Poligon

Dziś Matka nieprzytomną jest. Kiedy kładła sie spać o 23.30, na dworze wiatr urywał wszystko, co było możliwe. Należy dodać, że Matka mieszka pod samiutkim lasem i koło górki, więc rzadko wieje a jak już, to po wierzchołkach drzew. A tu tymczasem łomotało parapetami, wiało resztkami liści i wyło ogólnie.

Matka poleżała minut pięć i Maryśka wstała. MiaUżon przytaszczył Potworka do naszego łózka, żeby był święty spokój, ale gdzie tam! U Matki oczy jak talerze we francuskiej restauracji. Nawet nie to, że wyło, ale po prostu spać jej się nie chciało i już. Koniec, kropka, dwie dziurki w nosie i skończyło się.

Matka tak ma po swojej Matce. Meteopatką coraz gorszą się staje. Trzy dni przed nowiem spanie z głowy. Trzy dni przed pełnią też, ale nie jest tak źle. Czemu trzy dni przed? Matka nie wie, ale na swój księzyc na blogu to nawet patrzeć nie musi.

Matka tak ma, odkąd pojechała do pracy pod Petersburg i trzy miesiące musiała mieszkać ze swoją Matką w jednym pokoju. Zwariować można było. Matka usiłowała normalnie spać a tu człapanie i człapanie. Matka otwiera nadludzkim wysiłkiem klapy, a tu Matka Matki stoi w oknie i patrzy.

„Co ty robisz w środku nocy?” – pyta nieco młodsza wtedy Matka

„Nie mogę spać, więc patrzę na księżyc” – odpowiada Matka Matki

No i już. Odtąd Matka zaburzone miała ze cztery dni a właściwie noce w okolicy pełni, bo jej Matka nie spała i człapała.

To się nazywa chyba meteopactwo NABYTE!


Wracając do tematu, Matka niewyspana jest totalnie, Potworek cały czas podnosił głowę i kontrolował kto akurat się przewraca na drugi bok, albo usiłuje wydrzeć spod pupy mu kołdrę. Bo kołdra rodziców służy do wciskania jej w całości pod dupinę. Bo Potworek kordełki nie potrzebuje, to po co starym?

A teraz Matka zapodaje sobie kawę, żeby nie zejść.

Czego i wszystkim życzę.

Czy to nie zabrzmiało dwuznacznie? Ojeju, nie wiem, ja Wam dobrze życzę, ale muszę doprowadzić się do pionu!

Uczeń czarnoksiężnika?

Dziś Janeczka miała nieco inne plany spędzenia popłudniowieczoru niż ja.

Wolała tarzać się po podłodze, jeździć na kolanach, siedzieć pod stołem, spiewać piosenki przed idealne 15 minut. Oczywiście między 17.00 a 17.15…

Złożyłam protest. W efekcie Potwór zaczął się wydzierać na ogólnie znane tematy, czyli, że Matka jest okropna, on sobie pójdzie w świat, nie wolno wchodzić do Potwora pokoju i tak dalej, i tak dalej…

Maryśka przyglądała się temu bez słowa, po czym rzekła do mnie:

„Janecka niegzecna jeśt!”

I do Potwora:

„Jesteś o-hid-na!!!”

Proszę, jak szybko dziecko sprzedało wczorajszy tekst Janeczki…

Z demobilu

Przed chwilą wpadł MiaUżon i wrzasnął radośnie:

„Armia amerykańska się wyprzedaje!!!”

Zaciekawiło mnie to bardzo.

„A kupujemy czołg, samolot czy pershinga?” – zapytałam rzeczowo

„Eeeeeeeee” – MiaUżon został zdecydowanie zbity z tropu – „No nieeeee, jest taka strona w internecie, gdzie można kupić laptopy, drukarki i takie tam. Kolega kupił od nich drukarkę laserową, nóweczkę, za 150 zeta”

„Zapodawaj stronę, sprawdzimy” – ja na to

„Noooo tego, zapomniałam” – wyznał szczerze MiaUżon i zaczął otrzymywać swoja pocztę

„Cholera z pracy wysłałem i znowu wirus!!!”

Zajrzałam, no rzeczywiście, Norton znalazł Netskiego w wiadomości. Nie jego. Mojej. Tzn. badziewiu, które przyszło do mnie udając Mailer Daemona, ale ja nic nie wysyłałam, więc podpucha.

Chyżo usunęłam wiadomość, czym nie podniosłam swojej nędznej pozycji w notowaniach MiaUżona.

Pojawiło się za to dziecko i przyniosło mi pół prezentu. Drugie pół zeżarł ojciec. Kinder Niespodzianka. Janeczka może tylko zabawki ze środka, bo reszta ją uczula. I dobrze. Co za świństwo makabryczne to było. Fuj!!!

Doły Matki

Janeczka wczoraj Matce doła straszliwego zadała. Zaczęło sie od samiutkiego ranka.

„Nie włożę tej podkoszulki, żeby nie wiem co!!! Nie ma wzorków! Zaraz MI tu daj inną!”

Matki już to za bardzo nie rusza

„Mówiłam ci już, że wszelkie manewry z ubraniami wykonujemy wieczorem. Wtedy możesz sobie wybierać, co włożysz.”

Potwór nie dawał za wygraną

„Ale tej spódnicy nie włożę! Wczoraj ona była moja ulubiona, ale dzisiaj już nie jest!”

„Przecież miałaś ją tylko trzy razy w życiu na sobie…” – to Matka

„To nic! Ale moje ubrania są ohydne! Nadają się wszystkie do kosza!!!”


Janeczko droga, żebyś ty widziała Matkę, jak w pierwszej licealnej poluje na tetrę, szyje bluzki z prostokątów i farbuje je w emaliowanej miednicy, na gazie… Wiąże supły, żeby ładniej było… I nosi te trzy, upolowane chińskie t-shirty pofarbowane w różnokolorowe konwulsje, na okrągło. Pierze je w ręku, w proszku BIO, bo puszczały kolor do końca swych dni nieprzytomnie…


Janeczka zeszła na dół.

„Nie rób mi ZNOWU do szkoły kanapek z tą wstrętną szynką!!! JUż mi się znudziła! I żadnej polędwicy! Ani baleronu!!! O-brzyd-li-we są!!!


Nie masz pojęcia, Janeczko, jak trudno było namówić panią w sklepie, żeby dała spod lady szynkę konserwową. Albo mielonkę z pięciokilowej puszki. Na kartki. Jak to się wszystko mroziło w zamrażarce a potem z kanapek ciekła woda, bo taka technologia była. No bo wędlina mrożona taka jest…

I jaka Matka Matki Polki szczęśliwa była, jak udało się jej dostać na kartki polędwicę wędzoną. Mało kto ją brał, bo ciężko się kroiła. Potem małej Matce Polce strzelała z kanapki, albo zjadała się najpierw sama,bo była niepogryzalna, a potem dopiero chleb…

I nie wiesz, Janeczko, że Matce na studiach wycinali do jednego obiadu 5 dkg mięsa, a tego „z kością” 7 dkg… I zaokrąglali do góry, więc nie było z czego potem kupić zwyczajnej do kanapek…

I Matka na okrągło serek topiony wcinała, jak wszyscy w akademiku i cieszyła się, że jest! Choć smierdział w momencie przybycia…

I nie wiesz Janeczko, jak moja koleżanka płakała, bo gawron gwizdnął jej cały miesięczny przydział masła chłodniczego w srebrnym papierku, z papapetu akademika i wrąbał na sośnie obok…

Ty Janeczko nawet nie wiesz co to jest masło chłodnicze…

I że czasem lepiej było nie smarować chleba w ogóle, niż tym smrodem, na którym data produkcji mówiła, że to masło zrobią dopiero za trzy dni…



Dobrze, że tego nie wiesz i nie rozumiesz Janeczko…

Bo jak ci o tym mówię, to się wykrzywiasz, patrzysz na mnie, jak na nienormalną i mówisz:

„Taaaaaaa, akurat!”

Masz szczęście, nawet nie wiesz…

@%$#&!

Matka wczoraj wydrukowała sobie swój CSS. Matka, jak już wielokrotnie podkreślała, kompletnie analogowa jest.

Zastanawiała się długo, czy jak pisakiem namaluje sobie swój blog na ekranie to to się wgra. Coś jej mówi, że nie. Hmmmmm

No to matka popatrzyła w ten swój CSS, MiaUżon też popatrzył i zapytał:

„Zakodowany list dostałaś? Czy to wydruk z konta może?”

No wsio ryba co to. Matka się zagłębiła.

Najpierw Matce zrobiło się w oczach @#%&^$.
A potem )*&%#@!.

I znowu &#%$!!?>)(*@.

I Matka stwierdziła, że nic z tego. Bo tam piszą o size’ach. I mówią, ze w jej CSSie jest 12px. A Matka nosi size 40. I buty i ubranka. No ewentualnie w innej numeracji to t-shirty XL. Ale w pikselach to nic nie nosi, bo nie wie ile to sętymetrów!

A już na sam koniec to Matce w oczach się zrobiło BLINK, ale nie wiadomo, czy wszystkie przeglądarki to obsłużą…

Tarta

Obiecany przepis na tartę z porów. Lubią duzi i mali…

Składniki

3-4 duże pory

10-15 dkg. wędzonego boczku

szklanka śmietany

2 jajka

odrobina sosu sojowego lub Maggi

10 dkg sera żółtego

pieprz

sól

30 dkg mąki

20 dkg margaryny

2-3 łyzki lodowatej wody

Wykonanie

Do maki wrzucić pokrojona na mniejsze kawałki margarynę, posiekać, jak na kruche ciasto. (Matka Polka z braku czasu kręci to mikserem, tylko margaryna musi być z lodówki)
Kiedy już się wszystko ładnie rozdrobni dodać wodę (Matka znów kręci mikserem), posiekać i szybko zagnieść ciasto. Uformowac kulę (Matka robi sześcian, bo łatwiej kroić) i schować do lodówki na godzinę lub dłużej (a Matka to olewa i wkłada na krócej, bo nie ma czasu na takie tam…)

Boczek pokroić i wytopić w stalowym garnku.Pory pokroić w talarki – białą część i powiedzmy tę lekko seledynową, żeby znowu nie wyciepywać do kosza nie wiem ile.
Do wytopionego boczku dodać pory, podlać odrobiną wody i dusić pod przykryciem 10-12 minut.
Przygotować sos – połączyć jajka, śmietanę, pieprz i Maggi ubijając dobrze trzepaczką, mikserem albo innym narządem. Dorzucić starty na tarce ser, zamieszać.

Na formę do tarty albo po prostu tortownicę wyłożyć ciasto, najlepiej krojąc je w plastry grubości około 0,5 centymetra. Wokół uformować rancik wysokości ok.3 cm. Dobrze pozlepiać łączenia ciasta.

Na tak przygotowany spód wyciepnąć pory z boczkiem. Zalać sosem, wstawić do nagrzanego do 200 stopni piekarnika na 20 minut, potem zmniejszyć temperaturę do 170 stopni i potrzymać jeszcze ok.25 minut.

Gdyby się za szybko zrumieniło – przykryć folą aluminiową, ale w zasadzie powinno ładnie zbrązowieć.

Rada Matki Polki – uważać z dodawaniem soli i Maggi – boczek może być słony, najlepiej spróbować pory i zadecydować o ilości dodanej soli. Gotowa tarta jest bardziej słona, niż próbowana na surowo;-DD. Może z żółtego sera też sól wyłazi??

No gdzie?

Kolega powiedział mi kiedyś, dzwoniąc z Węgier, gdzie z żoną dwa lata pracowali, że ma dla mnie, jak to tam mawiają, wiadomości kupowe. Dodać należy, że wyjazd dobrze im zrobił, bo robota odchodziła na wszystkich frontach i Anka w odpowiednim czasie w Segedzie powiła dziecię.

Zapytałam cóż to znaczy – kupowe? Ano okazało się, ze rodzice dzieci w pewnym wieku, rozmowy toczą głównie na temat zawartości pieluch swoich pociech. Dotyczy to zwłaszcza pierwszego potomka, potem im przechodzi z lekka.

No ja to mam na topie wiadomości nieco lżejszego kalibru, ale co zrobić. Przez najbliższy tydzień to są najwyższej wagi osiągnięcia mojego młodszego Potwora.

Wczoraj mianowicie dzień był jak bajka. Dzicko pędziło samo do najbliższego punktu, gdzie mogło połączyć się z morzem i oddawało, co zbędne.

Klęska nastąpiła w momencie, gdy Maryśka udała się z Janeczką na górę i zatraciła się w jakiejś zabawie (czytaj – gwizdnęła Janeczce zeszyt i gryzmoliła coś zawzięcie pisakiem niezmywalnym w kąciku).

„Mama, mama, Maryśka się zlała!!!” – dyplomatycznie doniósł Potwór.

Pognałam na górę. Rzeczywiście. Umyłam Potworka, wyprałam spodenki, przebrałam i gotowe. Wychodzę , a tu na środku przedpokoju kałuża. No mówi się trudno. Wytarłam, umyłam i finito.

Spusciłam Potwory z oczu na dziesięć minut. Pochwili słyszę:

„Buuuuuuuuuuu, mamaaaaaaaaa, siusiu zjobiłam!”

Pędzę znów. No nie da się ukryć, poszło!
Spacyfikowałam Potworka, umyłam, przebrałam, uprałam i pobłogosławiłam kaloryfery gorące.

Wylazłam z łazienki i rzuciłam okiem na podłogę – czysto. Tknęło mnie, że Potworek mógł się zesiusiać na dywanie, nie daj Boże albo w jakimś kąciku i za jakiś czas padniemy.

Wróciłam. Zajrzałam Maryśce w oczki:

„Marysiu, powiedz, kochana, gdzie ty zrobiłaś to siusiu?

Potworek popatrzył nieco zalękniony, oczy mu się zrobiły jak guziki od jesionki i wyszeptał konspiracyjnie:

„W majtecki…”

Nóż

Pojechałam po Janeczkę do szkoły. Potwór bardzo zadowolony pyta:

„A zgadnij, mama, co bardzo ważnego i dobrego dziś się stało?”

No pewnie nie dostała uwagi do dzienniczka…Albo nikomu nie wlała. Albo sama nie dostała łomotu… Nie wiem…

„No cóz takiego?” – pytam nieco lękliwie

„Zjadłam całe sniadanie!!!”

No to rzeczywiście nowina, biorąc pod uwage wcześniejsze zeznania Janeczki, że ona czasu nie ma na jedzenie jakichś tam sniadań.

„OK, a jak z obiadem?” – przyatakowałam z innej strony.

Trafiony. Potwór zaczął rozglądać się w poszukiwaniu odsieczy. Nie nadeszła!

„Nooooooo, drugie było bardzo dobre. A w barszczu pływała kapusta!”

Kapusta w barszczu? Coś Janeczka zalewa.

„To znaczy, że był niedobry?”

Niedobry jak nie wiem co!!! Nawet go nie spróbowałam!!!”

Tu cię mam, Janeczko, niedobry, ale nie wiem, jak smakuje…

„A w ogóle to w stołówce jest zimno, bo ciągle wietrzą i mi jest w podkoszulce za zimno na jedzenie!”

Cud na kiju, porządna szkoła, w której ktoś pomyśli o otwarciu okna. Bardzo mi się to spodobało, już lubię panie stołówkowe.

„To trzeba w takim razie brać do stołówki bluzę i wkładać na czas obiadu” – złota rada Matki Polki

„Eeeee, no wiesz, nie zawsze jest otwarte okno i mogłabym się zgrzać!” – kombinuje Janeczka

„Ja nie mówię, że ZAWSZE masz wkładać, ale wziąć ze sobą nie zaszkodzi. A nuż się przyda…”

„Ojeju mama”- żachnęła się Janeczka – ” co ty bredzisz? No już noży to nam w ogóle nie pozwalają używać, bo jestesmy za mali…”

Gratulacje

Wchodzę do łazienki a tam Maryśka siedzi na naczyniu nocnym. Obok niania, na podłodze. Wokół wszystko, co tylko Potworek przywlókł ze sobą. Jest tego trochę – wielki pluszowy pies, osiem książek, kubeł z pisakami, zeszyt, dwie spinki z dyndałkami, para bucików, klapki Janeczki i waga łazienkowa, tak na wsiaki słuczaj.

„No i co?” – pytam

„No jest coś, jest, Marysia się spisała!” – moja genialna niania na to

„Aha, to fajnie” – okręciłam się na pięcie, żeby pognać do roboty

„Zajaz, zajaz!!!”- zawołał za mną Potworek

Wróciłam…

Maryśka wyciągnęła lewą łapkę:

„Pjosę mi tu dać gjatulacje!”

Ma zdrowie

Moja teściowa jest właśnie po zabiegu. To znaczy wynika tak z zegara, bo wiedzieć, to ja nie wiem na pewno. Ciekawam bardzo, jak przeżyła noc, bo przebywanie w szpitalu samo w sobie przyjemne nie jest a biorąc pod uwagę, że to trzeci raz Babci, to już w ogóle.

Teściowa bowiem rodziła dwójkę swoich dzieci w domu. Ma na ten temat pewien pogląd, którego ani ja, ani większość realnie myślących ludzi nie podziela. To jest bardzo dobra rzecz, jeśli NIC się nie dzieje. Ale ja nie o tym.

Teściowa mianowicie jakiś rok temu nawiedziła przymusowo szpital wskutek spotkania z kogutem, o czym kiedyś wspomnę, bo warto. Wcześniej znalazła się w szpitalu zupełnie nagle i niespodziewanie a było to jakieś 10 lat temu i przypomnę – pierwszy raz w życiu…

Babcia wybrała się mianowicie na imieniny Barbary. Poszła wcześniej, bo pomagała koleżance w kuchni a potem, zostawszy do późna przenocowała. Rano wstaje a tu w głowie jej się kręci i rzyga jak kot. No makabra. Jak się kładzie, to jeszcze gorzej i te zawroty głowy okropne.

Ponieważ z czasem tylko się pogarszało, koleżanka wezwała pogotowie, bo to niedziela rano i nie wiadomo co robić. Babcia zawsze zdrowie miała jak koń!

Pogotowe zjawiło się niebawem, jak się dowiedziało, że to imprezka była, to władowało Babcię do karetki i hajda na zakaźny.

„Salmonellę może pani posiadywać” – pogotowie orzekło

Babcia siedziała cichutko jak myszka, bo stracha miała okrutnego, dobytku żadnego przy sobie, poza salmonellą rzeczoną…

Do tego pogotowie w osobie młodego dochtora postanowiło ją szczegółowo przepytać na okoliczność salci, boć to przecież naród zagrożony i sanepid czyha na bakteryję.

„Co pani jadła na tej imprezie?” – pogotowie spytało któtko

Babcia żachnęła się:

„Panie doktorze” – mówi – „właściwie to prawie nic!”

„No dobrze, a to nic, to co to było?Bo pani wie, są pewne produkty, gdzie salmonella lubi bywać…”

„No wie pan. Ja tylko popróbowałam NIEKTÓRYCH rzeczy. Niech się zastanowię…taaaaak. Zimne nózki zjadłam, jajeczka w majonezie, sałatkę jarzynową, szyneczkę, kiełbaskę na gorąco, kapustke, taką, wie pan, bigosik, schabowego jednego, mielone dwa, paróweczkę, do tego kartofelki były, aha, no jeszcze potem jedna sałatka z kukurydzą, wędzlinki różne, potem to już jedynie słodkie, sernik, tortu dwa kawałki i jabłecznik jeszcze. No i to TYLKO tyle…”

Babcia kończy relację i potem mówi do mnie, Matki Polki oburzona:

„I ty masz pojęcie? Ja w ogóle nie wiem o co mu chodziło, ale ten lekarz się odwrócił do mnie w tej karetce i oczy mu się zrobiły takie wielkie i okrągłe i mówi:
PANI TO MA ZDROWIE, JAK RANY…!!!”