Wróciłam przed chwilą z Janeczką ze szkoły. Starając się byc dobrą Matką Polką zagajałam uparcie.
„No to powiedz, jak tam? Dobry obiad był? A w świetlicy, nie było nudno? Siedziałaś w klasie w tym samym miejscu, czy znowu z kimś innym? Dużo masz zadane? Ciekawe były lekcje?”
Cisza, Janeczka gapi się przez okno.
„No, co tam w ogóle słychać?” – próbuję jeszcze raz.
„Nic” – westchnienie.
No, to się dowiedziałam…
Skarbówki czar
No i zjeżyłam się od świtu! Poszłam do skarbówki celem odebrania zaświadczenia o dochodach za 2002 rok. Przeczucia miałam złe i się nie omyliłam! Okazało się mianowicie, że dochód na osobę w mojej rodzinie jest za duży o całe 12 zł! Tylko dlatego, że program opracowany przez ministra finansów za dochód uważa wszystko minus składki na ubezpieczenie. To nic, że remont dachu, który musieliśmy zrobić pochłonął wszystko i dochód się wyzerował. Ba, cofnął w rozwoju nawet. Dla programu nic takiego nie było! Teraz wiem po co niektóre rzeczy odlicza się od podstawy a inne od podatku. Po to, żeby te ostatnie znikły w tłumie. Ech, Matkę Polkę w rogi zrobili…Nie będzie zasiłku rodzinnego…
Jaja i kołdra
Janeczka spała dzisiaj na nowej sofie. Mebel okazał się przecudnej urody, ryżość pasujęca okropniście i przepięknościowo do pokoju, żółte jaja dwóch wielkości jako rzucik szalenie akuratne, drewniana wstawka taka, jak kolorek innych mebli, no po prostu cud! Cud na kiju!
Rano potwór zapytał jednak, kiedy dostanie nową kołdrę.
„A po co ci nowa kołdra” – pytam -„Przecież stara jest jeszcze dobra”
„Nic z tego” – Janeczka na to rzecze – „przez noc mi nogi urosły i okropnie wystają. Muszę dostać normalna, dorosłą kołdrę!”
No i proszę, dziecię dorasta, trzeba wyciagać dużą kołdrę, co oznacza, że i prania przybędzie.
P.S.Usłyszałam zgrzyt. Zeszłam do piwnicy. To nasza 12letnia pralka powiesiła się na rurze pod sufitem…
Cygański koń
Przedwczoraj MiaUżonek przyjechał z miasta z Janeczką. Stanęli koło budki z prasą i oczywiście dziecię, składając rączyny, wymusiło na Tatusiu kupno jednej z jakże porywająco ciekawych i oryginalnych gazet dla dziewczynek, nazwijmy ją umownie, żeby kryptoreklamy nie było, powiedzmy „Infantka”.
Nie muszę dodawać, ze do gazet tych dodawane sa liczne gadżety. Pozbywam się ich po pewnym czasie sposobem: pół kubła smieci na podłogę, wrzucamy gadżet i przykrywamy uprzednio wywaloną zawartością kubła. Potem jużtylko szczotka i mop są potrzebne, bo zawsze trafi się jakieś rozbite jajo albo pudło po serku.
Ale, jak już nadmieniłam, potrzeba na to czasu, czyli przemęczyć się trzeba. Pół biedy, jeżeli jest to bransoletka albo pierścionek. Te ostatnie giną nadzwyczaj łatwo…
Wczoraj jednak Janeczka przywlokła z gazetką królewską kolię! Jej królewskość polega chyba na kolorze (srebro mocno połyskliwe) i kamieniu „w stylu” rubinu (plastik odlewany, imitujacy rżnięcie – nijak inaczej tego nie nazwę, nie bacząc na podteksty;-)), wielkości guzika od jesionki. Łańcuch z kulek srebrnych rozmiaru grochu, dopełnia dzieła. Jak się pewnie domyślacie, moje szczęście nie miało granic… Janeczka ubrała się w dres i kolię i ruszyła na podbój podwórka. Moja teściowa ma na coś takiego piękne określenie. Mówi mianowicie, że Janeczka wygląda jak cygański koń. Coś chyba w tym jest…
Na razie kolia niemal pękła w miejscu strategicznym, czyli przy rubinie. Muszę cholerę skleić, ale póki co leży. Do tego jest potrzebny bardzo, ale to bardzo specjalistyczny klej, który może dowiozą do okrutnie mądrego sklepu w przyszłym tygodniu, o ile sprowadzą go z ciążkiej zagranicy itp. itd.
Cieszy mnie to szalenie, bo wczoraj MiaUżonek przyuważył, że Janeczka przemyca kolię do szkoły… Wydarł w szatni biżuta i przywiózł do domu. Uff,na szczęście…
Matołek
Wróciwszy z Janeczką ze szkoły, zastałam Maryśkę nad talerzem zupy ogórkowej. Ponieważ, jak wiadomo, zupę koniecznie trzeba popijać herbata owocową, obok stał zielony kubeczek z Koziołkiem Matołkiem.
Kubeczków mamy w pysk, na każdy humorek. Ten dostała Janeczka z kartonem kapitalnych batoników toruńskich o tej samej nazwie, które z lubością z MiaUżonkiem pożarliśmy, korzystając z nieustępliwej alergii Janeczki i chwilowego przebywania Maryśki w moim brzuchu…
Jak Koziołek Matołek wygląda, każdy wie – koza w czerwonych porteczkach.
Maryśka grzebała bez większego entuzjazmu w zupie i nagle coś przykuło jej uwagę.
„Hi hi hi hi…” powiedziała konspiracyjnym szeptem „Mama pats, Matołek golas…”
Interesik i interes
Janeczka mając lat 2 i pół miała ogromną nieprzyjemność (jako i my),przebywać w szpitalu. Stało się to, gdy pojechała na imprezę do kolegi a rodzice ww uprzejmie nie wspomnieli, że jubilat całą noc spędził strasząc fajans (jeśli ktoś nie wie, jak się straszy fajans, to pędzę wyjaśnić – trzeba się nachylić nad muszlą w toalecie i powiedzieć do niej „bueeeeee”).
Janeczka następnego dnia a raczej poranka, zaczęła od tego samego z tą różnicą, że straszyła łóżeczko, samą siebie i wszystko wokół z częstotliwością co 15 minut.
Po dwóch godzinach było jasne, że wydala znacznie więcej, niż pobiera i mamy kłopot. Krótki telefon do szpitala i jeszcze krótsza odpowiedź:”mamy tu takich cały oddział, proszę natychmiast przyjeżdżać!”.
Pojechaliśmy. Po niewątpliwych atrakcjach, związanych z zakładaniem wenflonu (obecność rodziców zakazana, zresztą przygniotły Janeczkę cztery baby, więc nawet byśmy się nie zmieścili…) nastał tydzień koczowania dzień i w nocy (na krzesełku) w szpitalu. Dwa dni totalnej choroby – odgórnie i oddolnie.
Na trzeci dzień Janeczce poprawiło się z lekka i potoczyła wzrokiem po sali. Leżała tam trójka artystów w podobnym wieku i identyczną przypadłością, jak na oddział zakaźny przystało. Jeden z nich zareagował wybitnie oddolnie, a że jeszcze był pampersiak, więc jego rodzicielka miała pełne ręce roboty. Nie nadążała już nawet do łazienki, okupowanej zresztą zawsze przez jakiegoś artystę bądź Janeczkę, więc przebierała Kubusia, bo tak mu było na imię, na środku.
Janeczka po raz pierwszy widziała takie przedstawienie, podeszła więc szybciutko i z zainteresowaniem przyjrzała się klejnotom rodowym Kubusia.
„Ojej…”- powiedziała-„jaki interesik malutki…”
I z tryumfem:
„A mój tata ma duży!!!”
Kanapa napada
Dziś zanabyłam dla Janeczki kanapę.Nie bawiąc się w szczegóły napiszę tylko, że jest ryża w zółte małe jaja. Żeby to był szczyt moich czy Janeczkowych marzeń, to nie powiem, ale cena bardzo a bardzo na mnie dobrze podziałała. Wyrko przeceniono bowiem tylko dlatego, że się przykurzyło i firma je (podobno bezdotykowo) uprała. Materiał kosmatkowy i milutki, dwie poduchy, rozkłada się do przodu i dwa ludziki rozmiarów normalnych na nim też się wyśpią.
Ciekawa jestem jak będzie wyglądała dzisiejsza noc. Janeczka lubi z emocji dostawać gorączki, czego tygrysy nie lubia wcale!
Jednego tylko nie rozumiem. Panienka w sklepie uparła się jak osioł, że nie da mi faktury. Nie wolno i już!
„Jak – nie wolno?’ pytam.
„No bo tej kanapy nie ma w komputerze, bo firma coś tam a szef toś tam, bo przeceniona”(czytaj- kanapa stoi w sklepie na krzywy ryj…).
„Pani” ja na to „przecena przeceną a nawet w lombardzie ja mam prawo dostać fakturę!”
„Ale nie da się, najwyżej ręczną”.
„Dobra” ja na to „niech będzie ręczna”.
A panienka na świstku pisze mi tak „zapłacono 372zł za kanapę, Iksińska”.
Ludzie! Ja jej na to, że to nie faktura a ona na mnie oczy jak spodki. No to ja na nią zrobiłam oczy jak talerze i wysłałam do szefa. Wróciła po 32 minutach.
„Jak pani tę kanapę przywieziemy to będzie faktura ręczna z nazwiskiem…”.
A ja teraz siedzę i pękam z ciekawości, co też na tej fakurze zdarzyć się może…
Rośniemy
Minął kolejny weekend, który- nawiasem mówiąc -nie wstrząsnął specjalnie moim życiem. Komputer wiądł sobie na poddaszu (świetny sposób na to, zeby się nie uzależnić…)a życie toczyło się leniwie, oj, bardzo leniwie. Zakupki, sprzątanko, gotowanko. Zwłaszcza to ostatnie, potwory wszak wymagają nieustannego dostarczania pożywienia. Maryśka chodziła z książeczkami (jak sobie upodoba ze trzy, cztery, to katuje je kilka dni bez przerwy) i co chwila padała komenda „cytać!”. No to cytaliśmy.
Kiedy w niedzielę wieczorem po raz czterdziesty ósmy robiłam Maryśce jakąś ciecz do picia, zapytałam ją: „Kiedy Ty wreszcie urośniesz??!”.
Maryśka jak zwykle wywróciła oczami, zakurzyła ciężkim myśleniem z uszu i stanowczo odpowiedziała: „Dzisiaj ujosnę!”.
Hmmmmmmm. W zasadzie…to prawda…
Samochód
Wczoraj Maryśka siadła mi na kolanach z książeczką w celu odłuchania treści jakieś 23 razy, albo lepiej. Dawniej przychodziła po to, żeby naładować sobie akumulatorki, ale jak się wydaje, czasy te bezpowrotnie minęły. Teraz na prośbę „daj buzi…” krótko odpowiada „Nie!” i już. Smutno mi, bo to takie przyjemne, kiedy ktoś zarzuca rączyny na szyję i przytula pucka, ale co zrobić.
Wczoraj, kiedy przeczytałam po raz siedemnasty „Pranie” Marii Konopnickiej systemem od przodu, od tyłu i random, pomyslałam sobie – o, naiwna -, że dziecię wysłucha mej prośby…
„Przytulisz mamusię…?” zapytałam z nadzieją.
„Nieeeeeee” na to Maryśka.
„Ajajaj”- załkałam-„Nikt mamusi nie kocha, nikt nie przytuli…”.
Maryśka spojrzała z wyraźnym zainteresowaniem: „A Janecka nie przituli?”.
„Nieeee”- ja na to.
„A tatuś, nie przituli?”
„Nieee” -ja znowu.
Maryśce dym poszedł z uszu od ciężkiego myślenia, nareszcie oczy rozbłysły i pyta uradowana: „A …samochód? Też nie przituli?”
Emu okrutne
Dziś rano Janeczka miast ubierać się szybko do szkoły, siadła na tronie i zagłębiła w lekturze Księgi Zwierząt. Jest tam kupa obrazków i krótkie komentarze do każdej żywioły. Czas uciekał, kartki przewracała wolno, mi żołądek przewracał się znacznie szybciej, bo godzina zrobiła się lekko niebezpieczna.Dziecię czyta nadzwyczaj dobrze, ale jak się pospieszy, to wychodzą czasem śmieszne rzeczy…
Nagle Janeczka postawiła oczy w słup i wyrzęziła (wskutek pory mocno wczesnej):
„Jak…, no jak on może, ja się nie spodziewałam, no niemożliwe, o rety, jak on może, jak on…”.
Zdrętwiałam ze szczotą w paszczy.
„Kto” – mówię -„i co może albo nie może?”
„Jak to kto”- Janeczka na to-„Emu!!!”.
„Dobra”, ja na to, „ale co – emu?”.
„No jak emu może robić coś takiego?” załkała Janeczka. „Popatrz, co tu jest napisane! Pożywieniem emu są drobne owady,nasiona, kwiaty, liście i… OWCE!!!”