Jęki totalne i osobiste

Ech, zmarnowany cały wieczór. Miast kultywować życie rodzinne, Matka siedziała nad komputerem MiaUżona z pracy, bo przywiózł go na weekend.

Okazało się, że bardzo mądra pani sekretarka w centrali BARDZO WAŻNEJ I ZNANEJ FIRMY wysłała dla jaj i śmiechu, do biur w całej Polsce tak zwaną śmieszną pocztę. No nudziło jej się po prostu.

I pod nieobecność MiaUżona w oddziale firmy w DUŻO MNIEJSZYM MIEŚCIE jego sekretarka – kretynka otworzyła tę pocztę, chociaż tak naprawdę jej nie wolno…

No i MiaUżon spakował komputer w reklamówkę i przywiózł do domu do JESZCZE MNIEJSZEGO MIASTA.

I Matka Polka usiłowała coś z tym zrobić, ale siedziała do północy bez skutku, za to narzucała się mięsem ile wlezie.
Najpierw napierniczała w klawiaturę hasło za hasłem, bo to jest okropnie konspiracyjny komputer ;-D. A hasło się nie wpisywało. MiaUżon wyrywał włosy z głowy. Restartował komputer, Matka znowu klepała w klawisze i nic….
Po pół godzinie zorientowała się, że nie przepięła klawiatury…

Ale to taki wtręt tylko. Może przefarbować się na czarno?

Firma, żeby było śmieszniej, w ramach oszczędności wgrywa MiaUżonowi Sophosa raz na rok i dla jeszcze większej oszczędności w ogóle go nie aktualizuje…

Sophos wykazał więc, ze nic nie ma a komputer mieli, i mieli, człowiek ruszy myszą i czeka minutę, aż komputer to pokaże. Ponaddźwiękowa mysz, cholera? A właściwe szybsza od światła!

Matka próbowała wgrać różne inne antywirusy, które ma w miarę świeżutkie, z nowymi bazami, ale w tym kompie nic nie chce chodzić, wgrywa się z błędami albo wcale i trwa , i trwa, i trwa. AntyvirenKit pisał, że poczta jest chroniona hasłem (a nie jest) i się na niej wieszał. Jednakowoż, psiakrew, napisał, że znalażł na razie trzy gady – Win.32.Bagle.11 , Trojana Downloader.Gen. i jakiegoś jeszcze.

Matka Polka, jak na jej analogowośc kompletną i tak pomyślała sobie, że te cholery muszą mieszać chyba cos w antywirusach też, skoro to nie idzie. Może jutro jeszcze spróbować przepuścić to przez skaner online, ale coś czuje, że nie pójdzie…

I do tego musi zainstalować oprogramowanie dla łącza radiowego a właściwie nie powinna w tym paskudnym firmowym komputerze…

I MiaUżon musi wysłać komputer do Warszawy, bo firma ma swoje OKROPNIE WAŻNE TAJEMNICE i nie pozwala nikomu grzebać. I będzie chłop tydzień bez komputera, jak w pysk.

A wszystko przez sekretarkę blondynkę…
I jak takiej nie uciukać?

Kursy i brzuchy

Matka wróciła z kursu. Nudne rzeczy były jak smok, same karty nauczyciela , ustawy, paragrafy itp, ale podane na tyle strawnie, że czas zleciał.

W czasie długiej przerwy poszłam na sznury i tektury, czy jak to ktos napisał, chyba muszę przejrzeć komentarze. A może wióry i tektury? E, i tak wiadomo o jaki przybytek chodzi. Wrąbałam zestaw dziecięcy, jak zwykle (na szczęście robię to tylko raz na pół roku, albo i rzadziej) i przywiozłam dla Maryśki konika Pony. Janeczka, jak wiadomo, zeżarła swój zestaw przy okazji szkolnej wycieczki do teatru i nie daje Maryśce Alladynowej babki na jakimś rydwanie, więc doszłam do wniosku, że teraz Maryśka coś mieć może.

Oczywiście pióra poleciały równo, obraza majestatu i w ogóle, ale Janeczka pojechała spać u Babci, więc chociaż wieczorem Maryśka sie pobawi.

Z kaszlem i katarem Maryśki już lepiej, u mnie też trochę, ale teraz MiaUżon zaczyna rzęzić i wszystko to bardzo interesuje Maryśkę.

Wracam dziś a Potworek mówi mi od progu:

„Pochojojowałam się!”

Myślałam, że pokolorowała się jakimś pisakiem, co jest normalne i nie zwala mnie już z nóg…

„Ale domyłaś się już?” – pytam inteligentnie

„Neeeeeeee, ja po-cho-jo-jo-wa-łam się!!!! I przijedzie jakietka!

Maryśka przestawia niektóre sylaby, nie wiedzieć czemu.

„Jaka znowu rakietka???” – wywaliłam gały

„No jakietka pogotofja!”

„Aha…”- mówię -‚A co cię boli?”

Maryśka zainaugurowała ciężkie myślenie i jak zwykle w takich przypadkach zakurzyło się jej okrutnie z uszu

„A bziuch mnie boji! I przijedzie jakietka i pan doktoj włożi mi bziuch… w gips!”


I pomyśleć, że dwa miesiące temu mówiła zaledwie kilka słów…

Jęki i marudy

Co niektórzy wytykają mi ukradkiem w komentarzach na innych blogach, że za rzadko piszę…:-D

No rzadko, rzadko, ale tak to jest, kiedy komputer stoi na poddaszu. Jak niania wychodzi, to schodzę do Potworów i już nie ma czasu na nic. Janeczka Janeczką, ale Maryśki spuścić z oka nie można jeszcze. Nie pomagają żadne układy z nagrodami – jak tylko znikam z pola widzenia, Janeczka okłada Maryśkę w kącie. Maryśka wyjątkowo ugodowy stwór jest, ale żeby już nie można było nic janeczkowego ruszyć, to przesada.

Nie mogę więc nawet nic ugotować, bo Maryśka natychmiast robi mi przegląd szafek z naciskiem na szukanie ciastek. I znajduje! Takie, co już nawet ja zapomniałam…

O zejściu na moment do piwnicy, żeby wstawić pranie to mogę od razu zapomnieć. Potworek wali za mną, nie bacząc na bramki zaporowe i zamki w drzwiach. Tak, tak, musieliśmy powstawiać zamki do wszelkich drzwi, prowadzących na schody.

No dobra, poużalałam się, jakbym miała na co…

A że upupiona jestem w chałupie na ogół to inna sprawa. Tak to jest, jak tylko jedną babcię się ma i to nie całkiem chętną do współpracy…

Dziś zaczęłam kurs pedagogiczny. Trzeba ruszyć te szare komóry zanim kompletnie zanikną. Co dwa tygodnie zjazdy po trzy dni, na szczęście dla mnie – na miejscu. Czy potem będzie praca – nie wiem, ale mam nadzieję załapać choc pół etatu, zeby jakiś ZUS leciał. A i odmiana się przyda, bo posiadanie pracowni w domu fajne jest z jednej strony, ale człowiek okropnie gnuśnieje i zaczyna kombinować, że może by tak już i sklepy w domu były i w ogóle…

Ja myślę, że i kurs dobrze mi zrobi i praca, co daj Boże, żeby sie znalazła…

A kurs był – zgodnie z moimi oczekiwaniami boski! Zamiast pięciu godzin dwie. Jako pierwszy postulat zgłosiłam chęć posiadania ławki, bo cztery osoby co prawda siedziały, ale stołu juz dla nich zabrakło.Pozostałe szesnaście miało szczęście przybyć w odpowiednim czasie. Należy się cieszyć właściwie, że nie pojawiło się osiem osób, bo wtedy trzeba by przestawić także ściany. Pani była baaaardzo zdziwiona, że za 1700 złotych nie mam ochoty pisać na kolanie…

Ale namarudziłam….

Może świtem coś wesołego wrzucę? Bo było, ale klapy już mi się zamykają…
A jak nie świtem to po kursie…

W tych góralskich lasach…

Wczoraj wsadziłam Maryśkę do brodzika, dodałam płynu ze wściekłej Biedronki, no i piana się zrobiła znowu okrutna, jak nie wiem co. Maryśka zadowolona siedzi, szuka po omacku swojej ulubionej butelki i wkłada do niej niezmiennie te same trzy klocki – dwa małe, które sie w otworze doskonale mieszczą i trzeci, który za nic i zadną stroną wleźć do dziury nie może. Ale to nic, Maryśka go „wkłada” uparcie.

Wykorzystuję ten czas na pranie jej i janeczkowych skarpetek. Kiedy skończyłam te, jakże zajmującą czynność, patrzę, a Maryśka zamiast siedzieć porządnie, zsunęła sie lekko i opierając ręce na łokciach nurza sie w pianie niczym foka. Właściwie to ja mogę sobie domniemywać, co i na czym opiera, bo widać tylko głowę Potworka a i to od uszu w górę jedynie.

Matka zaraz wyobraża sobie nie wiadomo jakie nieszczęścia i woli zdecydowanie widzieć wiekszą część ciała Potwora, niż w tej chwili.

„Marysiu, a CO ty robisz?” – pytam z wyrzutem w głosie

„Jak to co?” – odpowiada uśmiechnięty i bardzo zadowolony z siebie Potworek – „OPAJAM się!!!”

Z tarczą?

Wróciłam. Nareszcie!

Niania przyszła w porę ale mówi:

„Oj, nie przejedzie pani, przed mostem autobus zatarasował drogę, wypadek okropny, karetki, policja i te rzeczy. Już myślałam, żeby na piechotę iść.”

„Żeby to, psiakość” – myślę – „nie mogę się spóźnić do dentysty, bo ten przyjmuje jeno godzinę (czytaj 8.00-14.00), a do szkoły kawałek drogi, Janeczka czeka, no w ogóle makabra…”

Pojechałam. Jak będzie korek to kiszka i już, bo innej drogi na most nie ma. Chyba, że jakimiś trzcinami nad rzeką, ale jeszcze nie próbowałam…

Nie było źle. Autobus PKSu już przestawiony na bok, jakaś podstarzała sierra bez połowy przodu, cała ulica w pianie, biegają zieloni policjanci. Nie tam, zeby coś, ale od kamizelek. Jesli było pogotowie, to znaczy, że ktoś w autobusie musiał się poobijać mocno, bo nie sądzę, żeby coś więcej. Z sierry też chyba bez szwanku wyszli, ale huk musiał być. Na moje oko, przypadek jak każdy w tym miejscu – wymuszenie pierszeństwa przy – oczywiście doskonałej widoczności… Co to jest, że są miejsca niby normalne a ludzie walą tam w siebie jak wariaci?

Dojechałam więc na czas, Janeczka zombie umyła. Obrażona, bo Matka nie przywiozła kubeczka, tylko kazała siorbać wodę z ręki. matce swoją droga do łba nie przyszło, bo sama kubeczka nigdy nie miała, zbiorowisko paskudztwa wszelakiego, fuj.

Pani dentystki nie było, zagaiłam higienistkę w sprawie lakowania, toż to trzy minuty.
„Oj, mowy nie ma, pani DOKTOR nie ma czasu, ciężko pracuje!”

Pomyślała i dodała:

„A wie pani, lakowanie to i tak JA robię, więc niech pani przyjdzie jutro…

No, kurza twarz, już stoję w blokach startowych!

Będzie mi jakaś higienistka decydowała, czy mogą być zęby lakowane, czy nie! Niedoczekanie! Wracam do starej lekarki.

W kwestii zęba. Został wyrwany. Z zastrzykiem. Uprzednio Janeczka miała znieczulone dziąsło, żeby samo ukłucie nie było nieprzyjemne. Myślę, ze faktycznie ją nie bolało.
I co z tego? Wyła jak nieprzytomna, czy dentystka do niej przemawiała, czy w ogóle w pobliżu jej nie było. Janeczka musi – jak do tej pory mieć usuwane wszystkie mleczne zęby, bo stałe rosna obok a nie pod spodem. Wtedy korzeń mleczaków nie zanika i nie wypadną nigdy. Nie wytłumaczę dziecku, że kolejnym razem będzie lepiej albo przyjemniej, bo nawet dorosły dupą trzęsie, jak ma cokolwiek u zęborwacza zrobić…

W nagrodę Janeczka dostała próbkę pasty Elmex. Pani podsunęła jej pudło, gdzie kłębiły się dziesiątki tubek pomarańczowych i jedna zielona. Janeczka, totalnie znieczulona sięgnęła po pomarańczową. Pół życia używała tej pasty więc mówię:

„Weź zieloną, będziesz potem mi brzęczała, że już taką masz a zielonej nigdy nie widziałaś”

Janeczka się nie odezwała bo nie mogła, za to pani DOKTOR powiedziała radośnie:

„Weźmiesz, kochanie, zieloną, jak przyjdziesz wyrwać następny ząbek!”

No i @%$&*, jak tu lubić dentystów???

Typowo

Dziś rano mało się nie pozabijaliśmy. A wszystko przez to, że MiaUżon zesłał Matkę Polkę na banicję. Spała w pracowni na poddaszu.Bo chora i jeszcze śmie zarazić Ojca jej dzieci… Nie powiem, komfortowo, samodzielna wersaleczka, 35m do kwadratu, nowa pościel…

Ale poza tym to kicha, bo….

6.40 Matka wstaje i podąża truchtem do łazienki

6.45 Matka umyta, wsadza łeb pod kran

6.50 Matka wygląda, Potwór lezy jak kłoda, ani sie ruszy, MiaUżona w ogóle nie widać spod kołdry. Matka daje sygnały dźwiękowe, bez efektu

6.58 Matka wyskakuje z wysuszonym łbem, szarpie MiaUżona

7.10 MiaUżon nadludzkim wysiłkiem zrywa się i ryczy na Janeczkę:

„Wstawaj, co robisz, zaspałaś!!!”

7.11 Matkę trafia szlag:

„A przepraszam, kto zaspał???”

„Zaspaliśmy!” – poprawia się bez większego przekonania MiaUżon

7.15 Janeczka siada na wyrze i drapie się w głowę
„Do łazienki!!!” – to MiaUżon

7.20 Janeczka dociera do łazienki
Matka zbiega na dół, zalewa herbaty, robi kanapki i słucha , co też na górze się dzieje

7.21 „Myj te zęby, nie przeciągaj się!!!”

„Noooooooooooooooo” – to wściekła Janeczka

7.23 „Daj mi inną bluzkę, ale ma być ładna i ze wzorkami, bo nie włożę!!!”

7.24 Matka szpuluje na górę

„Tu masz bluzkę, czysta i uprasowana….”

„Buuuuuu, ale nie ma wzorków! Nie ma mowy, nie włożę, nie włożę, no za nic!!!

„Wkładaj, bo jak cię ruszę, to nie usiądziesz!!” – MiaUżon
7.27 „A wiesz Mamusiu, ze ta bluzka ma na metce miednicę i 40 stopni a tamta stara to ma na miednicy 30 stopni. A ty w dobrej temperaturze pierzesz moje rzeczy???”
7.28 Matka toczy pianę
7.29Matka spada na dół, wlewa do butelki przez lejek sok z czarnej porzeczki. Psiakrew, nie można dzisiaj z czarnej porzeczki, bo za godzinę Matka jedzie wywlec Janeczkę z klasy, zalakować dwa zęby za złotych w sumie 30 i wyrwać tego ospałego mleczaka. Matce coś kulka Pomysłowego Dobromira podpowiada, że nie wolno wtedy używać rzeczy barwiących śluzówki, bo się lak też przebarwi. Matka wtrynia więc Janeczce do plecaka wodę mineralną.

7.30 Janeczka złazi do kuchni

„Nie będę piła wody, nie będę lakować zębów, to jest ohydne, kwaśne, ja nie lubię!”

„Jedz, kurczę, nie gadaj, wypij herbatę, popij tabletki, ojciec musi jechac do pracy, zaraz będą korki, będziecie stać na moście…”

„NO TO CO!” – Potwór na to

„No to nic! Weź parasolkę, bo leje, potem nie wieszaj tylko rozstaw w szatni! Nie, nie rozstawiaj, bo ci ktoś rąbnie. Niech ojciec zabierze, ja przyjeżdżając wezmę nastepną”

7.31″Co, ja mam brać mokrą parasolkę do samochodu? Nie, no ty chyba żartujesz?”

„Położysz na podłodze, nie przemięknie ci blacha!” – Matkę trafia

„Ubierasz się wreszcie, czy mam jechać sam???”
– MiaUżon delikatnie zachęca Janeczkę do szybszych ruchów.

7.35 Wywalam towarzystwo, piszę, Maryśka się budzi, czekam na nianię, ubieram Maryśkę, wlewam wszelkie syropki

8.59 Przyjdzie niania

9.00 Startuję do szkoły na Janeczkową egzekucję…

Prorok

Matka Polka od dwóch dni zakichnięta okrutnie jest. To już nawet przestało być dowcipne, bo za dużo kosztuje. Do tego wszystkiego Matka zaczyna wyglądać upiornie, klapy spuchnięte, nos czerwony. Czy jest inteligentny podkład tuszujący nos BARDZIEJ?
Wątpię…

Matka siedzi sobie wczoraj wieczorem z Maryśką i patrzy ciurkiem na Teleekspress, Klan i co tam jeszcze. Pranie mózgu całkowite. Ale co robić, jeśli zadanego mamy tego samego wirusa i Maryśce też leci z kichawki. Matka wywala jej całe to paskudztwo z nosa gruszką, bo Maryśka nie umie jeszcze smarkać.

Potem Potworek schodzi z fotela, wyciąga dwie chusteczki z pudła, daje jedną, w swej nieludzkiej dobroci, Matce, żeby smarknęła, a drugą sam nochalka sobie wyciera, jak umie.

I tak dwie godziny na okrągło. Tkwimy w tym cmentarzysku zmiętych chusteczek, Maryśce nawet „cytać” książeczek się nie chce, ledwo patrzy.

Wtem Maryśka zbystrzała, popatrzyła na Matkę i mówi:

„Ojej, MamUsiuuuu! Ty mas KATAJEK!!!!!!

Prorok, czy co?

I znów zombie

Jade własnie po Janeczkę z nadzieją, ze dorwę panią dentystkę w szkole…

Janeczka wczoraj przyszła z paszczą. Rozdziawioną.

„Coś mam!” – mówi

Zajrzałam. Zaklęłam. Zastanowiłam się.

Co tu robić z tymi janeczkowymi zombiami? Rekin ona jest, czy co? Znowu rośnie jej stały koło mleczaka. Wsztystkie tak jej rosną, w dwóch rzędach. A mleczak ledwo sie rusza. Znaczy się , trzeba rwać, bo będzie krzywy drugi ząb.

Matko jedyna, ja tego nie przeżyję! Kto nie wie, o czym piszę, niech sobie poczyta wrześniowe zapiski…

Do tego Janeczka od razu powiedziała:

„O nie, nie, nie, nie, nie, nie! Żadnej szkolnej pani doktor!”

Ale potem zastanowiła się…

„Hmmmmm” – rzecze – „ale z drugiej strony to ona ma próbki Elmexu….”

Próbki próbkami a wycie będzie. Wystarczy zapytać, czy muszę być przy tym, czy nie…

No jasny gwint…

Ale z drugiej strony Potwór jaki interesowny jest w chwilach kryzysu? No, no!

Takie małe przyjemności

Matka Polka bardzo analogowa jest. To znaczy, woli narysować kredkyma, niż bawić się w programy graficzne. No bo jak zacznie obrabiać jakies zdjęcie to z każdą operacją wychodzi coraz gorzej…

To własnie powstrzymuje Matkę przed upiększaniem swojego bloga…

A wczoraj Matka wstawiła sobie Księgę Gości. Dizajnik zrobiła taki bardziej miętowy i jest okrutnie zadowolona z siebie, bo księga działa! I wreszcie Matka może poczytać sobie komentowaczy, co też oni u siebie piszą.

To tylko takie małe przyjemności, ale jakie pożyteczne! I to dla ogółu!

Matka poprawiła sobie humor,czego i Wam zyczy, no i wraca do obrazu. Sam się nie zrobi…

Agencja reklamowa?

Chyba zacznę zarabiać na reklamie w telewizji…

Ale do rzeczy…

Oba Potwory przepadają za kąpielą. Maryśka moczy się do nieprzytomności, Janeczka polewa prysznicem, ale wiem, że też po kryjomu posiedzieć w wodzie lubi.
Do tego wszystkiego Janeczka życzy sobie do kąpieli płynów.

Nawiasem mówiąc, przestałam nabywać droga kupna specyfiki znanych i lubianych, bo Janeczka wylewa na siebie takie ilości, że niedługo do mych drzwi zapuka chyba komornik…

Przelatując kiedyś między półkami jednego z dyskontów popatrzyłam, czy jakiegoś dziecięcego płynu nie ma. No akurat nie było. Nie zraziło mnie to. Coś tam w domu jeszcze stało…

Niejasne przeczucie mówiło mi jednak, że Janeczka zużyje dziś resztę. Pognałam więc do ostatniego sklepu przed szkołą, czyli Biedronki.
Z radością nabyłam ulubiony płyn Janeczki, tyle tylko, że w innym opakowaniu i w zdecydowanie INNEJ cenie. Dodać należy, że butelka posiadała, jakże pożądany, kolor różowy.

W domu postawiłam płyn na półkę i zapomniałam. Nie doceniłam Janeczki…

Wchodzę ja do łazienki, bo coś długo się moczyła, a tu Janeczka kłębi się w brodziku z pianą, w ilościach przemysłowych, na pierwszym planie.

„Co to za płyn?” – ryczę przerażona

„Z Biedronki!!!” – woła bardzo zadowolona Janeczka

„Z biedronki??? To chyba musiała być… wściekła!!!”