Matka pojechała się wczoraj znowu odchamić. Zapędy miała niewielkie, bo temat wystawy jej szczególnie nie porażał, ale umówiła się wcześniej z koleżanką i kuzynką
, że będzie, no więc co miała robić?
Do tego wszystkiego zapewniła Janeczkę, że będą wypchane zwierze i Potwór się zapalił do pomysłu.
Ponieważ Matka, jak już wspominała, na wszelkich odchamach bywa maksymalnie 40 minut, bo ma poczucie winy, że w domu się bez niej wali,
więc postanowiła zabrać też Maryśkę, miast odstawiać ją do teściowej, rozbierać, ubierać i tak dalej.
Wystawa dotyczyła łowiectwa i jego przedstawień w sztuce. Takie tam.
Gdy Matka przyszła, okazało się, że wleźć na salę, żeby naooglądać się w spokoju – nie można.
Najbardziej zasmuciło to Janeczkę, która nie omieszkała siostrze donieść, że na wystawach najważniejszymi eksponatami są – oczywiście- chipsy i paluszki.
Z punktu widzenia Matki najważniejsze eksponaty są zawsze niedostępne , z powodu przyjeżdżania samochodem…
Matka czekała więc z Potworami, co też dalej nastąpi.
I nastąpiło!
Nagle okrutnie zatrąbiło – to czterech myśliwych zadęło we wszelakie rogi!
Wpuścili Matkę wreszcie, reszcie gości też pozwolili wejść. Zaczęły się spicze. Goście stanęli w wianuszku, Janeczka wylazła na przód, po chwili dołączyła Maryśka.
Maryśka przetrwała w takiej pozycji 15 minut. Bez ruchu! Po prostu panowie co chwila trąbili…
Potem wypuściła się na zwiedzanie wystawy. Matka pokazała jej wszystkie rzeźby, talerze, kufle i fajki. Naprawdę, super wystawka.
Niestety, Maryśka szukała jeszcze czegoś. Kiedy już obeszła wszystko zapytała wcale nie scenicznym szeptem:
„A gdzie pajuszki???”
No, psiakość, nie było…
W ogóle nic nie było. Niemożliwe aż…
Ale po spiczach i oglądach zaproszono gości dwa piętra niżej a tam szok!
Stoły bowiem uginały się od wędlin wszelakich, pięknie poukładanych. Znaleźć można też było kapitalny smalec w chlebie,
kiszone ogóreczki, napoje wyskokowe i nie tylko – wszystkiego
do bólu.
Maryśka napadła na szynkę, Janeczka wytrąbiła po kryjomu dwie szklanice zakazanego soku.
Matka spróbowała smalcu. Zaproszeni goście zachowywali się różnie – jak to na wystawach.
Matka popatrzyła sobie. Najlepsze były nobliwe, stasze panie w przekrzywionych kapeluszach, stałe bywalczynie tego typu imprez,
które atakowały wszystko, co tylko na stole się nie ruszało.
Nieprawdopodobne są ilości jedzenia, jakie te panie potrafią zaabsorbować jamą gębową…
Zwykle zresztą jadają w czsie spiczów, no, tu się nie dało.
Nagle zakłębiło się w narożniku sali. Zapach się rozniósł nieprawdopodobny.
Matka polazła i co widzi?
Wjechała brytfanna. Nie jakaś tam. Ludzie, brytfanna miała 1,5 metra na 3!!!
A w środku napakowana była najlepszymi kawałkami upieczonego dzika a może i dwóch!
Ilości, jak się można domyślać, przemysłowe…
Matka kiedyś jadła dzika. Był suchy i Matka parskała wiórami.
A tu… Matka zeżarła, Janeczka zeżarła, Maryśka też…
I Matka powie Wam, że nigdy, przenigdy nie jadła lepiej przyrządzonego mięsa! Nie tam, że dzika! W OGÓLE!
To było coś tak nieziemsko pysznego, że zwalało z nóg!
No i Matka zabawiła półtorej godziny a i tak wyszła pierwsza…
No trudno, Matka z wystawy zapamięta tym razem dzika…
A, że nie był wypchany…
Dowód
Matka postanowiła przejechac się pod miasto do producenta odzieży w celu nabycia po okazyjnej cenie czegośtam. Zaprosiła koleżankę, ta przyjechała, kawkę wypiła, ale Matka nie mogła znaleźć dokumentów od samochodzu. Ki diabeł?
Torba – nie ma. Kieszenie – nie ma. Szuflady – nie ma. Lodówka – tez nie.
Matka wykonała zamiejscowy telefon do MiaUżona do pracy.
Ten nie wie!
Oczywiście Matki wina, bo bałaganiara jest.
Odtwarzali kto, gdzie był i co brał. Matka przeszukała wszelkie ubiory i zakamarki. W tak zwanym międzyczasie MiaUżon wykonał 8 telefonów z cudownymi pomysłami.
Trudno, Matka pojechała z koleżanką nowym jej samochodem. No nawet jeszcze lepiej, ale tak głupio trochę…
Po powrocie znów poszukiwania, bez skutku….
Ale jak Matka zaparzyła kolejną kawkę i dostarczyła sobie odpowiednią dawkę kofeiny, to pojawiła się znów kulka Pomysłowego Dobromira!
Matka pomyślała, co zrobiłaby Maryśka, gdyby w jej łapki wpadł dowód rejestracyjny z ważnym OC.
Dodajmy, że Maryśka niegłupia jest.
Matka zlazła i zagrzebała w kieszeni wózka.
A tam, zapięty na guziczek, leży sobie dowodzik od samochodu.
W końcu wózek też pojazd – no nie?
Szkolne tańce i łamańce
Obiecałam napisać o ślubowaniu pierwszaków. Nie wiem tylko, czy mi się chce…
Wspominam z lubością
przedszkole, gdzie rodzicom dawało się w garść kubek czegoś gorącego, nawet ciastko zawsze było, ale nie, w ogóle było inaczej…
Ślubowanie przygotowano w stołówce. Cały lokal, że tak powiem, jest duży, ale w związku z tym na środku ma 6 słupów. Słupy to w zasadzie ściany, bo mają po kilka metrów długości. Za tymi ścianami ustawiono krzesełka dla rodziców.
Stanęłam za krzesłami – bo rzecz jasna miejsca nie było – tak, żeby widzieć czubek głowy Janeczki. Lepiej, że nie widziałam reszty, bo Janeczka rozrabiała jak pijany zając.
Wytrzeszczałam na Janeczkę oczy, co jest naszym umówionym znakiem („Jak nie przestaniesz, to nie wiem co…”)
Ale wychodziło jeszcze gorzej, bo Janeczka, korzystając z bezpiecznej odległości wywalała gały i robiła do mnie miny.
Ciśnienie mi wzrosło okrutnie. Do tego okazało się, że jesli dobrze widzę dziecię, to kompletnie nie słyszę pani dyrektor (i może to akurat dobrze) ani zaproszonych notabli.
Mało tego, nie widzę już w ogóle nic a
ślubowania zwłaszcza.
Podobno jakieś dzieci tańczyły a Lech w brudnym mundurku od judo i sznurkami na głowie coś dzieciom kazał mówić, ale nie wiem, bo słupy zbrojone musiały być bardzo.
Ja wiem, że to jest jempreza dla dziecków, ale jak sie kogoś zaprasza…
Pewnie trzeba było wspomóc pana fotografa…
Za to, kiedy dzieci usiadły do zdjęcia grupowego, to pan fotograf nie mógł nic już zrobic, bo wszyscy błyskali fleszami i mają swoje. I dobrze!
Najlepsze było to, ze w drugim końcu sali
stały stoły z tak zwanym poczęstunkiem dla dzieci.
Kiedy odchodziło ślubowanie i przemówienia, starsi aktorzy
, czyli kilkoro dzieci z drugiej, trzeciej klasy
z piskiem ogólnym i łomotem wrąbali wszystko, co miało choćby trochę czekolady na sobie…
Grono pedagogiczne siedziało obok, zero reakcji, więc rodzice tez nie będą zwracać uwagi.
A potem to już tylko dyskoteka. Do dziś odtykam sobie uszy.
Najlepiej ubawiła się Maryśka, która nie bacząc na przedwczorajsze gipsy tańcowała i skakała jak wściekła.
Na imprezce był ordynator. Spojrzał i mówi:
„A jednak się nie myliłem, nic jej nie jest!”
Jako i my to wiemy już, i Bogu dzięki!
Porwana przez Młodą
Matka Polka poszła z Maryśką do Tesco na zakupy. Maryśka okrutnie lubi jeździć w wózku a Matka ma wtedy święty spokój, choć i tak pędzi między półkami jak szalona, z rozpiską w ręku.
Najgorzej jest przy kasie. Maryśka zbiera bowiem z taśmy rzeczy i wrzuca je z powrotem do wózka. Niektóre z nich nie przeżywają tego manewru, dotyczy to zwłaszcza serków homo.
Ostatnio Matka wpadła na szatański pomysł wykładania na taśmę a potem odsuwania wózka lekko na bok. Maryśka jest wtedy zawiedziona i brzęczy.
Jest to jednak nieodzowne, jeśli Matce przypomni się, że musi zaszperać w gumach do żucia przed kasą.
Ostatnio Matka nie mogła się zdecydować, którą Airwave’s (jedyna używana przez Matkę) tym razem wybrać, kiedy w konchy jej uszu wpadł dialog, a właściwie monolog nastepujęcy:
„No oddaj, oddaj…”
„……”
„E, no coś ty, oddaj!”
„….”
‚Oddaj, ja już zapłaciłem za to….”
„…”
„No oddasz?”
„Y!”
Tu matka wyostrzyła słuch, ale grzebała dalej…
„Oddaj, oddaj, patrz, dam ci za to piwo…” – osobnik zamachał jedną z czterech puszek.
Cholerka, komu on macha, kiedy tu nikogo nie ma? Matka potoczyła wzrokiem…
Gość próbował przekupić piwem…Maryśkę, która zwinęła z jego taśmy reklamówkę
i trzymała ją w objęciach z miną nie wróżącą nic dobrego.
Matka weszła na pełne obroty:
„Marysiu, nie wolno zabierać, bo pan juz za to zapłacił! Oddaj panu!”
„Ne!” – Maryśka na to stanowczo…
‚Panie” – matka na to -„co jest w tej reklamówce?”
„Pół litra…”
Tort makowy
Przepis na małą tortownicę (w nawiasie na dużą)
Składniki:
Ciasto
25(35) dkg maku
8(11) jajek
6(8,5) dkg bułki tartej
25(35) dkg cukru pudru
Łyżka płynnego miodu naturalnego
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
Aromat waniliowy i ew.parę kropli migdałowego lub pomarańczowego
Masa kawowa
3(4) jajka
20(28)dkg cukru pudru
1,5(2)kostki masła śmietankowego (nie mixu!)
0,5(0,75)kostki margaryny np.Palmy
kawa rozpuszczalna, ok.5-6 łyżeczek
kieliszek spirytusu (ok.50ml)
Wykonanie
Ciasto
Mak zalać wrzątkiem, odstawić na godzinę, odsączyć na sicie i zemleć ze trzy razy.
Włączyć piekarnik, żeby był gorący na zakończenie przygotowywania ciasta
W dużym garnku żółtka utrzeć z cukrem pudrem.
Ubić pianę z białek dodając szczyptę soli.
Na utarte żółtka wykładać po trochu warstwami mak,pianę z białek, miód, bułkę, uprzednio wymieszaną z proszkiem do pieczenia oraz aromaty
Lekko przemieszać łyżką, wyłożyć do natłuszczonej i wysypanej bułką tartą tortownicy i upiec.
Masa kawowa
Kawę rozpuścić w minimalnej ilości wrzątku, dosłownie w jednej-dwóch łyżeczkach, wystudzić
Jajka wbić do garnka, dodać cukier puder. Garnek wstawić do większego garnka napełnionego ciepłą wodą i postawić na kuchence. Podgrzewać ciągle mieszając, najlepiej mikserem. Trwa to długo, ale opłaca się…
Gdy masa bardzo zgęstnieje, garnek przykryć i wystudzić.
Utrzeć masło z margaryną, dodając bardzo powoli jajka i kawę. Na końcu stopniowo wlewać spirytus, ostrożnie, żeby masa się nie zwarzyła
Tort przekroić na 3 części. Przełożyć kremem, posmarować boki i wierzch. Przybrać dowolnie, ale polecam dekorację bogatą, na bokach również, żeby masa zawsze „świeżo” wyglądała. Ja obsypuję boki wiórkami a wierzch też jakoś tak. Przydają się konfitury z wiśni, to dobre połączenie.
Tort najlepiej przygotować wcześniej, z czasem zyskuje na smaku. Można go mrozić, jest potem jeszcze lepszy!
Problem polega tylko na tym, że zwykle nie ma co zamrażać…
Wielkie manewry
Janeczkę wzięło na zwierzenia. Temat ślubowania oczywiście na topie.
-Wiesz co, Mama? Ja to jednego nie rozumiem. Ćwiczymy z panią to ślubowanie,
pani mówi tę przysięgę po kawałku ze sto razy chyba i my elegancko powtarzamy.
I na końcu mówi: „Po ślubowaniu!”
I wiesz, my, żeby pani zrobić przyjemność, tak ładnie powtarzamy: „Po ślubowaniu!”
A pani wtedy woła: Nie! Nie! Nie! Znowu?! Ja się zabiję!…”
Recenzja biżutów
Dziś o 17.00 Janeczka ma ślubowanie dla pierwszaków. Strój galowy uprany i czeka na wyprasowanie. Wczoraj oczywiście okazało się, że na rękawie jest plama od barszczyku. Dobrze, że Janeczce się przypomniało wieczorem, a nie tuż przed imprezą…
Ze szkoły Potwór wrócił okropnie zadowolony.
„Mama” – wrzasnął -„nie masz pojęcia co będziemy robić na tym ślubowaniu!”
Nie miałam.
„Przyjdzie taki Lech, wiesz, no, Lech i będzie nas walił po ramieniu. A dziewczyny z Ic to będą miały opaski ze sznurkami, takie, wiesz, niby kłaki. A my będziemy miały takie kółeczka na opaskach a chłopaki herby!”
Temat mnie zaciekawił. W końcu dwa dni nad tymi herbami i biżutami siedziałam a Janeczka nawet nie zauważyła…
„A jakie znowu kółeczka będziecie miały?”- próbuję wypytywać
„Eeeeee, nie wiem, takie tam, eeee, nie pamiętam już, okrągłe chyba….”
No i masz babo placek i staraj się! Gdyby to były łby Barbiów na opaskach, to lepiej by pamiętała…
Dla niezorientowanych herby i biżuty wklejone kilka wpisów niżej…
Tort w locie
Matce przypomina się czerwiec, kiedy to głównym wydarzeniem był, bez wątpienia, pierwszy po maturze zjazd klasy.
Klasa <Matki liczyła aż 42 osoby i po dwóch latach nauczyciele, będący u skraju wyczerpania nerwowego powiedzieli, że albo my, albo oni…
No i podzielili nas na „B” i „F”. Trochę było dąsów, mówienia, że b lepsza, f gorsza, ale w końcu jakoś to było. Pytali nas oczywiście częściej, ale spokój był większy i na złe nam to nie wyszło.
Po dwudziestu latach postanowilismy się zjechać. Wszyscy mówili:
„No, to trzeba by coś zorganizować!”
I na tym się kończyło.
Matka zobaczyła, że nic z tego nie będzie i wzięła sprawy w swoje ręce
Załatwiła knajpę, zaproszenia, kupiła napoje wyskokowe i normalne, rozliczyła się, powysyłała, co trzeba, nakłoniła koleżankę do pracy charytatywnej i druku naklejanek na koszulki, naprasowała 80 naklejek i na koniec wymyśliła, że jescze osobiście zrobi tort.
Wariatka!
Jak Matka zaczęła liczyć wielkość tortu, to wychodziło, że trzeba by go upiec niemal w wannie. Nie da rady, nieuprądowiona jest.
Matka policzyła jeszcze raz i założyła, że goście do czasu wniesienia tortu się nażrą. Zaraz lepiej wyszło. Tylko 50 jajek i 8 kostek masła…
Matka zrobiła więc tort ogromny, makowo – orzechowy z masą kawową, bez grama mąki. Nie wie, ile ważył, ale nie było go nawet na czym położyć, więc Matka deskę zamówiła i grało.
Dzień był piękny, tort trzeba było dowieźć 20 km. za miasto, do knajpy. Po Matkę przyjechała koleżanka i dwóch kolegów, którzy zgarnęli koszulki i inne bukiety kwiatów. Matkę coś tknęło, że jak samochód przyhamuje, to może się tortem niechcący upaćkać i kreację wsadziła w reklamówkę. Wyszła w portkach i podkoszulce, koledzy lekko osłupieli ale wyjasnienie otrzymali wyczerpujące.
Koleżanka za to była w małej czarnej z pomarańczowym zwiewnym szalem, bo upału kosmicznego nie było.
Pojechaliśmy. Słońce wali, aż tu nagle chmury czarne, jak nie wiem co. Dojeżdżamy, leje makabrycznie. Czekamy, nic. Co robić?
Koleżanka wyciągnęła parasol kładąc siedzenie od wewnątrz, wyskoczyła, otwiera mi drzwi a tu się leje! Na torcie kałuża!
„Nachyl się z tym parasolem!” – Matka drze się wściekła
Nachyliła się. Rączką od parasola zwaliła cały narożnik tortu…
No żeż cholera by to wzięła! Śmiechu warte?
Matka układała naokoło wisienki, dekorejszyn sama robiła a tu coś takiego!
Matka potoczyła wzrokiem. Tak lało, że tych wisienek nawet widać nie było a to dziwne.
Kelner zobaczył co się stało i przyniósł świeczki. Uklepaliśmy narożnik, uzupełniliśmy co się dało, ale niewiele, bo reszta tortu zniknęła. W brakującą część wetknęliśmy świeczki, może nikt się nie połapie. Wsadziliśmy race, żeby zmylić przeciwnika. Jakoś to było.
Matka poleciała się przebrać i błogosławiła kreację w reklamówce!
Wtem patrzy, wchodzi koleżanka z parasolem…
Od góry do dołu na małej czarnej ma tort z wisienkami…
O rany Julek…
Zapierała się pół godziny, gdzie tam….DObrze, że szal miała, to się zaplatała w niego i już!
A tort był o-błęd-ny!!!
Zapomniałam
W niedzielę w kościele były siostry szarytki. Jedna z nich opowiadała o życiu zakonnym, nawet całkiem strawna była, bo różnie to bywa. Zaprosiła dzieci do zabrania do domów medalików. Takie tam, blaszane na sznureczku.
Janeczka wyostrzyła zęby, byłam ciekawa, czy pójdzie, bo to różnie z nią bywa…
„Idź” – mówię -„i weź też drugi dla Marysi”
Wiedziałam, że przecież będą pióra latać, jak będzie jeden.
Janeczka poszła. Po chwili wychodzi przed kościół, w ręku jeden medalik.
„Czemu nie wzięłaś dla Marysi?!” – pytam
„O rany, zupełnie zapomniałam, że mam siostrę…”
No już!!!
Od rana kocioł! Maryśka wstała o 6.00, to i tak sukces. Bałam się, że nóżka będzie jej przeszkadzać w nocy, ale spała jak zabita, pewnie po tych emocjach…
Przynieśliśmy ją do nas, co miało zbawienny skutek dla Matki Polki i mogła sobie pospać do 8.30!
MiaUżon pozałatwiał rano co mógł i zaatakował szpital. Poszedł do ordynatora chirurgii dziecięcej, z którym kilkanaście lat słuzył jako ministrant do mszy. Jak się okazuje, znowu bez znajomości ani rusz!
Zdjęcie nóżki było już opisane, że nie może być opisane, bo radiolog nie wiedzi nic a może to zdjęcie jest nie takie, a może nie, no to powtórzyć jeszcze dwa ujęcia… Innymi słowy nie nadaje sie do niczego.
Kolega MiaUżona gips zdjął i da skierowanie na jeszcze jedno zdjęcie, bo co miał zrobić? Teraz i stopa i podudzie też, więc cztery sztuki.
Na szczęście pani pokombinowała i starczyły trzy, bo po co robić nogę z boku, jak piętkę widać i na zdjęciu podudzia?
Poczekaliśmy na wywołanie. Pani laborantka wychodzi i mówi, że przeprasza, ale na zdjęciu stopy widac tylko dwa palce, bo kartka z nazwiskiem przysłoniła 3/4 stopy…
W mordę jeża!!! Czy, do cholery, oni nie wiedzą…?!
„Nie powtarzamy” – mówię, najpierw pokażę lekarzowi.
Pani była bardzo zdziwiona, że nie chcę robić szóstego ujęcia…
Poszliśmy na oddział, lekarz spojrzał, prychnął i powiedział, że nic Maryśce nie jest! Może coś nadciągnęła, ale gdyby złamała piętę, jak sugerowała wczoraj lekarka, to ta pięta bolałaby przy naciskaniu jak smok!
Bogu dzięki!!!
Teraz chyba pójdę i się uchleję z radości… Eeeee, trochę wcześnie…
A Maryśka, która milczała, jak zaklęta i tylko patrzyła, co jej robią dała wreszcie głos na odchodne:
„To na łazie! Dzięki, Wojtek!”
No cóż, forma dość swobodna, ale dziecko wie, jak się zachować…