Zające

Matka była niedawno z MiaUżonem na występie w świetlicy. Znaczy się Matka się nie udzielała, chyba, że noc wcześniej w kwestii uszu dla zająca.

Na uroczystość zaproszono rodziców, bowiem świętowano w ten sposób i Dzień Matki i Ojca.

Sztuka nosiła tytuł „Kot w butach” i nie zdziwiło to Matki specjalnie po pierwsze ze względu na uszy, a po drugie z powodu nagrywania dla pani kasety z bajką.

Występowały głównie dzieci ze starszych klas, ale trafiło się coś i dla Janeczki! No zdziwicie się, jak Matka napisze, że to była partia zająca. Znaczy się zając nie zakładał żadnej partii, choć to ostatnio modne. NIE wśród zajęcy co prawda, ale innych zwierząt, ale zawsze…

Matka ujrzała więc Janeczkę siedząca za krzakiem wraz z koleżanką. Potwór odziany był w szare ubranko i takąż szara opaskę z uszami. Koleżanka za to miała cały zajęczy strój, że tylko oczy było jej widać, do tego pluszowy. Ładny, Matka z ręką na sercu przyznaje, ale upał panował nieznośny i biedna dziewczynka topiła się w środku.

Zające czekały niecierpliwie na swoją kwestię, a była ona króciótka. Janeczka nie mogła tego przeboleć.

-„Mamo, my śpiewamy tylko jedną zwrotkę!” – jęczała całe dnie.

Co Matka miała zrobić? W końcu do świetlicy chodzą też starsze dzieci i one dostały co lepsze kawałki. Matka nie może powiedzieć – partia kota i jego przyjaciela była bardzo długa i trudna. Za to dzieci wywiązywały się z tego kapitalnie!

najgorsze dopiero miało nastapić. Nadjechała mianowicie królewna w długiej, falbaniastej i okrutnie RÓŻOWEJ sukni, i zaspiewała kilkuzwrotkową piosenkę głosem młodego Fogga skrzyżowanego z Amandą Lear. Wszyscy rodzice z wyjątkiem jednej pary, pospadali z krzeseł z wrażenia i poczęli gwałtownie szukać na podłodze długopisów.

Matka miała wtedy okazję przyjrzeć się dokładnie Janeczce, która patrzyła na koleżankę wzrokiem pełnym uwielbienia i nieskrywanej zazdrości. Ta suknia, te włosy, to wibrato…

I kiedy przyszła partia zajączków, Potwór wyciągnął na scenę koleżankę i zaśpiewały tę jedną zwrotkę:


„My jesteśmy zajączki dwa!

Nie boimy się nawet lwa!

Niestraszny nam nawet pies,

Bo zając – odważny jest!!!”



Pluszowa koleżanka usiłowała zgodnie z planem hycnąć następnie pod krzak, ale Potwór wykonał rzut na taśmę! Rozejrzał się szybko, kto mu zagraża, nadepnął na zwały walającego się po podłodze pluszu z nogawek koleżanki i dawaj z kamienną twarzą śpiewać jeszcze raz zwrotkę!

Pluszową zatkało z wrażenia, ale dzielnie dokończyła ostatnią linijkę, po czym Janeczka, nie puszczając nogi, spokojnie zaatakowała zwrotkę po raz trzeci i w huku oklasków zeszła ze sceny!

Nikt w końcu nie będzie limitował czasu gwieździe…

Ojcom

Matka boi się ostatnio włączać radio. Bo czy stacja porządniejsza, czy bardziej komercyjna, to słyszy ciągle rozanielony męski głos, który mówi, że tak kocha swojego tatusia, że z okazji Dnia Ojca podaruje mu … i tu pada nazwa jakiegoś toniku, kropelek czy innego płynu o cudownych właściwościach, dzięki którym serce tatusia będzie jak nowe.

Jeśli kochasz tausia – kup mu natychmiast tratatata!

Wcześniej głos damski przez ponad miesiąc katował podobną reklamę z okazji Dnia Matki.

Tu nie chodzi o to, ile kosztuje ów specyfik. Tu ktoś zapomniał, że z Okazji Dnia Ojca czy Matki wręcza się kwiaty! No, dzieci mogą zrobić piękną laurkę.

A tymczasem Winnetou, tu się poza twoimi plecami robi jakiś biznes…


I Matka biegnie teraz obskoczyć ojców.

Czyli ojca rodzonego, teścia i chrzestnego.

Jeden, dwa, trzy…

Trzy lampki musi kupić.

I kwiatki.

Wielkość 11

Matka miała napisać o Maryśce, więc proszę bardzo. A zaczęła rano o Janeczce nie bez kozery – Powór bowiem, awanturując się o ubranie, obudził Maryśkę, dla której 7.00 jest środkiem nocy…

Kiedy więc towarzystwo zostało nakarmione i wypchnięte za drzwi, Matka z Potworkiem poszły do łazienki. Matka skończyła się myć i właśnie zaczęła się zastanawiać w co by ubrać dziecię, kiedy zobaczyła w lustrze, że oto stoi ono za nią. Stoi ubrane! Czyste majtki, koszulka, bluza i legginsy. Pozostało wsadzić na nóżki skarpetki i buciki.

Matka osłupiała.

-„Jejku!” – zawołała – „Jaka z ciebie mała, dzielna dziewczynka!”

Maryśka o dziwo nadęła się.

„Fcale ze nie!!!” – krzyknęła

-„Jak to? Nie jesteś dzielna?” – zdumiała się Matka. Może dziecko nie zrozumiało słowa?

„Dziejna to jestem! Aje nie jestem jus MAŁA!!!”– wzięła sie pod boki Maryśka i tupnęła nóżką.


Znów krótka piłka.

Z komplementami to jak ze szkłem…

Lokomotywa Forda

Janeczka od rana dziś nie w sosie. Poszło oczywiście o ubranie. Wczoraj zadecydowałyśmy mianowicie, że włoży dziś spódniczkę. Różową oczywiście. Tymczasem rano Matka wygląda a na dworze gęsto, siwo, kilkanaście stopni zaledwie i słabe perspektywy na więcej.

-„Wkładaj spodnie!” – zarządziła Matka – „Nie ma co! Na gołe nogi jest za zimno”

-„To daj mi rajstopy!” – wkurzyła się Janeczka

A Matka rajstop dla Potwora nie ma. To znaczy ma, nawet kilkanaście par, ale kiedy przyszło co do czego, to okazało się, że zrobiły się nagle za małe. Wakacje jako rajstopowe postanowiła odpuścić, ale na wszelki wypadek nabędzie Potworowi na piątkowe rozdanie świadectw jakieś białe, żeby nie było, że juz bieda całkowita.

-„Włożę te!” – tu Potwór zamachał różowymi rajstopami na ciężki mróz. Matka rozwinęła je, żeby nie było, że jest żyła ostatnia i zademonstrowała Janeczce długość. Rajstopy kończyły się za kolanem. Od której by strony nie przykładać…

Bo z Janeczka tak to juz jest. Nosi coś i nosi a tu nagle cyk! Rano okazuje się, że ubranie jest chyba Maryśki. Bo takie małe. Skokowo rośnie, czy co?

Janeczka po prostu rośnie jak euro. Skok w jedną albo skok w drugą. Przy czym z Potworem jest podobnie, jak z Fordem. Każdy skok jest dobry, byle był do góry. Eeeee, chyba Matka coś pokręciła…

Nie! Każdy kolor jest dobry pod warunkiem, że jest różowy!

Obrażona Janeczka poszła do szkoły w liliowych spodniach.

-„Aha, zapomniałam Ci powiedzieć! Pani pytała, czy mogłabyś na piątek namalować lokomotywę!” – rzuciła z satysfakcją i znikła.

Matka dobudziła się natychmiast i wypadła przed drzwi.

-„Jaka lokomotywę?!!”

-„Noooo, taką! Odtąd – dotąd!” – Janeczka pokazała kostki i ramiona i odjechali z MiaUżonem w siną dal.


A Matka teraz siedzi i nie wie w kogo ma strzelać. Bo odtąd – dotąd to ma być lokomotywa z wagonami czy bez? Wysokość czy długość? Jeśli długość to z wagonami czy bez?

No bajka.

Dobrze, że Matka ma te trzy pawie pióra z imprezy, to sobie wsadzi…

A w ogóle to Matka o Maryśce napisać chciała! I znów nie wyszło.

Przez te Matki dygresje to ciągle trzeba ją czytać i czytać! I zawsze nie na ten temat, co trzeba…

Upiór w basenie cz.2

Matka dokończy, co z basenem u Janeczki w przedszkolu było. Przed trzecimi zajęciami Matka nie zdążyła się bać, bo Potwór się rozchorował. Osłabł, dostał wypieków i zaległ na łózku. Matka rzuciła się z termometrem – 40 stopni!!!

Mowy nie było o przedszkolu. Temparatura utrzymywała się niemal dobę, żeby nagle a niespodziewanie opaść w piątek wieczorem. Matka czekała na wysypkę, która jednakowoż nie zaatakowała. W nastepny czwartek sytuacja się powtórzyła. Nie było mowy o symulowaniu – Potwór był chory, jak smok. Lekarka pozaglądała mu we wszelkie otwory w głowie – bez rezultatu.

-„Czekamy!” – orzekła.- ” Może się coś wykluje”.

Nie wykluwało się. Na trzeci tydzień – to samo!

Tymczasem Janeczka pomału puszczała farbę.

-„Bo wiesz?” – zaczęła kiedyś nieśmiało – „Na pierwszych zajęciach pani nie pozwoliła się nam pochlapać, tylko kazała biegać w wodzie tyłem, a potem powiedziała, że będzie test!”

-„Jaki test?” – Matka się bardzo zainteresowała. Może wyjdzie szydło z worka.

-„No taki test, czy się nadajemy na basen. Pani kazała wejść do wody i zanurzyć sie całkowicie, z głową. A ja się wystraszyłam, bo nie zatkałam nosa!!! I bolało mnie!”

I matka nic nie powiedziała. Ale szlag ją jasny trafił, tym bardziej, że zadzwoniła do koleżanki, która ma zajęcia na tym samym basenie.

-„Zgadza się” – koleżanka na to – „Robi sie taki test i odsiewa dzieci nienadające się”

-„Jak to – odsiewa się???” – Matce zaszły oczy ze złości- „Przecież chodzi chyba o to, żeby wszystkie dzieci oswoiły się z wodą a nie, żeby połowę zniechęcić i wystraszyć!”

-„No nie wiem” – odrzekła koleżanka -„nam sie wydaje, że to świetna metoda!”


Rewelacyjna! Janeczka nie zbliżyła się do wody przez ponad rok. Do tej pory o basenie się nie wspomina, bo jest płacz. Od września basen jest obowiązkowy…

Żadne – liczne- skargi rodziców nie skutkują. Chętnych jest tak wielu, że nikt sie skargami nie przejmuje. Nie ten, to inny!


A jak się skończyła kariera Janeczki na basenie przedszkolnym?

Bardzo prosto.

Janeczka dostała w czwarty piątek rano wysypki na nodze. Swędzącej okropnie i brzydkiej. Matka wystraszyła się, że Potwór złapał na basenie grzybicę. Kiedy następnego dnia bąbli przybyło, Matka udała się do lekarki, swojej znajomej.

Janeczka ściągnęła spodnie, lekarka spojrzała i zrobiła wielkie oczy.

-„Ojej!” – powiedziała -„Wiesz? To się u dzieci bardzo rzadko zdarza… A jak w przedszkolu? Nie choruje przypadkiem sporo dzieci na ospę wietrzną?”

-„Nieeee!” – odparła Matka zgodnie z prawdą. Wiadomości o chorobach roznosiły sie w przedszkolu lotem błyskawicy.

-„No właśnie” – zasępiła się lekarka -„Bo to jest bez cienia wątpliwości półpasiec. Potwierdźcie to jeszcze u zakaźnika. Mogą być powikłania, nie ma żartów.”

Matka potwierdziła. Janeczka dostała leki, skończyło się szczęśliwie, bez porażenia żadnego nerwu.

-„Pani doktor, skąd u dziecka półpasiec?” – spytała Matka zakaźniczkę

-„Rzadko, ale zdarza się. U dzieci, które przebyły wiatrówkę podczas zetknięcia się z dużą ilościa tego wirusa, kiedy jest wzrost zachorowań. Albo w przypadkach silnego stresu…”

Jaki tam stres u dziecka – pomyślała sobie Matka.

A potem w domu zastanowiła się nad podejrzaną czterdziestostopniową temperaturą, która pojawiała się na dzień przed basenem.

I nad zanurzaniem głowy pod wodą na pierwszych zajęciach.

Bo to takie ważne!

A wrzesień tuż, tuż…

Upiór w basenie cz.1

Matka szukając czegoś w pralni natknęła się na zapakowany komplecik – okularki do pływania wraz z czepkiem. Liliowym. No różowych wtedy nie było. Matka nabyła ów niezbędnik będąc przekonaną, że Janeczka wraz z klasą będzie miała obowiązkowy basen już w poczatkach edukacji, ale na szczęście nie. Zaczynają od września.

Matce już skóra cierpnie!

Zaczęło się od tego, że Potwór ukochał bardzo wszelkie zajęcia z wodą. Basen jeden, drugi, trzeci. Teraz ten zielonisty, „czadowy”. W międzyczasie aquapark w Popradzie i inne podobne. Wszędzie Janeczka szalała. Kółko do pływania, piłka, zarękawki – wszystko jedno. Matka była zachwycona. Janeczka nie bała się wody. Co tam zresztą – nie bała! Nie mogła się wody doczekać!

Kiedy więc w pięciolatkach Matka wyczytała, że przedszkole jest jednym z trzech w Matki metropolii, którym przysługuje bezpłatny basen dla dzieci raz w tygodniu, łącznie z dowozem, natychmiast zapisała Potwora, bo miejsc było tylko dziesięć. Udało się!

Janeczka z wypiekami na twarzy wybierała czepek. Matka równie wściekle różowego nie widziała!!! Wykonała Janeczce z przodu napis z imieniem, bo taki był wymóg, zapakowała plecak z wszelkimi niezbędnymi na basenie rzeczami, czyli ręcznikiem, klapkami (różowymi) i strojem kąpielowym (kto zgadnie, jaki kolor?) i czekała na efekty. Dziecię pół nocy nie spało z emocji!

Tymczasem Janeczka wróciła z przedszkola bez szczególnego entuzjazmu. Coś tam bąknęła, ale nie za wiele. Matka postanowiła nie naciskać zbytnio.

W kolejny piątek od rana Janeczka kręciła się nerwowo po domu.

-„A może ja bym dzisiaj wyjątkowo nie poszła na ten basen?” – spytała w końcu

-„A co się stało?” – zdumiała się Matka

-„Nie, no nic, zupełnie nic, tylko może ja nie pójdę?” – Potwór przbrał ton z lekka płaczliwy.

Matce natychmiast nastroszyły się wszelkie radary. Coś było nie tak!

-„Powiedz mi zaraz co się stało!”

Janeczka zacięła sie jednak i mowy nie było, żeby coś z niej wyciągnąć.

Kiedy jechały do przedszkola Potwór nie wytrzymał jednak i spytał:

-„Czy na tym basenie musi być tak głośno?”

-„Głośno?” – zdziwiła się Matka. Czyżby puszczali jakąś muzykę? – „A co jest tak głośno?”

-„No bo pani tak strasznie mocno gwiżdże gwizdkiem! Aż mnie uszy bolą! I jest echo!” – zajęczała Janeczka

-„No bo pewnie wy krzyczycie ile wlezie?” – Matka postanowiła się upewnić. Z tego co wiedziała, było tam około 50 dzieci z różnych przedszkoli i klas pierwszych.

-„Trochę krzyczymy… Ale pani gwiżdże za głośno!!!”

O rety…

I tego Matka pojąć za bardzo wtedy nie mogła. Bo Potwór, który sam produkował dowolne ilości hałasu nie znosił, kiedy robił to samo ktoś inny. Z tego samego powodu Matka nie chadza z Potworem na koncerty, bo Arka Noego przestała być interesująca już przy drugim utworze. Nawet Matka siedziała z zatkanymi uszami a naród masowo opuszczał halę sportową, bo dzieci płakały z bólu!

Matka postanowiła przeczekać ten basen. Wiedziała od innych rodziców, że dzieci są zachwycone. Ostatecznie Potworowi przedszkole też szybo przestało sie podobać i przez dwa tygodnie Matka z MiaUzonem przeżywali istny horror. Potem było już dobrze. Na płatne zajęcia na basenie nie było szans – miejsca już dawno zajęte. Potwór się garbił, pływanie byłoby świetne. Gdyby wypadła z kolejki, juz potem by sie w starszakach nie dostała.

Matka poszła w zaparte.

A co z tego wyszło, o tym c.d.

Gentelman

Maryśka wróciła z działki od mamy niani.

Na twarzy pełnia szczęścia i dwa centymetry brudu. Było tam wszystko – od rozgniecionych truskawek (okropnie trudno jeść garściami truskawki, bywa, że nie mieszczą się w małej buzi…), do piachu, żwirku i drobnych elementów roślinnych. Matka za bardzo wolała się nie przyglądać.

Wysypała tylko Potworkowi dwa kilo piasku z sandałów i zabrała do łazienki w celu przywrócenia dawnej świetności obliczu Maryśki.

-„No to opowiedz mamie, co robiłaś!” – zagaiła Matka.

Potworka nigdy nie trzeba długo namawiać, zwłaszcza, że dzień był pełen wrażeń.

„Wies?” – odpowiedział z przejęciem –„Bawijam się w piasku, ale nie sama!!!”

-„Nie sama?” – Matka powtórzyła jak papuga, bo odklejała źdźbła trawy z policzka Maryśki -” To z kim?”

„Nooooo, z KOJEGOM!!!”– odrzekł Potworek krótko. Przecież jasna sprawa.

-„A mieliście zabawki?” – zaciekawiła się Matka

„Tak, tak! Mój kubejek i gjabki. I józne fojemki.”

-„To kolega nic nie miał? Ale dawałaś mu swoje foremki do zabawy?”

-„No pefnie ze dawajam!!!” – Maryśka spojrzała na matkę z wyrzutem. Podejrzewać Potworka o nieuprzejmość i sknerstwo? Nigdy!!!

-„No to ja się bardzo cieszę, że ty jesteś taka grzeczna” – Matka wypięła pierś z dumy – „Kolega też był chyba zadowolony, że tak ładnie się dzielisz zabawkami?”

„Bajdzo! Bajdzo był zadowojony!” – zapewniła skwapliwie Maryśka i rozmarzyła się nagle:

„Taki był miły!” – zmrużyła oczka z lubości-” I pofiedział nawet do mnie…Ty STAJA BABOOOOO….”

Imprezowo

Matka miała weekend obfitujący w atrakcje. Uważa nawet, że trochę za bardzo i proporcja była niekorzystna.

Zaczął się mianowicie zjazd Matki szkoły. W sobotę najwięcej imprez, msza, akademia, spotkania w klasach i oczywiście wieczorem bal. Matka postawiła sobie za cel główny być na wszystkim, bo w końcu co pięć lat zjazdy są i nie ma co.

Niestety wisiał nad Matką końcowy egzamin w weekendowej szkole, który miał być o 12.00 i Matka nie za bardzo wiedziała, jak to rozgryźć. Nie naukowo, ale czasowo. Ponieważ zajęcia były swoją drogą, więc Matka postanowiła się na nich z rana pokazać, zwolnić, umówić i zniknąć na dwie godzinki.

Jeszcze nawet pani prowadzącej nie zaczęła wspominać o swoim chytrym planie, kiedy pojawił się pan kierownik i napomknął o teście, który napiszemy „koło” dwunastej.

-„Zaraz, zaraz!” – Matka natychmiast oprzytomniała – „Ale ja mam zjazd szkoły i chcę tu wrócić o 12.00. A tymczasem się okazuje, że może być po ptakach?”

Pan zastanowił się głęboko.

-„No!” – odpowiedział – „Właściwie to może być po ptakach! lepiej niech pani nie idzie!”

I Matka nie poszła. Bo przeciez zwariować można z takim kursem, za który się płaci a nie wiadomo, kiedy zaczyna się egzamin końcowy…

A egazmin był o 12.20. I połowa rzeczy, która na nim była stanowiła dla nas nowość absolutną. Nie, żeby z dydaktyki. Prawo oświatowe zakatowane, które to nauczyciel powinien umieć sobie odnaleźć w odpowiednich ustawach a nie wkuwac na pamięć. Ale może się Matka myli. Tylko, że wydaje jej się, że są rzeczy ważniejsze w pracy nauczyciela od funduszu socjalnego na przykład…

Tak, czy owak Matka napisała i nie wie jak. W środę się dowie.

A jak już napisała to poszła zaraz do szkoły, dostała gadżety – między innymi piękne kepi dawali, którego teraz już chyba się prawie nie używa, ale kiedyś to i owszem. I zajrzała do klasy, gdzie powinien być jej rocznik i powitała całe trzy osoby z sześciu klas, które uważały za stosowne przybyć na spotkanie.

Potem doszły jeszcze dwie, z których jedna była MiaUżonem i wspólnie doszliśmy do wniosku, że lepiej pooglądać w trzy osoby co się w szkole zmieniło, niż być w tłumie, który tak naprawdę nie chciał się spotkać.

A wieczorem Matka balowała i MiaUżon też, bo razem do klasy chodzili. I objadła się, jak dziki osioł, bo jedzenie było fantastyczne, i mimo sześciuset osób gorące było to, co miało być gorące, a zimne to, co miało być zimne.

A jak już skończyli o czwartej nad ranem, pozostawiając pół sali biesiadników, bo naród wytrwały był nadzwyczaj, to Matka wyciągnęła z wazonów trzy pawie pióra i wróciła z nimi do domu.

Podobno nieszczęście przynoszą?

Matka w zabobony nie wierzy.

E tam!

Pobudka!

Matka wyprawić dziś musiała Maryśkę do mamy niani, na działkę. W związku z tym nie odwoziła jej sama, bo działka jest niedaleko i rodzice niani przyjechali po Potworka sami.

Niestety ułatwienie to żadne, bo Maryśka jest trudnospruwalna z łózka. Kiedy wstaje sama, to wstaje. Najczęściej w sobotę i niedzielę ciężkim świtem… Ale kiedy człowiekowi zalezy, to nic z tego.

Matka opracowała więc strategię i przewidziała wszelkie warianty rozwoju sytuacji.

Kiedy wkroczyła rano, czyli parę minut po ósmej do sypialni, Maryska leżała i chrapała w najlepsze.

Matka odsłoniła wertikale. Nic. Światło wpadło do pokoju bez przeszkód – Potworek sztywny.

Matka pochrząkała, kaszlnęła i wydała z siebie jeszcze kilka innych sygnałów dźwiękowych paszczą. W łóżeczku cisza, aż dzwoniło.

Matka poszła więc do pokoju Janeczki, złożyła z hałasem jej łóżko, umyła głowę, zaszumiała suszarką – nic. No kompletnie NIC!!!

A tu czas leci i zaraz przyjedzie mama niani!

Należało w związku z tym przejść do ataku bezpośredniego.

-„Dzień dobry!” – zawołała Matka wesolutko.

„NIE!!!” – odrzekł Potworek nie otwierając ani jednego oka. Matka podejrzewa, że nawet się nie obudził. Generalnie w takich przypadkach Matka nie słyszy nic poza „nie”, podejrzewa więc, że to leci z automatycznej sekretarki…

-„Jaki mamy piękny dzieeeeń!” – Matka przerzuciła się na wariant mniej oficjalny a za to lekko pogodowy.

„NIE!!!

-„Zaraz przyjedzie ciocia samochoooodem!”

„NIE!!!” – Potworek dalej nie ruszał niczym poza ustami.

-„I pojedziesz na dziaaaaałkę!”

„NIE!!!”

-„I włożymy sukienkę!”

„NIE!!!”

-„A może weźmiesz foremki do piasku i wiaderko?”

Tu Potworek natychmiast otworzył oko i wstał.

„Fojemki??? I sama bendem niosła?

-„No pewnie, że sama będziesz niosła” – Matka ucieszyła się.

„I wiadejko tes?„- Maryśka podskoczyła w łóżeczku, które niebezpiecznie zaskrzypiało.

-„I wiaderko też!” – zapewniła skwapliwie Matka – ” A trzeba się bardzo śpieszyć, bo zaraz przyjedzie ciocia i musimy się jeszcze umyć, ubrać i zjeść śniadanie!

„Chjebek z dziemikiem?”

-„No pewnie!” – Matka zgodziłaby sie nawet na słoninę z musztardą.

„To fajnie!!!” – uradował się Potworek – „Ale najpiejf to ja sobie …POŚPIĘ!” – dodał już spod kołdry.


Cóż, miały być przewidziane wszelkie warianty…

Chyba się nie udało…

Zając

Matka wyprawiła dziś Janeczkę z MiaUżonem do szkoły. Jak co dzień.

Drzwi się zamknęły, Matka wstawiła czajnik, bynajmniej nie w celu zapodania sobie kawy, ale żeby „przekrecić” zlewy.

Ptaki ćwierkały, słonko zaczynało się przebijać przez chmury, po domu tłukły się wielkie komarnice (przylatują tylko po to chyba, żeby grupowo zdychać na półpiętrze – słonie, czy co?). Matka zrobiła sobie jednak kawy i postanowiła ją wypić przy stoliku na tarasie, zanim pójdzie na strych malować.

W trawie cykał sobie jakiś mały świerszczyk. No poezja…

Nagle drzwi załomotały, potem ktoś rzucił się na dzwonek i zaczął wściekle dzwonić, potem znów za klamkę!

Matka otworzyła, choć mógł być to złodziej, napadacz zwyczajny, gwałciciel bądź inna odmiana złego człowieka.

Tymczasem za drzwiami stał MiaUżon. Najwyraźniej zawrócił w pół drogi!

-„Iiiiiiii….iiiiiiiii…..” – wydobył z siebie

-„O rety, znowu przyrżnąłes samochodem?” – Matka ze wszystkich sił starała się wpłynąć kojąco na MiaUżona.

-„Iiiiiiiii!!!!” – ślubny wyraźnie się oburzył.

-„No to co? Bo się spóźnicie!”

-„Iiiiiii…iiiiiii….zapomniałem tego CHOLERNEGO zająca!!!” – wyrzucił z siebie w końcu MiaUżon, porwał zająca i odjechali.


W kwestii cholerności (choleryzmu?) zająca to Matka miałaby właściwie więcej do powiedzenia! Wczoraj do pierwszej w nocy malowała biały papier do pakowania w szare paski, rżnęła na odcinki, nacinała frędzelki i obklejała naokoło opaskę i uszy. A potem się okazało, że od ciężaru kleju i papieru uszy zwisają jak u barana francuskiego szarego (odmiana królika – w końcu MiaUżon kończył kiedyś rolnictwo, to Matka się zna), więc Matka uzbroiła je drutem i wygięła fantazyjnie.

Ale co zając dał jej popalić, to dał.

A dziś Janeczka jest tym zającem w przedstawieniu świetlicowym i Matka to obejrzy. I tak rano była awantura, że nie zrobiony ogon!

Trudno.

Papieru zabrakło.

I cierpliwości…