No to Matka Polka, żeby za bardzo nie było różowo, ma nowe zajęcie. Polega ono na przemieszczaniu Maryśki z miejsca na miejsce…
Ale od początku.
Pisałam, że Maryśka się potknęła na stopniu przed domem i przewróciła w kwiatki, ale nie spodziewaliśmy się, że cokolwiek mogło się stać, dopóki nie zaczęła płakać przy próbie obciążania pięty.
Zgodnie z zaleceniem poczekaliśmy do rana, bo nic nie puchło. W nocy Maryśka obudziła się, musiała chyba uderzyć nóżką o szczebelki. Spała potem z nami i rano, zapomniawszy o historii zerwała się na równe nogi i dopiero był płacz!
Numerek do pediatryczki dopiero na 12.30, skierowanie do szpitala, pojechałyśmy po Janeczkę do szkoły – i Bogu dzięki, bo nie zdążyłabym potem.
W szpitalu wiadomo, wysłali na zdjęcie. Gorąco jak cholera, w kaloryferach napalone, Janeczka ma oczywiście muchy w nosie, ze mnie pot sie leje, bo przecież dygam Maryśkę cały czas na rękach.
Zdjęcie poszło gładko, Maryśka siedziała cicho – to nie jest dobry znak, w nocy nam da popalić, zresztą i tak nie liczymy na nic. Popatrzyłam na to zdjęcie, przez pięte idzie wyraźna rysa, ale ja tam sie w końxcu nie znam.
Potem trzeba było odczekać swoje na izbie przyjęc, bo nikt sie nie spieszy, żeby zejść. Godzina poszła od wezwania lekarza. Maryśka chodzi po suficie na jednej nodze, Janeczka dostaje już nie powiem czego.
Przyszła młoda dziewczyna z chirurgii dziecięcej. Popatrzyła na zdjęcie i mówi, że sorry, ale ona sie nie wyznaje. Pójdzie do radiologa. Wróciła, radiolog zaczął tomografię, nie wie ile to potrwa, koło dwóch godzin.
„No to wkładamy” – mówi
„Co wkładamy?’- pytam głupio
„No, noge w gips. Marysia nie może na niej stanąć, to i tak do czwartku włozymy, a jak to złamanie, to zostanie na dłużej”
No i nie ma zmiłuj się, jak trzeba, to trzeba…
Przyszedł technik i dokumentnie Maryśkę „zacekolował”. Dla wtajemniczonych – to jest niejaka longeta. Jak zwał tak zwał, gips jest z tyłu, z przodu tylko bandaż, ale wygląda jednakowo ambitnie.
Potem gipsowacz trzymał nóżkę Maryśki i pukał co jakis czas, czy już twarde.
Rozmawiałam z lekarką, co dalej a tu Maryśka nagle dała głos. Przekręciła mi głowę do siebie i mówi śmiertelnie poważnie:
„Pats na pana! Uwazaj cy dobze zaklada mi tę skarpeteckę…”
Moralniak napada znów…
Nie pisałam wcześniej, bo musiałam to odreagować. Janeczka znowu podpadła. Tym razem mogła sobie narobić niezłej biedy…
W sobotę sprzątałam ja sobie tak, jak powinnam, w Janeczkowym pokoiku, gdy niechcący zahaczyłam o łeb tygryska. Wiecie, takiego kosza na śmieci. Tygrysek kiwnął na dzień dobry i ukazał zawartość ciała. Przez chwilę sprzątałam dalej, ale coś mnie tknęło. To, co zobaczyłam w środku nie do końca było mi znajome a przynajmniej się tego tam nie spodziewałam…
Wróciłam i wybebeszyłam zwierza. Na podłogę wysypały się papierki po czekoladkach Merci…
W tym miejscu należy wspomnieć, że Janeczka alergiczna jest mocno i mowy nie ma o żadnej czekoladzie. Co tam zresztą czekolada. Jabłek nie może, mleka i pochodnych nie może, jaja ani kury też nie, cielę i wół odpada – wiadomo, jak mleko to i dostawca…Z warzyw może marchewkę, brokuły, sałatę, nie jest źle. Ale już z owoców tylko porzeczki i winogrona. Wyobrazić sobie zatem można moje męki, jeśli chodzi o picie soków przez Janeczkę na przykład. Wszystkie zapaprane sokiem jabłkowym, mało co można wybrać. Janeczka więc trąbi w szkole hektolitry soku z czarnej porzeczki lub aronii.
Ze słodyczy może jeść żelki i białe ciastka.
Niemal od urodzenia jest na lekach przeciwalergicznych, od kilku lat także na wziewnych, bo każde zaśpiewanie piosenki, nie mówiąc o podbiegnięciu paru kroków, kończy się atakiem kaszlu. No i zapalenia oskrzeli, tchawicy, krtani, płuc i czego tam jeszcze były na porządku dziennym…
Kiedyś Janeczka zeszła na dół po cichutku i zrobiła nam przegląd lodówki. Zjadła serek grani, zostawiając tatusiowi pół łyżeczki. Oczywiście ochrzan dostała Matka Polka! Tylko, że Matka Polka rzadko taki serek jada a już na pewno nie wyżera MiaUżonowi…
Pakowaliśmy się akuracik na wakacje, więc zamieszanie było spore. Zaglądamy do Janeczki a ta siedzi jak kosmonauta. Buzia spuchnięta, łokcie i kolana w bąblach wielkości ziarna grochu. Oczywiście wyje i ma pietra na sto dwa. Ponieważ puchła w oczach, zabraliśmy ją pędem do lekarza. Tam zastrzyk, psikacze różne i tak dalej. Okazało się więc, że nie tylko skutkiem zeżarcia zakazanej rzeczy może być szorstka skóra tu i tam, ale reakcja może być nagła a nieprzewidywalna.
Janeczka o tym wie i – wydawało nam się – rozumie.
Ale rozumienie rozumieniem a Janeczka Janeczką.
Rozpoczęłam poszukiwania w pokoju. Cel – bombonierka Merci nieznanego pochodzenia i wielkości.
No i cholerka, nie mogłam znaleźć…
Zaglądałam do plecaków, szuflad, odsunęłam łóżko – nic.
Wreszcie jest! Zakopana w czeluściach szafy…Rozmiar XXL. Zaglądam do środka a tam telepie się pięć sztuk. Pozostałe, zapewne z pięćdziesiąt pięć, zeżarte!
Sądząc po koszu, prze dwa dni…
Matko jedyna, jak mi się okropnie na duszy zrobiło!!!
Nie tylko nas oszukała, ale ryzykowała własne zdrowie mając tego świadomość.
A ja nie zauważyłam nawet, kto jej to przyniósł! Pewnie ktoś na imprezie imieninowej, zamieszanie było i nie spostrzegłam.
Mam kaca moralnego i już. Co będzie dalej? Na szczęście nic się nie stało, ale nie o to przecież chodzi… Raz się mogło nic nie stać, ale za drugim razem już tak. Gdyby jeszcze najadła się tej czekolady na noc, to można było nawet nie usłyszeć, gdyby coś się stało…
Matka katastrofistka? No może, ale jak raz się pędzi z dzieckiem, które się dusi, to starcza na całe życie!
Oj, szlaban Janeczko! Na forsę i tak dalej!
Zła jestem, jak nie wiem co! Ech….
Bieda, oj, bieda…
Zadzwoniła własnie moja niania, że nie przyjdzie, bo ma wysoką temperaturę. A dodać trzeba, ze taka temperatura znikąd u niej się nie bierze – niania, dodajmy niania – super, ma przeszczepioną nerkę. Urodziła się tylko z jedną i to szwankującą. Udawało się przelecieć na lekach 23 lata, potem już dializy, ale tylko cztery. Niania miała mieć przeszczep rodzinny, tylko kazali mamie schudnąć do niego 20 kilo, co było trudne, bo całe życie nieco grubsza. Niania pojechała więc do Warszawy, żeby zrobić badania na zgodność tkankową, na ewentualny przeszczep od dawcy, że tak powiem obcego. No i po tygodniu telefon – jest nerka!
To chyba cud na kiju.
Czekałam na nianię, po operacji, 3 miesiące, ale warto było, to świetna dziewczyna.
Niestety przeszczep, jak to przeszczep – co chwila coś się dzieje. Już raz ja wiozłam do Łodzi, bo miała 40 stopni a lekarz sie wkurzył, ze dzwoni i mówił, żeby sobie wzięła coś na zbicie temperatury…
Załatwiłam jej wtedy badania krwi i USG, okazało się, że jest zastój moczu, wszystko się zapaprało, bakterie się rozwinęły i wtedy znów telefon do Łodzi i wszyscy na baczność!
Czekali na nią. A , cholera jasna, gdyby nie to USG to mogłoby być po nerce. Sam lekarz powiedział, że jeszcze dzień, dwa i do widzenia, po przeszczepie!
Teraz więc niania już leci na badania u nas i potem telefon do Łodzi, albo i nie, może to jakaś wirusówka, daj Boże…
Ale pomyślcie, jak można przez telefon doradzać paracetamol, kiedy wiadomo, że wysoka temperatura może byc objawem odrzutu?
No nóż się w kieszeni otwiera…
Będziemy się więc kotłować z Maryśką, choć ją trzeba nosić, bo nóżka jednak boli i nie chce na nią stanąć. To znaczy próbuje, ale płacze.
Mamy już numerek do pediatryczki, pewnie da jakieś skierowanie, może trzeba będzie to prześwietlić. A wyglądało tak niewinnie!
A potem wizyta w szkole po Janeczkę. Czyli dziś kolejny sanitarnyj dzien a robota odłogiem leży w przeciwieństwie do terminu zresztą…
Gdyby kózka…
Ech, wracaliśmy dziś wieczorem od szwagierki i przed samym domem Maryśka potknęła się o schodek. Przewróciła się we wrzosy, więc kompletnie nic się nie stało i była ogólna wesołość – tak nam się wydawało.
A Maryśka tymczasem wstała i powiedziała, że nóżka ją boli. No i rzeczywiście, stała na paluszkach a na pięcie nie chciała…
Wykonałam telefon do znajomej pediatryczki, uspokoiła, że nie powinno nic być, pewnie coś się nadciągnęło, ale jutro mam ją pokazać, jak nie przejdzie. Kiedy wykręcam jej nóżkę na wszystkie strony – nic ją nie boli. Jak tu i tam naciskam – też nic, ale stanąć normalnie nie może.
Jak nie urok to przemarsz wojsk.
Przy dzieciach to się człowieku nie znudzisz…
Szkółka
Wróciłam z tak zwanego spotkania organizacyjnego na kursie kwalifikacyjnym dla nauczycieli (albo dla tych, którzy nimi dopiero chcą być z róznych względów). Dowiedzieliśmy się od kierownika, że kurs będzie, cytuję: „porzundny”.
Bardzo mnie to uspokoiło. Chyba się za bardzo na nim nie przemęczę…
Coś nowego…
A teraz Matka Polka zbiera się i idzie do szkoły. Tak! Do szkoły!
Janeczka tez dziś się uczy, bo to nie sobota, jeno szóstek.
A Matce zachciało się douczyć, więc pochodzi do szkółki przez 260 godzin i zapłaci jeszcze za to masę pieniędzy. I nie wie, czy jej to cokowiek da w przyszłości. Jak wszędzie.
Więc żegnam Was póki co i życzę sobie miłej nauki!
Powrót z odchamu…
No właśnie…
Matka oczywiście zabawiła tylko 45 minut, ale ubawiła się setnie! Pan prezydent tym razem również wygłosił spicz. Wręczył też nagrody pieniężne, rzeczowych niestety nie było.
Zdobywcy głównej nagrody, chłopcu, który choć nie najmłodszy, skończył dopiero studia powiedział:
„Gratuluję bardzo, że tak zaraz, za pierwszym razem zdobył pan główną nagrodę. Bo wiecie państwo, ja znam mamusię tego pana, bardzo miła osoba…”
Zaproszeni goście w tym momencie uwiędli…
A dyrektor galerii wręczył drugą nagrodę świetnemu naszemu plastykowi i nie omieszkał oczywiście dodać dla jaj:
„Pan wie, panie Józiu, ja pana żonę też znam…”
Luuuudzie! Lepszego wieczoru nie było dawno!
A obrazy takie, jak moje miasto i kilka lepszych…
Totalny odcham
Przepraszam, słowo Matka wymyśliła na poczekaniu…
Po bojach z Potworami czas na relaks. W naszym ogromnym mieście generalnie nic ciekawego się nie dzieje, toteż jak jest jakiś wernisaż czy inksza wystawa to Matka pędzi.
Dziś nadszedł taki dzień. Swoją drogą trzeba na niego czekać zwykle jakieś dwa miesiące. Potem Matka przyfruwa na taką wystawę przed czasem, poogląda ile się da w 10 minut, wysłucha spiczów i zmyka. Wszystko trwa góra 40 minut, bo Matce się poprzestawiało.
Wydaje jej się, że Potwory dom rozniosą i poza tym ma poczucie winy, że marnuje czas nie robiąc w tym czasie np.prasowania.
Obawiam się, że Matka powinna się z tego leczyć…
Tak, czy owak, Matka idzie dziś na wernisaż, nie popije, bo jedzie hoplem, ale pogada i poogląda sobie. U nas na wystawach to ciekawsze od obrazów są zwykle eksponaty ludzkie… te stroje pseudoartystyczne i w ogóle.
Ostatnio pan prezydent miasta wręczył wyróżnionym artystom nagrody spcjalne, ufundowane przez magistrat. Zapytałam kolegę, co dostał, bo jakoś dziwnie pusto miał w reklamówce (prawda, jak elegancko? Nagroda w foliowym worku…).
„Paczuszkę 12 pasteli” – mówi on. (dodam, że to jest asortyment odpowiedni dla wieku przedszkolnego)
No to nasz magistrat pójdzie z torbami, jak tak dalej…
Oj,czuję, że będzie wesoło…
Tiramisu
To będzie przepis dla tych, którym się spieszy. Albo napiszę dwie wersje, ale obie są równie dobre w smaku…
Składniki
Masa serowa
1/2 kg serka Mascarpone (barrrrdzo drogi, więc można uzyć dowolnego mielonego na sernik)
3 żółtka
3/4 szklanki cukru – pudru
2 paczuszki żelatyny, każda na 1/2 l.wody
aromat waniliowy
Masa serowa tańsza – polecam
Serki homogenizowane, moga być najtańsze – 3 waniliowe, 3 naturalne lub inna kombinacja tych dwóch smaków
1-2 żółtka
cukier w zależności od ilości serków waniliowych, można nie używać wcale, można 2-3 łyżki
2 paczki żelatyny, każda na 1/2l. wody
Poza tym
Biszkopty okrągłe lub podłużne, duża paczka
ok.2 szklanek bardzo mocnej kawy rozpuszczalnej
duży kieliszek likieru migdałowego amaretto (koniecznie!!!)
Wykonanie
Zaparzyć kawę, ostudzić, wlać likier. Wyłożyć niedużą, prostokatna blaszkę dokładnie folią aluminiową. Do żelatyny dodać minimalną ilość wody, tak, żeby tylko sie rozpuściła. Ja zalewam zimną i po chwili wsadzam do mikroweli uważajac, żeby się nie zagotowała. Wystudzić, ale uważać, żeby nie zaczęła się ścinać, jest bardzo mocna, wiadomo.
Do miski wrzucić żółtka i cukier, wymieszać na kogel mogel. Dodać ser (w dowolnej wersji), zabełtać, aż się ładnie połączy.
Wyłożyc pierwszą warstwę biszkoptów na blaszkę: maczać każdy w naparze kawy, nie za długo, bo się rozpadną. Powinny być na wierzchu bardzo ciemne (to zależy niestety od rodzaju biszkoptów – każde inaczej „piją”)i mieć jasne środki. Układać ściśle, jeden koło drugiego. Dziurki między nimi moga zostac, tylko większe mozna uzupełnic kawałkami biszkoptów.
Teraz trzeba zacząć działać bardzo, bardzo szybko!
Do masy serowej dodajemy w miarę ostudzoną, ale jeszcze płynną żelatynę, błyskawicznie mieszamy i połowę wywalamy na biszkopty. Rozsmarowujemy i układamy na tym jeszcze jedna warstwę biszkoptów nasączonych kawą. Potem juz tylko pokrywamy to resztą masy, wygładzamy i wstawiamy do lodówki.
Mozna po chwili przykryć folia aluminiową albo spożywczą, ale zostawić dziurkę, żeby się nie rosiło.
Przed podaniem posypujemy przez sitko obficie najzwyklejszym kakao (uwaga! Nie czekoladą, bo się rozpuści!!!)
Podajemy na talerzykach, można w wersji eleganckiej ozdobić listkami mięty a na talerzu porobic esy-floresy z rozpuszczonej czekolady.Uważamy przy wyciaganiu z blaszki. Najlepiej jest wyjąć cały ten gips na stół i kroić, ale to nie jest łatwe i folia musiałaby być położona na spód podwójnie.
Patrzymy, jak goście niszczą. Trwa to moment!
Makabra
Makabra to jest to, co Matka dziś rano zobaczyła. I ma niejasne przekonanie, że makabryczne to to jest tylko w jej mniemaniu… Inni pewnie się przyzwyczaili, nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, nie wierzą…
A durna Matka popatrzyła i teraz się przejmuje!
Matka, mianowicie pojechała dziś rano z Janeczką do szkoły. Ranek, jak ranek. Matka nie wyszła jednak zaraz z szatni, tylko poszła na górę, pod klasę. Janeczka Matkę olała i Matka to rozumie. Iść z wapniakiem to totalny obciach.
Matka wlazła na drugie piętro i zobaczyła korytarz, na którym kłębiły się jakieś chmary osobników w wieku dziecięcym. Klasa Janeczki była na końcu. Matka zobaczyła jak jej osobista Dziecina froteruje spodniami korytarz, podobnie, jak wszystkie koleżanki zresztą. A myślała, że koszmar poprzecieranych po dwóch dniach użytkowania spodni znikł na zawsze, łącznie z przedszkolem.
Pies gryzł spodnie. Janeczka, ponownie olawszy Matkę udała się do sklepiku. Udała się! Pognała jakieś 50 metrów, żeby kolejne 50 przejechać na kolanach!
Nabyła drogą kupna chipsy i jakiegoś półmetrowego żelka, po czym wrąbała je w wianuszku koleżanek w ciągu jakichś dziesięciu sekund! Matka nie zdążyła nawet otworzyć paszczy. A może właściwie nie zdążyła jej zamknąć, bo jak rozdziawiła na poczatku, tak stała cały czas…
I teraz Matka nie wie. Jest z kompletnie innej epoki? Nie dorosła do posiadywania dziecka w wieku szkolnym? Nie powinna się niczemu dziwić? A może teraz dzieci są takie niemożliwe? Słowa, jakich używaja te pierwszaki niech pozostaną jedynie dla Matki. Tego nawet internet nie wytrzyma…
Matka niniejszym kłania się nisko nauczycielom! Oni naprawdę czasami są święci! Te dzieci (i nie wypieram się, Janeczka do nich należy!) nie reagują na nic i na nikogo. W domu – pół biedy, ale w tym tłumie już Rodzic się nie liczy, bo są koledzy i koleżanki i trzeba się im przypodobać.
Matka próbowała wiele razy rozmawiać z Janeczką i wydawało jej się, że skutkuje. A gdzie tam…
Pozostała jeszcze sprawa sklepiku szkolnego. Pomińmy milczeniem sprawę asortymentu sprzedawanych tam rzeczy – Matka zajrzała, wiekszych g…świat nie widział. Już lepsze byłyby drożdżówki czy owoce, ale to marzenie ściętej głowy.
Janeczka nabyła dziś dwie rzeczy po złotówce, a zwykle dostaje od MiaUżona jako Głównego Dobroczyńcy, tylko 1 złotego. Zapytałam po powrocie czemu dał jej aż dwa złote.
MiaUżon osłupiał.
„Ja jej w ogóle dziś nic nie dawałem, bo ma karę…”
„To skąd ma pieniądze???” – zapytała Matka
„Nnnnie wiem…”- wyjąkał MiaUżon i Matka wie, że nie kłamał.
Ale Matka wie!!! Janeczka wypruła dwa złote, mimo kary, ze swojej skarbonki!
Matkę trafił jasny szlag. Zabrała kluczyk. Janeczka nie wie, że wystarczy nóż i można wyjąć pieniądze. Nie o to chodzi.
Oj, pióra dziś polecą…Nie bedzie tak robiła!
Matka wie, małe dzieci, mały kłopot. Ale Matka tym się będzie przejmować, jak Janeczka podrośnie.
Póki co TO jest dla Matki zmartwieniem i już.
Cholera, co za początek dnia…