Zusik kochany

No i jak tu po raz kolejny nie dostać piany?
Robienie ZUSu mnie obezwładnia. Co miesiąc ten sam koszmar. Cholerne deklaracje: ja jedna, MiaUżon trzy, bo koleżanka mu pomaga na umowę -zlecenie. Zarobek ma żaden, ale za to ja papierów – w pysk.
Do tego co jakiś czas się mylę, jak to Matka Polka, co wstawiła pranie, gotuje na cztery palniki i piekarnik, pieli przed domem, prasuje nogą i pióro sobie wsadza.
Za ostatni miesiąc wrzuciłam składki, które są dopiero teraz. Pół biedy, gdyby one były wyższe. ZUS dostałby więcej pieniędzy i finał. Ale nie! Okazało się, że składka na ubezpieczenia społeczne była wyższa miesiąc temu, ale za to na zdrowotne niższa. Tu muszę dopłacić, tu sobie ująć. No i pisać do dyrektora ZUSu i żebrać o tak zwane przywrócenie terminu, bo w razie jakiegoś zwolnienia przez pół roku nie dostanę za karę chorobowego i MiaUżon też. Rozumiecie – karencja.
Kto się sam nie rozlicza, ten nie wie, jaki to koszmar. Nawet święty w tym galimatiasie się myli.
Program Płatnika zasługuje na…nie, no nie napiszę na co. Przekaz elektroniczny też, bo dziś po trzy razy odpluwał mi każdą deklarację z jakimiś wymyślnymi notatkami.
Matkę Polkę zalewa krew. No to kto nie wie, na czym polega ZUS to w trzech krokach wyjaśnię, co o tym myślę:
1.Wysyłamy deklarację w dowolny sposób
2.Wpłacamy pieniądze również w dowolny sposób – najmniej 690,77zł miesięcznie
3.Jednakowy skutek odnieślibysmy, gdybyśmy te pieniądze spuścili w toalecie

Matka Polka się wkurzyła??? Tak!!!
A Wy? Nie wkurzylibyście się?

Pranie zdechło

No to kolejna piana mi wyszła na pysk.
Wstawiłam mianowicie dwa dni temu dżinsy wszelakie, ze szczególnym uwzględnieniem Janeczkowych i MiaUżonowych. Poszłam usypiać Maryśkę i zapomniałam, psiakosteczka, wyjąć i rozwiesić. Zapomina u nas się łatwo, bo pralka stoi w pralni a nie w łazience.
Dziś mnie tknęło, bo pusto w szafie było. Pytam więć MiaUżona, czy ja to pranie w ogóle wstawiłam, bo już jestem taka imprezowo zakręcona, że nic nie pamiętam, dopóki nie pachnie albo nie śmierdzi.
„A ja nic nie wiem!” – on na to.
„No a jak wczoraj wyciagałeś z pralni spirytus na naleweczkę to pralka była włączona?” – drążę temat
„A nie widziałem!” – on na to
Zlazłam do pralni. Pralka od dwóch dni świeciła jak Pewex na Marszałkowskiej…
Nie widział! Kurczę blade! Chyba zostawię samochód przed domem na światłach i powiem, że nie zauważyłam…
Dopiero by pióra latały…

Piana na pysku…czyli poranny standard

Od rana jestem wpieklona. Dzień jak każdy zresztą.
Wczoraj posiedziałam sobie trochę w kuchni, bo w sobotkę przychodzi parę osób. MiaUżon tradycyjnie ciężko haruje udzielając się w czwartki wieczorem na siatkówce. Jest mu to potrzebne do higieny psychicznej. Ja tam higienę i trening jednocześnie zapewniam sobie w jakimś Tesco wisząc na wózku wyładowanym ciężkimi zakupami – i nie jest to ciężar gatunkowy, ale raczej właściwy dla danej butelki (wody mineralnej). Trening takowy rozwija wszelkie mięśnie, łacznie z mózgiem, bo okropnie wyczerpujące jest myślenie którędy pojechać, zeby nie piżgnąć tym zestawem w półkę pełną drogich a niedostępnych dla mej kieszeni rzeczy.
Jestem nauczona smutnym doświadczeniem, kiedy Janeczka uskuteczniając manewry radosne, wjechała w półkę z piwem. Stłukło się tylko jedno, ale, cholera, najdroższe bodaj w całej Unii Europejskiej. Ja nawet nie wiem, jakie to było piwo, ale ze względu na cenę w życiu bym go sobie nie kupiła – a ta je stłuc musiała. Pozostawało mi zerwać podkoszulek, wytrzeć i wysysać, ale odpuściłam sobie…
Wracając więc do tego jakże fasynującego zajęcia, jakim są zakupy – MiaUżon twierdzi oczywiście, ze ja przepadam za chodzeniem do sklepów.
No jasne! Uwielbiam wrzucać te siaty do bagażnika i przed domem przekonywać się, że towarzystwo rozpirzyło się mimo skrzyneczek i innych dziadów, po całym wnętrzu. Nie ma nic lepszego niż targanie tego do domu i wpychanie do lodówki! A potem przygotowywanie imprezy.
„To co w tym roku zrobić?”
„Eeeeeee, no nie wiem, coś tam zrób, tylko nie za dużo…”
MiaUżon daje mi zawsze niezwykle cenne rady. Ja bez nich wręcz nie mogłabym się obejść! Dostaję po nich takiego kopa do roboty, że zaraz i żarcie się robi, i odkurzanko, i łazienka odchamiona, wszystko.
Dorobiłam więc wczoraj wódeczkę na biało i kolorowo (ale jestem specjalistka od kolorowej, ho, ho), upiekłam schabik nadziewany, żeby go zalać galaretą dziś wieczorkiem. Dziś na warsztat idą ciasta – snickers, ananasowe i tiramisu. Potem wrócę do wytrawnych rzeczy – klops nadziewany polędwiczkami i karczek w polewie miodowej. Sałateczka jarzynowa tradycyjna (są tysiące nowych, ale jarzynowa to jest to!). W sobotę już inne sałatki, jajka, omlety nadziewane jeszcze nie wiem czym i ciete w plastry . No i starczy z grubsza.
Matka Polka głupia jest. Znowu mogła zamówić z knajpy i taniej by wyszło a sprawdzone. Ech!
Ale ja nie o tym miałam…
Piana na pysku nie od tego…
Dziś rano Janeczka siadła w łazience i zaczęła brzęczeć coś pod nosem. W łazience nie są odpowiednie chwile na nic. Ja wychodzę, MiaUżon moczy głowę polewając ją w brodziku, Janeczka powiedzmy, że myje zęby. Wszystko wyliczone do ostatniej sekundy.
„Mamaaaaaaaaaaa. A dziś w szkole to będą zdjęciaaaaaa…”
W mordę jeża…
„Jakie zdjęcia?”- pytam lodowato uprzemie
„No, pojedyncze, grupowe i może jeszcze z jakimś chłopcem?”
„Nie da rady z żadnym chłopcem” – mówię – „Facet przycina mocno morelę”
„To co?” – zdziwiła się Janeczka
„A to, ze pieniądze na niej nie wyrosną!” – odparłam i myślałam, że to już koniec, ale jakże się myliłam…
„No to daj mi spodnie dzwony, wiesz, z jakimś wzorkiem koniecznie, do tego bluzkę rózową, też z wzorkiem i nową bluzę…”
Ciemno mi się zrobiło, jak to rano
„Spodnie dzwony nowiutkie wzięłaś wczoraj, bluza czyściutka jest też, zdejmujesz ja i tak w szkole, wieć nie będzie jej na zdjęciu a bluzki mam do prasowania i nie zdążę. Dam to, co jest w szafie”
„Buuuuuuuuuuu” – to Janeczka.
Wypadłam z łazienki, zapodałam pierwszą z brzegu bluzkę z długim rękawem, z wzorkiem, zielona, bo cholera już nie wyrabiam z tym różem i nie kupuję.
Janeczka nadęta.
Wypadłam na dół, do kuchni, śniadanko, sok w butelkę, herbaty, tabletka dla Janeczki przepołowiona, dla mnie prosto do pyska, wpół do ósmej. Janeczka złazi:
„Zmień mi jeszcze kolczyki!”
Nie, no tego już za wiele. Zmieniałam wczoraj!
„Ucho mi spuchło!!!”
No jasne, że spuchło. Wkrętki zawsze tak się kończą, a mówiłam, że tak będzie!
Wywalam szufladę w komodzie. Są. Biore złote wiszące różyczki, jedno cudo, niech ma na to zdjęcie.
„Buuuuuuuuuuuuuuuuuuuu! Ja nie chcę różyczek! Ja je już kiedyś nosiłam długo. Ja chcę srebrne kwiatki z oczkiem!”
„Ale one są też wkręcane i zapaprzesz całe ucho!”
„To co, ja chcę…….”
Wywaliłam komodę jeszcze raz. Są srebrne serduszka z oczkiem. Biorę.
„Buuuuuuuuuuuu! Ja je już też nosiłam! A nie mogą być…
„Nie mogą!!!” – wycharczałam _”wkładamy te i już!!!”
I tak MiaUżon będzie musiał grzać przez most, jeśli mu się uda, bo jedna minuta spóźnienia oznacza stanie w korku i już.
Wsadziłam w uszy, jedno zakropliłam, bo jeszcze ciagnie się za nami bolące ucho, Janeczka poleżała, wstała, pojechali.
A teraz Matka Polka zasuwa dalej do roboty. Malowanie dziś leży odłogiem. No, może nie całkiem.
Czy już wspomniałam, że rybka po grecku wyszła mi – jak zwykle – znakomita?
No jeszcze by tylko brakowało, zebym przy tym zapieprzu źle gotowała…

Refleksje kąpielowe

Wczoraj wieczorem Janeczka zalegała już wykąpana na swojej kanapie w jaja i oddawała się słuchaniu jednej z pięciu tysięcy trzysta dwudziestu dwóch i pół płyt z bajkami, podczas gdy Maryśka moczyła się w brodziku.
Swojego czasu kupiliśmy brodzik tak zwany głęboki. Faktycznie, ma jakieś 40 cm wysokości i dzieci naszych krewnych i znajomych przyjeżdżając z noclegiem, kąpią się w nim z radością, bo zawszeć to coś innego, niż w domu. Niby małe, ale posiedzieć można. Nie ukrywam, że kupując go myślałam właśnie, żeby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – miał być idealny do moczenia się dzieci a jednocześnie łagodny dla kieszeni w eksploatacji. No, bo łagodny podczas kupowania to już niekoniecznie on był….
Tak, czy owak, Maryśka moczy się w nim codziennie z jednakową uciechą i ze wszystkich zabawek kąpalniczych najlepiej się bawi pustą butelką po szamponie.
Kiedy wczoraj, już umyta, usiłowała bezskutecznie wtrynić klocek do butelki (ona wie, że jest „za duzi”, ale to nie szkodzi, tym przyjemniej sie próbuje…), nagle zawołała wielkim głosem
„Ojejej! Ojejej!”
„Co się stało?” – pytam
„Pupa boji” – na to Maryśka
Pomyślałam sobie, że pewnie jej dobrze nie opłukałam.
„Ale od czego boli?” – upewniłam się
„Od…głodu!!!”

Tak to dowiedzieliśmy się kolejny raz, że głodzimy nasze dzieci. A kiedy pierwszy – niedługo napiszę…

Arbuz

Z czasów, gdy Maryśka mówiła zaledwie kilka słów…
Kupiłam pewnego pięknego letniego dnia arbuza. Kroiłam go w kuchni i wydłubywałam potworom pestki, czemu Maryśka z ogromnym zainteresowaniem się przyglądała. Janeczka w tym czasie zalegała na brzuchu na sofie i patrzyła na pszczołę Maję.
Nie chciało mi się drzeć z kuchni, co odniosłoby i tak skutek mizerny (pszczoła to pełna hipnoza…), więc mówię do Maryśki, wiedząc, że i tak nic z tego nie potrafi powtórzyć:
„Marysiu, idź do Janeczki i zapytaj ją, czy nie zje arbuza”
Maryśka okropnie się namarszczyła, ciężko pomyślała, zakurzyła tradycyjnie z uszu i pobiegła wykonać misję. Nachyliła się nad leżącą Janeczką i zapytała :
„JAJO?”
Janeczka spojrzała na nią z osłupieniem, jako, że jajka nigdy w zyciu nie jadła, bo ma nie alergię.
„Nieeeeeee, co ty??????”
Maryśka przygalopowała do kuchni i okropnie zadowolona wrzasnęła:
„Noooo!”

I tak dowiedzieliśmy się, że Janeczka zje chętnie arbuza…

Frustracje Janeczki

Przywiozłam Janeczkę ze szkoły. To nie było łatwe…
Janeczka zrobiła scenę w szatni, kopnęła kilka razy worek z kapciami i tornister i powiedziała, że do szkoły więcej nie pójdzie…
A wszystko przez laleczkę…
Wczoraj Janeczka poleciła mi szukać włóczki do zrobienia laleczki. Upewniłam się, że nic nie pokręciła i nie zapomniała mi tego powiedzieć kilka dni temu.
Zajrzałam do książki – był tam schemat zrobienia laleczki z włóczki. Należało przynieść ze sobą jakąś wełnę i kartonik o wymiarach 5 x 25cm. Wydawało mi się, że jest trochę chudy a za to długi, ale trudno. Dałam taki i szerszy. Na kartonik nawija się włóczkę, potem związuje w kilku miejscach, dorabia kulkę włóczkową jako głowę i ma być lala. Żeby to sterczało to musi być materiału w pysk, gruby i sztywnawy a mi co lepszą przędzę wrąbały mole. Została zielona bukla, która jak wiadomo miękka jest niemożebnie, ale co zrobić? Lalka wyszła do chrzanu, w końcu dziecko babą z Cepelii nie jest. Pewnie komentarz kolegów dokończył dzieła i mamy to, co mamy.
„Bo dzieci to miały wełny błyszczące i ze złotą nitką!!!” – darła się Janeczka.
Nic nie pomagało, żadne argumenty. Duma Janeczki została zraniona do samego gnata i już.
Mam nadzieję, że babcia coś wynajdzie i zrobimy tę pokrakę jeszcze raz.
Ech, Janeczka perfekcjonistka….
A mi tylko siwych włosów przybywa…
I ostrzygłam się. Krótko. A co!

Angielski znów

Wczoraj, jadąc z Janeczką ze szkoły zapytałam ją, czego się nauczyła na religii na angielskim. O religii mi opowiedziała, ale o angielskim za bardzo nie chciała. Zwęszyłam podstęp. Czyżby pan był uprzejmy znowu Janeczce wlepić uwagę do dzienniczka? Otóż nie…
Janeczka dość niechętnie mruknęła:
„Bo my na angielskim cały czas się bawimy z panem w taką grę…”
„No dobrze” – mówię -„ale czego w tym czasie się uczycie? Nowych słówek?”
„No nie, bo my tak całą lekcję się bawimy…”
Przyznam, że włos mi się z lekka zjeżył na głowie, bo przestałam cokolwiek rozumieć.
„Ale o co chodzi w tej zabawie?” – wjechałam prawie na autobus
„No siedzimy po cichu” – burknęła Janeczka
„I co, gracie w Bingo z nowych słówek, czy coś takiego?” – próbowałam rozpaczliwie ruszyć pamięcią, czego też uczyłam się 25 lat temu na lekcjach
„Nieeeeee, siedzimy po cichu i wszyscy wykładamy na ławki dzienniczki ucznia. Jak ktoś piśnie, to musi jak najszybciej dobiec do pana z dzienniczkiem i pan wpisuje mu uwagę. I cała lekcja nam schodzi na takiej zabawie…”

Ja nie wiem co zrobić.
Może już trzeba zainterweniować u wychowawczyni? Wiem, że chłopak jest stażystą, ale chyba sobie nie radzi z nauczaniem małych dzieci? Jeśli takie sytuacje zdarzają się tylko na angielskim, to musi mieć chyba jakiś problem z zainteresowaniem uczniów tym, co mówi…
A może Matka Polka niepotrzebnie się czepia ? I bądź tu mądry i pisz wiersze…

Przepis na ciasto Matki Polki

No dobra, napiszę ten przepis, o który prosicie. Nie będzie to łatwe, bo ja wszystko wrzucam „na oko”.
Składniki:
2 kubki mąki, najlepiej tortowej (takie gdzieś większe o 1/4 od szklanki)
3/4 kostki margaryny, może być najpodlejsza
6-7 czubatych łyżeczek cukru
1/2 kubka ciepłego mleka
2 całe jajka
szczypta soli,nawet duuuża szczypta – koniecznie!!!
aromat waniliowy i np.pomarańczowy
śliwki – nie wiem ile, ale przedziabane na pół oczywista
5-7 dkg drożdży +2 łyżeczki cukru, 2 łyżki mąki i niecałe 1/2 szklanki mleka – na rozczyn
cynamon mielony
Orzechy włoskie, ze dwie łyżki, posiekane
cukier puder +odrobina kwasku cytr. na lukier
Jak robić:
Wymieszać drożdże z mlekiem, cukrem i mąką, postawić w cieple (ja wlewam do zlewu gorącą wodę i wstawiam kubek…)
Do michy wsypać mąkę, wrzucić całe jajka, aromat i sól. Rozpuścić margarynę. Do mleka wsypać cukier i rozmieszać. Rozczyn i mleko wtrynić do michy i wyrabiać. Po chwili dodać odrobinę margaryny i tak co chwila, bo lepiej się wyrabia. Generalnie ciasto jest dość rzadkie, ale gdyby za bardzo, to mozna dosypać odrobinkę mąki. Po wyrobieniu ciasto kładziemy na ścierkę (taką do przebolenia, bo potem niezbyt łatwo doczyścić…), luźno zawiązujemy po dwa rogi i wrzucamy do zlewu pełnego ciepłej wody. Gdy wypłynie rozkładamy na dużej blasze, posypujemy trochę cukrem (demarara jest do tego super, albo jaśniejszy trzcinowy), układamy gęsto śliwki, sypiemy dużo cynamonu, orzechy i znowu cukier. Jak komuś się chce, to można jeszcze utłuc z pół łyżeczki goździków i tez posypać.

Pieczemy w 170st., po jakichś 10 minutach zwiększamy na 180st, grzałka górna i dolna, górną można w razie potrzeby potem wyłączyć. Po wystudzeniu ja polewam ciasto lukrem z cukru pudru z kwaskiem cytr. romieszanego z odrobinką wrzątku – takie tam nitki, esy-floresy. Omijam w miarę mozliwości śliwki, bo i tak na nich się rozpuści.
No i powodzenia, to jest zresztą ciasto, które nie może się nie udać, nie trzeba się użerać z jakimiś koglami-moglami, tylko wszystko sie wrzuca do jednego kotła.
Aha, zapomniałam…
Zżeranie:
maksimum 12 godzin w dwie osoby, wolniej się nie da, zobaczycie…

Kompot???

Dziś ranek wyglądał inaczej, niż zwykle. Zwykle jest tak, że Matka Polka zwleka się o wpół do siódmej i przez pół godziny spruwa towarzystwo, w międzyczasie myjąc się, ubierając, i zapodając śniadanie. Maryśka śpi aż do okolic dziewiątej, więc Matka ma
jakąś godzinę czasu błogosławionego, w którym to może zrobić kilka, jakże porywających rzeczy, typu umycie podłogi….
Dziś jednak Janeczka trzasnęła drzwiami od łazienki jeden raz za dużo i Maryśka otworzyła oczęta i buzię o 7.15. W piżamce zeszła na dół do kuchni. To, co nastapiło później, właściwie powinnam była przewidzieć już wczoraj…
Poprzedniego dnia mianowicie, Maryśka dostała w prezencie od mej kuzyki a swej ciotki Magdy, małpę. Małpa została utulona i z ust Maryśki padło:”Dziękuję”. Wprawiło nas to w zachwyt, ale nie wzmogło czujności. A powinno…
Kiedy więc Maryśka zeszła dziś rano do kuchni, MiaUżon jadł był właśnie kanapkę. Dostrzegła to bez trudu i…
„A mi nie zrobiłeś? Kanapki? „- Maryśka dzieli zawsze zdania na części
MiaUżon zadławił się sniadankiem i zaniemówił z wrażenia.
„I nie pokroiłeś na kawałeczki?”
„A sam jesz śniadanko? Z dżemikiem?”
Weszła Janeczka, Maryśka dojrzała kolejną ofiarę:
„A ciebie jak? Boli jeszcze ząbek? Masz dziurkę?”
„Jaki ząbek?”- wywaliła wielkie oczy Janeczka
„Pewnie ten, co ci dentystka wyrwała, żeby stała jedynka spokojnie urosła…” – mówię.
„To jak z tą dziurką?” -Maryśka ciągnie dalej.
„Aaaaaale…to było miesiąc temu…”- wyjakąła Janeczka
„No ja wiem”- mówię na to – „ale Maryśka wtedy nie mówiła. Pokaż jej dziurkę po zębie”
Janeczka pokazała posłusznie czeluść jamy gębowej z wyrzynającą się jedynką. Maryśkę to uspokoiło i przerzuciła sie znowu na MiaUżona.
„A jak tam cima? Zabiłeś w końcu?” (dla ułatwienia dodam, że cima to taki motyl, co lata w nocy…)
„A ja to nie będę jadła śniadanka!” – oświadczyła na koniec Maryśka – „bo ja w ogóle nie lubię…chlebka”.
Hmmmmm. Zastanawiam się nad tym słowotokiem…Czyżby do tej pory na śniadanie zawsze był kompot?!!

Ucho znów

Dziś MiaUżon pojechał do szpitala z uchem Janeczki. Zdążyła na szczęście też się zabrać. Nie była to zwykła wizyta, o, nie. Gdyby nie znajomy chirurg naczyniowy, nic by z tego nie wyszło.
No i okazało się, że mokro w uchu bywa z powodu…jego nadmiernej czystości… jakieś tam kropelki dał, co prawda, ale generalnie ochrzanił, że uszu nie czyści się i już! No ja wiem niby, ale szop pracz jestem i nie lubię, jak komuś w uszach kwitnie. Może laryngolodzy mogliby przy okazji wyedukować panie pielęgniarki pracujące w przedszkolach i szkołach? Bo najczęściej one zarzucaja dzieciom przy okazji przeglądów technicznych to, że uszy w środku są brudne.
Janeczka kiedyś w czterolatkach przyszła zasmucona, bo pani kazała przekazać mamusi, żeby ta lepiej myła dziecku uszy. Zajrzałam. To, co zobaczyłam to juz chyba był kurczę bębenek, ale na pewno nie brud.
Ech, takie tam… Najważniejsze, że wszystko OK.
Ciasto zeżarte. Wyszło genialne a robi się je moment. Trafiłam tylko dziwne węgierki – jednak jest ważne chyba, jaka to śliwka. Niektóre mianowicie pod wpływem obróbki cieplnej stają się kwaśne jak licho i te takie były. Wiem, że morele i mirabelki robia taki manewr, ale węgierki? Co to za reakcja chemiczna ?
Zresztą nieważne. Trzeba po prostu pytać baby na rynku:
„Pani, będą kwaśne w placku, czy nie?”