Maryśka przybiegła w piżamce dziś raniutko do MiaUżona, który mył się w łazience. Wdrapała mu się na ręce, przytuliła mocno i zawołała:
–„Tatujku! Ty nie mas pojincia co mi siem dzisiaj śniło!!!”
-„Nie mam pojęcia” – MiaUżon podniósł ramiona do góry w międzynarodowym geście niewiedzenia – „Ale może mi powiesz?”
Potworek zrobił groźną minę:
–„Snił mi siem okjopny potfój!!!
-„Ojeeeeeej” – zatroskał się MiaUżon – „To na pewno się strasznie bałaś?”
Maryśka spojrzała na ojca z bezgranicznym zdumieniem.
–„Ja siem bajam potfoja? NO COŚ TY?
No właśnie.
Coś ty, MiaUżon?
Maryśka miałaby sie bać potwora?
Przecież każdy potwór to dla niej jak rodzina…
Zaświadczenie
Matka nic tylko ostatnio jęczy.
Ale przecież jak się sprzysięgnie, to do obrzydliwości!
Matka, która od poniedziałku zaczyna wisieć na rusztowaniu, postanowiła pozałatwiać wszystko, co się da. Najpierw to, że skończyła swoją weekendową szkołę i ma prawo nauczania w szkole. Egzamin zdała, prace wszelkie w terminie oddała, żadnej godziny zajęć nie opuściła. Kujon po prostu!
Zadzwoniła rano i umówiła się na odbiór eleganckiego zaświadczenia, czyli bumagi, albo papieru, jak kto woli. Pojawiła się w instytucji przed trzecią, ładnie przedstawiła a panienka na to:
-„Ale ja nie mogę pani wypisać tego zaświadczenia!”
Matka z lekka osłupiała.
-„Aaaaa ale dlaczego?” – zapytała, no bo o co miała zapytać?
-„A bo nie możemy znaleźć pani karty zaliczeń!”
-„Przecież ja oddałam, razem z kartami innych osób!” – Matka próbowała się tłumaczyć, jak głupia
-„Ja panią rozumiem, ale nam ZGINĘŁO!”
Zginęło. Rozpłynęło się w niebycie. Użyto tego jako papieru toaletowego? Serwetki? Rozpałki do grilla?
-„A przepraszam – i teraz co?” – zaatakowała Matka
-„Będziemy szukać. Ale dopiero we wtorek. Albo później” – panienka wyraźnie się nie przejęła – „Zadzwonimy do pani”
-„No to ja chociaż sobie spojrzę, jak wypadł mi ten egzamin!” – Matka zapuściła żurawia w kartkę, na której wypisano osiągnięcia całej grupy.
I zobaczyła, że wypadła najlepiej, przerwa, potem niżej jej koleżanka, a potem długo, długo nikt, i cały peleton.
A tu miast nagrody taki kwiatek…
Rozdział zamknięty prawie
Matka wróciła.
Przeżyła. Nie pozwoliła sobie na dyskusje.
Nie oddała kaucji, bo nie uważała za stosowne rozliczać się na kolanie. Poza tym z Matki jest stary wróbel i nie da się nabrać!
Kaucję rozlicza się po spłynięciu ostatnich rachunków dotyczących okresu najmu. Okres ten skończył się wczoraj i Matka już więcej nie uwierzy na słowo,, że za telefon to na pewno nie przyjdzie nic. Nic z tego!
Pan szedł w zaparte, że kaucja natychmiast i w ogóle a Matka powiedziała na to krótko:
-„Nie!”
-„A dlaczego?” – zaperzył się pan.
-„A dlatego, że w umowie jest jasno zapisane co, gdzie i kiedy i to nie mój wymysł, tylko ogólnie przyjęte prawo lokalowe” – ucięła Matka, choć nie była pewna, czy używa właściwych słów, ale życie nauczyło już ją niejeden raz, że z panem się nie dyskutuje.
A kiedy pan z panienkami opuścił mieszkanie na zawsze, Matka zakasała rękawy i zabrała się za sprzatanie tego „zostawionego w czystości mieszkania”. Bo w łazience rosło wszystko na czarno i Matka nie weszłaby do tej wanny za żadne pieniądze. Ale widać na medycynie panienek nie nauczyli, że grzyby produkują toksyny. A może Matka hodowlę penicyliny zabiła??? Ale wydaje jej się, że specyfiku nie robi się z tego gatunku i w tych warunkach… I kamień na wannie do życia grzybów nie jest do końca potrzebny…
A potem pojawił się pan do zepsutej pralki. Pana Matka bardzo lubi. Jest starszy i bardzo miły. Dziewczynki nie uzywały pralki dwa miesiące, bo leciała. Woda się lała spod szafek w kuchni, ale dziewczyny trzy razy zaryzykowały pranie, no bo może przestanie lecieć?
Matka więc w stresie, bo pewnie pralka ma dziurę a wtedy to już koniec, trzeba kupić kolejną. Ale pan pralkę włączył – nic. Wysunął na środek kuchni, po czym, jak z Matką zajrzeli na to, co pod pralkę dziewczynki pozamiatały w ciągu roku to oboje zrobili:
-„Bueeeeee….”
Matka rzuciła się ze ścierką, potem gąbką, następnie szczotką – nie dało się. Ale Matka jak to Matka – konserwator zawsze chodzi z niezbędnymi narzędziami kobiecymi – wyciągnęła szpachlę i zeskrobała to, co dziewczynki jadły przez rok.
A potem co zaglądała gdzieś i szorowała to dalej z panem razem robili:
-„Bueeeeeeeeeeeee…”
A pralka chodzi jak złoto. Kiedy po raz kolejny wylewała wodę do kanalizacji, Matka otworzyła szafkę pod zlewem, gdzie wąż od pralki wchodzi do syfonu. A tam się leje!!!
Tam się leje pod szafki, bo rura zapchana jest farfoclami z prania! I nic do kanalizacji nie wchodzi!
A panienki wpompowały Matce w kuchnię trzy całe pralki wody z wszystkimi płukaniami. To się nazywa odporność!
A czemu woda im leciała z rdzą?
No bo kuchenka Matce przredzewiała od spodu. Która wytrzymałaby tyle wody z proszkiem?
Nie pytajcie, jak wyglądają szafki…
Nie pytajcie, czy Matka teraz przypadkiem nie wydzwania po gazowniach, elektrowniach i innych, bo znalazła niepopłacone rachunki powciskane w kuchenne kąty…
Nie pytajcie, czy działa telefon. Może i linia działa, ale gniazdka sa powyrywane a może i aparat popsuty. Matka znalazła go w szafie na samej górze, przykryty zasłonką.
Nie pytajcie dlaczego jest jedna część firanki a druga zniknęła przez rok.
Nie pytajcie co można robić z kranem przez rok, żeby woda się lała wszelkimi otworami, wąż był połamany w kilku miejscach, a baterii brakowało kilku części.
Nie pytajcie, bo Matka nie wie.
Nie wie, jak można robić taki chlew.
I mówić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i ta kaucja to zaraz, już, przecież bankomat jest za rogiem!
Ale cóż – Matka kupi baterię za własne. Zapłaciła panu od pralki za niepotrzebną fatygę słono, ale cieszy się, że to tylko to. Pewnie będzie musiała nabyć jakiś telefonik zwyczajny. Nic to!
Za faktury pana wynajmowacza skasuje wraz z należnymi odsetkami, jakie firmy jej naliczą.
A resztę odpuści, bo się brzydzi.
Pana.
A mieszkanie wysprzatątała i spojrzała na nie z przyjemnością kiedy wychodziła.
Taka już ta Matka jest i się nie zmieni.
Ale przynajmniej może rano spojrzeć do lustra…
Dezynfekcyjnie
Jutro Matka gna znów raniutko do stolicy, żeby odebrać mieszkanie. Oznacza to nie mniej, ni więcej konieczność spotkania ulubionego pana – tatusia jednej z dziewczynek.
Matka to już nie wie – czy sobie golnąć przed, w trakcie czy po. Wyjdzie na to, że wcale, bo raz, że samochodem Matka będzie, dwa – pan z pewnością wystarczająco podniesie Matce ciśnienie.
Będzie chciał rozliczenia z kaucji a to niemożliwe. Bo rachunek za telefon przyjdzie dopiero za parę tygodni. Bo stan wody trzeba podać i na pewno dziewczynki znów nabiły go za sumę czterocyfrową…
Ale do pana to nie dociera, bo pan kończył szkołę w czasach, kiedy zadaniem każdego nauczyciela nie było wbicie do głowy ucznia czytania ze zrozumieniem – jak teraz. I pan widzi, ale nie rozumie. Albo w ogóle nie czyta. I nie wie, że jak najem, to obowiązują ogólnie przyjęte zasady tego najmu. A jemu się wydaje, że Matka cały czas cos mu wymyśla podstępem…
Ale jak już Matka zamknie za panem drzwi, jak weźmie tego Domestosa, co go nabyła w każdej postaci i w przemysłowych ilościach, rękawiczki włoży, obleci całą chałupę z góry do dołu, to chyba wykurzy duch pana też.
Bo Domestos bierze wszystko.
Z głupotą włącznie.
Matka da radę!
A jak nie da, to na pana Domestos w spray’u też ma. Zastosuje miejscowo.
I już!
Etykieta
Do dziewczynek przychodzi ostatnio Babcia. Nie to zdrowie, nie ta cierpliwość, nie te wreszcie czasy.
Babcia od rana więc walczy a potem pada. Matka próbowała Babcię przekonywać, że na pewne rzeczy można spokojnie machnąć ręką, ale gdzie tam. Matka się wtedy denerwuje, Babcia też – i po co? Jak dwadzieścia stopni na dworze, to bluzeczka musi mieć rękawek. Taki równy z ramieniem to za mało. Co z tego, że z Janeczki cieknie pot, bo jest gorącą dziewczyną. Rękawek być musi i już! Bo kiedyś tak było.
Teraz już Matka od razu spływa do pracy i udaje, że na strych takie rzeczy nie docierają. Babcia spełnia swoją dziejową misję i choć nic nie wskóra, to przynajmniej sobie z Potworami porozmawia.
Wczoraj jednak przy obiedzie Babcia wytoczyła znów armatę. Bo z Maryśką to jest tak – raz jej się wydaje, że jest malutka i trzeba na krzesełku położyć dwie poduchy pod dupinę. Słusznie zresztą, bo inaczej ma zupę na wysokości dziurek od nosa. Dla wrażeń zapachowych idealnie, ale pod warunkiem, ze zupa jest zimna. A Matka zupy zimnej nie uznaje. Jak już w ogóle ją robi…
Jak się Maryśce znudzi, to poduchy wyrzuca i kilka dni pod rząd na krzesełku klęczy. Matka podziwia Potworka, bo krzesełka są z Radomska, czyli gięte, z takim żółtym przeplecionym czymś. Potem Maryśka ma na kolankach dziurki prze pół dnia, ale zupełnie jej to nie przeszkadza. Jak nie przeszkadza to i Matka z tym nie walczy, szkoda czasu i nerwów. W końcu minie, choćby przez to, że Maryska urośnie.
Najważniejsze jest to, że dobrych obyczajów za bardzo to nie burzy, w towarzystwie Potworek jednakowoż siada na poduszkach i nie protestuje, je zawsze widelcem lub łyżką i trzyma je tak, jak należy. I zjada wszystko, bez szemrania. Tylko karmić! A własciwie podawać talerz, bo karmić to już dawno nie trzeba.
Matka już wraca do wczorajszego dnia…
Kiedy wszyscy zasiedli do obiadu, Maryśka, bawiąca się do tej pory w piaskownicy umyła rączki i postanowiła porzucić poduszki, klęczenie i krzesło w ogóle. Stanęła za stołem i poczęła zajadać, choć Matka widziała, że morduje się dziecko okrutnie. Zza blatu widać było tylko oczy, ale o dziwo jadła, nie brudziła siebie i podłogi, więc Matka machnęła ręką, kiedy kilka razy bezskutecznie spróbowała namówić Potworka na krzesło.
Niestety Babcia tego to już przeżyć nie mogła.
-„Nie je się na stojąco!!!” – upomniała Maryśkę
–„Je!” – odparł Potworek zgodnie z prawdą, bo w końcu doświadczał tego na własnej skórze.
-„Ale tak nie można!” – Babcia znów.
–„Mozna, mozna” – uspokoił Potworek Babcię.
-„Jak się je na stojąco, to wszystko w nóżki wchodzi!!!” – Babcia strzeliła z najcięższego kalibru.
Maryśka przerwała jedzenie. Z niepokojem spojrzała pod stół na swoje nogi i natychmiast się rozpromieniła:
–„Nie śkodzi! Ja mam dziś kjótkie spodenki, to mi zajaz wypadnie!!!”
Komarnica
Maryśkę od dawna fascynują komarnice. Matka wbiła jej do głowy, że choć duże, to jednak niegryzące są i poza terkotem skrzydełek i masowym zdychaniem na wszelkich półkach i półpiętrach, szkody żadnej nie robią. Przynajmniej Matce tak się wydaje, bo entomologiem nie jest.
A fruwają, fruwają w tym roku jak najęte. Komary i meszki przetrzebiono ostro na skutek kilku oprysków terenów tak zwanych zielonych, ale najwyraźniej komarnice ocalały, bo są wyżej skanalizowane. To, co u meszki na wysokości pyska, u komarnicy kostek nawet nie sięga. Nieważne.
Dość, że komarnic w domu fruwa cała masa o czym Maryśka Matce donosi.
Wczoraj Matka siedząc na tarasie słyszała głuchy tętent, dochodzący z pierwszego piętra z pokoju Maryśki. Potworek przemieszczał się z łoskotem i Matka starała się domyślić, co też robi. Dopóki nie zapada głucha cisza można domniemywać, że wszystko jest w najzupełniejszym porządku i nie będzie pomalowanych ścian ani ekslibrisów niewiadomego pochodzenia w książkach.
Po jakimś czasie Maryska powinna jednak się zmęczyć, albo zmienić formę zabawy a tu nic. Jak łomotało, tak łomotało.
Po chwili Matka usłyszała jednak, jak Potworek zbiega po schodach. Wpadł na taras z buzią w lekka podkówkę.
-„Co się stało?” – przeraziła się Matka
–„Nic! – wybuchnął rozżalony Potworek –„Tam byja taka slićna komajnica i ja tyjko za niom biegajam i mówijam – CHODŹ, DAM CI BUZIACZKA, a ona mi odfjuneja i nie chciaja!!!”
No i co Matka miała powiedzieć?
Bezczelność i podłość owada przeszła wszelkie granice!
Reklama – bądź kobietą!!!
Matka przeleciała wzrokiem tytuły czasopism w kiosku. Zajęło jej to dobre kilka minut, bo kioskarka mocno je rozstrzeliła. Dzięki temu jednak, poza tytułami Matka miała okazję zapoznać się w locie z okładkami. Jedna z nich krzyczała wielkimi, jaskrawymi literami:
„579 rzeczy, które MUSISZ mieć!!!”
Matka na szczęście nie musi, bo to nie jest gazeta dla pań. Podejrzewa jednak, że w babskich gazetach tym bardziej są rzeczy, bez których współczesna kobieta absolutnie, ale to absolutnie się nie obejdzie!
A potem z szaf się wysypuje, w łazience przewraca…
Krem na rano, krem na wieczór. Z filterm, bez filtra. Podbarwiony, hypoalergiczny. Poniżej dwudziestki, powyżej pięcdziesiątki.
Nie masz pięćdziesiątki? A te kurze łapki? Dopisz sobie lata!
MUSISZ GO MIEĆ!!!
Balsam przed opalaniem, w trakcie, przyspieszający, przeciwdziałający.
Żel ujędrniający, wyszczuplający, przeciwgrzybiczy.
Soczewki na dzień, miesiąc, kwartał, rok. Z kolorem, bez koloru.
MUSISZ JE MIEĆ!!!
Maść przeciw hemoroidom. Nie masz???
MUSISZ JE MIEĆ!!!
Na naczynka, na pryszcze, na zmarszczki, na worki.
Nie da się bez nich żyć!!!
I wala się to rok, dwa, trzy.
A potem wysypka, bo przterminowane, wysypka, bo z konserwantami, wysypka, bo za dużo!
Nie szkodzi – bez recepty kupisz maść na pryszcze takie, śmakie i owakie!
Używaj śmiało mydła przeciwbakteryjnego!
Jak ci wyrosną grzyby, to jest wiele specyfików, które leczą w miesiąc, tydzień, błyskiem!
Machniesz sobie rzęsy osiem razy grubsze, siedem razy bardziej podkręcone, sześć razy zalotniejsze i pięć razy czarniejsze. Wieczorem będziesz mogła je sobie odłamać i następnego dnia nie ma kłopotu. I rzęs.
I nie zapomnij wymyć sobie włosów szamponem, który zatrzymuje kolor, nadaje kolor, wygładza, zakręca, stroszy, podnosi i odłupieża!
Żeby nadążyć między balejażami, trwałymi, żelazkowaniem i farbowaniem całkowitym.
Bo inaczej będziesz nieszczęśliwa, poniżona, niemodna i w ogóle.
NIE BĘDZIESZ KOBIETĄ!!!
Matce to się marzy krem na porost rozumu.
Dla tych co w gazetach piszą, kosmetyki robią, magazyny czytają i kupują.
To nierealne.
Świat by zbankrutował…
Bo wszystko musisz mieć!
Z akompaniamentem
Matka stanęła przed koniecznością kupienia Maryśce sandałków, najlepiej takich pancernych, klapkowatych, plastikowych od stóp do głów i na okragło. Rzecz w tym, żeby Maryśka miała w czym chodzić, kiedy wystawi swoje szanowne ustopienie z basenu. W przeciwnym bowiem razie Matka ma w domu błoto wymieszane ze strzępami trawy, która zdążyła wysypać się ze szpar międzypaluszkowych Potworka. Inaczej mówiąc jest Sajgon, albo bajka – jak kto woli. Dla Matki jeden grzyb, bo naświnione jest wtedy do niemożliwości i można do tego wybić sobie na rozlanej wodzie ząb, albo i cały komplet. Zębów.
Ponieważ rzucili w któryms hipermarkecie takowe klapeczki i sandałki, więc Matka podążyła tam galopkiem, zaopatrzona w patyczek. Okazało się, że klapki nie pasują rozmiarowo, ale sandałki owszem. Biała podeszwa i oszałamiająco jasnozielona góra z kotkiem. Taka czadowa, jak i basen. Za całe pięć złotych.
Matka bardzo z siebie dumna, że zdołała wypełnić dziejową misję, przywiozła sandałki do domu. Wyciągnęła je z siatki i zaprezentowała niani.
-„O, jakie fajne!”- ucieszyła się niania – „To takie piszczące?”
Matka nie kupiłaby żadnych piszczących. Już jedne takie były w domu i szczęśliwie się przebiły po pewnym czasie, czyli zamilkły.
-„Żadne tam piszczące!!!” – zawołała radośnie Matka i na dowód nacisnęła z całej siły podeszwę.
–„PIIIIIIIIIIIIIIIII!!!!!” – odezwał się dziarsko but.
Matka padła. No żeż cholera jedna, w sklepie nie piszczała!!!
Maryśka oszalała z radości. Matka siedziała cały wieczór w serwetkami w uszach. Nie pomagało.
Potworek robił wszystko, żeby wydobyć z butów jak najwięcej dżwięków…
MiaUżon po powrocie zupełnie nie zrozumiał Matki. Coś piszczy? No to co?
Dopiero kiedy w sobotę Polska zagrała w siatkówkę z kimśtam i MiaUżonowi od piszczenia myliły się cyferki, no bo komentatora już w ogóle nie słyszał, to na sandałki przyszedł kres.
Matka zdarła je Potworkowi z nóg i już, już miała w nie dźgnąć nożem, kiedy dojrzała maleńkie ustrojstwa na pięcie. Wydłubała z trudem, dmuchnęła – piszczały!
I tak to Potworek ma na sandałkowych piętkach dziurki a my odzyskaliśmy słuch.
A ustrojstwa leżą w wiadomym miejscu – powinny się doskonale sprawdzić jako odstraszacz dzikich kotów, niech no tylko Matka wymyśli resztę urządzenia…
Bez paska
Matka przez ten nieszczęsny i chybiony wyjazd do stolicy nie była na pierwszym zakończeniu roku u Janeczki. Całą droge pluła sobie w droge, ze szczególnym naciskiem na powrotną, kiedy już wiedziałą, że przejechała się po nic.
Janeczka tymczasem deklamowała wiersz, trzymając w rękach lokomotywę, namalowaną przez Matkę. MiaUżon doniósł wprawdzie, że było wspaniale, ale niewielka to dla Matki pociecha.
Matka pękała jednak z ciekawości, jak też wyglądają dzisiejsze świadectwa. Okazało się, że są duże, jak w latach pięćdziesiątych. Ocena z tyłu wyrazona jest nie w stopniach (z wyjątkiem religii), ale opisowa. No i były same ochy i achy. Fantastycznie, cudownie i genialnie.
Matka zapytała się więc MiaUżona, jaką nagrodę Janeczka dostała.
– „Nie dostała!” – odrzekł MiaUżon krótko -„Nikt nie dostał!”
Matka oniemiała.
-„Jak to? Nie dostali jakiejś książeczki?”
-„Nic!”
No Matka rozumie. Ocena opisowa jest trudnomierzalna. Ale nauczyciel przecież wie, kto jest piątkowy, kto czwórkowy, kto jeszcze inny. I potrafi chyba zakwalifikować jakieś dzieci do nagród.
A może Matka kompletnie wypadła z obiegu i teraz już nikomu się książek nie daje? Czy tylko w klasach 1-3?
A może można by dać każdemu jakąś cieniutką książeczkę na wakacje. Taką za złotówkę, z Taniej Książki?
A może to zależy wyłącznie od funduszy szkoły, Rady Rodziców czy innej BardzoWażnejOsoby?
No Matka nie wie. I w głowie jej się nie może coś takiego pomieścić.
Cała Polska czyta dzieciom…
Odstresować się
Matka wróciła ze stolicy. Wpadła tam pokazać jednemu panu, zainteresowanemu wynajmem, mieszkanie. Taki tam znajomy znajomego, na stanowisku, z pozycją, szkoda gadać.
Matka przez drogę dowiedziała się różnych ciekawych rzeczy. Na przykład warto jest na poczatku maja pojeździć sobie na lodowcu w Austrii. Tak przez tydzień, starczy to w zupełności, żeby się odstresować.
A w samochodzie to najlepsza jest taka klima, którą osobno sie reguluje dla kierowcy i osobno dla pasażera. Inna to badziewie ostatnie.
A jeśli wypadzik na weekend to wyłacznie Gołębiewski. All included i wtedy za saunę nie trzeba płacić, ani za basen. Takie wypadziki to pan poleca w każdy weekendzik. Dwa dni i po stresie.
-„I koniecznie wódeczka. Taka za 219 zł w… . Akurat na wieczór, tak bez okazji.” – i tu padła nazwa sklepu.
A syn się udał. Świetnie się uczy i znakomicie sam odstresowuje – chadza albo do sklepu Tratata po gustowne koszulki, albo do Trutututu po wodę toaletową Boss. Ma już wszystkie odmiany. Bossa, nie koszulek.
-„Mieszkanie fajne, tylko pani strasznie drogo chce!” – powiedział pan na cenę, której Matka nie zmieniała od sześciu lat, podczas gdy czynsz wzrósł trzykrotnie. Matka z tej ceny opłaca wspomniany czynsz do spółdzielni i podatek, po czym nie starcza już zupełnie jej na ZUS.
I usłyszała propozycję niższą o 40%. Tak coś okropnie syczało w samochodzie, że poprosiła o powtórzenie. Pan puknął w kieszeń spodni i syczenie na chwilę ustało. Powtórzył cenę i zaczęło syczeć znów. I wiło się.
Matka wróciła do domu i postanowiła zapisać dzień jako stratę.
A potem przypomniała sobie, że nie wyjedzie w tym roku na wakacje, bo zupełnie nie ma za co. Trudno.
I wyciagnęła z lodówki lodowato zimne ciemne piwo, siadła na tarasie, posłuchała żab, które rechotały tysiącami w rzece oddalonej o kilkaset metrów i pomyślała sobie, że jest bardzo szczęśliwa, ponieważ zupełnie nie MUSI się odstresowywać w żaden podany wyżej sposób…