Telefon 22

Lubię Gena Hackmana. I „Rozmowę”.
Ten jednak wiele by nie zdziałał tutaj ze swoim podsłuchem…
Maryśka dziś rano pognała przed śniadaniem po swoją komórkę. Ma Nokię, fajną, kupiłam jej w promocji: 2,50zł, bez karty i bez abonamentu!

Do tego jest niebieska, ćwierka, szczeka i dzwoni, taka mocno polifoniczna jest.

Jak jej coś odpada, zaraz kupuję nową, nie ma żadnych ograniczeń w takiej promocji…

Maryśka zadzwoniła sama do siebie szczekająco i gada:


„No cześć! Yhy, yhy…no……, nieeeeee…., yhy…, yhy…., noooooo…,cha, cha, cha, no……., yhy…., yhy….., no to pa!


Podobno dzieci wzorują się na dorosłych???

O w mordę Matko Polko….

Pająk

Podejrzałam wczoraj Maryśkę, jak czytała książkę. Potworek ma kilka książek, którymi nas katuje do nieprzytomności, więc byłam ciekawa, co też z tego męczenia wynosi.

Maryśka siedziała z okropnie ważną miną, zatopiona po czubek głowy w „lekturze”. Była to książka z gatunku; „Moja druga…”. W środku na każdej stronie co innego – instrumenty muzyczne, dinozaury,owady, owoce, warzywa, zwierzęta lądowe, części ciała itp.

Czasem człowiek też coś ciekawego się dowie…

Maryśka ma oczywiście swoje ulubione strony, ale tym razem trafiła na zwierze morskie, niekoniecznie najulubieńsze. Ale nic, siedzi twardo i gada po cichu do siebie.

Podlazłam od tyłu i nadstawiłam ucha…


„A co to? A co to jest? Wieeeem! Pajonk! Eeeeeeeeee, nie Majisiu, nieeee, to nie pajonk! Tyjko takie podobne! To MONTFA!!!

Wrażenia Potwora(ne)

Próbowałam podpytać wczoraj Janeczkę, jak tez wrażenia ze szkolnego wyjazdu do sąsiedniego miasta i wizyty w teatrze. Dodam – dobrym teatrze dla dzieci.

Janeczka cały czas nie mogła sobie przypomnieć tytułu sztuki. Wiedziała za to , jakie zabawki miała do wyboru w McDonald’s. Przywiozła jakąś Alladynową na samochodzie z kawałkiem toru wyścigowego, przynajmniej tak wygląda na jakieś trzy rzuty oka Matki Polki.

Do jutra będę miała załatwione na cacy wszystkie stare meble, jeżeli wcześniej nie pourywam Janeczce łapek….
„No ale powiedz, Janeczko, jak ci się podobało w teatrze, jak aktorzy, o czym była ta sztuka…” – wiercę dziurę córze w brzuchu

„Ojej, Mama. No były zęby i język, te zęby się zamykały, język się chował, pojawiała się ślina, potem znowu jakiś ząb i pani co to była językiem, wyszła, weszła, no wieeeeesz…”

No wiem….Wiem??? To była sztuka, czy najpierw byli w McDonaldzie i jedli w teatrze?

Niczego , zdaje się, nie wyciągnę więcej od Janeczki…

Złota tabliczka

No, może nie złota, mosiężna była, ale wypolerowana….Koniec świata.
Ale do rzeczy…
Matka Polka leżała z Janeczką w brzuchu w Matce Polce w Łodzi właśnie. Musiała się zgłosić dwa tygodnie przed terminem, bo różne przejścia miała. Nudziła się okrutnie. Napadała na sklepy na parterze szpitala i wyjadała lody, ciastka i tym podobne.
Lekarze starali się pomóc Matce w tych nudach i wzywali ją co rano na badanie…
Nie, no sama przyjemność zaglądać do człowieka przez podświetlana rurę. Janeczka i Matka ubaw miały po pachy!
Jednak siedzenie rano przed gabinetem zabiegowym miało tez swoje dobre strony. Matka lubi mianowicie przyglądać się dyskretnie typom ludzkim.
I pewnego ranka nadarzyła się okazja. Przy gabinecie pojawiła się mianowicie tabliczka, o której na poczatku Matka wspomniała. Śliczna była i wygrawerowane miała cosik baaaardzo starannie. Matkę zaciekawiło, co tez wymaga wygrawerowania przy gabinecie zabiegowym.
Doszła, przeczytała, trochę się zdziwiła, bo były tam rzeczy OCZYWISTE. Aż za bardzo, tak się Matce wydawało…
Ale przed gabinetem tego dnia nie było ruchu, do tabliczki doszła inna ciężarówka. Popatrzyła i przeczytała na głos cały tekst:

Przed badaniem w gabinecie zabiegowym należy:

1.Skorzystać z toalety

2.Zdjąć majtki

3.Podmyć się



Kobieta popatrzyła na Matkę bardzo zdziwiona.

„Podmyć się??? Eeeeee… to ja zaraz przyjdę…”

Łup!!!

Kilka dni temu Matka zalewała sobie kawę, kiedy nagle coś łupnęło. Matka dobrze zna takie łupnięcie i nie jest to bynajmniej łupnięcie w krzyżu.
No, co prawda takie Matce najczęściej się zdarzają, ale nie tym razem.
To było jak najbardziej namacalne! I słyszalne!
Matka podsadziła Maryśkę i wyjrzała na parapet kuchenny. Nie myliła się. Na parapecie leżało ciało lotne. Rozmiar – baaaardzo nieduży. Taka 1/3 wróbla, nie więcej.
Cały dowcip polega na tym, ze u Matki w oknach są tak zwane szprosy. Umieszczone są wewnątrz, dla wygody Matki oczywiście. Niestety ptice widzą płasko i czy na zewnatrz, czy wewnątrz, z jednakowa ochotą usiąść usiłują. Matka ma więc co i rusz odbite tłuste ślady po mniejszym lub większym orle.
Wracając do ptaszeczka…
Wygladał na średnio żywego. Skrzydło w bok, leżał na boku i ledwo kłapał oczkami.
Po chwili pozbierał się jednak do kupy. Usiadł, ale zaczął przysypiać.
Matko jedyna, co ja zrobię z ptakiem ze wstrząsem mózgu???
Poszłam po aparat,Maryśka została na czatach.
Wylazłam na taras, porobiłam na makro zdjęcia, bo ptaszek za malutki na ogólne ujęcie. Nieostre miał raz to, raz co innego, bo w końcu ręka zaczęła mi się trząść, aparacisko prawie kilogram waży, albo i lepiej!
Ja tam tego ptaszka znam. Już kiedyś siadł w doniczce i udawał turka. Całkiem dobrze zresztą…
Kto zgadnie co to za jeden?
Jak ktoś wie, nich nie pisze. Tu trzeba zgadywać.
I nie zaglądać do atlasu proszę. Nic łatwiejszego, od razu widać, że to kondor!
A nazwa jest ogólnie znana i śmiesznawa…
A wracając do ptaszeczka… Pospał, popatrzył i tyle go widziałam…
Ale wróci…

Potwór w teatrze

Janeczka dziś się ukulturalnia. Z samego rana pojechała z klasą do miasta, że tak powiem obok, do teatru dla dzieci.
Matka trochę się stresuje, bo to jednak podróż autokarem a wiadomo jak z tymi autokarami bywa. No Matka jest skończona katastrofistka, ale tego nie przeskoczy…

Od wczoraj były więc latania piór, Bo Janeczka próbowała w porze największej oglądalności wciskać nam kit wszelaki. Uwielbia do tego Teleekspress i Wiadomości.

Najpierw przywlokła jedyny plecak Maryśki. Różowy. Przypomnę, że jest to jedyny uznawany przez Potwora kolor…

Oświadczyła, że to jest akurat odpowiedni plecak na wycieczkę i Tata pozwolił! Matka lekko się zburzyła.

„A gdzie masz inne plecaki?” – zapytała

„A to są inne???” – MiaUżon bardzo się zdziwił

Janeczka zatrzepotała rzęsami i zainteresowała bardzo mocno kursem dolara w telewizorni.

„A są inne!” – powiedziała Matka – „To wszystkie te, w które można się zaplątać wchodząc do Janeczki pokoju! Leżą wszędzie, wiszą wszędzie, z szafy się wysypują…”

„Ale one się nie nadają!” – wydarła się Janeczka -„bo, bo, bo one są albo za małe, albo za duże, albo nie mają przegródek, albo misie się pobrudzą, albo suwaki sa popsute!”

Nie, no takiego kitu to Matce nikt nie wciśnie. Maryśka nie może tknąć żadnego, bo w jednym jest archiwum starych rolek od papieru toaletowego, w kolejnym paragony a w jeszcze innym papierki po cukierkach. Ale Janeczka maryśkowy – proszę bardzo! Potem go kopnie w teatrze, rzuci w McDonald’s i po temacie.

Z Matki wyszła żmija.
„A po co ci taki DUŻY plecak?”

Janeczce okrutnie zadymiło z uszu…
Kit będzie jak nic!

„No bo wiesz, Mama. Pani powiedziała bardzo wyraźnie: mamy wziąć plecak, taki nie za mały, bo włożymy do niego butelkę z piciem, kanapki na drogę, portmonetkę, a w niej 10 złotych jako kieszonkowe do McDonalda a poza tym oczywiście musi być miejsce jeszcze coś małego, takiego jak na przykład torebka chipsów…”


O Janeczko! Matka uwierzy w tę torebkę chipsów…
Matka Polka jest stary wróbel!!! I wie, że gwoździem programu jest nie teatr, jeno McDonald’s…

W końcu Matka za nic nie mogła wyciągnąć od Janeczki, na jaką sztukę jedzie…

Najprędzej na sztukę mięsa w hamburgerze, o ile tam w ogóle mięso jest…

Jest taki dzień…

…kiedy pamiętamy o Tych, którzy odeszli…
Matkę wzięło na wspomnienia…
Trudno, w końcu nazwa zobowiązuje: Matki lęki, jęki…
Przeczytałam sobie artykuł Anny Dodziuk w Wysokich Obcasach o stracie dziecka. Stanęła mi przed oczami moja Mama.
Niedawno znajoma psychoterapeutka, mieszkająca od czterdziestu lat w Kanadzie, koleżanka mojej Mamy zresztą, powiedziała mi nieco urażona:
„Wiesz, z twoją mamą to w ogóle nie można było nigdy porozmawiać o twojej siostrze! Zaraz ucinała rozmowę i płakała. A problem polega na tym, że ona w odpowiednim czasie nie odreagowała jej śmierci!!!”
Nie wiedziałam, co powiedzieć… Wiem, że rozmowa o Ani zawsze była bardzo trudna, jeżeli już do niej dochodziło. Rzeczywiście w domu był to temat tabu. I faktycznie wiem o siostrze niemal tyle, ile powiedzieli mi moi czy Mamy znajomi. Prawie nic. Pozostały setki fotografii, pochowane w pudełkach.
Czy Mama nie odreagowała smierci mojej siostry? Być może. Czy nie był w stanie pomóc jej mój ojciec, który był dobrym psychologiem? Też możliwe.
Ale w takim razie on też nie odreagował…
Na litość, czy w ogóle można śmierć dziecka odreagować? Nie wierzę!!!
Można jakoś się po tym pozbierać. Jakoś. I to z pomocą najbliższych o ile wtedy są przy nas. Najczęściej ich nie ma.
Nie wyobrażam sobie odreagowywania w 1969 roku… Nie było forum wsparcia w internecie, nie było tylu gazet, gdzie o tym piszą. Nie było też chyba grup wsparcia, gdzie można się spotkać i porozmawiać. Nie było wspólnot religijnych tak, jak teraz. Byli tylko znajomi i rodzina, którzy chowali głowy w piasek i uciekali.

Dlaczego jest tak, że jeśli ktoś tego samego nie przeżył, to rzadko umie pomóc? Dlaczego wydaje się nam, że najlepiej omijać, nie dzwonić, nie pytać? Nawet, jeśli takie pytania innych, powodują w nas ból, pamiętamy, kto pytał. Kogo obchodzimy…

Myślę, że moi rodzice mogli tego doświadczyć. Głupich uwag w stylu:
„Czas leczy rany”.
„Na szczęście macie drugą córkę”.
„Tak musiało być”
Wtedy to już naprawdę lepiej nic nie mówić…
Pomyślałam sobie teraz, że naprawdę rzadką umiejętnością jest powiedzenie czegoś sensownego osobie, która straciła kogoś bliskiego.
Kiedy nagle umarł mój Tato pomogli nam znajomi. Szybko jednak zostałyśmy z Mamą same. Nigdy tego nie mówiła…
Pamiętam jednak pierwszą Wigilię bez ojca, 1981 rok. Co chwila wyłączali światło, godzina milicyjna. Siedziałyśmy same przy stole. Nie było śledzia, bo zawsze robiło się go dla Taty. Nie było karpia, bo kto go miał zabić? Patrzyłysmy w barszczyk i rybę po grecku i czekałyśmy na czyjś telefon. Nie zadzwonił. Nikt nie zadzwonił…Nikt nie potrafił niczego powiedzieć…

Na bank!

MiaUżon postanowił przenieść sobie konto firmowe. Stare miał w małym banku, wygodne to może było, ale nie po drodze bank był, zadnych wygód, kredyt odnawialny wysokooprocentowany i inne takie. MiaUżon miał to konto chyba z siedem lat, albo coś koło tego.
Poszedł więc do banku, wybadał sprawę, kupa paierów, zaświadczeń o niezaleganiach w ZUSie, Skarbowym, wiadomo.

Po dwóch tygodniach wreszcie wszystko miał, po kolejnych trzech wizytach w nowym banku dziś miał się pojawić po raz ostatni…

Czekały nas tylko korekty danych do ubezpieczeń i podatków, normalka.
A tu MiaUżon wraca z głupią miną do samochodu.

„Wiesz?” – mówi -„Kazali mi przynieść dyplom ukończenia studiów…”

Osłupiałam…

„A po cholerę im dyplom w banku???”

„Nooooooo” – MiaUżon na to -„bo firma osiem lat temu zrobiła mi pieczątkę i – ponieważ mieli odpis mojego dyplomu -wstawili mi tytuły. Agent, bo agent, ale powiedzieli, że co się będę wygłupiał, niech będzie porządek. Dla nich agent z tytułami to też powód do dumy… Ja tam nie chciałem, toz to wstyd nawet, ale w końcu co mi zależy? Zmieniać przecież nie będą?. A tu, kurczę, mówią, że nie założą mi konta, jak nie udowodnię, że faktycznie jestem magister inżynier…”