No dobra, odkrywamy dziamboła

O dziambole zaraz. Poczekajcie…

Szczęśliwie wróciłam od fryzjera. Pani fryzjerka, bardzo miła dziewczyna zresztą, nawet pochwaliła mój własnoręcznie rzucony kolor! Niestety, strzygłam się u niej ostatni raz, powiedziała, że za dwa tygodnie odchodzi. Pracuje całe dnie i nie wyrabia finansowo. Nie mieszka w naszym mieście, tylko wynajmuje pokój i ją to zżera.
Nie wyglądała na nadjedzoną, więc zapytałam, znowu z wrodzoną delikatnością Matki Polki, ileż teraz fryzjer zarabia. Dodam, że lokal jest w samiusieńkim centrum, ładny, wszystko elegancko, profesjonalnie, no cacy… Zatrudnione są cztery fryzjerki, ładne, zadbane i dobrze strzygące.

Dziewczyna nachyliła się i mówi:

„Ja to najwięcej, 350 zł”

„1350?” – pytam jak durna

„Nie, proszę pani, bez tego tysiąca. Nie mogę narzekać, koleżanka dostaje 200…”

Pozwolicie, że nie skomentuję, bo nóż mi się w szufladzie otwiera. W kieszeni juz dawno, dla bezpieczeństwa go nie noszę…

Dziewczyna ostrzygła mnie jak zawsze akuratnie, acz krótko. Dobrze, mniej roboty!

Tylko Maryśka jak na mnie spojrzała, spytała:

„Mamuniu, co ci się stało… w główkę?

A dziamboł?

Maryśka mi sama podpowiedziała:

„Oj mama, nie wies? No soń Dziamboł!”

Słoń Jumbo…

Rzut na taśmę

Matka rzuciła się na taśmę. Właściwie dopiero się ma zamiar rzucać…

Wykonała nieludzki wprost wysiłek, oderwała się od sztalugi i idzie do fryzjera. Znowu będzie wyglądała jak rekrut? Zobaczymy, no nie musi być tak źle. W końcu sama nadaje fryzjerce, że za długo zostawia, za długo, za długo…

W kwestii dziamboła…

E tam, jeszcze Wam nie powiem co to jest dziamboł, myślcie dalej.

Ciekawe co rozniesie Janeczka u fryzjera. Muszę po Potwora najpierw pojechać i zawlec go ze sobą. Zwykle podcina jej tez któraś pani włosy, ale teraz nie zdąży. A może?

Bo babcia, psiakość, wmawia Potworowi, że tak cudnie by wyglądał z kosami. Bo ciocia Małgosia miała i tak ŚLICZNIE wyglądała…

Jeszcze rano mi brakuje plecenia warkoczy. Już to przerabiałam w przedszkolu. Awantury były takie na temat ilości, koloru i rodzaju wpinanych spinek, że dojeżdżaliśmy na 9.30.

O, nie! Matka się nie da!!!

Zawsze u fryzjera Janeczka mówi, że końcóweczki pani ma jej podciąć, a Matka pokazuje pani gest podżynania szyi. Znaczy się na Boba ciąć!

Na sen…

Wczoraj Maryśka znów miała jakoweś kłopoty z zasypianiem. Nów, czy co? Takiej zabawki nie chciała, innej też nie. Ośmiornicę przywlokłam z dołu i też nic. Najbardziej Wczoraj Niezbędna Ośmiornica juz do niczego się nie nadawała… Nawiasem mówiąc, okazało się, że ma sześć ramion, może to to?

Tak, czy owak żadne lale nie pomagały. Ściągałam z półki różne zabawki, ni cholery.

Postanowiłam dać Potworkowi wybór

„To co chcesz?” – zapytałam z wrodzona delikatnością Matki Polki

Potworek wywrócił oczami i straszliwie zakurzył z uszu myśleniem – jak zwykle zresztą. Tego się nie spodziewał. Nagle – bang!!!

„Dziamboła kcę!!!”

Że, przepraszam, kogo ona chce?

„Eeeeee, kogo Co podać, Marysiu?”

„No, dziam-bo-ła”

Maryśka wlepiła w niego wzrok.

Długo nie mogłam dojść, kto to jest dziamboł. Dziecię patrzyło na mnie z lekką pogardą. Wcale mu się nie dziwię…

Taka wymowa…

A kto wie, co to jest dziamboł?

Świt

Dziś Janeczka stwierdziła, że sniadania jeść nie będzie. Nie będzie, bo dżem z czarnej porzeczki jest O-HYD-NY.

Matka to tam się nie przejmuje, średnio co trzy tygodnie któryś z dżemów taki się własnie okazuje… Poza tym Janeczka i tak w koncu zjada a spust to ona ma…

Jednakowoż mamy kłopot ze śniadaniem w szkole. Jeszcze nie tak dawno Potwór meldował, że powinnam mu dawać cztery kanapki a nie dwie i w ogóle to za mało dostaje soku, gdy tyczasem Matka znajduje wieczorem wepchnięte w kąt tornistra pudełko ze śniadaniem, dobrze, jeśli ruszonym.

„Och mama, bo ja nie mam czasu na takie rzeczy, ja się bawię z dziewczynami!!!”

Ciekawe, kiedy przestanie chodzić na obiad…

Choć, biorąc pod uwagę apetyt Janeczki, nie powinno to nastapić.

A teraz Matka idzie przewrócić kurze udka na drugą stronę i zaparzy sobie kawę pod te sniadaniowe smuteczki.

Wczoraj Matka wysłuchała w Trójce Grzegorza Halamy i jego opowieści o kurczakach pocztowych, więc szybciutko rano wrzuciła udka na patelnie, żeby przypadkiem nie odleciały…

Przodkowie

Wracałyśmy dziś ze szkoły z Janeczką. Potwór zamyślił się i powiedział:

„Wiesz, szkoda, że ja nie znam żadnych swoich przodków…”

„Zaraz, zaraz” – mówię – „no nie jest tak tragicznie, w końcu jest jedna babcia i my jesteśmy. Są moje stryjne, wuj i ciotka. Trudno znać starszych przodków”

„No właśnie, gdyby żyli dziadkowie, to odbieraliby mnie ze szkoły!”

„Na pewno” – mówię

„Mamo, wiesz, ja nie dlatego, żebyś TAK ZROBIŁA, ale kiedy ty umrzesz i tata się drugi raz ożeni, to jak się będzie nazywała taka pani?”

„Macocha”

Janeczka zafrasowała się:

„Macocha to była u Kopciuszka i Królewny Śnieżki…”

„A była ” – ja na to – „Wiesz, macocha nie musi być taka zła, jak w bajce. Ale prawdą jest też, że najczęsciej kocha się mocno własne dziecko a trudniej jest pokochac cudze. Nawet jak się bardzo chce, to jest to możliwe, ale trudne. Rozumiesz? Poza pewnymi wyjątkami własne dziecko najbardziej kocha mama.”

Cisza

Janeczka odchrząknęła.

„To wiesz co? To ty JUŻ może nie umieraj za szybko…”

Potwór w teatrze – suplement

Pisałam niedawno, że Janeczka była z klasą w sąsiednim mieście, w teatrze. Nie za bardzo do wczoraj wiedziałam o czym była sztuka. Janeczka wspominała cały czas o jakichś zębach, ślinie i języku. Makabra…
Kiedy wracałyśmy ze szkoły wierciłam jej znowu dziurę w brzuchu:
„No to przypomniało ci się jaki był tytuł tej sztuki?”
„Jakiej znowu sztuki?” – z wrodzona delikatnościa spytał Potwór
„No tej, co to byliście w teatrze, wiesz, o tych zębach…”
„Oj mama, o jakich znowu zębach? To o MÓZGU było! Nie wiesz, co to mózg? No! To było o mózgu i że z niego, wiesz, struna głosowa wychodzi…”
No to się dowiedziałam nowości z dziedziny anatomii…
Tytułu nie wydostałam.
Dziś za to zrobiłam przegląd bajzlu , czyli Jakże Potrzebnych, Niezbędnych Wręcz Do Janeczkowej Egzystencji, Rzeczy. Wywaliłam pół kilo papierków po wrąbanych ukradkiem lizakach i cukierkach, paragony, dowody wpłat itp.
Moją uwagę przykuł rysunek wsadzony pod biurko…
Zatytułowany był Teatr „Jakiśtam”, więc nie pozostawało mi nic innego, tylko przyjrzeć się dokładnie, bo była to niewątpliwie ilustracja do omawianego wczoraj przedstawienia.
Narysowana panienka podpisana była „Ślinka”. Wszystko się zgadza.
Ale dlaczego mi się wydaje, że moje dziecko odwiedziło Moulin Rouge???
Ja się nawet boję pomysleć, że coś innego…;-D

Ośmiornica, na przykład

Wczoraj Maryśka poszła spać troszkę później. Wszystko dlatego, że postanowiłam wypróbować na sobie nowy produkt L’Oreal’a, osiągając efekt, o którym ani mi, ani pomysłodawcom się nie śniło… Niestety, efekt ów dotyczy włosów i nie wiem, czy je ściąć, czy się przyzwyczaić. Może poczekam, co ludzie powiedzą…

Wracając do Maryśki – zażyła kąpieli , jak zwykle, ale godzina była mocno późna, bo 21.15. Przewidywałam więc, że Maryśka padnie jak zwykle, to znaczy na wysokości opisu domu Kopciuszka.

Kiedy weszłyśmu do pokoju, szybciutko złapałam jakąś lalkę i usiłowałam przekonać Potworka, że jest to ta jedna, jedyna, z którą śpi się najlepiej. Maryśka spojrzała chłodno i stanowczo zaprzeczyła. Co tam, wtryniłam lalę, zgasiłam światło i usadowiłam się z Maryśką w postaci horyzontalnej, na fotelu.

„Nie bede spać z z lalom!”

Ogłuchłam

„Nie bede z niom spać! Za mała jeśt!”

No żeż kurczę, teraz to jest za mała!

„A co byś chciała?”

„Z osmiojnicoj spac bede”

Matko jedyna, ona z ośmiornicą spać będzie. Małą do tego. I do tego zaparła się.

Zapaliłam światło, Potworek piżgnął lalką w kąt a ja zaczęłam szukać wśród kilkudziesięciu poupychanych w pudłach pluszaków. A ośmiornicy nie widać…

„Może króliczek?” – pokazałam ukochanego zwierzaka

„Za duzi jest!”

” A może tygrysek?”

„Za mały!”

„A może taka lala?”

„Za twajda!”

„No popatrz, nie ma ośmiornicy! Bierz misia”

„Za duzi!!!”

No w mordę jeża. Ostatnia półka, nie ma tej mątwy, przepraszam, MONTFY

„Zobacz’ -mówię bez przekonania – „jaka ładna lala, ani duża, ani mała, akuracik”

„Akujacik?” – zamyślił się potwór.

Wykorzystałam to niecnie, pstryk światełko i lulu.

„Dawno, dawno temu, za górami, za lasa…”

„A mozie tata mnie uśpi, na przikłat?!”

„Nie ma taty, za górami…”

„Poichał do kliłentóf?”

„Tak, pojechał, za górami, za lasa…”

„A mozie dzwoni tyjko do nich, na przikłat?”

„A może, na przykład zaśniesz?”

„Nie! Tata poichał dajeko, dajeko?”

„Pojechał”

„A zawołaj tatulka, na przikłat”

„A to sama zawołaj swojego tatulka!”

„Eeeeee, ona poichał dajeko, dajeko. Ty zawołaj, jesteś duzia!”

Potworek słabł, na szczęście. Przymykał pomaleńku klapy…

„Za górami, za lasami…”

„Dobjanoc….” – wymamrotał

„za siedmioma dolinami…”

„Na przikłat………..”

Lizak

Wzruszyłam się jak stary siennik. Dlaczego? Zaraz napiszę.
Zostałam pewnego pieknego popołudnia sama z Maryśką w domu. Potworek korzysta wtedy z nieobecności Janeczki i robi przegląd wojsk. Wywala z szuflad, grzebie w szafkach itp. Kończy się to zawsze awanturą, bo Janeczka rozdziera potem szaty. Maryśka wynosi jej bowiem co lepsze zabawki z pokoju.
Potworek ma też jeszcze jeden cel – poszukiwanie pożywienia, dodajmy, słodkiego pozywienia. I zawsze cos tam znajdzie i wyżre Janeczce.
Kiedy juz skończy, melduje, że możemy isć na dół, na salony.
Nie zajmuje się tam broń Boże zabawkami. Zaczyna wywalać z MOICH szafek kuchennych. Nie da rady powiedzieć, że tam są kasze, dżemy i inne kostki. Wywala i już! I wie, co robi. Szuka schowanych przez Janeczkę lizaków. Znajduje, a jakże!
Tak było i teraz. Po dłuższej chwili Maryska wynurzyła się z szafki z garami z cała garścią lizaków.
Udało mi się wydrzeć jej kilka, ale trzech nie oddała.
„To dja ciebie Mamuniu!”- zawołała – „idę na góję”
„To idź  powolutku” – mówię -„a ja zaraz do ciebie przyjdę”
„Dobja” – Potworek na to – „źjemy sobie!”
No ja to nic innego nie robię, tylko jem lizaki. Szczególnie te ohydne, w kształcie serc i wielkich czerwonych placków z białymi cukrowymi różami na środku…
Pozmywałam i po jakichś trzech minutach popędziłam na górę.
Szukam Maryśki w jej pokoju – pusto. W janeczkowym – tez nie ma.
Wpadam do sypialni a tam slady ciężkiej bitwy.
Maryśka walczyła z napadającym ją znienacka snem.
Przegrała w pół kroku…
Oręża z dłoni nie wypuściła…

Bryka

Przyśnił mi się dzisiaj nasz stary samochód. Nie wiem czemu, tak bez powodu.

A był to pojazd taki, że ho, ho. Tato kupił go w 1974 roku. Fiat 125p, na włoskiej licencji, jeden z pierwszych egzemplarzy o pojemności 1500. Wersja zwana przejściówką, czyli tablica rozdzielcza jeszcze w kolorze nadwozia i pionowe światełka z tyłu. Ale drążek zmiany biegów już w podłodze. Co to była za bryka! Ojciec o nią dbał, w zimę rozkładał na części pierwsze. Wyglądała szaleńczo, mimo ośmiu lat. Potem Ojca zabrakło, nam został samochód. Pucowałam go jak mogłam, ale nigdy juz taki czysty nie był, jak za Ojca. Mieliśmy go 18lat i sprzedaliśmy. Pojeździł jeszcze trochę!

Ale ja nie o tym. Przypomniała mi sie mianowicie śmieszna historia w związku z fiacikiem…

W roku bodajże 1989 udaliśmy się na wieś, na komunię do siostrzeńca mojego, wtedy jeszcze narzeczonego a za niedługo MiaUżona.

Jak to na wsi, ludzi przybyło w cięzki pysk, więc szwagierka zrobiła imprezę w garażach, balony, stoły w podkowę, te rzeczy. Zaczęli zjeżdżać się goście, pojęcia bladego nie miałam kto. Rozpoczęła sie więc giełda prezentów, kto przywiózł lepszy i droższy, no makabra. Równolegle z giełdą podarków odbywała się druga: kto czym przyjechał.

Wszyscy zaparkowali bowiem na podwórzu, czyli tuż pod stołami komunijnymi. Samochodów było ze dwadzieścia, a że niepodlegli byliśmy od roku, więc i asortyment poprawił się. Drzewiej ludzie przyjeżdżali maluchami a tymczasem podwórze zastawione było hyundaiami pony (krzyk tamtejszej mody), daihatsu szaradami, fordami escortami, VW passatami i Golfami. Goście podpatrywali kto czym przyjechał, nie podchodzili, Boże broń, bo przecież nie będą się czyimś samochodem interesować, na pewno ukradł, cholera jedna.
Całe towarzystwo siedziało więc, siorbiąc rosół, zzieleniałe i o niczym innym nie myślało.

Nagle, co nie było niczym dziwnym i nikogo nie zainteresowało, zza zakrętu wyszła kura. U szwagierki swojego czasu kur było od ciężkiej cholery, z setka pewnie, w tym około 70 kogutów, bo machnęli się w kurczakowni i szwagierce źle sptrzedali. Na podwórku cały czas latały pióra, bo koguty walczyły o nieliczne kury, więc szwagierka wywalała je za oborę, tam była kupa gnoju, świetny punkt obserwacyjny dla wodza koguciego.
Znowu dygresja mnie zgubiła. No więc wlazła kura na podwórko. Po chwili przybiegła druga. Trzecia. Czwarta. Pierwsza pobiegła pod kupę gnoju. Za moment na podwórko wali z trzydzieści kur. Za nimi nogi urywa kilkadziesiąt kaczek. Znowu czterdzieści kur. Kaczki. Hałas, jak cholera a tu impreza poważna. Powłaziły te żywioły wszelkie między samochody, tłuką się, przepychają.

Goście odłożyli łyżki, coś się dzieje!

Ktoś poszedł zobaczyć, w międzyczasie stratowało go pędzące stado kaczek pekińskich.

Nie wytrzymałam, polazłam. I co widzę?

Nagle zapadła cisza, cały inwentarz skupił sie wokół jednego samochodu. W ogóle nie zwracają uwagi na inne…

Kury stoją jak zamurowane, po chwili dopychają się następne, potem kaczki i znowu kury.Dwie bite godziny nikt ich nie mógł stamtąd ruszyć!

Jak myślicie, który samochód najbardziej im się podobał???

Tak, fiacik Matki Polki! Bo bryczka w tej wersji miała chromowane zderzaki i kapsle na koła!
I ptactwo miało okazję po raz pierwszy przejrzeć się w lustrze. Co z tego, że „lekko” wygiętym…

Szczęka opadła

Nie Matce, tym razem MiaUżonowi….

To znaczy, nie da się ukryć, Matce też…

MiaUżonowi mianowicie zepsuła się komóra. jemu ciągle psuja się komóry, Matka Polka nic sobie z tego nie robi, bo wychodzi z założenia, że bebechy i tak robią gdzieś tam na wagę, potem kupują w worach, składają i przyklejają napis TAKI albo INNY. Zepsuła się, to zepsuła. Naprawią i będzie OK. No nieważne.

Na całe szczęście MiaUżon ma starszą komórkę i przekłada sobie kartę na taką okoliczność. Potem wścieka się, że zeżre mu jakieś numery niezapisane na karcie i tyle, ale jest OK.

I tak właśnie było, kiedy Matka Polka wypuściła się na kurs wczorajszy…

Maryśka bawiła się grzecznie w kąciku, więc MiaUżon wyciągnął jedną komórę, drugą komórę, jeden kabel, drugi kabel, zdjął pierwszą baterię, potem drugą, wreszcie wyjął karte SIM i położył wszystko ślicznie na stole. Chirurg by się takiego patroszenia nie powstydził!

Maryśka nagle zwietrzyła zmiany, podeszła, popatrzyła i z ogromną troską spojrzała MiaUżonowi w oczy:

„Co tatulku” – mówi -„zje..ła ci się komójka?

MiaUżon padł.

Matka padła potem.

NIKT tak w domu nie mówi.

A kto by nie padł…