Maryśka staszczyła rano swe małe ciałko na parter. Nie jest to łatwe, bo u góry jest tyle ciekawych rzeczy, które wcale a wcale się nie zmieniły od wieczora i należy to dokładnie sprawdzić. W związku z tym Matka wije się na górze dobrą godzinę, zanim Potworka uda się zaprosić na dół, żeby wchłonął wreszcie śniadanie.
Tym razem jednak basen stanowił wystarczającą zachętę i Matka długo nie czekała.
Maryśka wyszła na taras, ale w łapce trzymała reklamóweczkę wypakowaną jakimiś kanciastymi przedmiotami. Matka zaraz oczami wyobraźni zobaczyła basen w formie sera szwajcarskiego i postanowiła zarekwirować pakunek.
-„Ty mi to lepiej oddaj, bo kąpać się z tym nie będziesz na pewno!!!” – zarządziła
–„No pefnie, ze sie nie beńdę z tym kojpać!” – żachnął się Potworek – „Psiniosjam to, bo okjopnie boji mnie gajdło!!! – tu zarzęził ekspresyjnie.
-„A co ty tam masz?” – wystraszyła się Matka
–„No aptekę mam, wiesz, Janeckowom…”
Matka wiedziała. Janeczka rzuciła kiedyś hasło zbiórki opakowań po lekach. Były potrzebne do jakiejś zabawy w przedszkolu. Wszyscy krewni i znajomi a zwłaszcza teściowa zaczęli zasypywać Potwora pustymi pudełkami, które do dziś wszędzie się walają, przyprawiając Matkę o palpitacje, bo Matka zabawy czymkolwiek, co kojarzy się z lekarstwem nie lubi. Nie ze względu na jakiekolwiek skojarzenia, ale możliwość zabawy z przypadkowo napotkanym i wcale nie pustym opakowaniem. Matka co prawda leki chowa pod kluczem, ale zawsze…
Wracając do Maryśki…
Potworek zaczął wykładać na stół zawartość torby. Co chwila demonstracyjnie pochrząkiwał, żeby utwierdzić Matkę w przekonaniu, że jednak jest ciężko chory.
Nastepnie zaaplikował sobie wirtualnie i po kolei zawartość pudełek:
– napił się szamponu przeciwłupieżowego Selsun
– zjadł leki przeciw zawałom
– pochłonał całą tubkę maści na jakieś odparzenia
– nie pogardził magnezem na skurcze
– wykonał inhalację środkiem na alergię
– na koniec zaaplikował sobie tabletki przeciwdziałające starzeniu się
–„No, tejaz jus mogem spokojnie siem wykojpać w basenie!!! – oświadczył.
A Matka się zastanawia, czy taki zabalsamowany w ogóle się zanurzy…
Bo gardło to go boleć na pewno nie będzie…
Hossa
Potwory miały wczoraj dzień typowo plażowy. No, ogródkowy, żeby kto się nie czepiał.
MiaUżon wyciągnął mianowicie basen. Nowiutki, bo to ważne. Janeczka w swym krótkim żywocie wykończyła już trzy sztuki. Każdy wyglądał podobnie – miał nadmuchiwane boki jak dżdżownica. To znaczy wyglądał, jak pierścienie dżdżownicy, dla odróżnienia od basenów rozporowych.
Pierwszy basen Matka nabyła w Makro – był śliczny i w różne mazaje, zaś na dnie wymalowane były jakieś postacie, czy coś takiego. Matka już dobrze nie pamięta, bo przebił się równie szybko, jak te jednokolorowe. Bo Janeczka, niezależnie od koloru, wchodzi do basenu z całą swoją menażerią od piszczków do pinesek włącznie.
Skutek jest taki, że po jakimś czasie siedzi w baseniku obniżonym o jeden krąg, potem o dwa, a potem to już nie bardzo daje się siedzieć. Basen może jedynie służyć jako lekko odparzający miejsca strategiczne dywanik…
Matka zaczęła więc nabywać baseny najtańsze, korzystając z wszelkich promocji. Tak się trafiło, że rok po roku kupowała niebieskie. Nie granatowe, nie błękitne, nie szafirowe jak niebo nad Neapolem, tylko obrzydliwie i bezczelnie niebieskie. Aż jej się znudziło i kiedy rok temu basenik znów zaczął się niebezpiecznie obniżać, akurat zrobiono wyprzedaż letnią, z której Matka zamierzała skorzystać.
Pojechała więc do Realnego sklepu i capnęła w pośpiechu to, co było. No, może nie do końca, bo jednakowoż wybór był. Baseny leżały w dwóch kolorach – różowym i zielonym. Matka stwierdziła natychmiast, że to cud prawdziwy, że obok nie ma Janeczki, bo wiadomo, jaki kolor wybrałaby. I drugi cud, ze Matka może spokojnie kupić zielony, który wtopi się w trawę i nie będzie go widać!!!
Matka wrzuciła więc basen do koszyka, przywiozła do domu i schowała w piwnicy, bo miała być jakaś okazja. Zamiast okazji nadeszło ochłodzenie i Matka o basenie zupełnie zapomniała. Aż do tego roku…
W sobotę MiaUżon wstał rano, żeby nadmuchać i napełnić wodą wspomniany akwen. Matka po chwili zeszła, wyjrzała do ogródka, gdzie MiaUżon urzędował i oniemiała. Zaniemówiła, dostała zeza, ręce jej opadły, tudzież szczęka.
-„No co? ” – powiedział MiaUżon -„Samaś wybrała!!!”
-„W życiu!” – Matka odzyskała głos – „Tamten był zielony!!!”
-„A ten też! Tylko, że zielony to on był w masie!” – i odsunął się, żeby Matka mogła podziwiać jadowicie żółtozielone, odblaskowe monstrum. No neon po prostu!!!
-„Słuchaj, obciach będzie na całe osiedle…” – zajęczała Matka
MiaUżon wzruszył ramionami, stwierdził, że Potwory częściowo sobą basen zasłonią i on już nalał wody, więc niech teraz się grzeje. Po czym upłynnił się elegancko, wykorzystując do tego celu pojazd zwany samochodem.
Matka została sama na placu boju, Potwory spały, za to sąsiedzi budzili się do życia. A wspomnieć trzeba, że u sąsiadów jest starsza o cztery lata dziewczynka, czyli wyrocznia absolutna, posiadająca do tego identyczny, jak stary Janeczki, niebieski basen, tyle tylko, że większy. Z powodu wielkości -będący solą i belką w oku Potwora.
Jak teraz sąsiadeczka zobaczy to, co MiaUżon postawił na środku ogródka to koniec. Janeczka się tym basenie nie zanurzy…
U sąsiadów zaczął się gwar, niebezpiecznie zbliżył się do balkonu i Agnieszka wyszła. W tym momencie zapadła cisza. Głucha. Nie było wątpliwości, co ściagnęło wzrok…
-„Mama, tata, chodźcie tu szybko!!!” – wrzasnęła sąsiadka
Sąsiedzi wypadli. Matka schowała się do domu.
-„Ja nie mogę!!!” – jeknęła Agnieszka – „Ale Janeczka ma basen!!! No CZAD!!!”
Po dziesięciu minutach wszyscy już wiedzieli, że Matka nabyła czad, w związku z tym Potwory z czadu prawie wcale nie wychodzą.
Akcje Janeczki wzrosły do wyników nie notowanych wcześniej.
A Agnieszka wczoraj wykończyła swój niebieski basen.
Jak sąsiad pojedzie i nabędzie jakiś różowy, to Matka się potnie…
Albo sąsiada.
Bądź basen. Sąsiada.
Było i nie ma
Matka sobie wymyśliła. Wymysliła, że kupi Potworom prezent DniowoDzieckowy wspólny. MiaUżon przystał na propozycję.
Bo tym naszym dzieckom to już okropnie trudno cokolwiek wymyśleć. Trup w pokojach ściele się gęsto. Kiedy by nie wejść, coś się rozdepcze, zwłaszcza po nocy. Płyt wszelakich pełno, książek też, o pluszakach to się nawet nie myśli, bo Matka tylko pakuje je w worki i ma zamiar wywieźc, ale póki co pakuje na stryszek.
Co prawda Janeczka doniosła o jakiejś Barbie czy innym Witchu, ale jakby tak pozbierał awalające się kończyny, tudzież ubranka, to by skompletował co najmniej osiem oryginalnych, ze trzy Steffi i z pięć podróbek. No harem wręcz!!!
Matka, przeglądając gazetkę z jakiegos Tesco czy inkszego Reala, napotkała namiocik dziecięcy za jedyna 19,99. Rozmiary niczego sobie, wejście normalne i jeszcze okrągłe okienko z boku. No żyć nie umierać!!!
Matka tu pomyślała oczywiście o sobie i MiaUżonie. Potwory chwilę chociaż by się sobą zajęły, można by wypić jedną kawę bez przerw na odganianie komarów, zabicie straszliwego robaka, który siedzi na liściu i kłapie paszczą gotów wyssac wszelkie soki i zawartość stałą z ciała Janeczki i podawanie nocnika Maryśce.
Do tego można by taki sam prezent sprawić znajomemu chrześniakowi i jego bratu. Matka wpadła więc w dziki zachwyt.
Sprzedawszy Potwory, które w tym momencie nie powinny się znaleźć w sklepie, Matka z MiauŻonem ruszyli na pobój sklepu. Upał był jak jasny gwint, ale czego się nie robi dla dzieci?
Wrzuciwszy do koszyka , tak zupełnie mimochodem butelkę wina i parę piw, pognali w strone stoiska dziecięcego uradowani swoim pomysłem i szybko podjęta, zgodną decyzją.
No i okazało się , że inni byli jeszcze bardziej zgodni i jeszcze szybsi. Po namiocikach ani śladu. Były i się zmyły.
Teraz to już tylko się pociąć…
Dama
Matka wybrała się z rodzinką wieczorem do kościoła. W związku z tym należało, moczące się cały dzień w basenie Potwory, przyodziac odpowiednio i wymyć.
Matka, kiedy już sama doprowadziła się do stanu jako-takiej używalności, wyciągnęła dla Maryśki nowiutką sukienkę, zieloną w paseczki. Kiedy tak grzebała w szafie, wypadł mały kapelusik, o którym Matka na śmierć zapomniała. Wystroiła więc uszczęśliwionego Potworka, który po chwili prezentował się ojcu.
-„Dokończ ją ubierać a ja wejdę jeszcze do łazienki” – rzuciła Matka MiaUżonowi i znikła.
-„Choć, włożymy skarpetki, żebyś sobie nie poobcierała nóżek w sandałkach!” – zarządził MiaUżon
–„Nie włoziem!”– zamachała łapkami Maryśka
-„Jak nie włożysz? Trzeba!”
–„Skajpetek nie!!!„- wkurzył się Potworek
-„Nie można iść bez skarpetek!!!”- MiaUżon też stracił cierpliwość, bo robiło się późno.
-„Pójdem w jajstopach!!!”
-„O matko jedyna! W jakich rajstopach? Trzydzieści trzy stopnie na dworze!!!” – zawołał MiaUżon usiłując bezskutecznie wsadzić skarpetkę na nogę Maryśki.
-„A cy ty widziajes kiedyś, zeby dziewcynki do kapejusa nosiły skajpetki? Do kapejusa mogom być TYJKO jajstopy!!!”
Zadymiło…
Potwory smażą się dzisiaj na dworze. Jeden na jednym, drugi na drugim. Ten bardziej pożądany dwór jest przed domem, a trzeba przyznać, że nic mu nie brakuje – po drugiej strony wąskiej uliczki jest po prostu las, gdzie Janeczka szaleje z koleżankami.
Drugi dwór jest tarasem i ogródkiem, w którym stoi piaskownica.
Janeczka, kiedy tylko można spływa na dwór właściwy a Matka ma chwilę świętego anielskiego spokoju, bo Potwory sie przynajmniej nie piorą. Tak stało się i rano. Drzwi huknęły, MiaUżon je zakluczył, żeby Maryśka nie wyprysnęła na ulicę a Matka wstawiła pranie.
Po chwili Matkę doszło piszczenie Potworka, który namiętnie pertraktował na jakiś ważny temat z MiaUżonem. Z natężenia pisków można było wywnioskować, że ojciec się nie ugiął, choć Potworek wyraźnie machał białą flagą dla zmylenia przeciwnika.
-„O co chodziło?” – zapytała Matka MiaUżona, kiedy zszedł zagrzebać przy samochodzie.
-„E, nic!” – machnął ręką MiaUżon – „Chciała oczywiście wyjść na ulicę i nie rozumie, że sama nie może”
Matka wsypała proszek, włączyła pralkę i już miała wrócić na górę, kiedy nadpłynął Potworek. Kurzyło się za nim tak, że wyłonił się z dymu niczem Santa Maria z Kolumbem z mgły.
-„Eeeeeeee, ja tu mam spjawę…” -zadymiło mu znów z uszu aż musial zamachac trzymanymi w ręku sandałkami
-„A zamieniamy się w słuch!” – Matka nadstawiła uszu ciekawa, co też Maryśka tym razem wymyśli
–„Noooo…” -znów kolejna porcja dymu-„…Janecka ma takom GOJONCOM PJOŚBĘ, zebym ja koniecnie wyśła zajaz na dwój!!! Bo okjopnie za mnom tejsni!!!”
Matka spróbowała sobie wyobrazić Janeczkę tęskniącą za Maryśką, na dworze zwłaszcza. MiaUżon dzielnie wspomagał Matkę, ale też nic z tego nie wyszło.
Spacyfikowali więc Maryśkę na ten drugi, gorszy dwór, wbili parasol kolo piaskownicy, czym pięciokrotnie podwyższyli atrakcyjność wyżej wspomnianej i Potworek z ukontentowaniem zasiadł do lepienia babek.
A dym uchodził z pralni jeszcze dwie godziny…
Świętowanie 12
Matka dzisiaj prawie świętowała. Prawie, bo od świtu walczyła z fotelami (ale już koniec widać). Kiedy więc tak leżała i srebrzyła ich nogi, wkroczyły Potwory w towarzystwie MiaUżona, czego następstwem był napad laurek autorstwa Janeczki. Maryśka nie brała czynnego udziału w przygotowaniach, gdyż zarzuciła malarstwo na rzecz rozwiązywania krzyżówek. Skutek jest taki, że Babcia, gdy sie nudzi, usiłuje rozpoznać cyferki i dopasować jakoś hasła do kratek. Innymi słowy – Potworek poprzerabiał jej krzyżówki na jolki i Matka założy się , że zrobił to po to, żeby mieć dłużej Babcię z głowy…
Wracając do Potworów – Matka dostała także – i to już sprawka niewątpliwie MiaUżona- jakąś nową Gabrielę Sabatini.
Matka przepada za tego typu prezentami, zwłaszcza, gdy sama je sobie robi na lotniskach. Teraz musi chyba się oswoić z zapachem, bo jest lekko nie w jej typie, ale coś się Matce wydaje, że to będzie wykonalne.
I tym optymistycznym akcentem kończy i idzie świętować dalej.
Bo jeszcze godzina.
Aż!
Nie tak
Matka usypiała dzisiaj Maryśkę po późnej wieczornej kąpieli i cały czas jej coś przeszkadzało. Niby cisza względna, bo ani sąsiad nic nie rąbał ani nie wiercił dziur w ścianach przylegających (a to jest zdecydowanie główne hobby sąsiada). Młodzież też nie absorbowała napojów wyskokowych w pobliskim lesie a przynajmniej robiła to z małym natężeniem, ale coś jednak było nie tak…
Matka postanowiła nie rezygnować z rytuału i zaczęła jak zwykle „Stokrotką”, żeby po chwili przejść do „Dzieweczki i na końcu „Oki”. Maryśka pada zwykle przy drugiej zwrotce „Dzieweczki”, ale Matka śpiewa sobie „Okę” bo lubi. Na przykład.
No i dalej było nie w porządku. Matka kombinowała i kombinowała, ki diabeł.
I wpadła.
Na to.
Po prostu nie było zupełnie ciemno i Matka widziała Potworka, a nie grzebała oczami w egipskich ciemnościach.
Bo Matka nie zauważyła do tej pory, że dzień się tak bardzo wydłużył.
I przyszła wiosna.
To chyba oznacza stan bardzo ciężki. Matki…
Empatycznie
Matka zacięła się trzy dni temu blaszką do pieczenia. Blaszka była podstepną oczywiście, no bo jak inaczej. Tak czy siak Matka zmuszona była przyczepić sobie plaster na palec, bo nie dało się bez niego i w związku z tym zwala na MiaUżona pranie Potworkowych skarpetek.
Dziś, po tych trzech dniach Matka pozbyła się w końcu ozdoby i natychmiast rozpaćkała palec znowu. Maryśka dzielnie kibicowała Matce w zmaganiach z przeciwnościami losu i skóry i co i rusz dopytywała, jak tam Matki zdrowie w związku ze skaleczeniem.
–„Boji ciem pajec?” – zawachlowała rzęsami spluwając pastą do zlewu
-„No boli, psiakość! Że też znów musiałam go gdzieś wsadzić i cała zabawa od początku!” – westchnęła Matka i zanurkowała w szafce w poszukiwaniu plastra.
Maryśka tymczasem dokończyła poranną toaletę, Matka przepłukała jej paszczę a Potworek w międzyczasie poodkręcał i poobwąchiwał wszelkie walające się pasty do zębów. Robi to dwa razy dziennie, rano i wieczorem, tak na wypadek, gdyby któraś miała zwietrzeć.
–„Ojeju jeju!!!” – zawołała nagle Maryśka
-„Co się stało???”- przeraziła się Matka, która odwróciła na chwilę wzrok.
–„Boji mnie OKJOPNIE pajec!!!
-„Ale od czego?” – Matka zwietrzyła podstęp
–„No od tego odkjencania i zakjencania pasty! Pjose posmajowac mi Fastumem!!!”
No to zdefiniowalismy sobie właśnie pojęcie „empatia”.
I uzupełniliśmy je siłą reklamy…
Fiku-miku
Matka popełniła wczoraj rzecz niebywałą…
Dzięki temu siedzi teraz chrupnięta w kręgosłupie, bo coś jej przeskoczyło podczas dziesiejszego podlewania kwiatków na górnych półkach. I nie chrupnęło przypadkiem, jak się Matka domyśla…
Bo, żeby już nikogo nie trzymać dłużej w niepewności, Matka wczoraj podjęła męską decyzję i wybrała się po raz pierwszy w życiu na aerobik. Przypomnieć tu należy, że Matka od zawsze brzydzi się każdym rodzajem ruchu, no, może z wyjątkiem chodzenia po górach. To już zupełnie inna para kaloszy. Ale fikać nogami? Skłony robić? O, nie! Do czasu, kiedy Matce nie zaczęło strzykac to tu, to tam.
I kiedy Matka wybrała się na zajęcia pokazowe do pani od wf-u, tej, co to miała wykłady w Matki szkółce weekendowej, zobaczyła, ze warto. Bo kobieta się stara. Było to co prawda aikido, ale dawało Matce pogląd. Tudzież rzut oka. Poziomy i pionowy.
Matka wrzuciła więc do siaty nowy, nabyty na allegro dresik. Trzyczęściowy – bo Matka zamierzała występować także w bluzie, naiwna…
Do tego chciała nawet dokupic tenisówki, ale albo oferowano jej w cenie 70 złotych, albo same halówki były, więc wpirzyła do drugiej siaty swoje najprawdziwsze adidasy i nowiutkie, białe, bezuciskowe skarpetki.
Kiedy sie pojawiła, w oko jej wpadł wielki materac leżący na podłodze, na którym rozstawiały się panie bez skarpetek. Albo z.
Były tez małe karimaty dla babeczek w butach i Matka zaraz jeden wzięła. Panie za to przyszły różne. Była jedna babcia, kilka pań koło 50tki, potem młode, takie ciut wyblakłe dziewczyny , no i jedna typowa aerobianka – bluzka na ramiączkach, ciężkie solarium – nowe lampy, kita na czubku głowy i szminka w kolorze perłowe lila. Reszty Matka nie widziała, bo mgła jej wlazła na oczka po kilku pierwszych minutach. Szczęście, że tej bluzy od dresu nie wsadziła sobie na grzbiet…
Nie było najgorzej, ale kiedy przyszło do jednoczesnego zadzierania głowy, podnoszenia nóg z leżenia na plecach, drapania się rozcapierzoną ręką w łopatkę i druga łapania za kolano od spodu, Matce przegrzał się procesor, bo do tego potrzebne były co najmniej cztery bity a Matka, jak już nie raz wspominała, posiada dwa. Leżała więc i kwiczała ze śmiechu, ale co sobie nadchrupnęła dobrymi chęciami, to jej.
Miała poza tym dziką ochotę rozebrać sie do gatek, bo upał się nagle zrobił w tej sali niemożliwy…
A w ogóle to Matka nie zdawała sobie sprawy, że buty moga TYLE ważyć!!! A skarpetki? Zbrojone cholery zrobili, czy co?
Człowiek to nie wie, co mu w tym sklepie wciskają…
Prądy
Ostatnio mamy w domu energetycznie. I nie chodzi bynajmniej o bioprądy, ale o prąd zmienny.
–„Mamujku, cemu pakujes cajnik do pudejka?” – zdziwiła się Maryśka
-„Przepalił się” – westchnęła Matka i zagrzebała w poszukiwaniu instrukcji, gwarancji i faktury. Matka odkąd nabyła kilka ładnych lat temu pierwszy czajnik bezprzewodowy w Makro, choć za ciężki pieniądz, przestała kupowac te drogie. Zorientowała się mianowicie, ze nie ma żadnej różnicy w psujliwości. Gwarancja minęła i w czajniku pękła skala. Woda gotowała się na blacie miast w czajniku. Matka nosiła więc sprzęt do punktu, jadąc siedem kilometrów, potem pojawiała się tam następnego dnia, żeby się dowiedzieć, że panowie zapomnieli i odbierała go dopiero za trzecim razem.
Przywoziła do domu uszczęśliwiona, no bo przecież bez czajnika nie ma życia, włączała i okazywało się, że skala leci, ale tym razem bokiem. Wracała, po trzech dniach odbierała, pan nalewał wody na dowód, Matka w domu włączała a ta cholera leciała dopiero wtedy, kiedy woda się w niej zagotowała.
Koszt – dwadzieścia pięć złotych plus dwa baki benzyny. No bo jeszcze raz trzeba było jechać.
Manewr powtarzał się trzy razy w roku i kiedy w hipermarketach pojawiły się czajniki za 19.90, Matka je nabywała. Jak szlag je trafiał w ciągu 12 miesięcy – w porządku. Reperowali w momencie albo dawali nowy. Bardzo często można było więc zobaczyc Matkę w dziale AGD jak niucha. Nie w poszukiwaniu lepszego modelu ale w celu wyeliminowania smrodów. To takie czajniki, z których woda jedzie chemią na odległość i nie zmieni tego żadne wygotowywanie. Matka wie, bo po trzech miesiącach oddała taki z powrotem do sklepu.
-„Ooooo! Kolejny śmierdziel do zwrotu!” – zawołał wesoło pan gwarancyjny i wrzucił opakowanie z urządzeniem do kosza z podobnymi „markowymi”. Matce bardzo takie podejście pana do sprawy odpowiadało…
A teraz ucieszyła się ogromnie, że czajnik wrócił w jednej chwili.
Mysli tylko tak sobie, że nie pamięta o czym miała napisać.
Aha! Że wróciła do domu a tu nie ma prądu!
O czternastej dwadzieścia.
I nie byłoby problemu, gdyby nie to, że Matka ma wszystko w kuchni wyłącznie na prąd.
Jak wtedy człowiekowi się chce gorącej kawy, obiadu, powiszenia przed otwartymi drzwiami lodówki, włączenia pralki, mikrofalówki i włączenia radia. A kontaktami jak pstryka!
I jak ten sam człowiek, czyli Matka zadzwoni z telefonu w korytarzyku, bo przecież wolnosłuchawkowe też nie działają, do Pogotowia Energetycznego i dowie się, że to poważna awaria na słupie wysokiego napięcia i że ho, ho, nieprędko miła pani, nieprędko, straszyć nie chcę, i nażre się w związku z tym kanapek, jako i zrobi je dla teściowej, a potem natychmiast ten prąd włączaja, no to Matkę trafia szlag jasny.
Ale nie do końca, bo pisze.
Dzięki prądowi…