Maryśka powróciła do zwyczaju tworzenia z kabiny prysznicowej budki telefonicznej. Matka to ma nawet często wrażnie, że to nie jakaś tam zwykła budka, ale zwyczajna centrala telefoniczna. Maryśka bowiem, bez odkładania słuchawki prysznicowej przełącza się z abonenta na abonenta.
Wymaga to jednakowoż absolutnego skupienia, więc Potworek się barykaduje i – przekonany o doskonałej dźwiękoszczelności przybytku – nadaje. Stoi przy tym golusieńki, oparty o ścianę, jak po trzech piwach a słuchawkę dociska sobie do puca ramieniem. Ręce ma w końcu zajęte butelkami… Od szamponu…
Matka naturalnie przez pleksę w ogóle nic nie widzi – no Maryśki po prostu nie ma.
–„Hajo? A to pan? Wiiiitam pana!”
-„…”
„Jak to – pan nie słysy?”
-„…”
-„Napjawde pan nie słysy?! A sjuchafke pan ma?”
-„…”
–„No jak to – jakom sjuchafke? Nie wie pan, co to sjuchafka?”– zirytowała się Maryśka
-„…”
-„Ocywiście, ze ja mam sjuchafke!!!Jakom? No pjisnicowom!”
-„…”
–„Ach, pan nie ma wogje sjuchafki…” – zmartwił się Potworek –„To nic!” – wykrzyknął nagle radośnie –„Niech pan weźmie susajke!”
I w ten sposób Matka się zorientowała, że Maryśka na pewno NIE rozmawiała z Adamem Słodowym. Ten by sobie sam poradził…
Dzielne siostry
Matka wróciła. Z tarczą. Bo do końca nie była taka przekonana, czy habit dostanie, ale okazało się, że tak! I to z całym oprzyrządowaniem, także archiwalnym.
A potem był instruktarz, co kiedy i jak wkładać. I wiecie co? No makabra! Zwłaszcza na głowie. Dla takiego normalnego, szeregowego człowieka to wygląda strasznie skomplikowanie i niewygodnie.
Siostry twierdzą, że jest OK i to najważniejsze.
A w ogóle to było szalenie sympatycznie. Jak zwykle Matka się wyturlała, bo przecież u sióstr zawsze trzeba zjeść i to w ciągu dwóch godzin wielokrotnie!
A robią te kobiety kawał ciężkiej i potrzebnej pracy, bo mają dom dla dzieci niepełnosprawnych. Umysłowo, w różnym stopniu, także dość ciężkim. Matka chyli czoło, bo to straszliwie ciężka praca, wymagająca anielskiej wręcz cierpliwości, zwłaszcza, że tych dzieciaków jest tam około sześćdziesiątki. Niektóre z tych dzieci są po dwudziestce a jeszcze nie mają żadnego zawodu, żeby można było je wypuścić w świat. Zresztą Matka nawet nie wie, czy u niektórych jest to w ogóle możliwe.
A teraz Matka przebierze jakąś koleżankę i będzie oświetlać i oświetlać, i oświetlać – aż znajdzie właściwy wariant.
I leci kończyć te fotele, bo tu obraz musi wjeżdżac, a czasu mało.
I cieszy się, bo lepszym wyjściem jest, kiedy czasu jest za mało, niż kiedy dotyczy to roboty…
W drogę
Matka rańcem pędzi. Ze względu na możliwą zła pogodę i drogę nieco pokrętną bierze MiaUżona, żeby nie jechac i szukać drogi jednocześnie. Bo to mało przyjemne, kiedy grzmi na przykład.
Bo szukać drogi i kłócić się z MiaUżonem to Matka świetnie potrafi – w końcu nieraz mówiła, że dwubitowa jest. A już wyglądanie na znaki i kierowanie za dużo bitów ma, bo trzeba kierownicą kręcić i biegi przerzucać, to się robią w sumie trzy. Dla Matki za dużo…
A Matka jedzie te 140 kilometrów po habit. Bo dobry i uczynny człowiek wpłynął swoją godnością osobistą i siłą perswazji, i udało się. Matka będzie malować, bo będzie miała z czego. Przebierze jakąś koleżankę, pooświetla, pokombinuje i namaluje. Poszuka jeszcze odpowiednich oczu i osobno cyknie. A potem już całość. I zaraz habit odda, żeby siostry się nie bały. Bo zakon to zakon. Porządek musi być i słusznie.
A lampę wielką też Matka wtryni do bagażnika, bo jednej siostrzyczce, co to podobna jest też zdjęcie można zrobić. I dyplomacja tego wymaga.
A teraz Matka leci zabrać z tarasu kaszę i kotlety, co to zrobiła Potworom na jutro i wystawiła, żeby wystygły.
Bo inaczej kotek dziki przyjdzie i się posili.
A po powrocie Matka się odmelduje przykładnie ,co miejmy nadzieję szybko nastąpi, bo świtem chce jechać.
A więc tymczasem…
Matka się tnie!
Matka znów ma zgryz.
Niania Maryśki jest w szpitalu w innym mieście i szybko nie wróci.
Matka wspominała, że niania ma przeszczepiona nerkę. Z tą nerką co i rusz jakieś problemy są, raz nawet Matka wiozła nianię sto kilometrów do szpitala, kiedy jej rodzice byli w Niemczech, bo zapalenie się zrobiło. Niania ma z ta nerką tylko 1% zgodności tkankowej, więc musi uważać, jak jasny gwint, a nie uważa.
Teraz już rodzice niani są na miejscu, więc Matka się nie wtrąca raczej. Choć nóż się w kieszeni otwiera. Badania krwi nie zrobią, bo kosztuje, można poczekać. Do szpitala nie pojadą, bo lekarz nakrzyczy, że niepotrzebnie się fatygowali. Choć ten mówił, ze kiedy kichnie – ma zasuwać bez pytania, bo lepiej przyjechać niepotrzebnie, niż stracić wszystko. A niania tydzień nie wychodzi z łazienki, produkując wszelkie kolory tęczy z naciskiem na zielony.
Cisnienie wreszcie ma 60 na 40 i to jest dobry moment, żeby pojechac do Ruskich co z oczu czytają…
Ruskie za 45 złotych wyczytali z tych niani oczu wszystko i ciut więcej i co z tego? Matka za darmo może powiedzieć każdemu, że miewa okresowe kopoty z gardłem, zatokami, żołądkiem i kurcze w nogach.
Kiedy niania wylądowała w końcu po tym tygodniu w szpitalu, na wejściu zemdlała w toalecie.
Dostała worek krwi, potem trzy kolejne. Nerka nie pracuje i trzeba dziewczynę dializować. Jesli uda się tę nerkę cudem uruchomić to pół biedy. Ale szanse zdaje się są marne…
Wtedy wydłubią niani ją chyba i znów dializy.
A Matka przez trzy miesiące będzie miała bigos – dwie prace zlecone i od lipca robota na rusztach w terenie.
No i jak? Jak to zrobić?
Szwagierka na razie pomaga, ale robota w polu się zaczyna i kicha tak zwana.
A babcia nie ma siły.
Matka idzie sie pociąć!
Gadżety od Szczurów
Kiedy Matka ciężkim świtem podjechała wvczoraj do swojej weekendowej szkoły na wspomniane wcześniej porywające zajęcia z informatyki – bo przecież dziewiąta rano w niedzielę to jest środek nocy – okazało się, że klasa Matki stoi pod zamkniętymi drzwiami. Ziąb był niemożliwy i wygwizdowo, bo koło szkółki postawili mnóstwo sklepów, galerii i oczywiście McSzczury i Tektury, więc przeciąg szalał na całego.
Na nieszczęście nasze usytuowanie było nasięwietrzne (dla odróżnienia od podsiębiernego)i dziki smród z donaldowa owiewał nas bez litości.
Matka szybko jednak zapomniała o zapachach, co jednak były uprzejme przypomnieć Potwory i to już niebawem.
Nadszedł bowiem czas głodu zabawkowego a Janeczka wyczytała gdzieś, że tym razem rzucają zabawki z Witcha. Dla niezorientowanych Matka donosi, że to jakieś czarodziejki, które Janeczka trzyma w postaci płaskiej uwięzione na karteczkach w segregatorze.
Potworek młodszy został skutecznie podpuszczony i MiaUżon udał się do rzeczonego baru, zostawiając Matkę sam na sam z fotelami.
Po powrocie mina Janeczki nie była już taka rewelacyjna. Maryśka nie była, na szczęście, w stanie zjeść hamburgera ze względu na jego zjadliwość ogólną. Mina dotyczyła jednak zabawek, które okazały się być obrzydliwymi fragmentami Tarzana i przypadłości wszelakich. Maryska wybrała sobie jakiegoś słonia, który po nacisnięciu sika wodą z trąby. Janeczka przywlokła jednak jakiegoś prawie czarnego goryla, z którego podobno można pić napoje, wysuwając jakis piprztyk…
Mina Matki musiała być niekoniecznie wyjściowa, kiedy to zobaczyła, bo Potwór natychmiast uderzył w lament.
-„Co znowu się stało?” – MiaUżon wparował do pokoju
– „No bo, no bo, no bo mamie się nie podoba!!!” – szlochała teatralnie Janeczka
Po chwili przeszło. Matka nie pozwoliła wziąć tylko soku z czarnej porzeczki w małpie do szkoły, bo – powiedzmy- nie dowierzała jej szczelności. Obawia się jednak, że małpa udała się do szkoły pusta, poza oczami Matki. Trudno. Nie Matki cyrk i też nie jej małpy.
Swoją drogą Matka zaczyna podejrzewać, że szczególnie w przypadku zabawek z twardego plastiku (bo pluszowe jakos dają się znieść, nawet ładne sa niektóre), firma organizuje konkurs na najbrzydszą…
I potem je produkuje i dołącza do zestawów dziecięcych…
Wyższa informatyka
Matka wróciła właśnie ze swojej weekendowej szkółki. Zaniosła na zajęcia z informatyki wykonaną przez siebie prezentację. Dostała zaliczenie na piękne oczy i dowiedziała się, że ponieważ pracę tę wykonała niejako „na zajęciach”, więc nie ma do niej żadnych praw i można ją udostępnić każdemu nauczycielowi.
Jak sie okazało, pan na pierwszych zajęciach wspominał, że prezentacja powinna składać się z siedmiu-ośmiu slajdów, ale Matka nie dosłyszała, gdzyż zajęta była raczej zgrzytaniem zębami.
Zupełnie więc niechcący zrobiła prezentację, będącą swoistą zemstą na panu, bo składająca się z 63 slajdów…
Zastanawiała się nawet, czy doradzić panu, żeby sobie zrobił duży kubek kawy, żeby wytrwać, ale pomyślała, że to byłby nadmiar łaski.
A potem juz wesolutko przystapiła do szalenie trudnych zadań, zleconych przez pana na dzisiejsze zajęcia, czyli:
– absolutnie nieludzkim wysiłkiem Matka założyła konto internetowe
– przekopiowała zawartość wypalonej przez siebie w domu płyty z prezentacją na pulpit, tworząc tam nowy folder
– wysłała scenariusz lekcji w liście, jako załącznik, do koleżanki stolik obok
– wysłała do pana , na jego prywatną skrzynkę trzy emotikony „z klawiatury” – to tez było zadanie klasowe!
– Wyłączyła komputer
A teraz to już jest tak straszliwie osłabiona nieprawdopodobnym intelektualnym wysiłkiem, że żegna Was i udaje się na pożarcie pieczeni z karkówki z mango. Rozpływającej się wręcz, bo już wczoraj połowę mieliśmy okazję skonsumować.
Portret Matki
Maryśka dostała wczoraj od Babci zeszyt w kratkę i kredki. Od tej pory nie robi nic innego tylko uwiecznia. A trzeba powiedzieć, że po okresie wielokolorowym kreskowanym, dziecko zaczęło sadzić piekne głowonogi. Narysowało hurtem i Matkę, i MiaUżona, i siebie, i Janeczkę, po czym Matka wpadła w dziki zachwyt, że tak nagle, niespodziewanie, och i ach.
A potem sie okazało, że Maryśka pierwsze dzieło z serii wykonało dla Matsy i Matka znalazła je dopiero co na strychu.
A wczoraj powstał Portret Matki i zostanie wyeksponowany chyba, bo Maryśka swoja cudną naturą widzi to, czego naprawdę nie ma.
Namalowała mianowicie Matce duże oczy w ciemnej oprawie – mroczny przedmiot pożądania rodzicielki…
Nie ma to jak piękne spojrzenie na świat.
Takich artystów nam trzeba!

Trzy lata temu cz.III
Kiedy Matka odkryła wreszcie samolot, MiaUżon został bezceremonialnie wyproszony za drzwi.
Pani położna się uzbroiła i zanurkowała.
-„Kobieto!!!” – zawyła
-„No mówiłam, że przyjechałam za wcześnie! Dopiero z osiem -dziewięć skurczów miałam!” – zaczerwieniła się Matka, ale położna nie słuchała. Nie słuchała, bo jej nie było.
Matka rozejrzała się z trudem i uznała, że nie lubi, kiedy się ją zostawia samą na samolocie. Żadnej kurtuazji, no żadnej.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i położna wpadła z wózkiem.
-„Kobieto, no złaź szybko! Ty rodzisz!!! Zanim te lekarze kawę wypiją i tu zlezą, to będziemy mieli klops!!!”
-„O ile mi wiadomo, to ma być dziewczynka…” – Matka próbowała nieśmiało oponować, ale położna wepchnęła ją na wózek, rżnęła papiery z wyższym wykształceniem i pognała przed siebie z Matką, której od pędu podwiewało krótką koszulinkę. Minęły zdumionego MiaUżona, który po krótkiej chwili zrozumiał, że najlepiej będzie galopować za czołówką robiąc za jednoosobowy peleton. Nie szło mu za dobrze i Matka słyszała za sobą grzechot podrzucanego aparatu, brzęk łyżeczki i kubka, tudzież głuchy łoskot, bo MiaUżon dużym jest.
Kiedy przejeżdżały przez hol, Matka dojrzała znajomego pacjenta z nogą w gipsie, który rozpaczliwie próbował wycofać się na tyły, ale nie było jak, bo albo ściana, albo drzwi windy.
-„Z drogi, bo ja tu pracuję!!!” – zaryczała położna i najechała na nieszczęśnika. Matka zobaczyła tylko, jak drzwi windy, która właśnie nadjechała, otwierają się i gość w nie wpada. Założy się, że pojechał natychmiast wypisać się na własną prośbę…
Po przebyciu długaśnego korytarza położna wyjęła tajemny klucz, dzięki któremu Matka miała okazję przejechać się windą towarową. Okazja była jednakowoż długotrwała, gdyż winda stanęła między pierwszym a drugim piętrem i ani dudu. Matka rozejrzała się i stwierdziła, że tak obrzydliwej o obskurnej windy jeszcze w życiu nie widziała.
-„Jak ja mam tu rodzić, to ja rezygnuję. Wracam!”
-„Pani nie wraca” -sapała położna naduszając wszystkie guziki po kolei – „zaraz uruchomię tę cholerę. Tylko pani nie rodzi!!!”
Cholera posłuchała i przesunęła się na drugie piętro. Położna dognała pod pokój lekarzy i wrzasnęła w czeluść:
-„Pacjentka rodzi!!! Szybko!!!”
Po długiej chwili wyczłapało dwóch lekarzy – młody i stary i jednocześnie podrapali się w głowy.
-„Dziesięć centymetrów! Nie ma co stać!!!” – huknęła na nich położna.
Młody doktorek siorbnął kawę z obtłuczonego kubka.
-„To jakoś tak trochęście późno przyjechali?”
Matkę zapowietrzyło z lekka.
-„Zaczęłam mieć skurcze pół godziny temu…” – zaczęła
-„Eeeeee…” – machnął ręką starszy doktorek – „To gdzie tam już…” – po czym zniknął kończyc obiad.
Położna popędziła na koniec, do sali porodów rodzinnych.
-„Pierwszy rodzinny od ośmiu dni!” – powiedziała z dumą – „Bo wie pani, wszystkie baby się wstydzą i nie chcą!”
Matka rozejrzała się i pomyślała sobie, że chyba nawet więcej, niż od ośmiu dni, bo wszystko pokrywał równą warstwą bardzo elegancki, ale jednak kurz.
Jakieś kobietki zakrzątnęły się, pozakładały Matce kabelki i nie wiedzieć czemu wsadziły pod tyłek basen.
-„Ja przepraszam bardzo, nie wiem, czy panie są zorientowane, ale ja rodzę”
-„Tak, tak” – machnęła ręka połozna szorując wanienko-zlew.
-„Ale ja juz rodzę. Niech pani wyjmie mi ten przedmiot, bo jak ja dziecku powiem, że wpadło do nocnika???”
Tym razem położna bardzo się zainteresowała. Zajrzała, co słychać.
-„O matko! Pani rodzi!!!”
-„Niemożliwe?!”- zdziwiła sie uprzejmie Matka i po pół minucie urodziła Maryśkę.
W drzwiach pojawił się stary doktorek.
-„O! Już? No to ładnie” – i poszedł skończyć kawę.
Przysłał Młodego.
-„O! To już?” – zdziwił się młody – „No to może panią pozszywam?”
-„A może niekoniecznie?” – próbowała się targować Matka
Młody zajrzał. Co oni tak, psiakość ciagle Matkę podglądają?
-„Oj, chyba jednak…” – powiedział nakładając na łeb gustowny kalafiorek z flizeliny. Każdy lekarz wygląda w nim jak fiut. No Matka przeprasza bardzo. Powiesić projektanta. Nie mogą sombrera z flizeliny zrobić? Jakby tak ją wykrochmalili?
Młody zaczął zszywac Matkę. Matce nie wydaje się, żeby dostała choć trochę jakowegoś znieczulenia i nie było to porażająco przyjemne.
-„Pani mi ucieka!” – zaprotestował po chwili młody.
-„A proszę bardzo panie doktorze. Niech pan się tu położy a ja pana kłujnę! I zobaczymy!” – warknęła Matka
Położne turlały się za zasłonką.
-„Bo wie pan co, panie doktorze?” – Matka postanowiła się w swej nieludzkiej złośliwości popastwić nad doktorkiem – „Ja nie wiem, czemu to mnie musi k… bardziej boleć niz sam poród…”
Ale doktorek juz skończył.
A Matka dowiedziała się kilka dni później od zgoła innego lekarza, że opowiadał zachwycony:
-„Ale mi się fajna pacjentka trafiła! K… do mnie powiedziała!!!”
No i proszę, jak niewiele człowiekowi do szczęścia trzeba…
Trzy lata temu cz.II
Jak Matka wspomniała, dyspozycje zostały MiaUżonowi wydane. Matka pomyślała sobie, że w dniu próby można zostać obsłużonym, w związku z czym siadła na tarasie o 11.15 i zapodała:
-„Jedną kawę i dwie kanapki z dżemem poproszę! Nie zamierzam umierać z głodu, kiedy nic się nie dzieje.”
Bo i nic się nie działo. Matkę pobolewało coś z lekka co czterdzieści minut, co nie byłoby w stanie przerwać jej snu, więc nigdzie nie było po co jechać. Żeby zaraz zagłodzili Matkę na śmierć? I odwodnili? Za nic!
Matka spakowała jednak z nudów walizek i wsadziła do szafy. Siedziała teraz i patrzyła, jak w ogródku obok zaczyna się przyjęcie komunijne sąsiadów. Msza zaprzyjaźnionego dziecka też miała zacząć się lada chwila i Matka zgrzytała zębami na myśl, co też tam na stole będzie na imprezie…
MiaUżon z powierzonego zadania wywiązał się znakomicie i po chwili przed Matką stnął kubek parującej kawy ze śmietanką i kanapeczki.
Matka nadjadła i poszła do ogródka podziwiać tulipany. Niestety w połowie drugiej kanapeczki apetyt jej przeszedł, bo coś Matkę docisnęło.
Wróciła pędem na taras, siadła i czekała, co dalej. Dalej było po dwóch minutach i też nie było ciekawe.
-„Może pojedziemy?” – nieśmiało zaproponował MiaUżon.
-„Ty żartujesz? Kanapki mam zostawić i kawę?” – oburzyła się Matka -„I co ja powiem w szpitalu? Że dwa skurcze miałam?”
MiaUżon nic, tylko patrzył na Matkę.
A Matka nadgryzła jeszcze raz i po kolejnych dwóch minutach wpadła do szafy, szarpnęła walizek i zawołała:
-„Bier ten samochód, ale szybko i rzucaj coś na siedzenie! Bo nie zdążymy!!!”
MiaUżon podjechał z piskiem, Matka odczekała, żeby ją nie złapało na dziesięciu metrach i wpadła łbem do przodu do samochodu.
-„Jedź na skróty, bo ja tu mam koniec świata!!!”
MiaUżon dojechał do szpitala w siedem minut. Problem polegał jednak na tym, że dojazdu do szpitala bronią rogatki, następnie ochroniarz i następnie pani inkasentka. Co inkasuje 4 złote za wjazd.
Matka czterech złotych nie miała. Nie miała też, a może zwłaszcza czasu na pierdoły.
-„A co będzie, jak bramka jest zamknięta?” – zapytał MiaUżon na wszelki wypadek
-„Przejedziesz z bramką!!!” – zawołała Matka i stanęła w blokach startowych.
Brameczki szczęście, że była otwarta…
W drzwiach szpitala stał pacjent oparty na kulach, w gustownej pasiastej piżamce i z wielkim gipsem na nodze. Odpalał się ze spokojem, jednakowoż blokował Matce dostępu do budynku. Matka wpadła w drzwi nie rozglądając się zbytnio, ale ze względu na gabaryty zahaczyła pana, który poleciał z całym tym gipsem na mur. Nie trzeba było palić! Palenie szkodzi!!!
Matka dobiegła do izby przyjęć i się zawiesiła. No bo co miała robić w niedzielę o 12.00? Przecież wszyscy jedli obiad…
-„A pani do czego?” – wystawiła łeb z okienka pielęgniarka z kotletem w paszczy.
-„Do porodu” – warknęła Matka, bo przecież nie było widać do czego tu ona przyjechała.
-„Zara! Zara przyńdzie!” – pani zatrzasnęła okienko.
Matka zakwitła przed izbą. Po pięciu minutach przybyła położna, która zabrała stos papierów, posadziła Matkę na kozetce i zaczęła spisywać Matki dane.
-„Wykształcenie średnie?” – obrzuciła Matkę fachowym spojrzeniem
-„Wyhyhyhyhyższe!” – wysapała Matka, której już nic nie dziwi. Kiedyś piekliła się i mawiała: „Wyższe, w trybie stacjonarnym, pięcioletnie, na dobrej, renomowanej uczelni, zakończone zdanym z sukcesem egzaminem magisterskim”.
Niestety panie wtedy odrywały wzrok od papierów i pytały:
-„Że JAK???”
Matka więc daje spokój i przyjmuje do wiadomości, że w szpitalu kwestia wykształcenia ma znaczenie podstawowe.
-„To pani co, do porodu?”
-„…”
-„Do porodu?” – położna odwróciła się i sprawdziła, czy Matka dalej tam jest.
Matka była.
-„A co pani nic nie mówi?”
-„Skurcz mam” – odzyskała głos Matka
-„Ale pani coś mi tak dziwnie wygląda…” – zaniepokoiła się położna
-„Co, gruba jestem?” – zajędzowała Matka – „To nic, przejdzie…”
-„Nie, nie” – ruszyła się położna – „ja to panią może zbadam?”
-„No może?” – zgodziła się Matka i rozejrzała się w poszukiwaniu samolotu o czym c.d.
Trzy lata temu…cz.I
Matka pomyślała sobie, że trzy lata to tak malutko a jednocześnie mamy tu Potworka, który chodzi, je, mówi, ba, kłóci sie nawet. A dopiero co się urodził…
A Matka z Maryśką nie miała łatwo, oj, nie. Bo gdzies tak kolo Sylwestra, czyli w 19 tygodniu ciąży okazało się, że czeka Matkę leżenie kołami do góry. Jak będzie grzeczna, to w domu. Jak nie – w szpitalu.
Matka zdecydowanie postanowiła być grzeczna, skutecznie zniechęcona wizją rozczochranej salowej podtykającej Matce kilka razy dziennie basen. MiaUżon strzelił sobie natychmiast w łeb, gdyż od tej pory wykonywał obiady posiadając zdalne sterowanie. I przywoził Janeczkę z przedszkola.
Matka zapoznała się za to ze wszystkimi rocznikami Dziecka i Twojego Dziecka oraz serialami w telewizorni. Wytrzymywała dwa. Dwa seriale.
Po dziewiętnastu tygodniach Matce pozwolono wstać i ostatnie dwa tygodnie mogła spędzić umiarkowanie na nogach. Ucieszyła sie bardzo, bo szykowało się rodzinie Matki przyjęcie komunijne, co zdarza sie bardzo rzadko. W ogóle imprezy typu wesela Matkę omijają. Wszyscy wcześniej jakoś poimprezowali i teraz bezrybie okrutne jest.
Matka nabyła więc prezent, zapakowała pięknie, uszykowała ubranka odświętne i zapowiedziała Potworowi, że ma być grzeczny. Janeczce długo nie trzeba było tego tłumaczyć – w końcu najważniejszą częścią Pierwszej Komunii jest przyjęcie, na którym dorośli nie patrzą, ile Janeczka potrafi wepchnąć w siebie. Potwór nic, tylko żył nadzieją, że wreszcie nie będzie – za przyczybną wyrodnych rodziców- głodować…
Matka w dzień Komunii obudziła się o czwartej rano i pomyślała sobie, że właściwie nie wie, czemu nie śpi. Nic się nie działo, ale było dziwnie. Cos wisiało. Matka – czego nigdy o tej porze nie robi – wstała, wzięła prysznic i polazła na strych załatwić pocztę. No kompletne wariactwo. I jak już o tej ósmej rano odpisywała na ostatni list i przygotowywała zawiadomienie o narodzinach Potworka poczuła, że jednakowoż na przyjęcie chyba się nie uda…
Kiedy po chwili na strychu pojawił sie zaspany Potwór i usłyszał, że przyjęcia nie będzie, świat runął, dach się zawalił i cała Matki metropolia wiedziała, że Janeczka dziś NIE ZJE!!!
MiaUżon, który otworzył z tego okropnego hałasu oko został poinformowany o możliwości. Postanowił, kiedy już otrzeźwiał, co nastąpiło koło dziewiątej, że do kościoła pójdzie z Janeczką Babcia, żeby rodzina komunistki nie poczuła się zawiedziona.
Matka tymczasem wzięła jeszcze trzy prysznice i czekała na Godota.
Godot wcale nie myślał nadchodzić!
Przed jedenastą Matka ubrała Potwora i MiaUżon zawiózł go do Babci, bo Komunia miała być o 11.30…
A kiedy wrócił Matka wydała krótkie dyspozycje, bo cała sytuacja zaczynała ją nudzić o czym c.d.