Dobre wieści. MiaUżonowi przenoszą znowu pracę do miejsca zamieszkania. Ponad rok temu zlikwidowali oddział w naszym mieście, chociaż był najlepszy w województwie i przenieśli do większego miasta, w kórym nie szło nic.
Dojazdy nie znowu takie tragiczne, bo 60km, ale zawsze to wydatek z własnej kieszeni, bo MiaUżon oczywiście na umowie agencyjnej, więc nic mu się nie należy. Do tego parkowanie w centrum miasta i nic nie zostawało… Nie mówiąc o zimie, kiedy nigdy nie wiadomo, czy nie zawieje.
A teraz firma szuka oszczędności, biuro było na starówce z gigantyvcznym czynszem. U nas będzie duuuużo taniej.
No i obsługiwał i tak dwie miejscowości, prócz okolicznych pomniejszych. Przecież równie dobrze może to robić na miejscu. Wsio ryba, gdzie w biurze siedzi.
Jak ma jechać to jedzie i już.
Tak więc chociaż to dobrze.
Poza tym myślę ciągle o proszonych przez Was przepisach na ciasta. Dojrzewają. Będą. Obiecuję jakem Matka Polka!
Herby i biżuty
Obiecałam, ze pokażę trochę z tego, co wytworzyłam. Parę herbów Wam odpuściłam… Pewnie mozna było to zrobić w komputerze, ale Matka Polka bardzo analogowa jest.
Teraz dokupię karton na opaski i dekoracja głowy na ślubowanie pierwszaków jest…
No nie wiem, czy ona jest bardzo a propos Piastów, ale naszukałam się, jak głupia. Wszystko z epoki. Tzn. wzorek z jednej rzeczy, kamyczki z monstrancji, coś tam z kielicha itd.
Jeszcze tylko skserować w kolorze. Ciekawe, czy kserują gdzieś na kartonie? Bo jak nie, to jeszcze zabawa z naklejaniem 25 sztuk…

Czupiradło again…
Jeszcze jedna perełka z wywiadówki janeczkowej. Wspominałam niedawno o mojej ulubionej przekupie z klasy vel Czupiradle, które zabrało głos w sprawie zielonej szkoły. Czekałam czy tym razem też coś powie i nie zawiodłam się…Zreszta szanse, że nie powie nic były znikome – Czupiradło jest skarbnikiem klasowym.
Rzecz dotyczy składki na komitet rodzicielski, albo jak kto woli – Radę Rodziców. Składka jest dobrowolna, wynosi 40 zł na rodzinę, na rok, niezależnie od ilości dzieci w szkole. Z pieniędzy tych kupowane sa wszelkie gadżety i jedzenie na święta, ślubowania, bale itd., które dzieci dostają w paczkach, bądź zjadają podczas tychże imprez.
Czupiradło stwierdziło, a inne panie z trójki klasowej dzielnie ją w tym wspierały (jazgot był jak jasny gwint), że dadzą na Rade Rodziców 20 złotych a drugie tyle zostawią na potrzeby klasy. No bo te pieniądze idą na całą szkołę, wszystkie dzieci, a niektórzy nie płacą…
Połowa rodziców natychmiast przyklasnęła, hałas się zrobił okropny, padały oskarżenia pod adresem szkoły, ze wykorzystuje te pieniądze nie wiadomo w jaki sposób itd…
Nauczycielka usiłowała się przebić przez te ryki, ale nie miała szans. Zreszta nauczycielowi nie wolno się mieszać w sprawy finansowe, zbierać żadnych składek itd.
Ja wiem, że to jest składka dobrowolna (nawiasem mówiąc, można ją odpisac od podatku jako darowiznę, więc i 8 zł się odzyska z czasem). Wiem, że niektórzy nie płacą i są to najczęściej wcale nie najbiedniejsze osoby…
Uważam jednak, że przyzwoitość wymaga, żeby wnieść taką składkę, bo oczekujemy potem, żeby szkoła obdarowywała dzieci, urządzała bale, zamawiała zespół do grania itp. I nie sądzę, żeby to było dużo.
Na potrzeby klasowe składamy się po 5 zł miesięcznie, to także mało, bo dzieci zużywaja tony papierowych ręczników, mydła, papieru toaletowego.
Niestety nie dałam rady się przebić, wszyscy krzyczeli, że dużo, dużo, dużo. Najgłośniej lekarze i dentyści, właściciele lexusów i mercedesów…
Wtem do klasy weszła, jak zawsze, pani przewodnicząca Rady Rodziców Szkoły. Powiedziała,że nie ma jeszcze składek z naszej klasy i jest kłopot, bo wykłada z własnej kieszeni(składki Czupiradło kisiło ponad miesiąc w foliowym woreczku i nie zamierzało wpłacać…). Za tydzień jest ślubowanie pierwszaków i tradycyjnie kupione są prezenty. Objeździła hurtownie i kupiła prześliczne kartonowe, kolorowe teczki dla dzieci. Dostała wszlkie upusty, ale i tak zapłaciła po 14 zł za teczkę… Do tego jakiś długopisik, linijka, może złotówka dojdzie…
To już jest 15zł…
A składamy się po 40 na cały rok…
I na pewno część pieniędzy rozejdzie się na dzieci, które nie płacą… Mniejsza z tym. Nawet, gdyby nie, to jak można żądać, żeby 20 złotych starczyło na cały rok???
Popatrzyłam na Czupiradło i S-kę. Oglądały czubki butów…
„Może jednak zostawilibyśmy całą składkę na rzecz szkoły?” – zapytałam
Głucha cisza
„Nnnno tak…Myśmy od poczatku myśleli….” – bąknął ktoś z ostatniej ławki
Przeszliśmy do kolejnego punktu wywiadówki.
Święta
Nie Wszystkich Świętych ani nie Boże Narodzenie, jeno święta Janeczka. Co prawda ranek był znowu do niczego, ale wieczór za to jaki…
Jak już wspominałam, Janeczkę zafascynował fosforyzujący różaniec. Myślałam, że tylko świecenie, ale myliłam się…
Wchodzę wczoraj z Maryśką na górę, do łazienki w celu wymoczenia jej w wodzie a Janeczka już wykapana, leży w łóżku. Światło świeci się co prawda, ale nie gra radio. Coś nienormalnego, zwykle tynk spada w rytm Bailando, albo innego ambitnego dzieła, a tu nic. Głucha cisza…
„A co ty nie słuchasz radia?” – pytam
Janeczka nic, tylko macha niecierpliwie ręką, żeby matka spłynęła.
Zaniepokoiło mnie to.
„Zepsuło się???” – drążę temat
Janeczka znowu macha, ale zawścieklona już lekko
„No co się stało, że nic nie mówisz?” – sprawdzić muszę, jakem Matka Polka
„Oj, mama, znowu mi mylisz! Ja tu różniec odmawiam!”
Zaciekawiło mnie kiedy skończy, żeby zgasić jej światło.
„A którą Zdrowaśkę mówisz?”
„Ojej, nie myl, mówię! Siedemdziesiątą ósmą!”
Siedemdziesiątą ósmą. Siedemdziesiątą ósmą???
„Janeczko” -wyjakałam – „przecież cały różaniec ma pięćdziesiąt…”
„Taaaak?” – zdziwiła się Janeczka – „aha… eee, nie zauważyłam medalika i lecę drugie okrążenie…”
Wolny wieczór?
Ktoś pracuje, żeby oglądać mecz mógł ktoś…
Matka wlazła na poddasze, żeby porysować trochę wreszcie te herby i biżuty dla dzieciaków. Jak widać – maluje, aż iskry się sypią…
Potwory położone, ale jak zwykle nie obyło się bez awantur… Janeczka uderzyła w ryk:
„Oszustwo!!!” – krzyczy – „tata mnie oszukał!””
Słowa „kłamie” i „oszukał” działają na Matkę, jak płachta na byka.
„Czemu tak twierdzisz?” – pyta spokojnie.
„Bo ty mi wpisałaś tu w notesik numer do całego domu, o, proszę ” – Janeczka wetknęła Matce przed nos notesik Barbie z McDonald’s – „a tata mi napisał inny gdzie indziej, taki, jak na pieczątce i też powiedział, że jest do całego domu…Buuuuuuuu, oszukał mnie, oszukał!!!”
Z Janeczką , jak wyje, kontakt jest średni, żeby nie powiedzieć zerowy. Matka mówi spokojnie, ale nie ma sensu i szans. Nie przebije się.
Maryśka przygląda się wszystkiemu okrągłymi oczkami i wiem, że zaraz wyda werdykt:
„Niegzecna Janecka jest!”
No jasne, że niegrzeczna. Nie wyje się o takie głupstwo, ale każdy to wie…
Matka zajrzała do notesika, chociaż oczy mgłą lekko jej zaszły.
I co widzi?
Sama wpisała dawno, dawno temu numer do domu. Miaużon nie zauważył i kilka linijek dalej wpisał jeszcze raz. Ten sam, bo jakiż inny?
Dodał na początku, w nawiasie numer kierunkowy…
Wariat na moście
Pewnego pieknego dnia, wracałam z Janeczką, wówczas przedszkolakiem, bodaj w pięciolatkach, samochodem do domu przez most. na naszym moście jest ograniczenie do 40km na godzinę, co bywa trudne do wykonania, gdy most jest pusty. Również, kiedy jedzie jeden samochód, albo zaledwie pięć, ale za to te 60 na godzinę, to wyprzedza się przecież, bo samochód sie okropnie niszczy przy tak wolnej jeździe…
Wyprzedziłam więc kilka samochodów a Janeczka z uznaniem rzekła:
„Ech, mama, ale ty fajnie jeździsz…”
Potem pomyślała i dodała:
„A wiesz, jak tak jedziemy z tatą nie za szybko i nie za wolno, bo przed nami jest dużo samochodów, i na tym moście tak okropnym błyskiem wyprzedzi nas jakiś fajowy samochód, to tata patrzy i mówi: uuuu, uuuuu, ale wariat!!!”
Zamieniłam się w słuch…
„No i wiesz, to dziwne…Jak inni jadą tak dość szybko po moście i dużo ich jedzie, i tatuś musi tak okropnie, ale to okropnie gazować, żeby ich wyprzedzić, to patrzy w prawo na tych kierowców i mówi do nich: No i czego się gapisz, kretynie jeden z drugim???!”
I jak ja, Matka Polka miałam wytłumaczyć to Janeczce…? Toż mało się nie zadławiłam…
Jesień średniowiecza
Rzecz dotyczy wywiadówki u Janeczki. Obiecałam w końcu, że dokończę.
Pani mianowicie , przekazywała nam wiadomości, dotyczące otrzęsin, które odbędą się za tydzień. Okazało się, ze dzieci mają być przebrane. Na dole – na szczęście- strój galowy, jedynie na głowie coś. Coś średniowiecznego. Matko jedyna, czy pani nie wie, że nie jesteśmy raczej zarzuceni informacjami o tym, co nosiło się na głowach za Piastów? Korony i nimby odpadają a w malarstwie zwykle coś takiego występuje…
Pani nadmieniła także, że ma się to kojarzyć nie tylko z Piastami ale także z borem. I nauczycielki wymyśliły dla jednej klasy dębowego liścia. Średniowieczne, jak jasny gwint! A dla naszej żubra. I zaraz podobno w pokoju nauczycielskim podniosło się larum, ze będzie się kojarzył z piwem. A Dębowe Mocne to co? Oranżadka?
No i pani zadała pytanie,(świdrując mnie wzrokiem), czy nie mamy przypadkiem w rodzinie jakiegoś wujka, który byłby plastykiem…
No, nie było wujka. Matka Polka za to była…
I teraz siedzę i wertuję ksiązki i nic nie znajduję rzecz jasna prócz monstrancji. Zrobię chyba chłopcom emblemat z herbami różnej maści a dziewczynkom chcę jakiś biżut. Co, w borze się świecidełek nie nosiło? A nich mi pani udowodni, że do lasu panie chadzały jeno w worze…
Tak, czy owak, znowu mogę sobie pomarzyć o malowaniu…
Chyba się wkopałam w robotę na sześć lat przynajmniej…
Umiarkowane smuteczki
Wróciłam wczoraj z wywiadówki…
No, żeby to! Wstydu się najadłam, jak nie wiem co!
Janeczka, owszem, zdolna jest, ale gada, gada i gada. Na razie jej to nie przeszkadza w nauce, ale co dalej?
Z osiągnieciami bardzo dobrze, jedynie zachowanie na przerwach pozostawia nieco do życzenia oraz szybkość reakcji na polecenia. No, to drugie to już wiem. Janeczce przecież pani przeszkadza w rozmowie…
Znowu muszę dokupić jakieś podręczniki do angielskiego, ale tego dodatkowego…
Była też jedna rzecz przyjemna, choć w zasadzie nic przyjemnego to nie jest, ale jeśli ktoś pamięta wpisy o panu od angielskiego…
Rodzice zaatakowali panią pytając, kiedy też dzieci przyniosą ze szkoły jakieś osiągnięcia językowe, bo póki co to mają jedynie uwagi w dzienniczkach… Czyli nie tylko Janeczka…
Biedny ten chłopak, nie radzi sobie z dziećmi, na pewno z czasem będzie lepiej, ale szkoda, że kosztem janeczkowej nauki…
I tyle Matka Polka od rana. Teraz rzuca się na poszukiwania ubioru średniowiecznego (nie w naturze, jeno na papierze), a czemu o tym c.d.n…
Mały człowiek
Z Maryśką można już sobie uciąć dyskusję. Oznacza to również, że doskonale wiedząc, ze chodzi jej o ciastko, nie da rady wmówić jej, że się nie rozumie…
Minął bezpowrotnie ten czas, szkoda…Człowiek nie może się doczekać, kiedy mała zacznie wreszcie mówić a potem zaraz wspomina jak było dawniej.
Dziś Maryśka bawiła się kasztanami w wielkim pudle po butach. Oczywiście po chwili zaczęła nimi rzucać gdzie popadnie.
MiaUżon zawołał do niej:
A co ty robisz?Ojjjjj, łobuz!!!”
Maryśka spojrzała na niego z wyższością:
„Psepjasam, Majisia jestem…”
I znowu smutno
Smutno nie jest związane z Potworami na szczęście…
Przyjechał MiaUżon. Zasięgał języka w sprawie kotła C.O. i zdenerwowało go to maksymalnie. Okazało się, że okazyjny kocioł (patrz dwa wpisy temu) ma gwarancje co prawda rok, ale wyprodukowany jest w 2001 r. Dlaczego nie ma późniejszych? Ano właśnie… Przestali je podobno robić. Podobno? Tak, bo wszyscy nabrali wody w usta. Pan z serwisu zapytany co sądzi o Morze powiedział, że nie jest w jego interesie mówić, bo on z tego żyje. Naprawić naprawi, pytanie za ile i jak długo to potrwa? Też nie powie. Głupiomądry gość, bo inaczej nie chce mi się nawet mówić! Jak można coś takiego powiedzieć?
Z kolei w sklepach z piecami chłopcy nie wiedzą co sprzedają. Wiszący piec czy stojący – dla nich wsio ryba.
„No wie pani, pani to zadaje dobre pytania. Ceną to się różnią. Ale dlaczego wiszące są o 1/3 tańsze od stojących? Eeeeeee, a musi to pani wiedzieć?”
Muszę!!! Bo to dla mnie jest różnica. I chyba dla każdego jest!
Zniesmaczyłam się dokumentnie. Precz z podejrzanymi promocjami. Czekam aż moja gliwicka Elka zdechnie do imentu i życzę jej wszystkiego najlepszego na sezon zimowy.
No może ja czepliwa Mać Polska jestem, ale wymagam od kogoś, kto sprzedaje, żeby wiedział cokolwiek o tym sprzęcie i temacie w ogóle! Toż to nie bułki.
A może nie z tej epoki jestem…?
A teraz idę się zrelaksować na wywiadówkę…