Skok Potwora

Janeczka pojechała z klasą na zaległe przedstawienie do miejscowego teatru. Miejscowy miał być jednak tylko budynek a trupa z zewnątrz, co dawało nadzieję na coś lepszego.

-„No to opowiadaj, jak tam było?” – zapytała Matka, kiedy Potwór wsiadł do samochodu.

Z tylnej ławki zajęczało głucho. Matka zna już doskonale ten odgłos. Cos nie tak. Już poprzedniego dnia wszystko wyglądało inaczej. Matce się wydaje, że przedstawienia Potwora nużą ze względu na swoją małą atrakcyjność, żeby wspomnieć zespoły folklorystyczne, w których bezzębne staruszki katowały młódź przyśpiewkami w przemysłowych ilościach, czy występy przedszkoli, na które spędzano pół szkolnego miasta, żeby nie było pustej sali…

Janeczka wieczorem zawsae szykowała specjany plecaczek, naszpikowany batonikami musli, gumisiami i piciem w butelce. Pani przekonała przecież klasę, że godzina w teatrze jest po prostu NIE do przeżycia bez wsparcia żywnościowego.

Matka okrutnie się o to handryczyła z Potworem, ale legła na placu boju.

Tymczasem wczoraj… Janeczka nawet nie pisnęła o plecaku. Spakowała tornister i tyle.

-„A jakiż to teatr tym razem do was przyjechał?” – Matka spytała z małą nadzieją, że Janeczka pamięta.

-„Z Wrocławia!” – burknął Potwór

-„Ojej!” – Matka autentycznie się ucieszyła – „To przecież dobra sztuka musiała być! A jaki tytuł?”

-„Król Maciuś Pierwszy!” – Janeczka wyraźnie nie miała ochoty na rozmowę, ale Matka udawała, że tego wcale a wcale nie widzi.

-„No to chyba było ciekawie? Lubisz Króla Maciusia!”

-„….”

-„Lubisz?” – Matka odwróciła się, bo stała akurat na czerwonym świetle.

Janeczka nabrała w płuca powietrza i wypuściła gwałtownie.

-„Lubię!” – wybuchnęła – „Ale nie takiego!!! Król Maciuś to była dziewczyna!”

-„Wiesz, tu pewnie chodziło o to, żeby głos był taki dziecięcy…” – ratowała sytuację Matka

-„To co? Ja o tym dobrze wiem!!! Ale na głowie miała kok i nawet go nie przykryła niczym! Myślała, że my nie widzimy? A między nami chodziły jakieś takie stare, poprzebierane dziadki i wydawało im się, że są dowcipni! Głupoty do nas gadali! Czy my jesteśmy MAŁE DZIDZIE???”


I Matka przestała ratować sytuację.

Bo zrozumiała, że jej niespełna ośmioletnie dziecko wykonało nagły skok emocjonalno-wzrostowy…

Może z jaką „Operetką” Gombrowicza by przyjechali, czy co?

Kim będę

Matka wykąpała wczoraj Maryśkę i jak zwykle posadziła koło zlewu, żeby Potworek miał okazję wyszczotkować zęby, połknąć kropelki i ubrać się w piżamkę. Jest to przy okazji najlepszy czas na wszelkie dyskusje, choć Matce wydaje się, że powinna już dawno przynieść do łazienki fotel. Tak dla bezpieczeństwa własnego.

Zdarza się bowiem, że dyskusje kończą się padaniem Matki a potem dziwić się, że ze wszystkich spódnic najbardziej lubi spodnie…

Tak było i wczoraj.

Tym razem Maryśka sama zaczęła. Po ilości puszczanego dymu widać było zaraz, że ma problem najwyższej rangi państwowej, ba, międzygalaktycznej wręcz!

-„„Wies co?” – zaczęła i trzy razy przewróciła oczami

-„Słucham cię” – Matka ostrożnie podtrzymała rozmowę, bo zdarzało się już nie raz, że Potworek się peszył i nici z dyskusji.

„Ja ci chcem pofiedzieć, KIM bende, jak ujosnę!” – wyrzuciła z siebie Maryśka i wyraźnie jej ulżyło.

Ale nie Matce. Przed oczami przeleciał jej ogonek przeróżnych profesji – od prezydenta do przestawiacza torów kolejowych. Skupiła się więc na odcinku między lekarzem a radcą prawnym, omijając skrzętnie wszelkich artystów. No bo być artystą? Makabra!!!

-„Co ty powiesz?” – Matka odchrząknęła, bo zaschło jej w gardle dokumentnie – „A KIM chciałabyś zostać?”

Maryśka zaczerpnęła oddechu.

-„No ja bym kciała być KACKOM…”

– „???!!! Kaczką???”

Potworek spłoszył się:

„Noooooo….moze taką …malutką?

Jak kupić garniturcz.II

Matka, jak już wspominała, wczoraj znajdowała się w Sopocie. Doszła do szybkiego wniosku, że szukanie garnituru w centrum mija się z celem, bo jeśli będzie, to w odpowiedniej, gwiazdorskiej cenie. Pozostało więc mijane przy trasie centrum handlowe, gdzie były sklepiki firmowe. Bardzo firmowe, jak się okazało.

MiaUżon nic nawet nie wsadził na grzbiet, bo było albo w paski, albo ciemne bardzo. A ceny zaczynały się od czterech cyferek i to sklepy w oczach Matki dyskwalifikowało natychmiast.

Matka zarządziła więc postój w większej od swojej metropolii, gdzie MiaUżon kończy za chwilę pracę. Odgrzebała w pamięci sklep miejscowej firmy, wielki, ładny, położony na obrzeżach miasta i nawiedzony już raz przez MiaUżona, kiedy szukał spodni. Co prawda rzeczonej odzieży nie nabył ze względu na wysoką cenę, ale jeśli chodzi o cały garnitur to zawsze może by się coś trafiło okazyjnie?

MiaUżon zajechał, wszedł i zastosował wariant numer jeden, czyli potoczenie błędnym wzrokiem po kilkuset wieszakach i wrzucenie biegu wstecznego.

Matka przewidziała jednakowoż wariację B i zablokowała wyjście.

-„Szukamy jasnego garnituru dla tego pana!” – zawołała od drzwi do panienki.

Dziewczyna chyżo pomknęła do wieszaka i zaprezentowała ciemnogranatowy garnitur z naciskiem na ciemno.

Matka obejrzała go jednak na wszelki wypadek i po dojrzeniu ceny już całkiem jej się zaciemniło. Panienka najwyraźniej ma chorobę zawodową i dlatego nie odróżnia walorów…

-„Czemu to tyle kosztuje?” – zapytała Matka

-„Bo my jesteśmy proszę pani z górnej półki!” – odpowiedziało dziewczę.

-„Aha!” – przyjęła do wiadomości Matka – „To ja poproszę teraz coś jasnego i półkę niżej”

Dziewczyna załapała. Wywlokła jasny garnitur w nieokreślonym kolorze, coś w rodzaju ecru z minimalnym zielonkawym odcieniem. Ładny. Ładny, bez dwóch zdań. Trzyczęściowy.

-„Wkładaj!” – zarządziła Matka

-„Ale ten kolor…” – zabrzdąkał MiaUżon wycofując się do drzwi.

Matka mrugnęła do panienki. Ta błyskawicznie stanęła za plecami MiaUżona i kiedy się odwrócił, garnitur wylądował mu na brzuchu. No panienka maleńka była.

-„A co to?” – zawołał MiaUżon zaskoczony takim obrotem sprawy.

-„Garnitur, który pan przymierzy” – zamrugała oczkami panienka -„Tam!” – i wskazała maleńkim paluszkiem przebieralnię.

I MiaUżon potoczył się, nie bardzo rozumiejąc jak to się stało.

Po chwili wyszedł.

-„Kamizelka jeszcze!” – Matka kuła żelazo, póki gorące

MiaUżona wbiło w zasłonkę, ale posłusznie narzucił kamizelkę.

Wyszedł.

Na pierwszy rzut oka – stróż w upalne Boże Ciało późnym Gierkiem. Szarych butów z ażurkiem brakowało.

-„Dobra” – powiedziała Matka niepewnie, bo nigdy jeszcze nie widziała MiaUżona w takim kolorze – „Teraz się poruszaj!”

MiaUżon posłusznie natrząsnął się, wywinął jedną nogą, potem drugą.

-„Cholera, za szeroki w pasie” – zmartwiła się Matka

MiaUżon uradowany pomknął do przymierzalni i w trzy sekundy był z powrotem…

…po to, żeby odebrać od panienki mniejszą wersję.

I wyglądał znów jak król. No bajka. Garnitur nie za szeroki, nie za długi, nic nie trzeba było robić. I cena już do przełknięcia.

-„Fajnie! To możesz ściągnąć!” – zarządziłą Matka, kiedy już poobciągała MiaUżona za wszelkie kanty ubraniowe.

MiaUżonowi zeszło tym razem z pięć sekund, bo przecież się zmęczył. Kolejne półtorej zajęło mu przegalopkowanie od przymierzalni do wyjścia.

-„Wracaj!!!!” – warknęła Matka nie bacząc na opinię.

-„Ale ja się jeszcze zastanowię!” – zamachał wysięgnikami MiaUżon.

-„I co, przyjedziesz specjalnie, żeby kupić? Kiedy impreza za trzy dni? Mowy nie ma!” – Matka nie zważała już na nic – „Kartę!”

-„A nie możesz swoją?” – mruknął jeszcze nieśmiało MiaUżon grzebiąc w portfelu.

-„Nic z tego!” – zacięła się Matka – „Na swojej mam osobisty fundusz reprezentacyjny. Garniturów na liście nie ma.”


I tak to przywieźliśmy do domu śliczny gajerek.

A Matka weźmie kamizelkę, dokupi jeszcze koszule pod kolor, bo MiaUżon całe życie w pochodnych błękitów i szarości chodził, które tutaj odpadają, i na imprezę udawać się możemy.

A teraz tylko patrzy, jak MiaUżon krąży wokół powieszonego na wierzchu garnituru, cmoka i wszystkim opowiada.

Tak to można MiaUżona w ciagu dziesięciu minut uszczęśliwić przyodziewkiem.

Jak zwykle najważniejsza jest technika…

Jak kupić garnitur cz.1

Matka w związku z wyjazdem do Sopotu postanowiła załatwić też jedną rzecz ważną, ale podlegającą kategorii tych niemal niemożliwych. Korzystając mianowicie z okazji, że MiaUżon jest pod ręką i można go ubierać i rozbierać, zarządziła kupno garnituru.

Jest to czynność niemal tak samo trudna jak heklowanie stringów przez babcię Nie-Z-Koniakowa, ale Matka zaryzykowała.

W końcu w sobotę wieczorem Matka idzie z MiaUżonem na imprezę z okazji zjazdu wychowanków szkoły- tej samej zresztą, w której Matka szczęśliwie zakończyła praktyki. Nie, żeby coś było nie tak, tu zaraz Matka wyjaśnia, bo przyjemnie było nadzwyczaj, ale uporać się potem z dokumentacją nie jest łatwo. Nieważne

MiaUżon wykorzystał zaraz zjazd do mendzenia, że nie ma garnituru. Nie jest tak, żeby wcale nie miał, ale jeden jest średnio gruby i ciemny, drugi wykończony i przeznaczony na zatłukiwanie codziennie a trzeci pieknym był i drogim, ale pralnia podczas pierwszego prania załatwiła go na cacy. Marynarka z tyłu rozpaczliwie wyje i trzeba to zanieść do krawca. Matka uważa, że byłoby taniej wręcz zanieść jeszcze raz do wyprania a potem zareklamować w tej samej pralni, bo z tamtego prania paragon został nieopatrznie wyciepnięty.

Tak więc, jeśli ktoś jeszcze się nie pogubił, rzeczą absolutnie nieodzowną stało się kupienie garnituru, najlepiej jasnego i cieńszego. MiaUżon w związku z tym mendzi już jakieś trzy miesiące, ale oczywiście nie znajduje czasu, żeby pojechać i rzucić okiem.

Matka zresztą, jako MiaUżonowa żona od lat szesnastu, doskonale wie, że jeżdżenie wcześniejsze jest totalną stratą czasu, ponieważ wybieranie garnituru wygląda dsokładnie (uwaga – nie mniej więcej, tylko DOKŁADNIE)tak:

Matka wchodzi do sklepu. Załóżmy, że to jest Wólczanka, Vistula, Sunset Suits albo podobny – to nie ma najmniejszego znaczenia. Naokoło wiszą rzędami garnitury. Jasne, ciemne, pasiaste, jakie się chce.

Matka rozgląda się w poszukiwaniu panienki i kątem oka widzi minę MiaUżona. Obłęd połączony z kompletną rezygnacją.

-„Eeeeeeeee….nie, no ten, tego, nie. TU nie! NIC nie ma!!! Idziemy dalej” – i znika.

Matka wyłazi, idą do następnego sklepu.

Wpycha MiaUżona pierwszego, już nie jest taka głupia!

Doskakuje panienka, w końcu MiaUżon przystojny jest dosyć.

-„A ile w pasie?” – pyta

MiaUżon wywraca oczami i puszcza dym uszami – już wiemy po kim ma to Maryśka.

-„Yyyyyyyy… chyba 80.Albo 70…”

-„94!!!” – mówi Matka.

Ale panienki już nie ma. Niesie MiaUżonowi coś koło tych 80ciu. MiaUżon przykłada do siebie spodnie.

-„No do niczego! Zobacz! Za małe przecież!!!” – fuka gniewnie.

-„Czy może pani przynieść 94 w pasie?” – szybko pyta Matka panienki, która ochoczo nurkuje między wieszakami.

Niestety, słychać trzaśnięcie drzwiami i MiaUżona nie ma.

W trzecim sklepie to już się Matki nie oszuka. MiaUżon zostaje wepchnięty, drzwi przyblokowane kolanem, panienka zawezwana, wymiary rzucone, MiaUżon wsadzony w przebieralnię z nakazem ubierania się i JUŻ!!!.

Po chwili zasłonka sie odsuwa i wyłazi MiaUżon. No bajka! Carrington po prostu! Lalka!!!

-„Ciągnie mi się!” – jęczy MiaUzon. -„I gorąco mi!!!”

Matka rzuca się, ciągnie mu portki na dupsku, sprawdza nogawki, tył marynarki, ramiona, kamizelkę. No jak ulał! Potem metka, jaki skład, na końcu cena. Da się wytrzymać.

„Bierzemy!”- zarządza szybko.

-„Nie, nie!” – MiaUżon natychmiast zdejmuje spodnie – „Zobaczymy jeszcze gdzie indziej!!!”

-„Byliśmy GDZIE INDZIEJ!” – Matka robi się fioletowa, choć to nie najmodniejszy kolor w tym sezonie.

-„To my się zastanowimy!” – woła MiaUżon zza drzwi sklepu.


I Matka ma z głowy.

-„Kupna garnituru nie mogę się doprosić!” – słyszy wieczorem – „Jak łajza chodzę!!!”

No i Matce się przelało. Wczoraj. O czym c.d.

Wypad

Matka rzuciła się na taśmę. Osobiście i wczesnym rankiem, nocą właściwie.

A wszystko przez to, że zasmuciła się wczorajszego wieczoru, bo przecież ostatnio wszystko się sprzysięgło – niania w szpitalu i cały czas nie wiadomo, co dalej, MiaUżonowi kończy się praca, lokatorzy z mieszkania Matki odchodzą, za moment trzeba będzie wisieć na rusztowaniu a obraz praktycznie nie ruszony. Matka ma w perspektywie upojne noce…

A dziś, do tego wszystkiego, MiaUżon jechał kawał drogi na godzinną rozmowę kwalifikacyjną i musiał się zwlec z łóżka o trzeciej, żeby zdążyć.

Szanse na tę pracę są minimalne – mimo mocnych papierów MiaUżon nie ma tak zwanych układów, które potrzebne pewnie będą w następnym etapie i tym się zagryza. I na nic Matki pirueciki – jak sobie coś wbije w głowę to już koniec!!!

Matka pomyślała sobie więc, ze jeden dzień jej nie zbawi. Nie wiadomo, jak będzie z wakacjami. Poza tym będzie się denerwować.

I wstała o tej trzeciej i załadowała się do samochodu razem z MiaUżonem. Dzielnie dotrzymywała mu towarzystwa bujając głową raz do przodu, raz do tyłu a jeszcze czasem pukając w szybę.

A kiedy MiaUżon siedział i rozmawiał z panem z firmy rekrutacujnej spojrzała na plan, zorientowała się, że do celu ma zaledwie kilkaset metrów…

…i po pięciu minutach, o 9 rano, siedziała w kawiarence nad brzegiem morza i piła kawę!

A wcześniej widziała polskie morze przez pięć minut w marcu ,w Dębkach, a jeszcze wcześniej to trzydzieści lat temu.

I może Matki tam nie ciągnie, bo woli góry, ale ten zapach kawy, wietrzyk od morza, słońce, ani jednej chmurki – no żyć nie umierać!

Nawet, jeśli po godzinie trzeba było wracać do rzeczywistości.

Cienie bez blasków

Maryska wstała dziś raniutko, co Matkę bardzo ucieszyło, bo Potworek spruwany nagle a niespodziewanie humoru nie ma za grosz i nakrywa się kołderką po same uszy.

Matka kończyła poranna toaletę i szykowała się do fryzjera, więc musiała Maryśkę odstawić dużo wcześniej do mamy niani. Potworek zasiadł na nocniku i pomalutku wypuszczał pędy. Na pytanie czy „już”, nieodmiennie odpowiadał:

-„NIE!!!”

No to Matka nie przeszkadzała sobie a Maryśka mogła patrzećz zainteresowaniem, co robiła rodzicielka.

Co jakiś czas, średnio tak co trzy sekundy, Matka musiała odpowiadać na pytania.

-„Co to jest?”

-„Podkład” – Matka na to

„Aha! A tejaz co?”

-„Kredka do oczu” – Matka wyraźnie przyspieszyła, bo czas naglił.

-„A tutaj? – Potworek dźgnął paluszkiem w przestrzeń w okolicach półki.

Matka odwróciła się i domyśliła, że chodzi i brązowe pudełko.

-„A to to jest taki puder”

Maryśka tymczasem dostała odcisków od nocnika i zażyczyła sobie amputowania wymienionego wyżej naczynia, co Matka z radością uczyniła.

Potworek mógł za to spenetrować Matki kosmetyczkę, przy czym radość z tej czynności należała zdecydowanie i wyłącznie do jednej strony.

„A TO co?”– Maryska wyraźnie wpadła w ciężki zachwyt – „Fajbki?

-„Nie, nie farbki, to są cienie do oczu” – odpowiedziała Matka i pozbawiła natychmiast Potworka zabawki.

Maryśka nadęła się z lekka.

„A das mi?” – zapytała płaczliwie

-„Nie mogę ci dać. Cienie są dla dorosłych!” – Matce spieszyło się jak nie wiem co.

Usłyszała trzaśnięcie drzwiami.

„Tak, tak!” – załkała Maryśka z oddali – „Mama mówi, ze takie fajbki do ocu som tyjko dja dojosłych!!! A ja popjose tatujka i dziefcynce tes takie kupi! Na pefno!!! Mój kochany tatujek!!!”


I znowu Matka wyszła na wydrę…

Misz-masz

Matka zrobiła sobie wolne. A co!!!

I dziś wywiozła rodzinkę do cioci Margaryny, która to ciocia porazona jest z lekka tym imieniem, bo na chrzcie dali jej jednakowoż nieco inaczej. Ale tez na M…

I Potwory po raz pierwszy usiadły na koniu. Prawdziwym i dużym. I przejechały sie trochę.

I MiaUżon, który to wbił się w bryczesy Margaryny i wyglądał jak baletnica, też pojeździł!

A jutro rano to Matka zawozi Potworka do mamy niani i zasuwa się strzyc i balejaże rzucać, bo przeciez ciężka impreza w sobotni wieczór Matkę czeka – zjazd szkoły mianowicie. Dziesiąty i jubileuszowy. W trakcie którego Matka musi wyjść i napisać egzamin końcowy w weekendowej szkółce.

I Matka nie zamierza iść z projektami wielkim do fryzjera a potem, kiedy panienka zamacha jej wzornikiem i zapyta:

-„To co? Robimy kolor ten, ten i ten?”

…to Matka kładzie uszy po sobie i godzi się na ten i tamten , choć miały byc inne.

Nie, jutro Matka będzie bojowa! Bedzie tamten, ów i nastepny. Byle nie ten, ten i ten.

W ten to sposób, opisawszy kolory, dzięki którym Matkę bez trudu rozpoznacie na ulicy. Matka pada do wyra.

Dobranocka.

Bo w nocy przychodzą Potwory.

Zwłaszcza jeden. Malutki.

Wlokąc własną poduszeczkę i kocyk…

Mat

Niania Maryśki po dwutygodniowej przerwie znów w szpitalu w wielkim mieście. Tym razem chyba już się nie wywinie. Wyniki fatalne, zanosi się na odrzut nerki.

Kiedy wróci – nie wiadomo.

Co z nią będzie – nie wiadomo.

Co Matka zrobi ze swoim obrazem, który dziś zaczęła i jest mocno terminowy – nie wiadomo.

Co z Matki coroczną, wakacyjną pracą na rusztowaniu – nie wiadomo.


Matka sobie strzeli w łeb – to wiadomo!

Poza podium

Janeczka wraz ze swoją klasą uczestniczyła w międzyszkolnych zawodach o puchar Jakiegośtam Misia. Elegancko, w hali sportowej, cztery szkoły doszły do finału.

MiaUżon się nawet wdarł na pierwszą część, ale potem musiał pozałatwiać swoje sprawy i wyniku nie znaliśmy, choć to, co ujrzał nie nastrajało raczej optymistycznie.

Kiedy Matka pojechała po Janeczkę, ta wyszła ze świetlicy nabzdyczona.

-„Jak tam zawody?” – zapytała Matka jak gdyby nigdy nic.

-„Ach, daj spokój!” – machnęła Janeczka ręką -„Przegraliśmy! Masz pojęcie jaki wstyd? OSTATNIE miejsce!!!”

-„Nie ostatnie, ale czwarte!” – zaprotestowała Matka – „Inne szkoły dawno odpadły!”

-„No tak” – jęknęła Janeczka -„Ale wstyd jest i tak!!!”

-„Żaden wstyd! Przecież wasza szkoła jest w ogóle po raz pierwszy w finale. To już jest duży sukces!!!” – Matka za wszelką cenę ratowała sytuację.

Potwwór zajęczał jeszcze donośniej i bardziej głucho, po czym znikł w czeluściach szatni.

Matka postanowiła stopniowo zmieniać temat. Ponieważ dała Janeczce rano nowe, białe spodenki, więc uznała za stosowne zapytać o wrażenia.

-„A spodenki? Podobały ci się?” – spytała, gdy Janeczka wróciła

-„Oj, tak, tak!” – Potwór wreszcie się uśmiechnął – „Basia to nawet na mnie mówiła, że wyglądam jak płatek śniegu! Koszulka biała i spodenki też!!!

Nagle jednak znowu posmutniał.

-„Ty wiesz?” – zapytał – „Basia, to jak przegraliśmy to nawet uroniła kilka łezek! I Nikola też. I Mateuszowi kilka łez poleciało! I Piotrkowi”.

-„No to widzę, że tobie się udało NIE płakać!” – Matka wypięła pierś dumna z córki.

-„Nie płakać?” – zamrugała Janeczka- „ja to nie płakałam. Ja WYŁAM!!!”

Odcięli Matkę!!!

Matka wczoraj po nocy siadła, żeby wysłać ZUS. Tak nie na ostatnią chwilę, bo przecież 9-ty był a nie 10ty czerwca.

Siadła, komputer włączyła, zapuściła Operę – a tam niespodzianka. Przełącza jej się na stronę dostawcy internetowego, który Matkę informuje, że nie zapłaciła, w związku z czym zablokowane ma wszystko i basta!!!

Matka oczami wyobraźni ujrzała pół roku karencji w ubezpieczeniu chorobowym, siebie w szpitalnym łóżku i komornika czyhającego w krzakach, żeby ściągnąć od Matki opłatę za pobyt w szpitalu…

Od świtu więc wydzwania do firmy i przekonuje pana, że sprawdzić, czy faktycznie coś nie tak poszło z opłatami może tylko z komputera. Bo nie pójdzie do kafejki, żeby łączyć się ze swoim kontem! Tam pod stołem czeka banda hakerów, którzy zaatakują Matki nędzne grosiki i wykasują gratis mózg. Matce.

Pan włączył Matce warunkowo internet, żeby ten ZUS, potwierdzenia przelewów i w ogóle. Matka sprawdziła. Wszystko poszło. Wydrukowała, zeskanowała, przemailowała.

Pan próbował Matce coś brzdąkać, że musi poszukać tych pieniędzy, bo na pewno w jej banku jest coś nie tak.

Matka poszła w zaparte. Ma dowód wpłaty, który wygenerowany może być tylko w przypadku, kiedy pieniądze fizycznie wyjdą z banku. Dowód ten zeskanowała i panu wysłała.

A teraz niech pan idzie do SWOJEGO banku i pieniędzy szuka!!!

I niech spróbuje Matkę odłączyć o 12.00, jak obiecał, gdyby było coś nie tak!

No chyba Matka rację ma?