„No to powiedz Janeczko, co też wczoraj robiliście na kształceniu zintegrowanym?”

„…”

„Janeczko?”

„…”

„Hej, jesteś tam?”

„Zaraz, mama! Nie widzisz, jak intensywnie myślę? Ty to myślisz, że ja pamiętam , co było wczoraj!”

No rzeczywiście. Zapomniałam, że to przecież prehistoria. Kreda po prostu, kambr albo inny skamieniały dinozaur.

„No już! Przypomniałam sobie” – kulka Dobromira puknęła Janeczkę najwyraźniej w głowę – „zaznajamialiśmy się z psem!”

Matka to okropnie złośliwa jest.

„A to wcześniej nie wiedzieliście, że na świecie są psy?”

„Ojeju, mama! Ty znowu zaczynasz! No przecież, że wiedzieliśmy! Ale mówiliśmy o znaczeniu psa w historii.”

A tu już matkę zainteresowało. Spoważniała w momencie.

„Aaaaaa. No to powiedz mi, jaki pies miał wpływ na historię?”

Janeczka znowu zadumała się. Wywróciła białkami. Westchnęła trzy razy.

„Nooo, wszystkiego to już nie pamiętam. Ale najważniejsze to tak!”

„To powiedz, powiedz!”- zachęciłam Potwora

„Wiesz, pies to najwiekszy wpływ miał na wściekliznę i II wojnę światową….”


Ha! Postaram się dzisiaj zgłębić z Janeczką temat wścieklizny. II wojnę zostawię sobie może na później?

Awaria rozumu i telefonu

Matka jutro po południu ma szkółkę. W sobotę i niedzielę też.

Matka postanowiła więc zagłębić się w Kartę Nauczyciela i Ustawę o Systemie Oświaty w celu napisania pracy, albo raczej rozejrzenia się co i jak. No i wyszło jej raczej co, bo jak – to nie wie. Jakaś tępa się przy Potworach zrobiła, czy co?

No są jeszcze dwa tygodnie, ale po nadchodzących zajęciach też trzeba będzie wymłodzić pracę.

Tymczasem Matka zagląda do portali edukacyjnych w nadziei uzyskania nagłej a niespodziewanej pomocy w postaci rycerza na białym koniu, na przykład. Matka nie pogardziłaby. Konia zawsze można przecież sprzedać….

I Matce wichura urawała chyba kabelki od telefonu, bo nijak się Matka nie może nigdzie dodzwonić w świat, bo mówi, że nie ma takiego numeru. Może jedynie do kilku osób, które nieopodal mieszkają. Dziwne. Matce wydawało się, że jak urywa coś, to głucho jest. I koleżanka na ulicy obok też tak ma. Wichrzysko paskudne!

Dobrze, że choć internet przez radio idzie, to go nie powyrywa…

Licznik śmieszny

Matka podejrzała reklamę na stronach www i zarejestrowała się, żeby zainstalować sobie licznik odwiedzin. Wyczytała potem u znajomego bloxowicza, że też ma i podoba mu się.

Zdwoiła wysiłki i ma liczniczek. Nie taki tam zwykły, co to pokazuje dziesięć razy mniej odwiedzin na stronie, niż naprawdę jest. Taki Matka miała i wyciepnęła po jednym dniu. Do tego jak się namęczyła, żeby tamto dziadostwo zamontować..,.

A tutaj prościutko – rejestrujesz się, ściagasz kod i cały caluteńki wklejasz jako Folder zakładek.

Matka potem zajrzała i dowiedziała się, że czytają ją z United Kingdoma. I z miejsc, których licznik nie rozpoznaje. I z Polski. I zdradza licznik, że ludziska mają rózne przeglądarki (Matka nie wiedziała, że jest taka przeglądarka – Safari), różne rozdzielczości ekranu, różne systemy operacyjne i z róznych miast wchodzą na stronę.

Ale najlepsze jest to, że wiem, co ludzie wpisują w Google czy innego dziada i wtedy wyskakuje im Matka Polka. Otóż dziś naród wszedł na stronę Potworów po wpisaniu haseł:


1.Bluzka matki (co ten człek chciał znaleźć, do licha?)

2.Tort makowy – to rozumiem

3.Ośmiornica zwierze morskie (tu poczytał sobie o pluszowej ośmiornicy Maryśki)


I tyle śmieszności przez dwie godziny!!!

Może założę nowy folder dla haseł z wyszukiwarki???

Przesłyszał się

Matka już doprowadzona do pionu. Kawa zrobiła swoje.

Wczoraj za to młodszy Potworek doprowadził do pionu MiaUżona. Właściwie, to Matce tak się wydaje, bo MiaUżon do dziś uwierzyć nie może. W końcu i tak zawsze Matka popełnia błędy wychowawcze, bo MiaUżona nie ma w domu. Bo zarabia na życie. Tak, tak, znamy to. Matka jest w kabarecie za to. Malowanie to nie praca…

Wracając do sprawy – MiaUżon połowy osiagnięć Maryśki nie zna. Jak mu coś Matka zdąży powiedzieć to wie. Zapomni zaraz zresztą.

W soboty i niedziele jest oszołomiony produkowanym przez Maryśkę słownictwem. Jak Matka juz wielokrotnie nadmieniała, Maryśka rozwija język we wszelkich kierunkach. Tych, schodzących, powiedzmy na manowce, także. Zaraz o tym zapomina, ale co wstrząśnie rodziną to jej.

MiaUżon wczoraj przyszedł do Matki z głupią miną.

„Wiesz” – mówi – „ja to się chyba przesłyszałem…”

„Taaaak?” – Matka nadstawiła uszu

„No bo wróciłem do domu i poszedłem na górę się przebrać. I Marysia siedziała w pokoju i układała klocki. To ja do niej mówię: <>”

„I?” – podtrzymała konwersację Matka

„No i ona mówi:<> A potem do siebie cichutko: <> I co ty na to?”

„Noooooo” – skomentowała Matka

MiaUzon odwrócił się na pięcie.

„Wiedziałem, że musiałem się przesłyszeć!”



Przesłyszeć. Na pewno. Matka wie swoje. Przeczekamy…