Na wakacjach wspomnianych, uprawiając z racji Maryśki i jej wózka (o ile udało nam się ją spacyfikować) turystykę asfaltowo-gastronomiczną, poszliśmy na piechty na Słowację w celu zapodania sobie pewnej, acz przyzwoitej, ilości piwa. Nie było to trudne, bo ze Szczawnicy do Słowacji jest rzut beretem, spacer piękny a i wioseczka Leśnica ujdzie. W Lesnicy sklepobar posiada m.in. Marcela, niezwykle sympatyczna, oswojona sześć lat temu kobieta. Ma córę Gabrielę, równiutkie sześć lat młodszą od Janeczki i pamięta nas niczym słoń.
Siedzieliśmy sobie więc u Marceli popijając ciemne piwko w duzych ilościach i pogryzajac genialne serowe korbacziki. Maryśka grzebała w kamieniach a Janeczka wypatrywała ofiary. No i znalazła. Do baru podjechał koń. Nie taki zwyczajny, tylko doczepiony do powoziku, którym jeżdżą padli turyści. Janeczka wepchnęła koniowi do paszczy mniszka pospolitego tudzież babkę lancetowatą w ilości sztuk pięć. Koń zjadł z ukontentowaniem i dwie dziurki w nosie, i skończyło się. Same kamienie, nic więcej. Janeczka ruszyła na poszukiwania, nic z tego. Pozostały świerki, którymi Marcela obsadziła bar. Koń łyknął przynętę. Żarł choinki, pryskając igłami jak jeżozwierz! Kiedy z drzewka zostało jedynie miejsce, w którym choineczkę obsadza się w stojaku na święta, koń zabrał pana i odjechał.
Spotykaliśmy konia jeszcze trzykrotnie w tym samym miejscu. Kiedy odjeżdżaliśmy do domu Janeczka westchnęła :
„Szkoda, że już nie pójdziemy więcej na Słowację. Ja tego konia już PRAWIE oswoiłam…”
Wodne życie potworka
W czasie naszych – jakże długich – letnich wakacji (8dni z podróżą) byliśmy uprzejmi nawiedzić świeżo oddany do użytku aquapark w Popradzie. Wygląda bardzo ładnie, w budynku są tzw.stare baseny a na zewnątrz nowiutkie. Takie tam różne pizdryki typu termalne , bąblujące, bujające się itd.
Nie było jakiegoś szalonego upału, stąd zaczęliśmy od środka, żeby pomoczyć Maryśkę trochę w jakiejś kałuży dla maluchów. Była, a jakże, woda chyba z 36 stopni miała. Maryśce wetknęliśmy na ręce zarękawki z kaczkami i dawaj do wody. Była zachwycona! Szczęście na paszczy absolutne. Po pewnym czasie maUżonkowi skóra pomarszczyła się jak starej foce a Maryśka ani myśli wychodzić!
Postanowiliśmy przenieść się na zewnątrz do basenów termalnych. Maryśka niekoniecznie zachwycona była temperaturą powietrza, ale wody – bardzo. Nie pozostało nam więc nic innego, jak moczyć się z nią na zmianę. Żaden normalny człowiek nie wytrzymałby siedzenia w basenie sześciu godzin bez przerwy. Ponieważ Janeczka odkryła przyjemności zjeżdżania w rurze, więc oddała tymczasowo Maryśce koło do pływania. Szczęście osiągnęło apogeum. Maryśka przemieszczała się po basenie w tempie ślimaka i z logiką muchy fruwającej wokół lampy. Po jakimś czasie zajrzałam jej w oczęta, a tam ich nie ma!!! Klapy spuszczone, Maryśka śpi w basenie, w pełnym ekwipunku, w zasadzie na… stojąco…
Uwaga, uwaga!
Wczoraj Janeczka wróciła ze szkoły z miną cokolwiek niewyraźną. Zanurzyła lewą kończynę górną w tornistrze i wyciągnęła dzienniczek ucznia.
Jak myślicie, co było w dzienniczku? Szóstka? Nie, szóstek nie stawiają w pierwszej klasie! W dzienniczku, psiakosteczka jedna, jeżyła się uwaga!!!
„Janina przeszkadza w prowadzeniu lekcji angielskiego i nie reaguje na polecenia nauczyciela”.
„Co, kurczę blade” mówię „robiłaś, że gość wpisał ci uwagę?”
A Janeczka na to „nic!”.
Ciemno mi się zrobiło i pytam: „Jak – nic?”.
„No nic” rzecze Janeczka „Pan nic nie mówił, tylko okropnie mi przeszkadzał!!!”.
Teraz to już usiadłam.
„A w czym pan był tak nieuprzejmy przeszkadzać ci na lekcji angielskiego?”
„Bo ja z Moniczką ćwiczyłam w klasie… judo!”.
Zombie poszukiwane…
Dałam wczoraj plamę.Kiedy Janeczka wróciła od zęborwacza, zanim wypluła wacik wetknęła mi coś do ręki. Jako, że paszczę miała lekko niesprawną, tudzież zajętą, nie wyrzekła przy tym nic. Ja papier obejrzałam, niby paragon czy coś i piżgnęłam do kosza. MiaUżonek kosz wieczorem wywlókł przed dom i na tym się skończyło.
Tymczasem rankiem dziecię żwawo pognało do kuchni i wróciło z pretensjami. Nie wiedziało czy to skutek awanturki wczorajszej czy czego innego ale zapytało:
„Myszy nie było?”
Przed oczami stanęły mi jakieś myszy kłębiące się w piwnicy, ale nie łapałam dalej o co chodzi.
„No, myszy co przynosi prezenty za zęby!”.
„A gdzie połozyłaś ząb?” pytam, pomijając fakt, że myszy prezent to chyba przynoszą tylko za pierwszy, co jest uprzejmy wypaść.
„Dałam ci wczoraj w papierku!”
O rany…. Do głowy mi nie wpadło, że w tym „paragonie” był ząb…
Magik od pieca
MiaUżonek nie tak dawno wracał z pracy lekko poddenerwowany, bo chociaż nie kosztowało go to nic, to jednakowoż upierdliwymi stały się wizyty magika od pieca. Piec CO, firmy OKROPNIŚCIEDOBRZYŚMY IZNANI za cięzki szmal wysiadał z dużą regularnością, bo równo co 24 godziny. Magik przyjeżdżał, wyciagał laptopa i mierzył jakieś figzdryki. Potem wystawiał rachunek i piec działał. Kolejnego ranka piec świeci czerwonymi lampkami i nic. Znowu magik i znowu, i znowu. MiaUżonka tknęło i węszyć począł. Podejrzenia padły na wiaderko sprzątaczki. Stało sobie pod ścianą, zawsze w tym samym miejscu. Baba przyszła i miaUżonek zapytał grzecznie „A skąd bierze wodę do mycia podłogi?”
A ona na to „A z tego fajnego kranika, co akuracik jest tak niziutko, nad wiaderkiem…I ciepła od razu leci…”
No i co powiecie? Baba co wieczór spuszczała mu do sprzątania.. wodę z instalacji CO!
Bez zęba
No to Janeczka wróciła od dentysty. Kończyny górne zarzucone miała na paszczę.
„Jak było?’-zapytałam. „Supeł” wycharczało dziecię i poszło splunąć ekspresyjnie wacikiem do kubła. Potem zademonstrowało otwór po górnej jedynce z jaśniejącą kreską nowej. Nareszcie! Jakoś te zębiska specjalnie jej się nie spieszą a – nawiasem mówiąc- mi też się nie spieszy, żeby je zmieniała. Wcześniej trzeba będzie inwestować w dentystę… ;-)))
Zbraku mozliwości zjedzenia obiadu Janeczka poszła do pokoju bawić się z babcią i Maryśką w telefon (telefon różowy w serduszka z kabelkiem i bateriami – działa). No i zaczęły się wrzaski opętanych. „Halo!” woła Janeczka. „Halo!!!” ryczy Babcia. „Babcia, ja cię słyszę!” „Ja też cię słyszę!”-woła babcia-„ale słabo”. „Babcia, bo ty mnie słyszysz przez ścianę, włącz telefon”-piłuje Janeczka. „Jak włącz telefon, jak ciągle cię słyszę, tyle, że słabo…”
Ludzie, mi też słabo… Kabaret Tey? Tworki? Wracam do roboty, podzwoniły, Janeczka poszła pochłaniać obiad.
Zęborwacz napada Janeczkę
No to dziś mój małżonek ma przechlapane. Nie mówiąc o przechlapaniu Janeczki. Co zrobić, tak już ma – zęby bardzo sobie jej paszczę upodobały i ani myślą wypadać!
Najpierw stałe dolne jedynki wyrosły obok mleczaków. Pierwszy raz poszło gładko, zastrzyk i ciach. Ale samo dawanie zastrzyku – jak wiemy-ohydą samą w sobie jest. No to drugi raz o zastrzyku mowy nie było. Janeczka, choć minę przed gabinetem miała dziarską, na widok dentystki zaczęła piłować. Robiła to tak zapamietale, że baba nie mając innego wyjścia capnęła jej ząb na żywo. A Janeczka nic, nawet nie zauważyła, bo wyła tak, że klapy miała zamknięte. Potem poszłyśmy na lakowanie, kolejne zresztą, bo córa pozbywa się laku mniej więcej w dwa tygodnie. Wydłubuje, cholera, czy co? No i nagadałam się, że lakowanie to pikuś, bo ząbki ładne, jakieś dziureczki w mleczakach wyleczone w jurze albo kredzie jeszcze. I byłoby wszystko OK, tymczasem ja patrzę a dentystka startuje znowu do jamy dziecka z kleszczami! Trzeba dwójkę rwać – mówi – bo stała rośnie obok! Cholera, nadwzroczność ma, czy co? Wszędzie te zęby widzi! No i ciachnęła tylko z jakimś żelem, który wpakowała Janeczce obok zęba przy kolejnym wrzasku „Nie chcęęęęęęęęęęęę”.
A tutaj dziś odmiana. Janeczka sama zarządziła, żeby wyrwać jej jedynkę u góry! Stała rośnie, ale mleczak miast wypaść, wykrzywia się do góry i upodabnia Janeczkę do nutrii, co niewątpliwie musiała usłyszeć od swoich jakże życzliwych kolegów bądź koleżanek w szkole. No bo innego wytłumaczenia nie widzę. Sama? Do zęborwacza? Napiszę, co było jutro rankiem.
Ten potwór Janeczka…
Janeczka przyjechała ze mną ze szkoły.Nic w szkole specjalnego nie było, nie, nie, normalka. W samochodzie trafił mnie osiemnaście i pół raza jasny szlag – Janeczka pyszczy jak jasny gwint. Aż nie potrafię powtórzyć. Może kupić dyktafon? Nie, on tego nie wytrzyma. Obiadu nie zjadła, bo była „ta wstrętna, smierdząca zupa paprykowa!”. Koniec cytatu. Jaka do cholery zupa paprykowa? Coś się mojemu dziecku machnęło albo np. przy rosole pani kucharce się sypnęło tego i owego za dużo. „A Mateusz to przebiegał i zrobił mi na ręce kreskę!” :Specjalnie?” pytam. „Nooo, nie”. No właśnie. To donosiciel mały. Idę dać więc Janeczce obiadek (jej też trzeba gotować w wiadrze, choć wanna byłaby lepsza), Maryśka wrąbie z pewnością następny. A ubierac wcale nie jest łatwiej o czym c.d.
Burza w mikroweli
Sciagnęły mnie z poddasza przeraźliwe krzyki niani. Odgrzewała obiad dla Maryśki. „Tylko szybko, szybko niech pani idzie!!!”
Co do licha? Ano mikrowela sypała wszelkimi dziurami iskry. Niania wstawiła do niej garnek z kotletem…
Nic to, Maryśka wrąbała dwa kotlety i wiadro kaszy gryczanej. Jadę po Janeczkę do szkoły.Życzcie powodzenia…
Kikapucz
Maryśka kazała mi rano poszukiwac niejakiego Kikapucza. Wyrwałam sobie połowę kudłów z głowy, żeby dojsć kto zacz Kikapucz. Tymczasem Maryska rozpirzała półtora metra sześciennego swoich klamotów bez rezultatu…
W końcu pokazała Kikapucza na obrazku. „Taki” mówi, „Taki Kikapucz”. Na obrazku siedział sobie żółty japoński Pikachu, czy jak tam go zwał. Tłumacza, tłumacza mi dajcie!