Wersal

Maryśka nie zawraca już dawno nikomu głowy, jeśli chodzi o korzystanie z nocnika. Wpadki od początku nauki możemy policzyć na palcach jednej ręki. Teraz stoją sobie spokojnie dwa nocniki, które Potworek wykorzystuje w razie potrzeby. Najczęściej przywleka jeden do stołu, albo telewizora, żeby nie marnować czasu. Potem obwieszcza tylko zakończenie i dorośli rzucają się na pomoc z papierowym ręcznikiem.

Matce został jednak po Janeczce niepokój, czy Maryśka zdąży. Potworek bowiem stawia sobie nocnik, potem zadziera bluzę, wyłuskuje z porteczek koszulinę, spuszcza spodenki i kolejno majtki. Potem odwraca się, sprawdza czy przybór stoi na właściwym miejscu i siada.

Ale niech tylko coś się pomyli! Na przykład spodenki niechcący zdejmą się razem z majtkami! Wtedy cała ceremonia zaczyna się od początku. Spodnie umieszczone zostają na dupinie, koszulka w środku, bluza na wierzchu. Kiedy już Maryśka wygładzi wszelkie fałdki zadzierana jest do góry bluza, wyciagana koszulka, spuszczane spodenki a potem majtki…

Wczoraj nawet nieźle Potworkowi szło. Wszystko było już przygotowane do opadu na nocnik. Matka odetchnęła z ulgą.

Nagle zakręciło ją znienacka w nosie. Kichnęła potężnie.

Maryśka natychmiast podciągnęła majtki i spodnie, włożyła koszulkę a na wierzchu umieściła bluzę.

-„Co robisz???”- przeraziła się Matka -„Siadaj natychmiast! Posiusiasz się!!!”

„Psecies nie mogę TEGO zjobić bez majtek!!!” – oburzył się Potworek

-„Nie możesz – czego???” – zdumiała się Matka

„Noooo…” – wywróciła oczkami Maryśka –„…powiedzieć ci – NA ZDJÓFKO!!!”

List motywacyjny i CV

Matka porozwoziła w końcu po szkołach te swoje CV i listy motywacyjne. Z punktu widzenia nauczyciela to życiorys ona ma żaden, ale świadczy on wyraźnie o tym, że Matka nie zasypiała gruszek w popiele i cały czas coś robiła. I nie byle co.

Tak czy owak Matka ruszyła w trasę, a że w jej metroplii ogólniaków naliczyć można zaledwie pięć a pozostałe to jakieś ekonomiczne, zaoczne i inne lekko dziwne i profilowane, więc roboty za wiele nie miała.

Uparła się za to, jako Matka z dawnych czasów, że przedsięwzięcie będzie przeprowadzone przyzwoicie, czyli do rąk własnych dyrekcji. Bo Matka ma takie przekonanie i wydaje jej się, że słuszne – że tak po prostu wypada.

Matka doejchała więc do pierwszego liceum, wlazła do sekretariatu i zapytała o dyrektora takiego a takiego. Wyłonił się, zapytał Matkę w jakiej sprawie a ta zapewniła, że zajmie zaledwie dwie minuty. Została zaproszona do gabinetu, dyrekcja przeczytała wszystko, pocmokała, że ładne CV, podyskutowała na temat Matki prac zadając mądre pytania, po czym rozłożyła ręce, bo ma zajęty etat. Ale podanie schowa, bo nigdy nic nie wiadomo.

I Matka poszła sobie, ale zostało jej z tej rozmowy bardzo sympatyczne wrażenie.

W drugim ogólniaku natomiast, który nowy jest stosunkowo i mówi się o nim, że ambitny, sekretarka okazała się być bogiem.

-„A po co pani dyrektor??? JA tu jestem od kadr. Niech pani spojrzy” – pomachała Matce wypchana teczką – „ile mam podań o pracę”.

Matka powspółczuła pani w myśli i to wcale nie z powodu grubości teczki. Dyrektor siedział zaraz za otwartymi drzwiami i Matka widziała jego nogi.

-„Wie pani, ja to jestem starszej daty i wydaje mi się, że jeśli jest taka mozliwość, powinnam sama dać do ręki podanie dyrektorowi”.

Pani wzruszyła ramionami i wrzuciła teczkę do szafy. Dyrektor wyszedł.

-„Co tu pani ma?” – rzucił w drodze do drzwi.

-„Podanie o pracę…” – zaczęła Matka do pleców pana dyrektora.

-„My tu nikogo nie potrzebujemy! A jaki przedmiot?” – zapytały plecy

-„Wiedza o kulturze…” – Matka odrzekła tym razem to już w przestrzeń

-„Nie potrzebujemy! Mamy świetnie wykwalifikowanych polonistów!!!” – doszło Matkę echo z korytarza.

I Matka się wyniosła. Bo dotarło do niej, że chyba pomyliła szkoły. Albo ktoś się pomylił. Albo – najprędzej- ktoś nie umie się zachowac. Bo każdemu dyrektorowi się spieszy i ma nawał pracy. Ale jak widać niektórzy potrafią znaleźć dwie minuty, żeby było kulturalnie. Tak po prostu.

A potem Matka pojechała do jeszcze dwóch szkół i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Bo tam maja polonistów. I bardzo ich doceniają. Ale woleliby kogoś takiego, jak Matka. Może. Może. Czekamy do połowy sierpnia.

Nadzieja jest.

Matka chciała tylko o tym, że trudno być dyrektorem.

A może po prostu trudno o kulturę.

Taką elementarną.

Ech…

Spitsbergen?

Matka zapytała wczoraj Maryśkę:

-„A powiedz, kochana, co też robiłaś z ciocią Anią?”

Potworek przygnał do Matki zadowolony, że może zaspokoić jej ciekawość.

„Byjam na spacejku!!!” – zawołał

Matka, która doskonale jednakowoż wie, co robił i gdzie bywał, postanowiła powiercić mu dziurę w brzuchu.

-„No co ty powiesz? Na spacerku byłaś? A gdzie?”

„W jesie!!!” – odparł Potworek, który ciągle nie mówi”L”

-„O jak dobrze, że w lesie! A co ty robiłaś w tym lesie?” – Matka nie ustępowała.

„Nooooo….” – zakurzyła z uszu Maryśka – „Śnieg ogjondajam!

-„Co robiłaś ze śniegiem?” – Matka szybko spojrzała na kalendarz. Nie, nie zwariowała. Mamy czerwiec.

„Nooo…ogjondajam. I śnieźkami ziucajam w ciocię!


To jutro chyba ulepią bałwana?

Lustro

Maryśka wstała dziś o jakiejś nieprzyzwoitej porze, obudzona zapachem mielonych kotletów, które Matka, korzystając z chwili spokoju smażyła od rana.

Kiedy Matka spacyfikowała ją z trudem na górę zaraz rozpoczęła wielkie mycie, żeby Potworek nie dał znowu drapaka w jakieś, sobie tylko wiadome, miejsce. Posadziła więc dziecię na blacie koło zlewu, wyszorowała zęby, ubrała i uczesała.
Maryśka swoim zwyczajem wstała do podciągania porteczek, po czym odwróciła się do lustra – tego przeklętego lustra, na które wszyscy Matce plują, kichają i oblewają je czym tylko się da tak, że wygląda, jak kolejowe – i doceniwszy, że jest czyściutkie, jak łza i bez żadnej smugi, odbiła na nim swoje tłuste łapki, po czym dorobiła parę mazajów paluszkiem.

Matka padła.

-„Czy ty nie zauważyłaś, że lustro jest czyste? Mama zlikwidowała wszystkie kropki, ślady, smugi! Wiesz, jak to trudno zrobić tak, żeby nie było nic pochlapane? Wy tylko brudzicie i brudzicie a ja nic, tylko myję!!!” – wkurzyła się rodzicielka.

Potworek popatrzył z bezgranicznym zdumieniem.

„To NIE myj!!!” – poradził Matce.


Proste.

Krótka piłka.

Bez żurku

Janeczka wróciła wczoraj ze skansenu. Żurku jej nie dali, tylko kiełbaskę z chlebem. Matka ma jednakowoż wrażenie, że Potwór specjalnie nie głodował, bo śniadanko awaryjne wróciło w całości…

Dziesięć złotych, które MiaUżon wręczył dziecku, poszło co do grosza. Matce została podetknięta pod oczy podkowa, ohydny aniołek, cały w brokacie, mały piesek i kotek – wszystko, z wyjątkiem podkowy z jakiejś takiej dziwnej masy, którą zalewają nas Chińczyki.

Nie pytajcie nawet o kolor. Przecież wiadomo, że różowy…

Z wrażeń Matka dowiedziała się, że Potwór jechał bryczką. To i tak dużo! Bo pozostałe były wyłącznie kulinarne – Asia miała takie ciastka a Nikolka inne. Pić się nam chciało po cukierkach Zuzi a po krakesach Michała to już w ogóle…

Matka pociesza się tym, że oba Potwory, przy czym Maryśka zaledwie dwumiesięczna, więc się nie liczy, zwiedziły dogłębnie ten skansen, który rzeczywiście ładnym wyjatkowo jest.

Nawiasem mówiąc Matka pamięta głównie to, że biegła pędem kupić jakiegoś Offa, bo komary chyba urządziły sobie zlot w krzakach. Mimo oprysków cała rodzinka wyglądała jak w środkowym stadium czarnej ospy…

Cóż – jedni pamiętają jedzenie, inni insekty.

Generalnie wychodzi jednak na to, że …niedaleko pada jabłko!

Podkowa

Janeczka pojechała dziś na wycieczkę szkolną do skansenu oddalonego o jakieś 70 kilometrów. Matka cieszy się, ze póki co nie pada, choć pogoda generalnie straszliwa.

Potwór zaopatrzył się na drogę w plecaczek, w którego czeluściach Matka znalazła paczkę gumisiów. Dołożyła więc kanapki i picie, ale tyle tylko, żeby było, bo klasa miała zapewniony jakiś posiłek w samym skansenie. Matka to odczuła bez słów po odciążeniu portfela, bo wycieczka do najtańszych nie należała.

-„Ty wiesz? Pani powiedziała, że tam można kupić sobie różne rzeczy!”

Matka dobrze wie. Sa to rzeczy typu:”Kosztuję masę pieniędzy i potem jedyne co można ze mną zrobić to szybo wyciepnąć!”

-„Naprawdę?” – zainteresowała się Matka, żeby nie było, że jest ostatnia żyła – „A co takiego, na przykład?”

-„No wiesz…” – zagrzebała w pamięci Janeczka – „Na przykład pizzę. Albo frytki.”

-„Pizzę? W skansenie?” – Matce poderwało włosy na głowie ze zdumienia. Nie z powodu, dla którego nie wierzyłaby w istnienie pizzy w skansenie. Ale kto zachęcał Potwora do zabrania pieniędzy na pizzę?

-„Nie, no…” – Janeczka poczuła bluesa -„Niekoniecznie zaraz na pizzę. My tam żurek mamy dostać i kiełbaski z ogniska…”

-„I to ci na pewno wystarczy! Przecież zaraz wracacie!” – Matka ucieszyła się.

-„No tak, ale tam można też kupić różne pamiątki. Podkowę na szczęście…”

-„Nie kupuj tylko podkowy!” – zajęczała Matka

-„Ale na SZCZĘŚCIE! Nie potrzebujesz?”


Matka może i szczęścia potrzebuje. Ale czemu, na litość, Janeczki nie interesuje CO będzie w tym skansenie do oglądania?

Może dlatego, że zwraca się dzieciom uwagę na to, co można tam zjeść i co kupić oraz za ile?

A potem się dziwimy, że na przykład taka I Komunia postrzegana jest wyłącznie jako rewia mody, przyjęcie i dopływ gotówki czy prezentów dla dziecka…

No Matce sie wydaje, ze świat na głowie stoi. I od ogona zaczynamy…

Potwory jak żywe

Matka molestowana wielokrotnie o ostatnie Potwory przedstawia.

Potwory przedwczorajsze. Janeczka jako Calineczka. Na głowie wianek, robiony nie tak dawno o północy przez Matkę, przy wtórze zgrzytania zębami. Bo Matka to tak lubi robić w środku nocy tego typu rzeczy…
Maryśce wianka włożyć się nie dało – mimo usilnych starań, nakrycie głowy obsuwało się wdzięcznie na szyję, sugerując niedawną wizytę Potworka w Polinezji…

A więc…

Sposób na starość

Matka wieczorem ma z Maryśką stały rytuał. Janeczka sama się kąpie i to dużo wcześniej od Potworka, więc zmywa się do łóżka słuchać bajek, a Maryśka może w tym czasie wymoczyć wszelkie swe elementy w wodzie. Co czyni z upodobaniem.

Bo Potwory bardzo wodolubne są i mają to po rodzicach. Matka ciekawa jest jak – gdyby nagle a niespodziewanie zabrakło wody w kranie, spłuczce, kałuży i butelkach -Potwory umyłyby się. Matka podejrzewa, że nakazałyby przynajmniej oblecieć się odkurzaczem…

Ale do rzeczy!

Kiedy Matka wytrze już Maryśkę, wspólnie umyją jej zęby i Potworek jest ubrany w piżamkę nastepuje wspomniany rytuał.

-„Spójrz do lustra, jaka jesteś piękna!” – mówi Matka do Potworka.

Maryśka odwraca się i szczerzy do siebie zęby. Potem wstaje, bo siedzi sobie koło zlewu i przytula pucka do Matki.

I tu już jest gorzej. Bo jak Matka sobie sama stanie, to jeszcze od biedy może sobie wmówić, że nie jest najgorzej. Ale jak przytuli sie taki pucek Potworkowy, to zaraz widać przepaść. Wory pod oczami, jakieś pierwsze zmarszczki, siwe kłaki…

-„O rety, jaka ja jestm stara!!!” – westchnęła wczoraj Matka.

Potworek oderwał pucka i spojrzał pogodnie na Matkę.

-„No coś ty! Nie majtf siem!!!”– roześmiał się-„Psecies zafse mozes siem POMAJOWAĆ…”

Trendy

Matka zakończyła praktykę. PRAKTYKĘ!!! Dziś zaniosła dzienniczek z osiemdziesięcioma trzema parafkami, konspekty lekcji, własne przemyślenia w brudnopisie i inne takie. Nie wie, czy zaliczy, ale przynajmniej już na to nie patrzy!

A w piątek postanowiła nabyć dla opiekuna praktyk kwiat. Bądź kilka. Pojechała więc do kwiaciarni, weszła i zawiesiła wzrok na różach. Zgrabnie ominęła czerwone, bo przecież nie chce, żeby opiekun dostał od żony w pysk. Żółte też nie za bardzo. Pomarańczowe ładne były, ale malutkie, więc trzeba by całe wiadro kupić.

-„Słucham panią!!!” – doszło Matkę zza lady. Matce w takich chwilach piana występuje na pysku, bo wredna jest nadzwyczaj. Matka jednakowoż uważa, że jesli błądzi wzrokiem i widać, że szuka kwiatka, to ma być cisza. Jesli błądzi wyżej wspomnianym wzrokiem w okolicach pani, to wtedy znaczy, że JEJ szuka. Matka przesadza z lekka, ale zostało jej tak z czasów studenckich, kiedy polowało się na slajdy marki Orwo a potem także na Foma. Matka wchodziła wtedy do pustego sklepu fotograficznego i zanim wsadziła łeb w drzwi, ulubiona panienka pytała zawsze głosem z polipami w nosie:

-„Słuuchaaaaam?”

A Matka odpowiadała nieodmiennie:

-„A jak tylko wejdę i się zorientuję, jaki to sklep, to zaraz z panią porozmawiam”

I tak dzień w dzień, bo slajdy napadały na sklepy nagle i niespodziewanie.

Wracając jednak do czasów o niemal ćwierć wieku późniejszych i kwiata…

Matka doszła w końcu do wniosku, że nabędzie jedną różę, ale za to wielkością przypominającą średnią kapustę. Kolor biały z lekko seledynowymi końcówkami. No jeden miód!

-„Świetny wybór!” – ucieszyła się pani.

-„To ja poproszę, żeby pani mi jakoś tę różę przybrała, wie pani, takimi białymi kłakmi, wiórami, czy coś. Nie za dużo!!!” – szybko powiedziała Matka, bo rozejrzawszy się wokół ujrzała pojedyncze róże z podoczepianymi wiankami, ptakami, samochodami, jajami i wszelkim badziewiem.

-„Pani zapewne chodzi o sizal?” – zamrugała panienka

-„No tak, chyba tak” – podrapała się w głowę Matka -„Te kłaki takie?”

Ale pani już nie było. Znikła na zapleczu z różą.

Kiedy się ponownie pojawiła, Matka padła. Do róży doczepione było ze dwa metry fantazyjnie powyginanego grubego drutu.

-„Eeeeeeeeee….” – rozdziawiła paszczę Matka i skomentowała. Eeeee to był komentarz, bo reszta jej uwięzła.

-„Będzie FUTURYSTYCZNIE proszę pani. Tak się przybiera róże na świecie. Rozumie pani – ta róża jest wyjątkowo TRENDY!!!”

Matka nie słyszała. Zboczenie konserwatorskie kazało jej obejrzeć drut. Pomacała, wygięła w tę i druga stronę. Miękki, ale nie za bardzo.

-„A ten drut jest pewnie cynowy?” – zapytała, choc wydawał jej się za twardy

-„Ja nie wiem, jaki!” – wystraszyła się panienka – „A to ważne?”

-„Nie, nie…” – mruknęła Matka -„ja tak mam, niech pani się nie przejmuje…”

I poszła z kwiatem do szkoły, przemykajac chyżo pod murami.

Jak na złość co chwila na pustym korytarzu ktoś się napatoczał.

-„Najnowsze światowe trendy. Futurystycznie!” – mówiła Matka i dawała nogę.

Poczekała pod klasą, aż zabrzmi dzwonek na przerwę. naród się wysypał.

-„Ta róża jest trendy!!!” – zaryczała Matka, bo młodzież wbiło w otwarte drzwi.

-„Ale jaja!” – zakwiczeli – „my nigdzie nie idziemy!!!”

-„Jak – nie idziemy? Następną lekcję macie!”- machnęła różą Matka

-„Nie, nie! My zobaczymy co psor na to powie!!!” – po czym dodali parę uwag na temat tego co trendy i tego, co twarde. Matka daruje sobie.

Psor obejrzał różę z uznaniem pomieszanym ze zdumieniem.

-„Jest TRENDY!!! I futurystycznie!” – zapewniła Matka

Odprowadziła opiekuna do pokoju nauczycielskiego, wzięła parafkę pod konspektem i dała nogę. Psor nalał wody do słoika i umieścił w nim różę, otoczony przez wianuszek pozostałych nauczycieli.

-„Jest FUTURYSTYCZNA i TRENDY!!!” – usłyszała jeszcze Matka zza drzwi głos opiekuna.


Że też w tej naszej metropolii trzeba dostarczać kwiaty z instrukcją obsługi…

A może instrukcje też są trendy?

Freeq

Niektórzy żalą się na swoje psy:

-„Wiesz, no po prostu okropność. Ja jem kotleta a pies na mnie warczy!”

Cóż, Matka wyrzuciłaby psa za okno, ale nie jej cyrk, nie jej małpy – słucha dalej.

-„A najgorzej to usiąść w JEGO fotelu. Szczeka na gości, ciągnie za nogawki. Nawet swojego pana potrafi ugryźć!”

Matka się nie przejmuje, że nie ma psa. Nie lubi i już. I nie zamierza tłumaczyć dlaczego. Że te kudły w dywanie, ubraniu i tak dalej.

Nie ma psa, ale większość spraw załatwia Maryśka.

„Cemu biezes kubek mamy?” – rozdziera szatę na piersi przed babcią –„Mama pije z tego kubka i nie wojno pozycać!!!”

I słusznie. W domu są przemysłowe ilości kubków, ale kilka jest niepożyczalnych. Nie tam, żeby jakieś wyjątkowe były, ale własne. MiaUżon ma swoje dwa firmowe a Matka jakiś upatrzony inny. I już. Dwie dziurki w nosie i skończyło się.

-„A ty?„- to do MiaUżona –„Nie wies, ze to jest MAMY piwo?”

MiaUżon pije bowiem zawsze jasne, natomiast Matka ciemne. Najchętniej Portera, ale teraz mamy środek zimy i nie jest tak łatwo kupić. Poza tym pojawiło się genialne Palone i Matka się przerzuciła. Porter jest fajny, ale stanowczo za szybko prąduje…

-„To mi już nie wolno wypić piwa?” – protestuje MiaUżon.

„Tego nie!!! Nie widzis, ze to jest Okocim Pajone? Jekjamy nie znas? Wipij sfoje!

I Matka może swoje piwo stawiać, gdzie chce, bo ma Potworną Izbę Kontroli na miejscu.

Ale wczoraj MiaUżon nabył dla Matki inny rodzaj. Maryśka przybyła natychmiast ocenić małym oczkiem sytuację.

„Ojej, mamujku! – rozpoznała natychmiast gatunek –„To ty beńdzies pija to piwo ODWJOTNIE???”

-„No, chyba tak…” – powiedziała niepewnie Matka czytając naklejkę. Nie spodobało jej się bowiem to, co na niej wyczytała. ten skład, znaczy się.

A potem wypiła z trudem.

I na drugi raz to poprosi jednak osobno oranżadę i osobno piwo.

Brr!