Matka spakowana tak prawie całkiem. Resztę dopchnie kolanem rano.
jak zwykle było sporo czasu, żeby wszystko spokojnie zrobić, ale wtedy wydawało się, że nie ma nic do zabrania…
A wieczorem stos toreb spuchł gwałtownie, zaczął wyłazić drzwiami i oknem. A może oknami i drzwiami. Nieważne.
Dość, że przy dowolnej ilości czasu, jaki jest przeznaczony na spakowanie dobytku, załatwienie spraw i podlanie kwiecia, zawsze kończy się tak samo – Matka przez te kilka godzin dwadzieścia osiem razy rozwodzi się z MiaUżonem, trzydzieści trzy razy wysyła Potwory do Domu Dziecka, a siedemset cztery razy MiaUżon uroczyście przysięga, że to ostatni, ale to ostatni wyjazd…
<
Klub
Matka prawie na walizkach. Prawie, bo jednak postanowiła nie jechać w sobotę, jeno w niedzielę.
Kiedy wraca się z rusztowania ugotowanym na twardo, to przedsięwzięcie tak karkołomne, jak podróż kilkusetkilometrowa z Potworami na karku nie ma większego sensu. Trzeba zrobić jakieś zakupy, spakować torby, upchnąć w samochodzie siedemset osiemdziesią dwie rzeczy absolutnie niezbędne Potworom do egzystencji i jeszcze chwilę się przespać. Ponieważ wychodziło na to, że ostatnia czynność powinna być odłożona w bliżej nieokreśloną przyszłość – Matka odpuściła.
MiaUżon się ucieszył, bo nie musi biegać po klientach do upadłego w piątek, może spokojnie u kolegi ubezpieczyć Potwory i nas (bo sam swojej rodziny nie może, obłęd po prostu). Matka za to pojedzie i dokona zakupów, które skromnymi będą wybitnie ze względu na debet straszliwy. Powinna jednak zawieźć w miejsce noclegowe wyprawkę, bo wypada. Przyjmowana zawsze tam była tak serdecznie, a że się nie przelewa, to pomóc trzeba jak najbardziej.
Jedyną osobą, która jechać zupełnie,ale to zupełnie nie zamierza jest Janeczka.
-„Nie mogę jechać, no nie mogę! I ty to sobie w ogóle jedziesz do swojego obrazu a my co tam będziemy robić???”
Matka która tłumaczyła Janeczce rzecz całą wiele razy postanowiła nie wdawać sie więcej w dyskusje, ale coś ja zastanowiło. Rozpacz mianowicie, była większa niż zazwyczaj i z oczu Potwora trysnęły najprawdziwsze łzy.
-„A możesz mi powiedzieć, czemu teraz jeszcze płaczesz?” – spytała Matka, która miała tego lekko dosyć.
-„Bo ja nie mogę jechać dlatego, że w poniedziałek mam TEST!!!”
Matka przeskanowała odruchowo cały swój dysk w poszukiwaniu dowolnego testu – na zakończenie podstawówki, gimnazjum, maturalny i wstępny na studia. Nic nie znalazła. Postanowiła zasięgnąc języka.
-„A jaki test, jeśli można wiedzieć?”
-„Dopuszczeniowy!!!” – smarknęła Janeczka – „Bo w poniedziałek powstaje klub „Witch Photo” i ja się chcę tam dostać!!!”
Matka wyjaśnia w te pędy, że klub „Witch” bez „Photo” już istnieje. Zrzesza Janeczkę i jej kilka koleżanek z ulicy.
Siedziba główna – krzaczory naprzeciwko Matki domu.
-„Trudno!” – oświadczyła Matka próbując przebić argumentami odgłosy smarkania i chlipania -„Zdasz w terminie poprawkowym!”
Bo w niedzielę startujemy. A co!
No i jutro Matka zaatakuje pana w Siemensie a propos MMSów. Niech skonfiguruje ten nieszczęsny telefon, to Matka będzie korespondencją zarzucać…
I zdjęciami, na których nie będzie pewnie nic widać…
Niespodzianie
Matka dostaje białej gorączki. Nie z powodu upału wcale.
Miała napisać niedawno o takim SMSie, przez którego się narobiło, że uch!
Bo donieśli Matce, że obraz, który konserwowała kiedyś daleko, daleko, coś podupadł. Plamy matowe, zmiany koloru, fałdy…
Matka całą noc nie spała. Kombinowała w jedna stronę i druga i nijak jej nie wychodziło, że cokolwiek takiego mogło się stać. Bo użyła wszystkiego, co najlepsze i zrobiła wszystko na cacy. A tu taki kwiatek?
Przyjechała więc następnego dnia Matka na rusztowanie nieżywa i struta, jak nie wiem co. Wszyscy zrobili naradę, przeanalizowali to, co Matka mówi i też wychodziło na to, że to kompletnie ale to kompletnie niemożliwe. A jednak!
I pod koniec dnia Matka dostała kolejnego SMSa – NIE WIEM, JAK TO SIE STALO, ALE Z OBRAZEM WSZYSTKO W PORZADKU. PRZYWIDZIALO MI SIE WIDOCZNIE.
Matka padła. Nie, nie padła. Leżała od rana. Zapadła się. Spadła z rusztowania, o!
Ale postanowiła wykonać rzut na taśmę i pojechać sprawdzić własnymi oczkami. Napisała pisma, zaklepała.
Wyrwie jej to kilka dni z życiorysu i parę groszy z rusztowania. Co zrobić.
Niestety genialny nocny pociąg sypialny zlikwidowano, ale i tak nikt by Matki nie wpuścił do niego z rozpuszczalnikami. Do autobusu tym bardziej. Matka zarządziła więc przymusowe wspólne wakacje!
Jak się tłuc kawał drogi to razem!
Roboty na miejscu nie powinno być za dużo, za to jest co zwiedzać.
Noclegi załatwione.
Miejsce zjawiskowo piękne.
No chyba Matka dobrze wymyśliła, że zabiera wszystkich?
Zwłaszcza w sytuacji, kiedy inne wakacje się nie kroją…
Lato?
Zaduch,goraco i wysoko pod tym sklepieniem. A Matka do tego jeszcze retuszuje sloneczko. Coz,zawsze to jakas namiastka plazy…
Z pewną taka nieśmiałością…
Matka wróciła i powitała Maryśkę, która pojawiła się przed nią, prezentując nowe nabytki w postaci siniaków, zadrapań i innych śladów walki z przyrodą ożywioną tudzież nie.
Matka odruchowo pozwoliła sobie zajrzeć pod koszulinkę, bo do kompletu zawsze mogła dojść jakaś wysypka na brzuszku, ale nic takiego nie było. Pojawił się jednak jako news absolutny, ogromny bąbel po ukąszeniu komara, zaraz koło pępka.
-„Ooooooo!” – oburzyła się Matka – „Komar cię ugryzł w brzuszek? Jak on mógł?!!”
Potworek zajrzał z ogromnym zainteresowaniem pod bluzkę i dokonał fachowych oględzin uszkodzeń. Potem uznał za stosowne wyjaśnić Matce:
–„No komaji, Mamujku, to gjyzom djatego, zie som takie…”– tu Maryśka zawachlowała rzęsami –„…takie bajdzo NIEŚMIAŁE…”
Tak, tak, ma się rozumieć. Te bardziej śmiałe kradną całe autobusy pełne ludzi…
Klockiem go!
MiaUzon przyjechał dziś wkurzony do granic możliwości. Okazało się, że pojechał z nissanem na przegląd, niestety tak zwany duży, więc miał kosztować 800 zł. W sytuacji, kiedy Matka ma konto sprute do zera a MiaUżon korzysta z litościwie mu przysługującego debetu, bolesnym to doświadczeniem jest. A do tego Matkę czeka czynsz za Warszawę, zwrot kaucji dziewczynkom, dopłata do wylanej hektolitrami wody, rachunki tak zwane własne – no rozpacz!
Ale jak mus to mus – MiaUzon pojechał. Kiedy zaś wieczorem przybył do salonu po pracy, żeby odebrać samochód, czekał na niego także rachunek w wysokości 1300 zł…
Bo panowie uznali za stosowne wymienić za 300 złotych klocki hamulcowe i coś tam jeszcze. Klocki, które normalnie kosztują w sklepie 60 złotych a wymiana już nic, bo kolega to robi…
A MiaUżonowi Matka nie wie co się stało, bo miast zrobić awanturę dziką powiedział tylko, że nie ma tyle przy sobie. Nie ma tyle w ogóle!
I nie kazał tych klocków wywalić i wsadzić starych, które spokojnie jeszcze by wytrzymały. Dowiedział się za to, że pasek też jest do wymiany i panowie byli już tak mili, że w swej nieludzkiej dobroci zamówili. 100 złotych jeden.
Ten numer jednak nie przeszedł!
I MiaUzon przyjechał do domu struty, jak diabli. Przelew musi puścić. Pogoda go chyba przymuliła.
Bo Matka chrzani to, że więcej do tego salonu nie pojechaliby. Jest w drugim mieście inny.
I kazałaby te klocki wyrwać i w dupę panom wsadzić!
I zadzwoniłaby, gdzie trzeba – a teraz to już nic nikomu się nie udowodni!
No żeż jej tam nie było!
I Matka niniejszym przeprasza, że się wyraża, ale już nie może!
Uch!!!!!
Radar
Matka przegrzala dzis przez miasto 95km/h,bo z gorki bylo. A za zakretem stal pan z suszarka,ale nie zdazyl jej podniesc… Tylko pogrozil Matce:-)
Nocnie
Maryska śpi jak anioł. Jeśli się budzi w środku nocy, to zgrabnie pokonuje szczebelki łóżeczka, wywalając wczesniej poduszkę i kocyk, po czym taszczy wszystkie te klamoty do łóżka Matki i MiaUżona i pada. Pada raz nogami do góry, raz na dół, wsadza palce od nóg do nosa Matce, no Meksyk.
Ale generalnie nie można narzekać, bo nie robi tego, co Janeczka miała w zyczaju. Dźgała mianowicie nas kantami od książek z grubymi kartkami w oczy i mawiała:
-„No co wy? Śpicie, jak JA nie śpię?”
I zabawa była na całego…
Maryśka za to wygłasza czasem w nocy odezwy do narodu. Są krótkie, ale za to głośne.
Kilka dni temu obudziła na krzyk z sąsiedniego pokoju. Potworek nadawał.
MiaUzon siadł na łózku i nasłuchiwał.
-„Nie jusaj! Nie jusaj Janecce sosiku!!!”
-„Co się dzieje?” – wymamrotała zaspana Matka
-„Niiiic” – MiaUżon padł na łóżku – „Nie pozwala mi jak zwykle wypić winegreta po sałacie…”
A dodać trzeba, że MiaUżon nigdy nie ma na ten sos ochoty, za to Janeczka wyjada sałatę, po czym go wypija. Ale wystarczy, że ojciec zażartuje, a już Maryśka broni Janeczki jak lew. Sosik jest Potworowy i koniec!
Pewnie dlatego, że sama też go nie pije…
Ale za to Potworek nawet w nocy czujnym jest!
Niespodzianka
Matka dostała znienacka na rusztowaniu telefon z najlepszego ogólniaka w mieście. Dostała cztery godziny koła plastycznego do poprowadzenia od września. Niby niewiele, ale już coś. gdyby jej się udało jeszcze te sześć godzin w innym ogólniaku a musi się udać, żeby godzin starczyło, to byłoby cudnie. Ale zobaczymy, zobaczymy…
Póki co miły środek dnia.
Szaszłyki z wody
MiaUżon wystawił Potworom wczoraj czadowy basen. Jak zwykle musiały poczekać, aż woda sie dobrze na słońcu nagrzeje, ale zabawa była przednia.
Dziś za to od rana było słońce a potem przyszły chmury, popadało i przestało. Basen stał sobie spokojnie od wczoraj, więc woda była cieplutka, że ho, ho. Z niewiadomych jednak względów Janeczce temperatura wody zupełnie nie odpowiadała.
-„Zimna!!! Zimna jak smok!” – wstrząsnęła się wsadziwszy czubek palca od nogi do wody.
-„Mama, Janecka mówi, zie zimna!” – zawtórowała Maryśka
-„Jaka znowu zimna?!” – wkurzył się MiaUżon, bo dziewczyny od rana były miaukliwe i basen dawał nadzieję na spokojne wypicie kawy.
MiaUzon zataszczył swe ciało w pobliże basenu i zamieszał ręką w wodzie.
-„No ciepła, jak zupa. A jak nie chcecie to proszę bardzo, wylewam!”
-„Nie, nie” – wystraszyła się Janeczka – „To ja już wchodzę” – i weszła do wody bez entuzjazmu.
Potworek wskoczył za nią.
Przez chwilę panowała błoga cisza. Matka poszła do kuchni pochować pobojowisko po robieniu grillowanych szaszłyków, które zostały zjedzone jednym błyskiem. MiaUżon trwał dzielnie na posterunku, czyli wystawiał skórę na działanie promieni słonecznych.
Po chwili Matka wyszła na taras, zaś MiaUżon poczuł nagłą a nieodpartą potrzebę uzupełnienia stanu kofeiny w organiźmie, więc wstawił czajnik.
Janeczka wylazła z basenu i stała owinięta w ręcznik.
-„Maryśka mnie leje wodą!” – doniosła, aż zadymiło.
Matka przyjrzała się bacznie obu Potworom i doszła do wniosku, że coś jest nie tak w opowieści Janeczki, skoro Maryśka ma łeb mokry, aż kapie a Janeczka suchuteńki jak pieprz. Nieważne.
-„Wracasz jeszcze do basenu?” – zapytała z przeczuciem, że wizja spokojnego wypicia kawy odeszła w niebyt.
-„Nieeeeeee. To znaczy nie teraz” – dodała szybko widząc zabijający wzrok Matki – „A zobacz, Maryśka pije wodę z basenu!!!” – zmieniła natychmiast temat.
–„Piję, aje zajaz wypjuwam!!!” – oburzył się Potworek.
MiaUżon nadciągnął z kawą, położył podkładeczki na nowiutkim stoliczku kawowym i juz, już z Matka opadali na fotele, kiedy z basenu doszło podejrzane pokasływanie.
MiaUżon podążył za głosem i skomentował to jednym słowem:
-„@%$#@$!!!”
-„A co tam?” – zainteresowała się Matka
–„Zakstusijam siem! – doniosła Maryśka dumna z nowego słowa.
-„A szaszłyki pływają w basenie!” – dokończył MiaUżon i wystawił Potworka na trawę sam udając się po wiadro.
Kawa miał zimną, ale za to mamy najbardziej podlaną trawę na całym osiedlu…