Do Opola

Matka weszła wczoraj na chwile na górę i zostawiła Potwory same, oglądające dobranockę. Matka nie wie, jak to jest, że Smerfy nie są w stanie zainteresować ani Maryśki, ani Janeczki. Zdaje się, że to tak, jak z Kubusiem Puchatkiem – kiedy jest się małym książka wydaje się nudna i taka sobie, ale za to kiedy człowiek dorośnie, nie może się nadziwić, jak mógł tego nie chcieć czytać.

Matka złaziła więc po chwili po schodach, kiedy odgłosy dochodzące z dołu kazały jej się zatrzymać i zastrzyc uszami. Potwory urządziły sobie mianowicie Od przedszkola do Opola. Obie stały ze skakankami w roli mikrofonów i oczywiście Janeczka była gwiazdą.

-„No zapowiadaj mnie!” – przynagliła Maryśkę.

Potworek nie za bardzo wiedział o co siostrze chodzi.

-„A teraz wystapi przed państwem…” – przynagliła Janeczka

„A tejas wystońpi psed pajstfem…” – rozpromienił się Potworek

-„No Janeczka Taka-a-taka!!!” – zniecierpliwił się Potwór

„Janecka Taka-a-taka! Skim psyjechajaś Janecko?” – Maryska wyraźnie zaskoczyła

-„Przyjechałam ze swoją mamusią (Matka na górze padła, bo nie wiedziała, ze bywa mamusią), tatusiem, siostrzyczka, babunią, dziaduniem (tu Matka padła po raz drugi),ciocią, wszystkimi koleżankami i sąsiadami” – wywróciła oczami Janeczka i zrobiła trzy pirueciki.

Maryśka popatrzyła nieco zimnym wzrokiem:

„Psecies nie mamy dziadka!”

-„To nic!” – zamachał rękami Potwór -„Dawaj tytuł!”

„Janecka zaspiefa pajstfu piosenkę…piosenkę…”

-„Serca napadają mnie na oczach!!!” – zaszeptała Janeczka

„Sejca napadajom jom na gjowie!!!” – zakończyła bardzo zadowolona Maryśka

I Janeczka wykonała piosenkę, w języku, który w przekonaniu Potwora miał zapewne być angielskiem.

A wtedy Matka już weszła , żeby sąsiedzi NIE zeszli…

Tak całkowicie…

Bo Potwór śpiewa zwłaszcza głośno…

Doba

Matka kombinuje mocno, czy nie dałoby się rozciagnąć doby.

No bo nie da rady. Matka się spina i spina. Srebrzy te fotele a końca nie widac. Wstawia prania, robi zakupy, ba, po nocach siedzi i z tymi fotelami walczy a one jak były brązowe, tak są, tylko nie całkiem.

I jeszcze jutro musi połazić po urzędach, szkołach i innych takiech, ale może to i lepiej, bo już na foteliki patrzeć nie może.

A jutro jeszcze impreza dniomatkowa w szkole Janeczki i Potwór nic, tylko kreację wybiera w szafie. Nie wie, biedny, ze pewnie wszystkie są za małe…

Tak więc Matka postuluje wynalezienie doby dłuższej.

Chociaż nie ma pewności, czy w związku z wydłużeniem czasu pracy nie padnie?

Ech, to niech już zostanie tak, jak jest…

Napoje wliczone

Dziś dzień hawajski.

Maryśka siedzi z Babcią na tarasie i plażuje. Od świtu, kiedy jeszcze cień był i chłód dość spory, Potworek kazał się wbić w krótkie spodenki, rozpostrzeć parasol i podać drinka.

-„Przecież nie ma jeszcze słońca! Dwadzieścia stopni – to jest za zimno na krótkie spodenki!” – wytłumaczyła naukowo Matka, co oczywiście wpadło w próżnię, bo Maryśka liczy zaledwie do osiemnastu a i to systemem skrótowym. Po dziesięciu następuje siedemnaście i osiemnaście.

Potworek potoczył wzrokiem po niebie.

„Jest słońce!!!”– oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu i dźgnął paluszkiem w zajączki na murze sąsiedniego domu. No fakt. Tam było.

Matka machnęła ręką i rozłozyła parasol. Maryśka natychmiast przystosowała go do swojego wzrostu, czyli umieściła na wysokości minimalnej, nieprzekraczającej metra. Trochę nam się powierzchnia tarasu w ten sposób zmniejszyła, ale szczęście Potworka wzrosło do niewyobrażalnych granic!

„A tejaz popjosę sok!” – Maryśka rozsiadła się w fotelu.

Matka przyniosła sok z czarnej porzeczki, który to jest sokiem jedynym właściwym dla wszelkich Potworów i po którym trzeba wieczorem myć zęby pastą Javox.

Maryśka opróżniła kubeczek migiem i zażyczyła sobie riplej.

Kiedy sytuacja powtórzyła się z drugim kubkiem, Matka się zainteresowała. Może dziecko napadła cukrzyca???

Podała trzeci a Potworek dalej pił, jak Smok Wawelski.

„Tu som jitejki!” – powiedział parskając czarnymi kropelkami.

-„Jakie literki?” – zdumiała się Matka

„No, jitejki. Na dnie kubka!”

Matka zajrzała Maryśce przez ramię. No faktycznie. Na dnie przezroczystego, plastikowego kubka stało jak byk, że zrobiony był w Chinach.

-„No i co z tego, że są literki?”

„No bo tam jest napisane…” – siorbnęła resztkę soku Maryśka –„…CZTEJI, PIONTY GJATIS!!!”


A Matce się jednak wydaje, że Potwory od poczęcia mają all included…

Nie ujrzeć Endrju

Matka zrobiła sobie dziś, a właściwie wczoraj, dzień tarasowo – leżakowy. Janeczka szalała na dworze, Maryśka bawiła się Barbiami, Matka starała się bezskutecznie wypełnić dzienniczek praktyk, natomiast MiaUżon przeżywał ciężkie chwile.

Matka musiała drzwi na taras przymknąć, bo wstyd było przed sąsiadami. Sprzed telewizora dochodziły wrzaski i syki ślubnego.

-„No i jak ta Hołota?” – zawołała w końcu Matka, bo i tak nie dało się myśleć.

-„To nie on!” – odkrzyknął MiaUżon

-„A kiedy będzie?”

-„Już zaraz!” – po czym zaczął wiwatować na cześć jakiegoś innego Polaka, czy coś.

Matka pomyślała sobie, że dość już tego siedzenia na słońcu, co tam, zrobi sobie małą przerwę. MiaUżon pomyśli za to, że Matka tak specjalnie dla niego przylazła, no bo w to, że dla sportu, to w życiu nie uwierzy.

Matka wlazła więc do kuchni i wstawiła czajnik.

-„Tobie też zrobić?” – zapytała uprzejmie.

-„Nie, nie” – machnął MiaUżon ręką -„Nie teraz. Zaczyna się!”

Matka wyciągnęła kubek, wsypała kawę i zagrzebała w lodówce w poszukiwaniu śmietanki. Tej nie było. Wzięła mleko, jak trzeba, to trzeba.

Trzasnęła lodówką, odwróciła się – a tu MiaUżon stoi przy czajniku.

-„A ty co? Nie patrzysz?” – zdumiała się Matka

-„Skończyło się!” – mruknął i poszedł na powtórki ze wszystkich lotów ptaka. Tym sposobem można było ujrzeć Endrju, jak trzydzieści pięć razy dostaje łomot.

-„Ty to byś nie mógł stanąć do takiej walki, dostać w łeb i zgarnąć po minucie taka kasę?” – zapytała Matka, żeby dodać MiaUżonowi otuchy.

Ten wywrócił oczami i dalej ślepił się w Endrju.

-„No dobra, dobra” – Matka zebrała jad -„Tylko gdyby jednak kiedykolwiek ktoś pozwolił mu jeszcze walczyć, to daj mi wcześniej znać, co?”

-„A po co???” – MiaUżon ze zdumienia odwrócił wzrok

-„No kupię sobie tę nową kawę mrożoną. Nie trzeba wody gotować…”

Rozpuszczalność

Maryśka okrutnie polubiła Matki chleb chrupki. Matka nabywa go sobie w Lidlu, a przypomina on jako żywo Wazę, co Matkę niezmiernie cieszy ze względów finansowych.

Matka różne te tektury próbowała, ale Lidlowe mleczne i sezamowe wygrały. Niestety na polu potworowym to już raczej do przegranych Matka należy, gdyż te, zwabione chrupaniem, zjawiły się niczem duchy i zażadąły też. Matka była święcie przekonana, że takiego lekko otrębowego chleba nie ruszą, ale była w błędzie.

Potwory rąbią teraz normalną, dwukromkową kolację (dla poznaniaków – dwuskibkową, bo dwukromkową co innego by znaczyło, czyli dwupiętkową, ale piętkowe to raczej MiaUżon pochłania a oko Matki nie zdąży nawet zobaczyć), po czym przychodzą i robią sobie Janeczką po dwie tektury z dżemem.

Matka teraz nic, tylko po Lidlach więc się rozbija, bo ledwo napocznie paczkę, to już zmięty papier leży.

Dziś, jak się można tego było spodziewać, Janeczka na kolacyjkę wrzuciła dwa normalne chleby z dżemem (takie małe preludium do kolacji), potem dwa równie normalne, czyli przez chleb cały, z szynką i padła.

Po jakichś trzech minutach zregenerowała się na tyle, że nasamrowała dwie tekturki masłem, narzuciła ponownie dżemu i siadła do jedzenia.

Tymczasem pojawiła się Maryśka, która przeoczyła czas kolacjowy. Matka musiałaby odmrażać jej zwykły chleb, więc zapytała z nadzieją:

-„A może mama ci zrobi chrupiącego chlebka?” – i wypuściła uśmiech numer osiem.

Potworek wywrócił białkami i zastanowił się.

„Nie!” – odrzekł krótko – „Popjosę jospuscalny!!!

Matka rozdziawiła paszczę, po czym szybko ją zamknęła, bo wieczór był chłodny.

Wyciagnęła z zamrażarki bułkę wrocławską (dla krakusów – wekę) i przyrządziła Potworkowi kolację. Podetknęła mu pod nos.

„To jest wjaśnie JOSPUSCALNY?” – zdziwiła się Maryśka

-„Jak najbardziej rozpuszczalny!” – pokiwała głową energicznie Matka.

I tak to obie dowiedziały się, że jest nowy gatunek chleba…

Statutowo

Matka wróciła właśnie z praktyk w szkole. Ponieważ czas oddania dzienniczka zbliża się nieubłaganie a Matka ma go czystego, jak łza, postanowiła zadziaałać i przywlec sobie pracę domową na weekend.

Miał byc to statut szkoły, wewnątrzszkolny system oceniania i inne równie ciekawe wytwory.

Matka nie zamierzała nad tym siedzieć w szkole i wykombinowała sobie zaraz, że na pewno jej pożyczą, jak, że to piątek i przez weekend szkoła jest zamknięta.

W sekretariacie pytanie Matki wywołało nie lada popłoch.

-„Ale u nas nie ma statutu szkoły. I ja nie wiem, gdzie też może być? Może w bibliotece?”

Matka podążyła więc do rzeczonego lokalu.

-„Statut szkoły? No jest. A to drugie, co pani powiedziała? Wewnątrzszkolny? Co wewnątrzszkolny?” – namarszczyła się pani

-„System oceniania” – pomogła Matka

-„Aaaaa” – rochmurzyła się pani – „To pewnie też jest!”

-„To świetnie!” – zadreptała Matka w miejscu lekko zniecierpliwiona, bo fotele w domu czekaja i dzwonią do Matki co chwila na komórkę -” To może ja pożyczę na weekend i raniutko w poniedziałek oddam?”

-„Och, nieeeeee! Mowy nie ma!” – pani wyciągnęła flage, wciągnęła na maszt, po czym szybciutko sie okopała i postawiła zasieki z drutu kolczastego -„Ja nie moge tego pani pozyczyć. Pani nie ma pojęcia, jak CZĘSTO uczniowie przychodzą i korzystają ze statutu szkoły!!!

-„Oooooo” – rozdziawiła paszczę Matka i w zasadzie nie chciało jej się dłużej dyskutować – „To ja tu wrócę we wtorek, albo środę, albo jeszcze kiedy indziej i poczytam…”

I nie skończyła, bo do biblioteki wpadło sześćdziesięciu ośmiu uczniów, żeby natychmiast poczytać statut szkoły, który jest wydrukowany na pewno w jednym egzemplarzu i stanowi białego kruka.

A będąc za drzwiami usłyszała jeszcze sześćdziesiąt osiem pacnięć.
To uczniowie kolejno wpadali do okopów…

Orła cień

MiaUżon wlazł wczoraj do łazienki poruszony, jakby spotkał kangura na wycieraczce.

-„Ty wiesz co?” – zapytał – „ja to chyba zwariuję!”

-„Ja też” – odrzekła krótko i rzeczowo Matka, choć spodziewała się, że powody są zgoła różne – „A co się stało?”

MiaUżon zamachał wysięgnikami. To taka nazwa jego rąk, troszkę długie ma, jako i sam taki jest.

-„No przecież od czasu remontu samochodu (wymienione lampy i maska na skutek puknięcia MiaUżona naszym autem w inne auto, co skutkowłao dwutygodniowym przepychaniem się przy Matki hopelku, stratą 10% zniżki w OC, tudzież w AC…) to ja nie mogę się opędzić od ptaków!”

-„A co, napadają cię?” – zainteresowała się Matka

-„Nie!!! S… na samochód!!!” – wkurzył się MiaUżon.

Matka zamyśliła się głęboko i już miała rzucić jakąś inteligentną sentencją, ale MiaUżon mówił dalej:

-„Jadę ja sobie dziś przez most, słońce pięknie świeci, woda się marszczy, a tu nagle bach, bach, bach, bach, bach! Nie wiedziałam co to! Stanąłem za mostem, wychodzę a tam na dachu białe koła średnicy dwudziestu centymetrów!!!”

-„Może bocian?” – matka wypluła wodę, bo myła zęby -„Albo na przykład orzeł…?”

-„Mi tam wszystko jedno co za ptaszysko!” – fuknął MiaUżon

-„No to czego się wściekasz?” – zapytała Matka

-„No bo miałem otwarty szyberdach…”

Pod prysznicem

Maryśka ostatnio nic, tylko dzwoni z tego brodzika i dzwoni. A Matka podsłuchuje, aż uszami po podłodze wachluje. O, nawet jej się zrymowało…

I ciągle z jakimiś panami rozmawia, aż Matka się niepokoi.

„Oooooo! To znofu pan? Witam, witam sejdecnie!”

-„…”

„Jakie pieniońdze?” – pyta uprzejmie

-„…”

-„JAAAAKIE???” – Maryśka zmienia pomalutku ton

-„…”

„Aje ja, pjose pana, nie mam zadnych pienieńdzy!”

-„…”

„Mófie panu, ze pienieńdzy NIE MA i NIE BEŃDZIE!!! Nic z tego!!! Nie dam!!!” – i rzuca słuchawką. Prysznicową oczywiście.


Mafia jest wszędzie. W kranie też.

Ale jak widać, Maryśka sobie radzi…

Fałdki

Matka zaraz zaczyna sesję zdjęciową. Przyjdzie koleżanka o odpowiednich gabarytach i spróbuje wbić się w habit. matka niby pamięta co się wkłada najpierw, co potem, ale ma obawy, czy czegoś nie pomyli…

No i musi to wszystko najpierw uprasować, bo gdzie ma być fałdka, to fałdka , a gdzie kant, to kant. I jak się okazało, nie jest to za bardzo logiczne z krawieckiego punktu widzenia, więc trzeba było wkuć na pamięć, gdzie jest co.

A potem już Matka z koleżanką pokombinują, co z tego zrobić, jak stanąć, jak ręce. No i jak te fałdki.

I pewnie skończy się jednym wielkim chichraniem, bo sytuacji nie można nazwać w końcu codzienną.

Matka pęka z ciekawości, co też Maryśka zrobi, kiedy koleżankę zobaczy w stroju zakonnym. Bo generalnie Potworek jest bardzo pro, jakiś czas nawet opiekowały się nim siostry, kiedy Matka pracowała na wyjeździe i musiała go wziąć. Kiedy po dwóch miesiącach przyjechał po Matkę MiaUżon, Maryśka skrywała się u sióstr w czeluściach habitu i ani myślała wyłazić. Zapomniała ojca na amen, ale czegóż wymagać od rocznego dziecka? I dwa tygodnie czasem wystarczą. Co z oczu to i z serca.

MiaUżonowi było lekko przykro, ale na trzecią noc Maryśka wylazła z łóżeczka, podeszła cichutko do materaca, na którym spał ojciec i delikatnie obmacała go łapka po paszczy. A potem zaległa obok, czyli test został zdany pozytywnie…

Ale początki z siostrami były straszne. Bo to odmiana sióstr ubranych na czarno. Kiedy do Matki przyjeżdżała przyjaciółka w szarym, krótkim habicie, w ogóle to Maryśki nie ruszało. Tam – wyła. Czerń absolutna!

-„Czy siostry sa przekonane, że reguła zabrania im noszenia różowych habitów?” – pytała Matka co rano

-„Póki co zabrania…” – śmiała się siostra przełożona – „ale widzę, że trzeba będzie coś zmienić!”

Ale byłoby cudnie – jedno zgromadzenie na różowo, drugie na lila, trzecie na żółto…

Matce by się podobało! A wszystkim dzieciom jak!

Latające

Matka przywiozła Janeczkę ze szkoły. Po drodze NIE załatwiły mnóstwa rzeczy, bo okazały sie niewykonalne – nie ma na przykład w naszej metropolii zwykłej zielonej pasty polerskiej, sprzedawanej ongiś w sklepach metalowych lub chemicznych i pakowanej w tubki. Matka posiada ogromną i nieodparta potrzebę posiadania tejże, gdyż nóż rwie jej srebro, co jest w ogólnym rozrachunku małoopłacalne. Kupi chyba jednak jakąś pastę do polerowania samochodu, typu Automax i może też będzie dobrze.

Ale wracając do Janeczki…

-„Mamo, co to jest larwa?” – spytał Potwór znienacka

Matka wysiliła swe zwoje, bo choć była w biol-chemie, to jednakowoż było to dwadzieścia jeden lat temu i nieco uszło jej pamięci.

-„Taki robal, co łazi i żre liście a potem się przepoczwarza” – odpowiedziała starając się utrzymac poziom Janeczki, ale coś jej mówiło, że sukces osiągnęła jeno połowicznie.

-„No właśnie!” – ucieszył się Potwór -” Gucio w pszczółce Mai mówił, że chciałby, żeby z tej poczwarki wyszedł paź królowej!”

Matka wpadła w niemy zachwyt, że treści edukacyjne z bajek dla dzieci nie wylatują Janeczce drugim uchem.

-„Wiesz…” – dodała jednak – „rzadko z takiej poczwarki wychodzi paź królowej. Może być inny motyl. Bielinek, cytrynek, admirał, albo jeszcze jakiś. A nawet mucha!” – strzeliła na koniec, choć nie jest przekonana, czy dobrze.

-„Ojej!” – skrzywiła się Janeczka – „Mucha też???”

-„No mucha!” – brnęła dalej Matka -” W ogóle wszystkie takie latające tak robią, że się przepoczwarzają…”

-„Aha…” – zamyślił się Potwór i nagle zbystrzał – „O matko!!!”

-„Co – o matko?”- zaniepokoiła się rodzicielka

-„Wszystkie latające?” – powtórzyła Janeczka z niesmakiem – „To i sikorki – TEŻ???”