Maryśka dziś nastawiona wojowniczo. raz pada deszcz, raz słońce świecie i dziecko ma muchy w nosie.
–„Oj cicho! Ogjondam Siereka! Nic nie sjichać!” – zawołała w końcu, kiedy Matka truła coś za głośno MiaUżonowi.
– „No coś ty? ” – zdziwił się MiaUżon – „Tak do nas brzydko mówisz? Do swojego tatulka? Przecież ty MOJA jesteś!!!”
–„Nie jestem!” – fuknął Potworek i najeżył się-„NIGDY!!!”
-„Jak to – nigdy?!” MiaUżon zbaraniał
–„Po pjostu – NIGDY!!!” – Powtórzyła głośniej Maryśka i zamiatając ogonem, tudzież strzelając na wszystkie strony igłami odpłynęła.
A po pięciu minutach siedziała MiaUżonowi na kolanach i rozdawała buziaki.
A Matka nic, tylko te stosy igieł teraz na kolanach zamiata…
Kobieta, zwłaszcza mała, zmienną jest!
Menele
Matka pojechała dziś z Janeczką do MacSzczurów na urodziny klasowego kolegi. Zostawiła ją, pognała na swój aerobik i wróciła po półtorej godzinie. Pod MacSzczurami nie było miejsca, więc stanęła obok, pod swoja szkółką weekendową. Kiedy wysiadała zobaczyła dwóch niemłodych meneli siedzących na ławeczce. Czerwoni na pysku, kiwający się z lekka, te rzeczy. Jeden z nich stanął koło Matki drzwi i nie zważał na jej zgrzytanie. Zębami.
-„Czy szanowna pani mogłaby…”
-„Nie mogłaby” – warknęła Matka i ruszyła w kierunku knajpy.
-„Ale mi nie chodzi o pieniądze. Bo my tu w czterech jesteśmy i chcielibyśmy tylko bułkę…”
Matka oczami wyobraźni zobaczyła tę bułkę w dziwnie znajomym, szklanym opakowaniu…
-„Ale tutaj nie ma żadnego sklepu!” – odrzekła zgodnie z prawdą. Nie było. Ani bliżej, ani dalej.
-„To my chętnie zjemy z McDonalda…”
Matka miała już dosyć.
-„Panie!” – powiedziała – „Ja sama się NIE żywię w tej firmie i pana tez nie zamierzam. Nie sądzi pan, że to by wychodziło trochę drogo?”
-„No tak, tak!” – skwapliwie przytaknął menel – „To może chociaż złotóweczkę? Bo my tu juz dostaliśmy dwa złote…”
Matka szybko przeanalizowała sytuację. Menel był podpity. Samochód stał niby w centrum, ale jakaż to sztuka go porysować? Wyjęła portfel, wygrzebała wszelkie drobniaki a było ich od cholery, ale same żółte, więc złotówkę mieli, ale więcej nie. Menel odszedł zadowolony i siadł na ławeczce, gdzie dogorywał już drugi koleś.
Matka odebrała Janeczkę z różowym balonem i pojechały do domu. Meneli nie było, pewnie poszli po „bułkę”.
-„Znowu to przeklęte łożysko zaczęło hałasować!”- zauważyła Matka po chwili.
W aucie łomotało coraz mocniej.
-„Czekaj no, ja się zatrzymam i zobaczę, czy nie zrobiło się jajo na oponie” – powiedziała Matka i stanęła kawałeczek dalej.
Jaja nie było.
Matka wyjęła komórkę i zadzwoniła po MiaUżona.
W oponę miała wbite cztery zakrzywione gwoździe, zamontowane na specjalnej deseczce. Tak, żeby przypadkiem żadnego nie zgubić…
Jutro musi jechać do szkółki i zaparkowac w tym samym miejscu.
I nie da się sprać meneli, którzy tam będą.
#@^%$#&!!!
Kropla
Matka wspominala już o hantlach. To znaczy o tym, że zrobiła sobie w końcu hantle domowej roboty, czyli butelki po wodzie mineralnej, takiej półlitrowej,z piachem i wodą w środku.
Wcześniej jednak musiała pojechać do sklepu i obejrzeć sobie same butelki pod kątem ich kształtu. No bo nie ma hop-siup. Muszą być wygodne. Do przetargu stanęły dwie. Pierwszy – gazowany Żywiec. Matka popatrzyła na długą, smukłą szyjkę, w sam raz do ręki i pomyślała sobie, że jednakowoż będzie wyglądać jak w układzie z maczugami…
Na drugi ogień poszła woda o wdzięcznej nazwie Kropla Beskidu. Butelkę posiada poręczną, z wcięciem pośrodku – w sam raz dla Matki.
Matka wróciła więc z Beskidem do domu i oczywiście natychmiast pojawiły się Potwory. Obydwa przepadają bowiem za mineralką z małych butelek, ale gazowanej nie lubią.
–„Scypie!” – mawia Maryśka i Matka ma wodę dla siebie.
MiaUżon tez przestawił się na niegazowaną a Matka bojkotuje takową i już. Po pierwsze może wypić cały kontener i nie czuje efektu, poza bulgotaniem w brzuchu. Po drugie u Matki w mieście od zawsze jest woda głębinowa w kranie. Może teraz już tak się prosto z niego nie pije, ale Aqua Kranata jest i to bezpłatnie. No, niemal.
Wracając do Potworów…
Janeczka przygalopowała do kuchni, bo Matka przyssała się do wody, żeby szybko nasypać piasku.
-„Ja też chcę, ja też!!!” – zawołała. Matka nie może bowiem niczego zjeść ani wypić bez skomentowania po co to, dlaczego, jak, gdzie, kiedy i w ogóle to trzeba zaraz tez dawac Potworom, choćby sie kulały z przejedzenia. Potwory zresztą nic innego nie robią tylko jedzą i się kulają!
-„Ale to jest gazowana!” – postraszyła Matka. Podziałało.
-„Eeeee, to nie. Ja nie lubię gazowanej!”- zmartwiła się Janeczka. Matka przeciwnie – dzięki temu ma z głowy wszelkie gazowane napoje z colą włącznie. Nie kupuje wcale i tak jest super.
Potwór zbystrzał jednak po chwili, bo sam nosi do szkoły butelkę z jakimś Aquarelem albo Żywiecką.
-„A co to za nowa woda?” – spytał zaciekawiony.
-„Kropla Beskidu” – zabulgotała Matka kończąc druga butelkę.
-„Ahaaaaa” – pokiwała Janeczka głową z uznaniem i już jej nie było.
-„Tato, tato, ty wiesz co?” – doszło Matkę z oddali nawoływanie Potwora -„Ty nie masz pojęcia, jaka mama ma fajową wodę!!!”
-„Jaką – fajową?” – zdziwił się MiaUżon
-„Nie no, woda to jest normalna, ale jak się bajerancko nazywa!!! KROPLA BEZ KITU!!!„
Plastycznie
Matka wróci do środy sprzed Bożego Ciała. Wiadomo – długi weekend był.
Matka pojechała do szkoły po Janeczkę i jak pomyślała, że w tym piekielnym upale ma włazić na drugie piętro, to aż czarno jej się w oczach robiło. Dlatego z ogromnym zadowoleniem ujrzała Potwora, który siedział w gromadce innych dzieci przed szkołą na trawniku i słuchał tego, co czyta pani świetliczanka.
Kiedy Janeczka spostrzegła Matkę, poganała po kapcie i po chwili siedziały już w samochodzie.
-„Ty wiesz?” – spytała Janeczka z wypiekami na twarzy – „Ty wiesz, co się stało?!!!”
-„No nie mam pojęcia” – rzuciła Matka
-„Malowanie było!!!” – oznajmiła Janeczka
-„Malowanie czego?” – Matka wystraszyła się, ze znów jakiś konkurs był a Potwór zapomniał zrobić pracę.
„No malowanie klas piętro niżej! Tak na olejno, żeby przez długi weekend wywietrzało!”
Matka w końcu załapała.
-„To dlatego siedzieliście na dworze? Bo śmierdziało?”
-„Nie od razu!” – zamachała rękami Janeczka – „Dopiero jak druga pani świetliczanka zasłabła i musiało zabrać ją pogotowie…”
Matka mało nie wjechała na drzewo.
Żeby w długi weekend wywietrzało!
Ale malować olejnicą można w tym czasie, kiedy dzieci siedzą w szkole???
W ten dziki upał?
No ale może Matka przesadza i jest kompletnie przewrażliwiona?
Jędza, nędza i popędza?
Dlatego nie napisała od razu, bo by same brzydkie wyrazy tu były…
Będzie duża
Matka odstawiła dziś Maryśkę do niani. Niania ozdrowiała z lekka, ale pisze pracę licencjacką, więc Matka nie chce jej już bruździć i wozi – uszczęśliwioną takim rozwojem sprawy zresztą – Maryśkę.
Trzeba jednak rano Potworka oporządzić, nakarmić i wystawić za drzwi. Najgorzej idzie z ubieraniem, bo dziecię nawiewa Matce po każdej sztuce odzieży i za pukt honoru wyzanacza sobie znalezienie gumy do żucia w pokoju Janeczki, na przykład. Co się znakomicie udaje.
A potem między majtkami a spodenkami mamy szukanie karteczek.
A między jedną skarpetką a drugą – Barbię nową. O, niepowodzenie. Janeczka gwizdnęła wspólną lalkę do szkoły!
Matce udaje się w końcu posadzić Maryśkę koło zlewu, skąd samodzielnie uciec się już nie da, przynajmniej na razie. Zaczyna sie więc obwąchiwanie wszelkich past do zębów i komentowanie wszystkiego, co stoi wokół umywalki. Asortyment sie od miesięcy nie zmienia, ale co tam! Popytać zawsze można!
-„A co to?” – Maryska dźgnęła paluszkiem w butelkę z dozownikiem.
-„No żel do mycia twarzy” – odrzekła Matka grzebiąc szczoteczką w paszczy Potworka.
–„Dja mnie? – zapytała Maryśka z nadzieją w głosie. Tą samą nadzieją co rano.
-„Nieeeeeee…” – pokręciła przecząco głową Matka – „Ty nie potrzebujesz takich rzeczy. Jesteś za malutka! To jest dla mnie!”
–„Ahaaaaa…” – jęknał zawiedziony Potworek, ale nagle kulka Pomysłowego Dobromira popukała go po łebku i rozpromienił się –„A gdybym, Mamujku, ceńściej ogjondała tom butejke, to sybciej beńdem DUZIA???”
A Matka pomyślała sobie: A po co ci kocie być dużą? Po co? Wtedy to już tylko schody…
Po
Prezenty wręczone.
Barbia My Scene rżnięta w kącie (a mówiła Matka, że tak będzie, a mówiła…), namiot rozłożony, gumisie zjedzone, zozole w trakcie pochłaniania. Lizaki obcmoktane.
W namiocie na zmianę Potwory, Matka lub MiaUżon. Najczęściej Potwory i to jest właściwa proporcja.
A wszystko przy akompaniamencie „Ajlowju” i głośnego cmokania wydawanego przez szarego i brązowego psa, przyciagających na sznureczku mniejsze. Psy od ciotki, która już się nauczyła, że Potworom trzeba podwójnie i różne kolory. Różowych psów nie było?
-„Napusce ci psa!!! – mówi Maryśka i ciągnie za sznurek.
-„No to ja też” – dodaje Janeczka.
No to mamy jedno wielkie ajlowju.
Matka ma nadzieję, że w środku nie są Energizery…
Albo inne Duracelle.
Ale tak, czy owak – takie urządzenia nadzwyczaj długo wydają z siebie dźwięki.
Kiedy Babcia przez pomyłkę wsadziła do pralki bateryjną krowę – ta przed półtora tygodnia ryczała jej na kaloryferze bez przerwy…
Nie uprać psów, nie uprać psów, nie uprać psów…
Hantle i długopisy
Matka była wczoraj na aerobiku.
Miała przynieść półtorakilogramowe hantle, ale jak zobaczyła cenę w super-hiper, to zaraz nabyła dwie wody mineralne, wyżłopała, po czym nasypała piachu z piaskownicy i jeszcze zapchała dziurki między ziarenkami kranówką. Pewnie z kilogram ważyły. Potem okazało się, że połowa babeczek ma albo butle z piachem, albo solą.
Były też takie, oczywiście, które przyniosły hantle „normalne”, bo bywają za grosze w promocjach i trzeba upolować. Matka też się postara.
No i były takie panie, które ćwiczą nie za bardzo, ale za to mają bardzo fachowe wdzianka na ramiaczkach, spod których wystają kolejne ramiączka, tym razem od biustonosza (Matka przepada za taką wersją ubraniową! Poraża ją dobre samopoczucie takich pań i najczęściej też kolor ramiączek – dzielą się mianowicie na kolory „uprane” i po prostu „brudne”. Matka uważa, że albo ma się jeszcze warunki na same ramiączka od bluzki, albo pieniądze na biustonosz do takiej bluzki. Jak nie, to nie noś babo takich ubrań! Nawet jesli ramiączka są silikonowe! Chyba tylko w Polsce można coś takiego zobaczyć… – i tu Matka musiała sobie pojędzować)
Wracając do tematu, bo Matka wątek z zaperzenia straciła, są panie, które przychodzą w stroikach i z bardzo fachowymi hantelkami, takimi obciągniętymi gąbeczką i w ogóle. Fajne te hantle, ale własnie drogie, jak smok. Matka poczeka i pomacha butelkami póki co.
Ale Matka wcale nie o tych hantlach miała. Rety, rety.
Matka miała o Maryśce napisać. No to jeszcze raz.
Matka wróciła z aerobiku. Maryśka, stęskniona wyległa na partery, na powitanie i dała Matce buziaka. To już chyba zaskoczenie musiało być dla Potworka totalne, bo Maryśka buzi rzadko daje, a już bez proszenia to wcale. Gdzie by tam czas marnowała…
Matka wyściskała więc Potworka i zagrzebała w torbie w poszukiwaniu komórki. Jak tak zajrzała, to zobaczyła, ze na promocji podręczników pan zarzucił Matkę firmowymi, niebieskimi długopisikami. Takimi no, wiadomo, jakimi. Zwyklaskami najpopularniejszymi.
Długopisy od dawna są mrocznym przedmiotem pożądania Potworka, więc Matka wyciągnęła jeden i wręczyła Maryśce.
-„To dja mnie???” – zapowietrzył się Potworek
-„Dla ciebie!” – potwierdziła Matka
–„I beńdzie cajkiem mój? Mój debigosik?” – nie mogła uwierzyć Maryśka
-„Całkiem twój własny i osobisty!” – zapewniła Matka, ale Potworka już nie było.
Popędził do Janeczki, MiaUżona i Babci. Zamachał im przed oczami długopisem i wykrzyknął:
-„Mama dała mi mój wjasny debigosik! No po pjostu JEWEJACJA!!!”
I znowu widać, jak niewiele potrzeba do pełni szczęścia małemu człowiekowi. Dopóki mu nie powiedzą, że prestiżu dodaje tylko Waterman…
Ojej…
Matka ma od rana smuteczki. Bezpowodowe.
Prezent dla Potworów ma. Maryśkę do niani zawozi po raz pierwszy od miesiąca. Fotele prawie skończone, jeszcze lakier rzucić. Praktyka też w zasadzie niemal zaliczona.
No to co?
To co?
Matka nie wie. Może to, że zbliżają się wakacje i były wielkie plany, jak niektórzy pewnie pamiętają a został MiaUżon bez pracy…
I wszystko wzięło w łeb i może w ogóle nie być wakacji. Nigdzie…
I z obrazem Matka ma obsunięcie miesiąca i nie wie, no nie wie, jak zdąży?
No to chyba czas się podnieść i zacząć działać.
Bo inaczej chandra dopadnie totalna.
Kawa.
Jeszcze raz kawa.
I kopniak w pewne miejsce.
Zaraz Matka wskoczy w trybiki.
Znów czadem po oczach!
Matka podłamała się wczoraj po tym nieszczęsnym namiociku, co to go zabrakło w sklepie. Teraz to już Matka się nie dziwi, bo ślicznościowy był i tani, jak barszcz. Kiedy jednak MiaUżon zagroził, ze kupi Janeczce to o co tak bardzo prosi, to Matka się zmobilizowała, uzbroiła, okopała i otoczyła ze wszystkich stron. Następnie wytoczyła działo, czego skutkiem byla cisza wieczorna. MiaUżon sie obraził…
Argumenty MiaUżona – „Chcę dać swoim dzieciom to, o co proszą. Bo Dzień Dziecka jest po to, by spełniały się dziecięce marzenia. Mi rodzice kupowali to, na co mieli pieniądze a nie to, co chciałem!!!”
Pogląd Matki – Janeczka otwiera na oślep dowolną gazetkę reklamową i woła z zachwytem: „O to, to, to! Kup mi, kup mi, kup mi!!!”
A Matka zwykle nie reaguje wcale, bo Janeczka zapomni o tej rzeczy wraz z wywaleniem gazetki bądź końcem promocji…
A ponieważ tym razem chodziło o jakąś Barbię czy inną Witch za pięćdziesiąt parę złotych kiedy na koncie same kółka (a nawet gdyby nie, to i tak NIE!!!), co jest ceną absolutnie złodziejską i Matkę nie obchodzi, że są droższe, więc Matka padła na ziemię, szatę rozdarła i orzekła, ze po jej trupie.
Gdyby tak pozbierał te lalki, co sie walają po podłodze a swojego czasu były najukochańszymi, gdyby odarł je z tych sukienek z papieru toaletoego i peleryn ze ścierek, to moglibyśmy nieźle zarobić na allegro.
Matka uważa, że prezent powinien nie tylko byc miły, kochany, ale tez mądry i przyszłościowy. No pewnie, że nie każdy. Ale w sytuacji, kiedy do pokoju Potworów nie mozna normalnie wejść – to tak.
Matka pojechała więc wczoraj do innego hiper – super i obejrzała inne namiociki. Byl podobny, choć bez okrągłego okienka z boku. Takie kolorowe igloo 120 x 120 z wejściem z przodu, no i za podwójną cenę, niestety. Matka dojrzala jednak swoim zasoczewkowanym okiem pakunek w formie koła. Kiedy wyciągneła z niego to COŚ, to wyprysneło i z hukiem się rozłożyło wywalając Matkę na ziemię i przewracając kielka krzesełek turystycznych.
Ale warto było! Z braku aparatu cyfrowego i sponsora na niego Matka opisze. Może kształt nie jest porażający, ale funkjonalność duża.
Jest to mianowicie nieco wydłużony sześcian o boku 90 cm, czyli nie za wielki, ale taki w sam raz. Kolorowy. Od góry jest okienko nakryte siatką. Z dwóch boków dwa okna z folią, z pozostalych dwóch dwa okragłe, zakrywane klapką wejścia. Nie potrzeba żadnych śledzi, stoi samo sobie, podłogę ma i wodoodporne jest. Czyli i w domu zapewne potem się przyda. Cena znośna bo 34 złote.
Matka wpadła w dziki zachwyt.
Czy Potwory też?
Zobaczymy jutro.
Ale Matka coś czuje, że to będzie to!!!
I znowu będzie czad!!!
Wysypało
Kiedy Matka wracała wczoraj ze spotkania promocyjnego z wydawnictwem, czego efektem były dwa darmowe komplety podręczników wraz z przypadłościami i świetny humor Matki, Janeczka właśnie wypryskiwała na dwór. Upał był niemozliwy, więc Potwór przyodział się odpowiednio, acz zbyt wystawnie. Dostawszy ostatnio reprymendę za wyciąganie po kryjomu na dwór rzeczy nieużywanych a jasnobłękitnych, będących ekwipunkiem szkolnym z gatunku NieNoszęRzeczyWyblakłychIZDziurami, tym razem zmienił strategię.
Na bardziej żółtą, ale także nieużywaną.
Matka dostrzegła jedynie żółtość, która śmignęła obok niej w charakterze Strusia Pędziwiatra, ale coś jej mówiło, że w ubiorach „nadwornych” tego zestawu kolorystycznego nie ma… Capnęła więc ręką w środku tego wiru i natrafiła szczęśliwie na Potwora. Inaczej umarł w butach. Nie dogoniłaby za nic, bo Janeczka wytwarzając za sobą z pędu próżnię, nic nie słyszy. Taka głuchota wybiórcza.
-„A ty, kochana, co masz na sobie?” – zapytała Matka
Wir zakotłował się i usiłował wyrwać dalej. To jest jakieś takie prawo fizyki, ze jak coś gna, to jak się je zatrzyma chce dalej to robić. MiaUżon to odczuwa boleśnie, kiedy Matka hamuje. Na ten przykład.
Potwór został bezlitośnie zawrócony w celu przebrania się.
-„Okropnie mnie meszki pożarły!” – rzucił na odchodnym
-„Naprawdę?” – zdziwiła się Matka, bo meszki co prawda są, ale wskutek lania trutki już tak nie dokuczają. Trudno jest zresztą wystawić się tak ot, na pożarcie, bo z lekka to boli.
-„No!!!” – potwiredziła Janeczka i zadarła koszulkę.
Oczom Matki ukazał sie obraz nędzy i rozpaczy. Janeczka była wysypana jak nieszczęscie i na pewno nie były to meszki. Chyba że stado okola tysiąca szuk, ale Matka podejrzewa, że nawet części tego stada Janeczka nie przeżyłaby.
Przed oczami Matki zawirowała szkarlatyna, odra i wisła. Różyczkę i wiatrówkę Matka odsiała natychmiast. Były. I tak nie wyglądały.
Potwór sród szlochania został zatrzymany w chałupie. Zaklejony wieczorem wapnem. Wiedzący, że nazajutrz jest jakiś zaległy teatr.
Godzinę później do kompletu dołaczyła Maryśka, aczkolwiek z mniejszym „wyrzutem” pseudomeszkowym.
A rankiem Janeczka wstała jak nowonarodzona, śladu nie było po niczym. Przyodziała się elegancko do teatru, oczywiście na różowo.
Co to znaczy potrzeba kultury – uzdrawia natychmiast!