Czekanie 24

Dziś rano Janeczka spytała mnie, o której po nią przyjadę do szkoły.Dziecię  cały czas nie przepada za świetlicą. Tak przynajmniej twierdzi, bo oczywiście wcale nie chce iść, kiedy się po nią zjawiam.

"Będę o drugiej" – powiedziałam.

"Ojej, dopiero o drugiej?Przyjedź o wpół do!" – zamiauczała Janeczka

"Nie wiem, czy się wyrobię" – odparłam zgodnie z prawdą – "ale się postaram"

"No dobra. Będę czekała na ciebie o drugiej albo wpół do drugiej."

Hmmmmm. No właśnie. Czy to znaczy, że od 13.31 do 13.59 Janeczka czekać na mnie …nie będzie?


Ucho

No i coś z uchem Janeczki się porobiło nie tak… Idziemy dziś do pediatryczki po skierowanie do laryngologa.
Niby nie boli ją to ucho, ale rano jest w środku mokre. Oczywiście okazało się, że co jakiś czas tak było, tylko Janeczka nic nie zeznawała…
Z uchem, jak to z uchem, żartów nie ma. A jak to coś nie w porządku z trzecim migdałem? Nie znam się, ale nie chciałabym. Brrrrrr…
Na razie pozostaje mi załatwić tego laryngologa, co pewnie do najłatwiejszych należeć nie będzie i wcześniej, niż po niedzieli się nie uda. Już sobie wyobrażam wrzaski Janeczki jak doskoczy do niej gość z kółkiem na głowie…
Tak, czy owak, trzymajcie za nas kciuki przez najbliższych kilka dni!

Pyton

Wczoraj wieczorem MiaUżon zszedł po coś do garażu. Garaż, ze względu na szczupłość działki mamy, że tak powiem, w piwnicy, więc jak coś się w nim dzieje, to jest to dla nas ważne.
Z garażu doszły mnie wrzaski miaUżonka. Siedziałyśmy z Maryśką i oglądałyśmy Teleekspress, żadne hałasy nie były w stanie nas ruszyć.
MiaUżon próbował przebić się przez Orłosia, psiakość, udawało mu się.
„Nastaw łapkę!” – mówię
„Nie!!!To coś innego!”
Przygnębiło mnie to lekko
„Takiej na szczury nie ma” -wołam – „nigdy nie było szczurów! Kup trutkę!”.
Cholera, nie usłyszałam, co Wrona mówił.
Z garażu dochodził rumor, jak nie wiem co.
„Pocionk poichał!” – powiedziała Maryśka – „idziemy tatusia?”.
Poszłyśmy.
„No co tam masz?” – zapytałam uprzejmie.
„Nie wiem” – on na to – „okropnie długie, schowało się za deski”
„A jakie długie?” – zaniepokoiłam się nie na żarty.
„A o, takie” – pokazał mi wielkość małej płoteczki.
„Dżdżownica” -zawyrokowałam.
„E tam, dzdżownica, szybciej szło.Wlazło tu, zaraz to odsunę te dechy.”
Maryśka cały czas ładowała się z przodu, żeby „To” zobaczyć. Spacyfikowałam ją a MiaUżon działał.
Po paru minutach teren był oczyszczony i ze szpary wypełzł jakis pyton. Rozwinął swoje walory, których było około pół metra i zasyczał.
„To chyba nie żmija?!”-zatrwożył się miaUżon – „ma zygzaki?”
„A ty myślisz, że żmija wie, że powinna mieć zygzaki? Zwłaszcza w ciemnym garażu?”
Wzięlismy szczotkę, zeby zachęcić żmijopytona do opuszczenia naszej posiadłości. Nie chciał. Zadomowił się, gad jeden.
„Wezmę szufelkę” – mówi miaUżon – „myślisz, że on ma zęby?”
„Nie, no wcale!” – ja na to.
Co było robić? Wsadziliśmy jakoś pytona na szufelkę i wynieśliśmy do lasu. To znaczy ja z Maryśką zostałam, bo ta koniecznie chciała odprowadzić zwierzątko.
Wieczorem wyciągnęłam encyklopedię.
Szarozielony, dwie żółte plamy z tyłu głowy.
Zaskroniec.

Jutro koniec tego dobrego

Jutro niania ma wolne…
Pozostanie mi bawienie Maryśki i wspólne odebranie ze szkoły Janeczki.
Może wreszcie dobiorę farbę do pokoju Janeczki? Chyba bez szans. Przecież Maryśka w tym czasie rozkręci całą maszynerię farbową… A farb potrzebuję trzy kolorki. Do samodzielnego pomalowania rzecz jasna.
Żegnaj więc blogu do poniedziałku, chyba, że uda mi się doskoczyć na momencik w przerwie jakiegoś meczu. A może Małysz będzie skakał z palmy i transmisję zrobią? Zobaczymy.
Wracaj, Matko Polko do roboty, ciągle nie wymyslili samomalujacych się obrazków…

Srebrne usta Worda

Poprawiałam kiedyś tekst mojej Mamy dotyczący jednego z kościołów w Petersburgu i szukałam literówek, tudzież innych błędów. Niektóre wskazówki Worda porażały mnie wręcz a jedna z nich wprawiła w niemy zachwyt…
Mama powoływała się często na materiały zebrane przez Tamarę Pawłowną.
Kiedy użyty został dopełniacz:
„Pawłowny”
Word zaproponował mi, żebym użyła słów:
„Paw łowny”…
No to poszłam na polowanie…

Dzień dobry…

Dziś rano usłyszałam z pokoju Maryśki zgrzyty – obudziła się i wciągała do łóżeczka jakieś klocki. Pogadałyśmy trochę i poszłam szykować jej ubranie.
Nagle słyszę, jak mówi cichutko:
„Dzień dobji…”
Zdziwiło mnie to trochę, bo przecież przed momentem się witałyśmy.
„Dzień dobji” – znowu Maryśka.
Czekam dalej…
„Dzień dobji…”
Tym razem nie wytrzymałam. Komu, do licha moje dziecko mówi dzień dobry w pustym pokoju? Weszłam – a Maryśka patrzy z ogromnym zadowoleniem na swoje stópki w piżamce. Śpiochy ze starości i sprania przedarły się w nocy na palcach tak w jednej, jak i drugiej nogawce.
Maryśka spojrzała na nie i mówi:
„Dzień dobji…pajuszki…”

Dawidek

Rok temu przyszłam po Janeczkę do przedszkola. Dzieci bawiły się na placu zabaw, Janeczki nie widać. Pani widząc mnie woła Janeczkę i Dawidka.
„Ki diabeł?”-myślę sobie.
Dawidek jest mniejszym od Janeczki blondynkiem i miewa rózne pomysły (czytaj – przyprawia panie o zawał kilka razy dziennie). Pierwsza myśl – Janeczka spuściła łomot Dawidkowi. Pełna najgorszych przeczuć czekałam…
Pani tymczasem ustawiła przede mną oboje i mówi:
„Bo ja, proszę pani, proszę Dawida, żeby opowiadał całą historię wszystkim rodzicom po kolei!”
„No ładnie” – myślę sobie i próbuję zajrzeć, czy Dawidek posiada wszystkie zęby.Były.
„Dawid nie rozumie, ze to nieładnie!” -mówi pani znowu – ” Dawidku, powiedz proszę mamie Janeczki, co powiedziałeś…”
Głucha cisza
„No, Dawidku, słucham?”-ponagla pani
Dawidek przykrywa pięknymi rzęsami oczęta, trzepocze nimi i dalej nic…
„To jak Dawid? Co powiedziałeś?” – nie wytrzymałam.Spieszyło mi się jak diabli.
„Bo ja prosę pani” – trzepot rzęs – „powiedziałem” – kolejny trzepot – „że Janecka jest głupia i pie…lona…”
No i co byście na moim miejscu zrobili?

Żebry wzajemne

Pewnego dnia Maryśka siedząc na tarasie przyuważyła naszą sąsiadkę. Coś tam musiała się do niej zawdzieczyć (Maryśka do sąsiadki rzecz jasna),że sąsiadka podała jej przez płot drożdżówkę. No i się zaczęło…Maryśka od świtu wisi na płocie z buzią wciśniętą w pręty i krzyczy
„Pani!!!Ciato!”
Do tego odnosi znakomite rezultaty. Co i rusz przynosi jakieś ciastka, galaretki, rafaella itp. Ostatnio sąsiadka już dzwoni, żeby wyjść na taras i podaje ciasta drożdżowe w całości…
Na szczęście okres wiszenia pod tarasem już się zakończył, ale jaka to przeszkoda, żeby podczas spaceru nie zawisnać na bramie garażu sąsiadów?
Ostatnio upiekłam wieczorem ciasteczka drożdżowe. Takie tam drożdżówki, zawinięta spiralka ze śliwkami, orzeszkami i przyprawkami typu goździki, cynamon itd. Jeszcze gorące podałam sąsiadce w rewanżu, wraz z talerzykiem (nieustannie mam w domu jakiś talerzyk sąsiadki, który przekazała z wsadem Maryśce).
Następnego dnia sąsiadka mówi mi, że wrąbali z ukontentowaniem ciastka i żebym się nie zdziwiła, jak w trójkę zawisną na płocie i będą do mnie wołać:
„Pani!!!Ciastko!”

Nagrody za kody

Nabyłam w celach poznawczych kilka podręczników do wiedzy o kulturze, przedmiotu nauczanego w liceum. Kilka różnych podręczników, rzecz jasna. Każdy z nich traktuje temat inaczej, powiedziałabym nawet, że skrajnie różnie.
Kiedy byłam w liceum, przedmiot nazywał się wiadomości o sztuce bodajże. W podstawówce miałam plastykę i muzykę. Pewnie są nadal, ale z tego, co wiem, już w gimnazjum często jest jedno albo drugie, żeby młódź się chyba nie przemęczała nadmiarem kultury. No właśnie, kultury…
Po zajęciach w szkole, choć wiadomości o sztuce miałam jeno przez I klasę liceum a muzyki juz wcale, wiedziałam, że Haendel nie pisał hip-hopu i nie jest tą samą osobą, co Haydn. Słuchając, potrafiłam odróżnić muzykę barokową od klasyków wiedeńskich. Poznałam nuty i je pamiętam. Kiedy na afiszu widzę Smetana, to wiem, że to nie promocja w hipermarkecie. Jeszcze lepiej jest ze sztuką. Tak, tak – powiecie- to są wiadomości ze studiów. Na pewno, ale szkoła mnie też wiele nauczyła – wiedziałam choćby, że jest coś takiego jak historia sztuki, konserwacja i że warto studiować to dalej. Lekcje zainteresowały mnie na tyle, że chciałam wiedzieć więcej. Nauczyciel wlókł nas do muzeum i pokazywał kościoły. Mówił, że na ścianie szalenie rzadko spotykamy fresk i nie można tak mówić o każdym naściennym bohomazie. Wiedziałam, czemu gotyckie obrazy mają złocone tła a nie panoramę Nowej Huty. Nie mówiłam na drzeworyt – rysunek. I tak dalej, i tak dalej.
Myślę, że kulturalny człowiek wiedzieć to powinien, bo inaczej patrzy na świat. W końcu nie uciekniemy od dzieł sztuki, bo nas otaczają.
A teraz proponuje się przedmiot Wiedza o kulturze. Wiadomości o sztuce są potraktowane często naprawdę marginesowo. Nie łudźmy się – na lekcjach historii nauczyciel nie ma czasu, żeby o tym mówić. Za to uczeń dowie się jakie są rodzaje kultury, subkultur, relatywizm kulturowy, konfiguracja kultury, antropologia kultury, ksenofobia,zróznicowanie kulturowe, interakcje symboliczne, społeczny charakter percepcji itp. To tylko parę tytułów rozdziałów. Przez cały rok mielenie takiej papy i ogólniki, ogólniki.
Czy ja zwariowałam czy świat zwariował? Ten przedmiot jest nauczany przez rok. Na maturze będzie możliwość zdawania historii sztuki. Kto ją będzie zdawał? Na jakiej podstawie? Kilku upchniętych lekcji w programie nauczania wiedzy o kulturze?
Mam zamiar za rok tego uczyć. Jestem przerażona. Czytam podręcznik z ciekawości i zakręca mnie ten bełkot. Czegoś takiego mogą się uczyć studenci kulturoznawstwa chyba, bo nie uczeń liceum. A może młodzież jest taka zdolna, a ja już taka tępa, ale cenię ludzi, którzy o rzeczach trudnych potrafią pisać językiem zrozumiałym, tak, żeby czytanie było przyjemnością a nie mozolnym przebijaniem się przez tekst. Ciekawe jakie sa wrażenia samych licealistów?
Ależ zamarudziłam od świtu…
No to może jakiś cytat rzucę, ale pozwólcie, że autora nie wymienię. Sami ocenicie, czy jest to książka dla licealistów. Wiem, że zdania wyrwane z kontekstu mogą nie brzmieć szczęśliwie, ale tu nie ma nic o „lub czasopismach”…
„Za pomocą orzekania o realnych lub fikcjonalnych rzeczach, osobach i procesach artysta stara się bowiem zakomunikować swoim potencjalnym odbiorcom pewne znaczenia, które są niejako nadbudowane nad tymi znaczeniami, które wynikają ze zwykłego użycia kodu (kodów).Sztuka buduje swój specyficzny kod, opierajac się na kodach używanych w komunikacji potocznej, jest to więc kod wyższego rzędu. Bez jego znajomości, tzn. bez znajomości konwencji artystycznych realizowanych przez autora, jak również bez znajomości ich kontekstu, dzieło pozostaje niezrozumiałe”
Właściwie to chyba pojęłam – ten tekst trzeba jakoś odkodować! Zajrzę na strony z kodami do gier… 😉

Ciasto, slajd i zmywanie

A teraz korzystając z meczu i tego, że MiaUżonek patrzy w szklany ekran, jak sroka w gnat, poużalam się nad sobą…
Nie, no nie będę taka, tyle, że nic ciekawego się nie wydarzyło. Ugotowałam ceber buraczków na jutro, ale nie starłam, jutro też jest dzień. Usmażyłam tak zwane elementy kurczaka.
O, upiekłam ciasto drożdżowe! To mi się nie zdarza, ale mnie naszło. Wszystkiego na oko i wszystkiego mało, jajka tak wbite od razu w michę, żadne tam robienie kogli-mogli i innych głupotek! A na to cynamon i śliwki, i orzechy. A jak wyrobiłam tak tylko trochę, to pomyślałam, że to ciasto nie wie, że jest robione bez przepisu, a juz zupełnie nie ma pojęcia, że umie pływać – i uroczyście wgruziłam je do wody. Urosło, wypłynęło i wyszło cudowne. Odkroiłam kawał i wywabiłam moją sąsiadkę na balkonik, żeby uzupełnić jej straty słodyczowe, ale o tym, o co w tym akurat chodzi to innym razem…

A teraz szukam na poddaszu slajdu z obrazkiem, który będę malować, żeby przenieść rysunek na odpowiedni wymiar. Slajdu ma się rozumieć nie ma, ale komputer tak jakoś się napatoczył…
Jutro Janeczka ma zajęcia sportowe o 16.00. Oznacza to, ze dwa razy zakursuję do szkoły i za drugim razem będę ciągnęła ze sobą Maryśkę. Dobrze, że niedaleko mieszka kumpela z czwórką dzieci, z czego dwa ostatnie to niespodziewajki-prorocy, rok po roku. Jak Maryśka tam wejdzie, to będzie siwy dym…
I takie to wieczory miewa Matka Polka. Statystyczne…