Człowiek klanu

Pewnego pięknego popołudnia Matka Polka z Maryśką oglądała Teleekspress. No, Maryśka może raczej książeczki, bo ożywia się tylko przy Hirku Wronie, jak ten zapodaje muzykę.
A potem zadzwonił telefon od Bardzo Ważnej Osoby, Matka wyszła do kuchni i zagadała się kilka minut, ale co chwila zerkała na pomysły Dziecięcia, bo kuchnia jeno za kominkiem jest. Kiedy skończyła rozmawiać spojrzała, a Maryśka siedzi przed telewizorem jak urzeczona, bo właśnie zaczęła się „Plebania” a ona tego filmu nie widziała.
Na ekranie odchodziły jakieś bardzo statyczne dialogi i wiało nudą, jak dla niespełna dwuipóletniego dziecka.
Matka zapytała więc litościwie:
„Oj, Marysiu, czy ty w ogóle rozumiesz to, co oglądasz?”
„Tak!” – radośnie rzekła Maryśka – „to jest… Klan!!!”

Chrzęszcząca rzeczywistość

I niech nikt mi nie wmawia, że rzeczywistość tylko skrzeczy…
Mieliśmy trzy dni temu wizytę pana od gazu. Pan oprócz gazu, zajmuje się także, a może nawet zwłaszcza, tym, co go otacza, czyli rurą i urządzeniem dalszym. Jedno dalsze urządzenie, pod tytułem piecyk do podgrzewania wody już mamy jakieś dwa lata wymienione. Ale piec do C.O. opiera się dzielnie. Właściwie nie wiem, czy piec, ale my na pewno, w czym wspiera nas rękami i nogami stan finansów.
Pan co roku mówi to samo i tak już siedem lat. Przychodzi mianowicie, zagląda do pieca ze szczerym postanowieniem przeczyszczenia jakichs tam dysz, po czym ryczy:
„Pani Matka Polka, co ja mam wyciagać, jak tu jest czerwono? Jak wyjmę dyszę, to urwę rurę! Ten piec się zaraz zarwie! A teraz mam tekie fajne piece w promocji, za jedyne…(tu pada kompletnie nie interesujaca Matkę Polke kwota).
„Dobra, to pan go odpali, żeby ciepło było…”
Pan odpala, stoi chwilę, drapie się w głowę i bardzo zdziwiony mówi:
„Noooo, nawet grzeje. Należy sie 30 złotych”
Matka okropnie zadowolona płaci i pan wychodzi.
Ale w tym roku pan zaryczał głośniej a Matka też w końcu blondynką nie jest. Pojeździła w poszukiwaniu pieca i znalazła znowu jakąś promocję za „jedyne” 2900, bez pompy, bo Matka pompę ma już zamontowaną. Czeska Mora, firma solidna i w ogóle. Teraz Matka wypuściła MiaUżona na przeszpiegi, niech sprawdzi, czy to nie jakaś ostatnia partia, żeby potem części były.
Pozostaje puste powietrze na koncie, ale Matka będzie się martwić potem. Jeszcze w końcu trzeba dodać z 1000zł na zamontowanie i okoliczne pizdryki, ale poczekamy, aż stara Elka (no tak,ładnie naprawdę nazywa się mój piec)strzeli na amen.
Jak na razie Matka martwi się dzisiejszą wywiadówką…

Wyższa matematyka

Wróciłysmy z Janeczką ze szkoły. Pytam, pełna złych przeczuć, jak tam lekcje.
„Eeee, no dobrze. Na angielskim klasówka była”
Zadrżałam.
„I jak ci poszło?”
„No jakoś tam poszło. Nie wiedziałam co to legs, ale dopasowałam. Pan dał mi na 7 łamane na 9, ale nie wiem, co to znaczy”
To znaczy, że jednak coś źle dopasowałaś…”
„No może” – Janeczka nie przejęła się zbytnio -„a w ogóle to nie masz pojęcia mama, jaki na tym angielskim to był ryk!!!”
Ścięłam zdechłe turki na poboczu.Zobaczyłam pana, który rzuca się na Janeczkę, Janeczkę rzucającą się na pana, klasę na panu i pana na klasie.
„A co się stało???”
„No Mateusz rozrabiał i pan do niego mówi, żeby dał dzienniczek. A Mateusz na to, że już nie będzie i przeprasza pana, i przeprasza, i przeprasza. I ryczy. A pan na to, że będzie go Mateusz przepraszał, jak pan mu wpisze uwage do dzienniczka. A Mateusz na to, że przeprasza, tak okropnie przeprasza. I znowu ryczy. Ale pan mu wpisał tę uwagę i Mateusz to już potem ryczał i ryczał bez przerw!”
O rety, nie było słowa „ja” w tym potoku, więc chyba nie jest źle.
„A wiesz, Mama, Mateusz to siedział w drugiej ławce a ja w piątej. No i w piątej to ten ryk było słychac gorzej niz w pierwszej…”
„A dlaczego?” – zaciekawiłam się
„No jak to dlaczego? Oj mama, ty się nie znasz! Bo z drugiej ławki do pierwszej jest tylko zero ławek a z drugiej do piątej dwie!!!”
No, teraz to jest naprawdę wyższa matematyka. Może da się z nią policzyć podatki…?

Kontrast

Kilka dni temu Janeczka zażyczyła sobie, żebym dała jej różaniec. Ba, gdzie bym nie zajrzała, to jakiś leży, ale jak trzeba znaleźć to kusy ogonem przykrywa.
Janeczka nie z potrzeby, oczywiście , prosiła, ale z musu – pani katechetka zażyczyła sobie, żeby nosić go na lekcje religii. Normalne, w końcu październik mamy.
Ponieważ szukać mi się nie chciało a do głowy nic też nie przychodziło, więc Janeczka zwróciła się do Babci. Babcia oczywiście różaniec posiada zawsze pod ręką i wzruszona pożyczyła go wnuczce. Ja wiedziałam jednak, że jest to ten jedyny używany i jak Janeczka w szkole gdzieś go szmyrgnie, to będzie dramat, no piekło po prostu…
Popołudniem rzuciłam się więc na poszukiwania. Przez myśl przebiegały mi, niczym rącze konie, wspomnienia o jakichś drewnianych i gorszych plasticzanych różańcach, ale gdzie tam. Znajdowałam jedynie papieskie, w tym jeden włożony do ręki przez samego Ojca Świętego. Nie, no takich to nie dam.
Zagrzebałam w komodzie i ócz mych błękity padły na bijącą zieloność jakowąś. Pomyślałam sobie, ze to mój dawny spławik, ale nie! Różaniec fosforyzujący! Za kilka lirów pewnie, przywieziony w dawnych czasach z Rzymu, jako nieszkodliwe paskudztwo.
Wsadziłam go pod lampę, zgasiłam światło Janeczce w łazience i wtrgnęłam.
I stała sie jasność, i Janeczką wstrząsnęło! Efekt piorunujący. Najlepsza jakość wstrząsu za najniższą cenę…
Janeczka cały wieczór spędziła w narożniku kanapy na podziwianiu różańca i odmawianiu Zdrowaś Maryjo. Myślałam, że skończyła i pytam
„Janeczko, zrobić ci już kolację?
A dziecię mi na to z wyrzutem:
„No mama! Nie, no wiesz co? Ty pytasz mnie tu o takie rzeczy a ja się teraz okropnie kontrastuję….!”

Zielono mi

Rzecz dotyczyć będzie wywiadówki. Czemu zielono? To za chwilę.
Jutro Matkę Polkę czeka mianowicie wywiadówka, taka pierwsza prawdziwa. No bo mniej prawdziwa to już była…
Miesiąc temu spotkaliśmy się w klasie Janeczki, żeby powpłacać na te wszystkie komitety, ubezpieczenia, podręczniki itd. Obejrzeliśmy sobie panią, która okazała się być bardzo rozsądną kobietą koło 40stki, no, może ciut po. Spokojna, opanowana i tak dalej.
Pani pisała sobie coś na tablicy, wszyscy przepisywali a Matka Polka oglądała sobie rodziców. Niestety tylko połowę, bo durna usiadła w trzeciej ławce miast w ostaniej i za bardzo nie chciała się oglądać. Ale po chwili miała okazję…
Oprócz rodziców świetnie sytuowanych, którzy dyskretnie pomachiwali butami jeszcze świetniejszych firm i – zwłaszcza to – pobrzękiwali kluczykami samochodów, na których bagaznikach widniały albo wypolerowane pacyfy albo duże literki „L” ( o rany, zgubiłam wątek, sorry), byli także rodzice odmiany innej zgoła. Odmiana ta polegała na nieco gorszym, w ich mniemaniu, ubiorze i nadrabianiu miną albo raczej paszczą.
Tak zwani rodzice aktywni tudzież doświadczeni, poprzez posiadanie starszej latorośli.
Jedna z takich pań, która pracuje w hurtowni u mojego kuzyna i zajmuje się sprzedawaniem kafli oraz poganianiem panów od transportu, zajmowała głos nader często. Bardzo mi to odpowiadało, ze względu na wcześniej wspomniane fatalne usytuowanie.
Pani ta, machając rękami jak na brazylijskiej telenoweli, wypytała wreszcie o plan, książki, nauczucieli, opłaty, świetlicę i obiady. Myślałam, że odpuści już sobie, ale myliłam się…
Kobieta wytoczyła mianowicie najcięższe działo i postanowiła zdobyć sobie poklask rodziców. Zaatakowała z wysokiego c:
„A proszę pani, jak będzie w tym roku z zieloną szkołą?”
„Z zielona szkołą?” – zdziwiła się nauczycielka -„zielonej szkoły nigdy nie ma w pierwszej klasie. Była w drugiej, ale po namyśle postanowilismy przenieść imprezę na koniec trzeciej klasy.”
„No właśnie, to dobrze!” – wrzasnęło uradowane czupiradło (nazwijmy ja tak w skrócie, miała okropnego tapira na głowie) -„bo proszę pani, ta zielona szkoła to przecież był horror! Dzieci wymęczone. Pół nocy nie spały, nie wiem czemu!”

A pani spokojnie przeczekała i cicho odpowiedziała:
„Ja wiem proszę pani, że to był horror. Także dla nas. Jedna połowa dzieci z trudem zasnęła o 3.00. Pierwsze ranne ptaszki powstawały o 3.15 i obudziły pozostałe. I tak było dwie noce…”

Naczynie nocne…

Nocnikiem popularnie zwane – stoi sobie u nas raczej bezczynnie. Maryśka je bojkotuje, niezależnie od koloru, bo na górze jest beżowe a na dole białe z rzężącą pozytywką.
Na nic groźby, na nic prośby. Ba, opowieści, że Janeczka dwóch lat nie miała…
Maryśka chowa się w kącik i robi nam w pampersa prezenty. Puszczanie jej bez pieluchy też nic nie dawało. Siedziała na nocniku przywalana przez nas niemal jakiś głazem po to tylko, żeby po godzinie wstać i natychmiast zrobić siusiu na trawę.
Co było robić? Przestaliśmy się przejmować. Ostatnio jednak dziecko dojrzało kółeczko, które wkłada się w deskę sedesową, żeby mała dupina nie wpadła. Drze się więc :
„Na sedes chcę!!!”
No i wysiaduje jajo po poł godziny albo dłużej. I trzeba jej oczywiście jej w tym asystować.
Podciągnąć sobie internet do łazienki, czy co?
I wyobraźcie sobie, że dwa razy usłyszeliśmy szum wodospadu. Maryśka zrobiła siusiu!
Wątpię jednak, czy można to zakwalifikować do sucesów…
Maryśka bowiem, była tak samo zaskoczona jak my…

U Teściowej

Victoria! Prezent kupiony. W rezultacie pojechałam bez Młodszego Potwora, który z MiaUżonem pojechał po Potwora Starszego do szkoły.
Matka Polka miała więc upojne półtorej godziny na jakże zajmującą czynność, jaką jest wizyta w hipermarkecie. Oczywiście MiaUżon twierdzi, że to jest to, czego kobieta potrzebuje najbardziej. Zwłaszcza, kiedy trzeba przejść się między lekko zmęczonymi kurczakami…

Wracając do prezentu – Matka bez Potwora Maryśki, mogła podążyć również do sklepu, gdzie nie ma duzych wózków z dybami do zakleszczania dzieci. Nabyła tam kolczyki z cyrkoniami, złote. Teściowa prezent przyjęła, załozyła i tyle. reaguje tak samo na słoik dżemu, chusteczki, salceson itp, więc nie wiem, czy się podobaja, czy nie. Nie mój cyrk i nie moje małpy już, po tym, jak się ich pozbyłam.
W sklepie Matka spotkała kolegę z klasy, którego widziała ostatnio na zjeździe maturalnym w czerwcu a wcześniej to z 23 lata temu. Kolega biegał z obłędem w oku, bo jego Mama Jadwiga, jako i moja Teściowa. Poprosił mnie o pomoc w kupnie prezentu. Nie było to łatwe, bo przeznaczył na to 30 zł i chciał kupić perfumę jakowąś. Miejsce na tego typu zakupy nie było najszczęśliwsze, ale co zrobić? Przekonałam go, zeby nieco zwiększył pulę, bo Mama mogłaby uwiędnąć. Zgodził się bez wahania na 50 zł i wybraliśmy jakieś Coty, świeże i liściowe.
Nagle pojawił się nieco młodszy brat kolegi. Zostaliśmy sobie przedstawieni. Bracia pogadali chwilę i młodszy ciutkę ponarzekał, że drogo ta woda.
„Bo widzi pani” – mówi – „ja to chciałem kupić mamie inne perfumy, ale tu nie ma…”
„A jakie?”- zapytałam
„Noooo, Chanel nr 5…”
„Ojej, ale musiałby pan wygospodarować na to kilka razy więcej gotówki!” – zaskoczona byłam jak nie wiem co
„Ahaaaaaaaa” – on na to.
I rozśmieszyło mnie to troszeczkę, ale zaraz potem wzruszyło, jakie też bardzo dorosły syn ma marzenia prezentowe.
A potem uświadomiłam sobie, że kolega o bracie specjalnie nie wspominał i popatrzyłam na nich chwilę…
I zrozumiałam, że dorosły syn, który nie pracuje a ciągle mieszka z rodzicami to nie jest przypadek. Coś było nie tak. Wyglądał na chorego człowieka, chorego neurologicznie, pod wpływem jakichś leków. I zaczęły mi się układać jakieś strzępy rozmów w całość i kompletowałam puzzle.
I tym bardziej się wzruszyłam, bo przypomniało mi się, jak kolega mówił kiedyś o rencie brata.
Pewnie by wydał prawie całą na tę Chanel…

Sanitarnyj dzień

Dziś będzie sanitarnyj dzień. No, nie dokładnie, ale ja tak nazywam dni, kiedy pracować nie mogę, bo trzeba zajmować się potworem. Wtedy nie zrobi się nic, bo Maryśka czyha za każdym rogiem na mnie z jakąś książką i woła:
„Cytać!”
I już wie, że jak głuchnę, to trzeba dodać:
„Popjosę”.
Wracając do sanitarnego dnia:
W Rosji muzea, teatry i inksze instytucje mają sanitarnyj dzień raz na jakiś czas. Czasem nawet raz w tygodniu. Z reguły jest to ten dzień, w którym ty wybierzesz się na zwiedzanie…
Podobno pracownicy wtedy sprzątają. Tak naprawdę to jest wielkie trucie szczurów i mniejszej żywioły, której u sąsiadów ciągle dostatek…
Pozostaje mi więc nicnierobienie, wielka wyprawa po prezent (a ciągle nie wiem jaki…) i wizyta u teściowej wieczorem.
Życzę więc miłej pracy i mam nadzieję, że jednak uda mi się tu zajrzeć…

Gadu gadu nocą

Maryśka wieczorem zasypia przy Kopciuszku. Zdaje mi się, że nie potrafiłabym opowiedzieć już innej bajki, no, może Czerwonego Kapturka. Królewna Śnieżka i Śpiąca Królewna zawsze mi sie myliły, za cholerę nie wiem, która w szklanej trumnie a która w zamku za chaszczami leży.
A wszystkiemu winien Kopciuszek.
Janeczka dawnymi czasy słuchała bowiem tylko i wyłącznie Kopciuszka. Na nic namowy, Kopciuszek ma być i basta. Do tego wszystkiego zasypiała dosyć opornie, więc bajka była rozbudowana w nieskończoność, z tym, że zawsze musiała byc opowiadana słowo w słowo tak samo…
Najpierw leciały opisy wszystkich dachów w miasteczku, potem ścian, nastepnie rozkład komnat w zamku z położeniem psów włącznie. Wszystko po to, żeby Potwór zasnął, zanim bajka się skończy.
W sytuacjach podbramkowych opisywałam kilkanaście tańców, które panienki prezentowały przed księciem a pary wtedy wirowały, i wirowały, i wirowały, i wirowały…
Przy tańcach to zwykle już mi piana wisiała z pyska, ale Janeczka znudzona zawsze zasypiała. Żeby sen utrwalić opowiadałam dalej, ale już w tempie ekspresowym i byle jak.
Niestety, któregoś dnia trzyletnia Janeczka ucięła sobie w dzień drzemkę i wieczorem nijak nie szło jej zasypianie. Przy dwudziestym trzecim tańcu padła jednak a przynajmniej tak mi się wydawało…
Ruszała trochę klapami, więc kulturalnie opowiadałam dalej, jak też następca tronu poszukiwał Kopciuszka:
„I bez skutku królewicz próbował włożyć maleńki pantofelek na nóżkę siostry Kopciuszka…”
Nagle Janeczka z wysiłkiem uniosła powieki i wymamrotała:
„A zawsze mówiłaś, że wtryniał jej laczka na płetwę…”

WUKO o świcie

Dziś Maryśka zbudziła się ciężkim świtem, czyli o 6.30, razem z Janeczką. Janeczka pojechała z MiaUżonem do szkoły a Matka ubrała Maryśkę i zeszły na dół robić śniadanie.
Maryśka wyjątkowo była marudna, no bo kto tak wcześnie wstaje? Zaglądała do szafek, kubła na śmieci, szczękała butelkami. Nic nie można było zrobić.
Nagle znikła. Na ulicy jakieś zgrzyty straszliwe.
Matka znalazła ją przy oknie. Patrzyła jak urzeczona na faceta w pomarańczowym ubranku, który biegał po asfalcie z pogrzebaczem i wywlekał klapy od studzienek.
Podjechały dwa bardzo fachowe pojazdy. Jeden z wąskiem wężem i drugi z szerokim na przegubie. Panowie zaczęli czyścić studzienki.
Matka bardzo się ucieszyła, bo raz, że przestanie może zajeżdżać z kratki w garażu a dwa – Maryśka przez chwilę miała zajęcie.
Jak się okazało Matka też dostała zajęcie, bo Maryśka zażyczyła sobie, żeby ją potrzymać na rękach. Wcale niegłupio, przecież widoki z wysaka są lepsze…
Dziecię pooglądało sobie z ogromnym zainteresowaniem i nagle zapytało:
„Mama, a co to jest?”
Matka Polka otworzyła paszczę i…uświadomiła sobie, że uciekło jej słowo szambiarka. To znaczy, wiedziała, że jej coś uciekło, ale nie wiedziała co.
Kulka Pomysłowego Dobromira kazała jej spojrzeć na budę samochodu. Matka sprawnie przeczytała co tam stoi i powiedziała okropnie zadowolona:
„To jest WUKO!”
„Aha” – potwór na to – „ale co to jest – WUKO?”
I tego Matka nie przewidziała. Przeskanowała mózg – nic. Skanowanie dokładniejsze – zero rezultatów.
Matka z rozpaczą włączyła automatycznego translatora głowy. Przetłumaczył!
„To jest Wodociągów Und Kanalizacji Oczyszczanie” – wytłumaczyła z ulgą Maryśce Matka, choć coś wydaje jej się, że niekoniecznie…

Maryśka rośnie szybko. Kto mi wytłumaczy, co to jest WUKO? Pilne okrutnie!