Jutro Janeczka idzie do szkoły ubrana na galowo. Trochę niepocieszona, bo ma bluzkę z gipiurą na dole, ale nikt jej nie zobaczy, bo przecież Syberia się zrobiła i trzeba jakiś barchan na wierzch włożyć.
Trójka klasowa zbierała pieniądze na swięto, czyli chyba coś kupi, ale Matka poleciła Janeczce nadstawić ucha i przepytać dzieci na okoliczność. No i słusznie zrobiła. Wszyscy szykują się i tak do szkoły z kwiatkami.
Oczyma wyobraźni Matka widziała Janeczkę, jak spuszcza łomot jakiemuś koledze kwiatkiem. Nie dlatego, że tak robiła w przedszkolu. Po prostu przypomniały się Matce czasy podstawówki, kiedy zdobycie kwiatka 14 października rano graniczyło z cudem. Dostępne były jedynie goździki z kompletnie nierozwiniętymi łebkami. Ależ to był obciach…
Do tego na przerwie, bo przecież były normalne lekcje, ktoś komuś zawsze usiadł na kwiecie albo, jeszcze częściej, przytrzasnął niechcący drzwiami i trzeba było przeprowadzać gorączkową reanimację. Służyły do tego szpilki albo spinacze. Goździki świetnie do takiej renowacji się nadawały! Tak więc cała szkoła przynosiła gwoździe we wszelkich kolorach, aż do czasu… kiedy Matka Matki Polki poszła do kwiaciarni i zastała tam, lekko przed terminem, chryzantemy. Kupiła więc Córce Polce obłędnie piękną,ogromną, bordowo-złotą chryzantemę i zawiązała na niej wstążeczkę. Córka Polka poryczała się, bo przeczuwała kobiecą intuicją co nastąpi dalej.
A dalej było to, czego się spodziewała. Cała klasa zrobiła sobie z niej pośmiewisko, że przynosi cmentarne kwiaty.
I nie pomógł zachwyt wychowawczyni, która była mądrą i dobrą kobietą a ucieszyła się bardzo, że nareszcie jakaś odmiana a nie znowu smętny gwóźdź.
Córka Polka miała zmarnowanych parę dni z powodu pięknego kwiata.
Matka Polka nie da Janeczce chryzantemy tylko z jednego powodu – jeszcze ich nie widziała. Bo przecież już nikogo coś takiego nie dziwi, jeśli do bukietów wkłada się sznurki i patyki.
Matka kupiła Janeczce czekoladki. Pani wygląda na taką, co lubi. I chyba się ucieszy, że dostaje coś, co nie będzie za trzy dni zalatywać z wazonu…
Kwiaty to kwiaty, jasne, nic ich nie zastąpi, ale za to Janeczka mogła sama wybrać prezent. Powiedziała, ze wybierze najpiękniejsze. Miałyśmy pojechać do Tesco, ale oczami wyobraźni Matka zobaczyła półki zastawione Lindtami…
Skręciła do Biedronki…
Balony
Pewnego letniego dnia, Janeczka była w McDonaldzie na urodzinach koleżanki. Jaki to koszmar – wszyscy wiemy, ale nie o to chodzi. Janeczka przyniosła, jak zwykle, strzępy hamburgera w torebce, zabawkę i chyba ze cztery balony. Jak tyle zakosiła – nie wiem.
Mając dobry humorek dała dwa baloniki Maryśce. Ta, wniebowzięta, bawiła się nimi cały wieczór. Na jednego zaraz padła i oczywiście go pękła, ale drugi pozostał.
Janeczka strzegła swoje dwa jak oka w głowie i mowy nie było, żeby Maryśka się do nich zblizyła choć na krok. Nawet zużyte, wyplute i zredukowane do wielkości śliwki, cieszyły się jednakowym powodzeniem.
Następnego ranka, przed siódmą zbudził mnie głosik Maryśki:
„Bajony! Bajony!Bajony!”
Nic, myślę, tylko ten potwór Janeczka po nocy zabrała Maryśce dmuchacze.
Wpadłam do pokoju. Na podłodze spokojnie spoczywał sobie balon a Maryśka wpatrywała się z zachwytem w okno.
„Bajony! Lecą!!!”
Wybiegłam na balkon. Chłodny poranek. Na niebie w absolutnej ciszy wiszą balony, ze trzydzieści chyba.
Czy życie nie jest piękne?…

Kochamy polskie seriale
W niedzielę po obiedzie Janeczka włączyła telewizor. Oglądamy go z rzadka, ale Manna w Szansie staramy się nie przepuścić – nie ze względu na „artystów”, ale na jego teksty.
Janeczka urzepia się potem na kanapie i patrzy na, jakże często komentowany w poczekalniach u lekarza, serial „Na dobre i na złe”.
Jakiś młody a wychudły człowiek bardzo sugestywnie zagrał ostatnio alkoholika na ciągu. Wrzaski, rzucanie się, słowem, przekonujący był szalenie.
Spacyfikowałam Janeczkę natychmiast.Poczłapała na górę śmiertelnie obrażona, ale w takich wypadkach Matka Polka nie zna litości. Maryśka ochoczo podążyła za nią, ale, jak się można domyślać, dostała zaraz łomot z powodu ruszenia jakiejś okropnie, ale to okropnie ważnej, zabazgranej karteczki. Po cichutku, pociągając nosem wyruszyła więc w drogę powrotną i jak duch wyjrzała zza zakrętu klatki schodowej.
Czujność Matki Polki została chwilowo uśpiona, psiakość, nie usłyszałam jej.
Maryśka postała chwilę, popatrzyła na film i mówi:
„Wies, mama? To jest chiba…”Na złe”!
Ostra jazda
Matka Polka, spędzając wakacje z MiaUżonem i dziatwą, myślała cały czas intensywnie, co robić, zeby było w miarę ciekawie.
Nie było to łatwe, bo ze względu na Maryśkę w wózku, turystykę uprawialiśmy raczej, powiedziałabym, asfaltowo-knajpianą. Asfaltową raczej w Polsce, knajpianą zdecydowanie na Słowacji.
Pewnego pięknego wieczoru Matka wyczytała, że w Słowackim Raju niekoniecznie trzeba wspinać się po drabinkach i skakać po wodospadach. Można tez pojechać nad zalew Palcmanska Masa i wyciągiem krzesełkowym przemieścić się na niewielką górke, gdzie stoi schronisko.
Gdy nadszedł równie piękny poranek, Matka wpakowała towarzystwo do auta, sama wzięła w rękę mapę i kazała odpalać.
Na miejscu okazało się, że górka jest dużo mniejsza, niż w przewodniku stało, ale było ładnie. Żywego ducha nie zauważyliśmy, ale wyciąg chodził, jeno trochę mały był. To znaczy myśleliśmy, że będzie podwójny a on nam zrobił dowcip. Chcieliśmy dać nogę, ale miły pan obsługiwacz powiedział, ze możemy jechać piętrowo. Ja z Janeczką a MiaUżon z Maryśką.
Zgodziliśmy się nie bez wahania, bo Janeczka to 30kg żywej wagi, ale górka była malutka, więc…
Przed nami pojechali znajomi. Koleżanka ma generalnie lęk wysokości, więc sensacja dla niej to była nie lada. Gdy wjechała na szczyt górki wydała z siebie dziwny ryk. Potem zaryczał MiaUżon. Potem mi się zrobiły oczy jak spodki.
Przed nami rozpostarł się taki oto widok:

MiaUżon powiedział mi potem, że Maryśka trzeźwo oceniła odległość i stwierdziła krótko:
„Ja wysiadam!”
Po tej dołkogórce były jeszcze trzy identyczne…
Fajnie było!
ZUS again
Matka Polka wczoraj, przed odebraniem Janeczki ze szkoły postanowiła załatwić wszelkie formalności w ZUSie. Po nocy poprawiła wszelkie deklaracje, wyciągnęła z czeluści dowody wpłat za cztery lata i poszła.
Wszystko było zawsze w porządku, zwolnienia MiaUżon brał, więc go prześwietlali i nic nie znaleźli. Prześwietlali w ZUSie, oczywiście, komputerowo…
Pani w kanciapce była bardzo miła. Odkryła, że w 2000 roku MiaUżon nie dopłacił 2,43zł na ubezpieczenia społeczne.
” Ja to wyjaśniałam już z pięć razy”- mówię – „i wszystko było OK. Zrobiliśmy przeksięgowanie, są skserowane dowody wpłat i podanie, widziałam w teczce”
„A jakiej teczce?” – pani pyta
„A w teczce osobowej mojego męża, pani Fanfara wkładała do szafy”
„A to nic nie zrobimy.Pani Fanfara jest od tygodnia na urlopie!”
„Z kluczem?” – pytam głupio
„Z kluczem!”
„Ale, proszę pani, ona to wprowadzała w komputer trzy lata temu…” – próbuję ratować sytuację
„Tak, ale widzi pani, mamy to, co daje nam centrala, a centrala widocznie jeszcze nie wprowadziła…”
Ludzie!!!Centrala przez trzy lata nie miała czasu…
„No to niech pani mi skseruje te dowody wpłat” – wymyśliła pani urzędniczka
„Ani myślę” – ja na to
„A dlaczego?” -osłupiała pani
„A dlatego, że robiłam to już trzy razy i leżą obok w szafie!”
Pani zasępiła się bardzo
„No to ja tu wpiszę, że pani przeksięgowała…Ale wie pani co? Niech pani wpłaci te 2,43 jeszcze raz, z wrześniową wpłatą. Bo znowu system odrzuci…”
O rety, wpłaciłam. Nie majątek. Do licha z takim systemem co wypluwa moje pieniądze! Nie mam siły na walkę.
Dziś dałam MiaUżonowi instrukcję obsługi pani w 7 punktach – co ma odebrać, co wypełnić, co zmienić i komu wcisnąć. Po dwóch punktach zadzwonił, że on już więcej nie ma siły i nie zdąży…
A wiedziałam, że tak będzie, a wiedziałam…
Kasztany
W niedzielę na cmentarzu zbieralismy kasztany. To znaczy Janeczka zbierała wszystkie, a Matka z Miaużonem dokonywała cenzury, wywalając zapiaszczone i wygryzione.
Kiedy zerwała się już przedostatnia reklamówka Matka zarządziła odwrót, wysypała, co się dało za aniołem i reszta kasztanów pojechała z Janeczką do domu.
W domu Matka roztoczyła przed dziecięciem wizję spleśniałych kulek zalegających w plastikowym worze. Okazało się jednak, że Janeczka nie daje się nabrać na takie tam żarty.
„To przynieś mi pudełko, będzie przewiewnie” – zarządziła.
Matka nic, tylko odpaliła rakiety, żeby szukać pudełka w zimnym schowku.
„Jutro poszukam” – pomyślała chytrze Matka
Janeczka zniknęła w czeluściach swojej szafy. Zagrzechotało, połowa ubrań spadła z wieszaków, córcia wynurzyła się z błyskiem w oku.
„Mam!” – rzecze – „pudełko po skarbonce!”
Skarbonka jest misiem wielkości sporego jamnika, więc i pudło było słuszne.
Janeczka wrzuciła kasztany i poszła się kąpać.
Maryśka napadła na pudło nie bacząc na rozpaczliwe wrzaski Janeczki. Wywaliła połowę kasztanów na stół i wsadziła z powrotem do pudełka. Wywaliła, wsadziła, wywaliła, wsadziła.
Zabawa przednia. Po chwili zaczęła dźgać w nie paluszkiem i mówi do siebie:
„Jaz, dwa. Jaz, dwa. Jaz dwa…”
System dwójkowy, czy co?
„No to ile naliczyłaś tych kasztanów?” – pytam
„Wsistkie!”
Plan pięcioletni 23
Janeczka zagrzebała dziś wieczorem w tornistrze i wyciągnęła z tryumfem kawał kartonu.
Po bliższych oględzinach karton okazał się nowym planem lekcji. Na planie reklamowała się głównie spółdzielnia mleczarska, ale zostawiła małe kwadraciki, w których Janeczka nabazgrała co ma i kiedy.
„Mama, wyobraź sobie, że w czwartek mam teraz tylko trzy lekcje!!! Do wpół do jedenastej!” – zawołała radośnie i poszła zażywać wieczornej kąpieli, zostawiając mnie sam na sam z papierem.
Była to dobra okazja, żeby zapoznać się dogłębnie z rozkładem jazdy.
Przeczucia miałam złe – i nie myliłam się.
O biedna Janeczko! W poniedziałek masz cztery lekcje, w czwartek trzy, ale za to we wtorek, środę i piątek po sześć!!!
W pierwszej klasie trzy razy po sześć lekcji!
Czy nasze dzieci będą przez to mądrzejsze?
Zaświadczam, że w pierwszej klasie miałam po trzy lekcje i raz cztery, żyję i nie jestem z wykształcenia blondynką. Czy teraz naprawdę musi być inaczej???
Zgaduj-zgadula…
Wróciłyśmy z Janeczką ze szkoły. Miło nam się gawędziło w samochodzie. Oczywiście nic się ciekawego nie wydarzyło. Janeczka nie pamiętała, co było na angielskim, co było na kształceniu zintergrowanym i na religii.
„Jak sukienka Matki Boskiej?”- pytam.
„No dobrze, pani widziała” – ucięła Janeczka
Przez kolejne trzy kilometry miałam odśpiewywany hymn szkoły. Trudny jak diabli, ale dobrze jej szło.
Kolejny kilometr upłynął w ciszy. Nagle Janeczka ożywiła się:
„Mama, Ty nie masz pojęcia, co strasznego sie stało na religii!!!”
Wypuściłam kierownicę. Myśli szalały mi w głowie niczym wicher po szczytach Tatr
„O matko, ktoś podłożył bombę?!!!”
„Nie tam, no coś ty…Straszniejsze!
Straszniejsze???Co może być straszniejsze?
„Rety, ktoś rozbił głowę i pogotowie go zabrało?!” – odchodziłam od zmysłów.
„E tam mama, co ty wymyślasz…” – wyjęczała Janeczka
Koncept mi zdechł. Intuicja Matki Polki podpowiedziała mi jednak, że należy przeskanować dysk twardy mózgu w poszukiwaniu plików tymczasowych. Strona mi się załadowała, pytanie tylko, czy należy ją odświeżyć…
„Czyżby ktoś dostał uwagę, Janeczko…?”
Janeczka ożywiła sie wyraźnie:
„No mamusiu, cieplej, cieplej…”
Mamusi rozdwoiła się końcówka języka i wysyczała:
„Czyżbyś to była ty – Janeczko…?
„Zgadłaś mamusiu!!!” – wrzasnęła radosnie Janeczka.
Do domu dojechałyśmy bardzo szybko. Uwagę podpisze tym razem tatuś.
Janeczce na lekcji religii koleżanka przeszkadzała w…jedzeniu chipsów. Janeczka nie omieszkała jej zwrócić uwagi.
Jak widać – pani też…
Liście plus Madonna
Janeczce wczoraj na cmentarzu przypomniało się, że ma do zrobienia pracę domową z religii. Nie byłoby w tym nic straszliwie niepokojącego, ale zadanie to wymagało – jak sie okazało- czasu, a tego już nie było. Poprzednia religia odbyła się w środę i wtedy należało się zatroszczyć o materiał, którym miały byc liście.
Ciekawa sprawa zresztą. Zadanie polegało na wyszperaniu najładniejszego liścia, przyklejeniu go do kartki w ćwiczeniach do religii i potraktowaniu jako sukienkę Matki Bożej. Potem tylko wystarczy dorysować głowę, ręce i nogi.
Wszystko byłoby fajnie i Janeczka rzuciła się na poszukiwanie liścia ale…Liście pod drzewami, jak wiadomo, zastygają w pozach, powiedziałabym, mało płaszczyznowatych. Między kartkami książki do religii też próżno szukać trzeciego wymiaru, który to liść, wysychając w konwulsjach, posiada. Oczami wyobraźni widziałam udrapowaną sukienkę, która rozpada się z chrzęstem na drobniutkie kawałki gdy Janeczka zatrzaskuje ćwiczenia.
No i co pozostało Matce Polce? Wzięła nędzny klonowy liść z cmentarza (bo w tym roku kolory paskudne są i liście pokropkowane i gnijące jakieś), urwała sprzed domu kilka listeczków klonika palmowego i zasępiła się.
Janeczka w tym czasie oddawała się zabawie a MiaUżon oglądał mecz z kasety. Matka Polka postanowiła zmusić liście do wyschnięcia i wypłaszczenia się, więc wytaszczyła przeciw nim działo okrutne, czyli żelazko Newskij.
Listeczki prasowały się nadzwyczaj dobrze na trzech kropkach czyli lnie. Matka była bardzo z siebie zadowolona i oczyma wyobraźni przyklejała już żółta sukienkę z czerwonymi falbankami na tasmę dwustronnie klejącą do kartki.
Idyllę przerwały wrzaski MiaUżona
„Co Ty tam robisz w tej kuchni, jejuuuu!!!”
Odwróciłam się. MiaUżon wymachiwał bezradnie rękami, jego obraz nawiasem mówiąc co chwila mi zanikał w kłębach dymu.
„Ale mama zrobiłaś śmierdzącą sukienkę Matce Boskiej…” – to Janeczka
No faktycznie,trochę nadymiłam. I rób tu człowieku pracę domową. Zaraz piłki nie widać…
Spitfire
Kto myśli, że będzie o myśliwcu ma częściową rację. Ładne wyrażenie, prawda? Częściowa racja.
Otóż Spitfire to Matka Polka w akcji, w obu znaczeniach tego słowa. Kto nie wie, niech zajrzy do słownika.
Wracając do tematu: Matka Polka w piątek zmywała sobie w kuchni naczynia w tempie, powiedzmy, naładowanego bombowca. Co prawda zmywarka sobie stoi, ale Matka posiada naczynia z różnymi pizdrykami złoconymi, które wyżej wymieniona maszyna zjada do gładkości absolutnej. Są tez blachy od ciasta, które nijak nie dają się upchnąć w urządzeniu i takie coś właśnie Matka szorowała uparcie a leniwie.
Dodać też należy, że kuchnia jest połączona z tak zwanym salonem i jadalnią, bo Matka na parterze ścian działowych nie posiada, z wyjątkiem komina o długości metra, który powoduje ten smuteczek, że Matka zmywając nie widzi Teleekspressu. Nie widzi też Maryśki, która broi przed telewizorem.
Koło telewizora jest w zasadzie centrum dowodzenia domu, czyli sprzęt nieco archaiczny, ale ongiś za ciężki szmal i ciągle na fleku, bo co chcieć od Technicsa? Nieopodal, na sekreterze stoi telefon – mroczny przedmiot pożądania Maryśki. W zasadzie więc Matka wie, gdzie potwór będzie przebywał, kiedy sama robi coś w kuchni
Ja Matka zmywam więc sobie, Maryśka coś tam po cichutku sobie działa, telewizor brzęczy, aż tu nagle coś wybucha. Ja nie wiem co, ale trąby jerychońskie mogą się schować. Rżnęłam blachę i lecę. Szybkość dźwięku.(Nie wiem, czy Spitfire osiągał prędkość dźwięku, ale ja jestem model udoskonalony…) Pewna jestem, że kineskop w kawałkach. Huk taki, że uszy zatkałam, co nie było potrzebne, bo ogłuchłam już za kominkowym zakrętem, przy zlewie.
Maryśka stoi, jak zamurowana, oczy ma jak talerze. Po ułamku sekundy zorientowałam się, że rozkręciła potencjometr sprzętu do oporu i włączyła radio. Kolumienki 180 W każda.
Mateńko! Musiałam odjąć rękę od ucha, żeby tę cholerę wyłączyć!
Przez dobre dwie godziny ledwo słyszałam, o bólu uszu nie mówiąc. Dziwię się do tej pory, że mamy szyby w oknach…
Maryśka natomiast, która przez cały czas stała pod samiutką kolumną, co prawda ryknęła na wszelki wypadek, ale nie chciała zeznawać, czy słyszy, czy nie.
„Boli cię uszko?” – pytam.
Głucha cisza.
Kilka razy próbowałam odetkać sobie radary, bo bolały mnie jak jasny gwint. Bez rezultatu. Co więc mówić o uszeńkach dziecka?
„Marysiu, no powiedz, słyszysz, co mówię?” – jeszcze raz
Maryśka nic.
Zadałam jeszcze kilka pytań z podobnym zresztą skutkiem. Zajrzałam do wszelkich otworów w głowie Maryśki, były na miejscu. Cholerka, tylko tego mi brakowało, żeby jej pękł bębenek.
Załamana polazłam do kuchni i nagle spadła mi na łeb kulka Pomysłowego Dobromira. Odwróciłam się do ściany, wyjrzawszy najpierw i upewniając się, że Maryśka ogląda książeczkę a telewizor gra.
„A zjesz może chipsa?”- wyszeptałam
„Noooooooo!” – wrzasnęła radośnie Maryśka i przygnała do kuchni.
Tak to właśnie się dowiedziałam, że sklonowałam małego Spitfajerka!