Ekolog jeden

Maryśka nie bacząc na swoje święto, wstała dziś lewą nogą. Bardzo, bardzo lewą…

Matka jednakowoż się nie dziwi. Potworek, zbudzony o świcie porannymi rykami Janeczki, której się zwykle przed wyjściem do szkoły nic nie podoba, już zaraz po obiedzie zaczął sie pokładac to tu, to tam. W końcu padł na posterunku i spał pół godziny, co starczyło do całkowitej regeneracji i wykańczania Matki wieczorem.

Niestety, stało sie to w czasie, kiedy Matka oddawała się ulubionej czynności, jaką jest wypruwanie Janeczki sprzed komputera w świetlicy, nastepnie z szatni a potem dodatkowo z samochodu. No bo Janeczce nigdy sie nie spieszy. Skutek był taki, że dojechałyśmy na obiad o 16.30.

Wieczorem MiaUżon udał się na siatkówkę w celu przetrącenia sobie kolejny raz stawu skokowego (bez różnicy czy lewego górnego, lewego dolnego, prawego górnego lub prawego dolnego) a Matka musiała dokończyć z grubsza swoją prezentację na weekendowe zajęcia w szkółce.

Postanowiła sobie więc, że sprytnie spacyfikuje Potwory deczko wcześniej i będzie miała umysł świeży i wypoczęty, no bo jakiż może być o 22.00?

Matka zapomniała jednak zupełnie o drzemce Maryśki, którą usiłowała uspić koło 21.00 w szczytowej formie. Szczytowej formie Potworka, oczywiście. Matki forma wzbija się na wyżyny koło 9.00, żeby piętnaście minut potem opaść jak zdechły tulipan.

Maryśka więc, wysłuchawszy, co Matka ma do zaproponowania muzycznie, puszczając również mimo uszu sprytne Matki powtórki i nawroty zwrotek, sama zaczęła umilać sobie czas śpiewaniem.

Matka wsadziła ją więc do łóżka a Potworek zajął się organizowaniem czasu misiowi. Głośno i dobitnie.

Matkę po godzinie trafił lekki szlag i wyniosła się do swojej sypialni. Podziałało.

Po kilkunastu minutach z pokoju Potworka dochodziło już tylko rytmiczne posapywanie. Matka bezszelestnie uniosła się, po czym usłyszała z dolu telefon.

Gad jeden zadzwonił nie trzy, nie cztery razy, ale dwadzieścia osiem!

„Odbies tejefon!” – zapiszczało z pokoju Maryśki.

Matka zazgrzytała amalgamatami. Zabawa od początku. Po chwili dziecko jednak padło. Po dziesięciominutowej chwili.

Gad zadzwonił znowu. Tym razem trzynaście razy.

-„No odbies!!!

Matka opadła z sił. Przytoczyła się z powrotem do pokoju Maryśki. Była 22.30.

-„Śpij, nie będę odbierać, potem oddzwonię” – zapowiedziała

„No dobja, to daj mi jękę a ja zasnę”

Co Matka miała robić? Zwinęła się pod potworkowym łóżkiem, wsadziła łapsko przez szczebelki i siedziała. Maryśka prztrzasnęła Matki rękę pupą, tak na wszelki wypadek, gdyby Matki trzymały się jakieś numery typu :”śpij tu sobie a ja spadam” i po chwili usnęła.

A wtedy ktoś na naszym domkowym osiedlu poczuł nagły, niespodziewany i nieopanowany przymus posortowania śmieci. No ekolog jeden!!! Przylazł pod pojemnik na stłuczkę szklaną i jedna po drugiej wpirzał butelki prze otwór…

Albo komunia pierwsza w niedzielę była, albo jakiejś cholerze popsuły sie wszystkie sałatki i męża wysłała, żeby oczyszczał w nocy teren.

Matka nie wie.

No nie wie.

Ale jak by strzeliła w ten durny łeb!

Bo myśli Matki w tym momencie można skwitowac krótko: ścieżka dźwiękowa do „Dnia świra”…

Ale jeszcze parę razy i Matka napisze, ze dialogów nie poda, bo takie same są w tym filmie!

Już trzy!!!

Dziś Maryśka kończy trzy lata. Dokładnie o 12.30.
Matka w związku z tym narysowała jej migiem tort i podąża robić jakieś ciasto w realu. Bo na tort przyjdzie pora, kiedy krewni i znajomi królika wyzdrowieją, na razie Matka upiecze szybkościowy jabłecznik i kupi ciasto odpowiednie dla – uczulonych na jabłka, mleko, czekoladę, orzechy i inne takie – Potworów.

A Maryśka przyjmuje życzenia…

Pozwolenie na broń

Matka jest wkurzona, jak diabli, bo musi jechać sto kilometrów do miasta wojewódzkiego celem zdania broni. Broni gazowej. Legalnej, bo Matka posiada na nią pozwolenie.

I nie może zdać jej we własnej metropolii, bo nie. Nie i już!

Budynek Policji ma 11 pięter, ale nie da rady przynieść tam pistoletu, żeby odpowiednim pojazdem zawieźli go potem do województwa.

Matka musi tu dodać, że broń swoją zmuszona jest zezłomować – tak to się ładnie nazywa. Znaczy to nie mniej ni więcej, że pan policjant weźmie od Matki nieużywany, jak spod igły pistolecik i powie dziękuję.

Może zresztą wcale nie być taki miły, bo Matce w zasadzie grozi już egzekucja, bo jest po terminie załatwiania takich rzeczy.

A wszystko wzięło się stąd, że Matka woziła kiedyś masę elementów różnych zabytków, do swojej pracowni. Ponieważ bezpiecznie nie jest a samochód pełen pozłacanych rzeczy może być łakomym kąskiem, Matka zaś głównym przeszkadzaczem, więc postanowiła ona załatwić sobie pozwolenie. Skończyła odpowiedni kurs, policjanci zrobili w domu wizję lokalną, Matka nabyła broń i finito.

A tu się okazało niedawno, że przez ostatnie pięć lat, o czym Matka nie wie, bo nikt sie nie pofatygował, żeby osobom zarejestrowanym w Policji wysłać takie rzeczy, Matka powinna była wykonać komplet badań u lekarzy czterech specjalności. Każde płatne 150 złotych. Jakby się Matce bardzo udało i odczekała parę miesięcy w kolejce, to dwóch lekarzy można by zrobić na kasę chorych, co dałoby oszczędność 50%. Rabat jak jasna cholera!!!

Takie pozwolenie starczyłoby wtedy na kolejne pięć lat bodajże.

Pistolet kosztuje około 120-140 złotych…

Matka może teraz go zbyć osobie uprawnionej, na co szanse równają się zeru, albo zezłomować go jadąc sto kilometrów i zarywając cały dzień.

I ludzie to robią, bo nie mają sześciuset złotych na pozwolenie, które do niedawna było bezterminowe.

Matka uważa jednak, że jeśli to ma być odsiewanie psychicznie chorych jednostek, to może znajdą jedną taką osobę w całym kraju.

Skutek, który można za to łatwo przewidzieć to to, że przeciętny człowiek, który boi się złodzieja, napadacza, albo innego podłego człowieka pozbędzie się broni gazowej, bo musi, a bandyci dalej będą posiadać niezliczone ilości tej nielegalnej…

Polska staje się krajem coraz bardziej bezpiecznym?

Matka obawia się, że ten, który wymyślił, że ktoś na tych pozwoleniach może się nieźle obłowić nie pomyślał, co dalej.

Matka w celach obronnych powinna sie teraz zaopatrzyć pewnie w kij bejsbolowy, siekierę, nóż sprężynowy, kamień, cegłę, tudzież krzemienny toporek a z broni miotającej w kuszę lub łuk.

A do tego garnek z gorącą kaszą.

O ile nie potrzeba na to pozwolenia…

Telefon

Zadzwonił do Matki telefon na pocztę głosową. Matka to tę pocztę ma permanentnie wyłączoną, ale najwyraźniej MiaUżon grzebał Matce w telefonie i coś poprztykał.

Tak czy owak, poczta do Matki oddzwoniła i zasapała ciężko w słuchawkę, bo dźwięku to nie wydała. Numer Matce nic kompletnie nie mówił, ale dla pewności zajrzała do historii połączeń i zdziwiła się.

Konferowała boweim z tym numerem w ostatnim tygodniu bardzo często.

Po chwili kanał komunikacyjny jej się udrożnił i zorientowała się, że to dzwoniło dziewczę, któremu Matka robiła zdjęcia na ślubie w sobotę. Nawiasem mówiąc fotki wyszły prześliczne i Młodym się bardzo a bardzo podobały.

Zanim Matka powduszała klawisze w komórze, zadzwonił normalny telefon. Tym razem przerażona matka dziewczęcia.

Okazało się, że ojciec panny młodej, bardzo miły człowiek, na weselu źle się poczuł. Podejrzewano zawał ze wzruszenia, a tymczasem objawiły się jakieś ogromne kamienie w woreczku żółciowym. Do ciachnięcia natychmiast.

Skierowanie do szpitala, popłoch, bo nigdy nikt nie chorował, bieganie między piętrami, bo ten temu to zaszył igłę, drugiemu chustę, trzeciemu łyżkę a czwarty to w ogóle się wykończył. Nie ma to jak posłuchać opowieści znajomych…

A Matka, kiedy młodzi odbierali zdjęcia, wspomniała, że przez ścianę ma chirurga, co czasem się przydaje.

No i przydało się.

Telefon, dwa zdania i załatwione.

Ale swoją drogą to straszne, że człowiek, który ma iść do szpitala bez znajomości woli niemal skoczyć z mostu…

Sami do tego doprowadziliśmy? Pewnie też.

Czy może też niektórzy TAK pracują, że strach do nich iść?

Jutro tort?

Maryśka jutro kończy trzy lata. Niemożliwe!!!

Ale to dopiero JUTRO.

A tymczasem MiaUżon próbuje wyczuć sytuację i podpytuje Potworka, czy ten w ogóle wie, co to znaczy. Matka podejrzewa, że dla Maryśki mieć trzy latka to mniej więcej to samo, co mieć trzy Barbie…

Imprezy na razie nie będzie, bo ojciec chrzestny daleko, daleko i pewnie wcale nie przyjedzie a u matki chrzestnej dziatwa permanentnie chora i trzeba poczekać.

MiaUżon jednak podpuszcza Potworka i podpytuje o przyjęcie.

-„To jak?” – mówi -„Zaraz będą twoje urodziny?”

„Nooo!” – wyczerpująco odpowiada Maryśka i nie jest to bynajmniej słowo w obcym języku.

-„I zrobisz imprezkę?”

Tu Maryśce szare komórki sie rozjeżdżają kontrolowanie, bo co tam dziecko będzie robić imprezę.

„Impjezę? Nieeeeee” – Maryśka energicznie kręci głową. Tnie po kosztach, jak może.

-„No coś ty? Kończysz trzy latka a nie postawisz tortu???” – MiaUżon bierze Potworka pod włos.

„A psyjdzie ktoś?” – Maryśka zaczyna mięknąć.

-„No pewnie, że przyjdzie!” – MiaUżon na to. No jasne, że babcia przyjedzie jutro i ciocia.

„Aha! No dobja!” – ucieszył się Potworek-„Aje musimy im dać PSEPJOSENIA. Bo bez psepjoseń nie wpuscamy!


No to Matka leci chyba po blankiety ozdobne. Bo jeszcze jej Maryśka nie wpuści…

Szarlotka sypana szybkościowa

Matka obiecała przepis na najbardziej szybkościowe ciasto świata. Znalazła je szperając w sieci i wie, że sporo osób już robiło. Nawet gdzieś na blogu u kogoś jakiś czas temu widziała, ale nie pamięta już gdzie.

Matka je zrobiła przed przyjściem znajomych, którzy zeżarli gorące, prosto z piekarnika i oblizywali się, jak opętani.

Matka przypuszcza więc, że następnego dnia jest równie dobre. Tyle, że u mało kogo wytrzyma…

Zaczynamy więc najbardziej awaryjne ciasto:


Szarlotka sypana


Składniki:

1 szklanka mąki pszennej

1 szklanka kaszy manny

1 szklanka cukru

2 łyżeczki proszku do pieczenia

Matka daje jeszcze cukier waniliowy dla zapachu

1 kilogram jabłek (antonówki, renety – najlepiej) lub słoik 900ml uprażonych jabłek (można kupić np.w Lidl’u za 3,99zł) i troszkę soku jabłkowego(bo te w słoiku nie puszczają soku)

200g masła lub margaryny

cynamon


Wykonanie:

W misce wymieszać mąkę, cukier, kaszę mannę, proszek do pieczenia i cukier waniliowy.

Nasmarować masłem i wysypać manną lub bułką tartą średnią tortownicę (lepiej się wyciąga potem ciasto), po czym równomiernie rozsypać na dnie połowę, powiedzmy – tego przygotowanego proszku.

Obrać jabłka i zetrzeć na grubej tarce, wyłożyć do tortownicy. Jeśli używamy jabłek ze słoika, dobrze jest dodać do nich kilka łyżek soku jabłkowego. Chodzi o to, że sok ściekający z „normalnych” jabłek skleja mąkę i całą tę resztę a te słoikowe są zagęszczane po to, żeby nie moczyły innego ciasta. Trzeba więc im pomóc.Matka przypuszcza, że zamiast soku może być i woda, jak ktoś w domu nie ma…

Na jabłka, które posypujemy cynamonem, rozsypujemy resztę proszku i na samym wierzchu układamy jedno przy drugim cienkie plasterki masła. Matka poleca masło, bo teraz do margaryny dodają różne dziwne rzeczy i zadymiła sobie ostatnio straszliwie kuchnię.

Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (grzałka górna i dolna) i pieczemy około godziny. Wierzch musi być dobrze zarumieniony i chrupiący.

Niszczyć można juz gorące.

Byłoby prawdopodobnie świetne z bitą śmietaną ( z małą ilością cukru, bo ciasto samo w sobie jest słodkie, zwłaszcza to z jabłkami ze słoika, bo one są z cukrem) , albo kulką lodów obok.

Może komuś uda się zdążyć sprawdzić?

O puchar

Janeczka startuje właśnie w tej chwili w zawodach. Zawody są szalenie poważne i odbywają się w hali sportowej. O puchar „Jakiegoś tam Misia”.

Matce cokolwiek już się obiło o uszy, bo wcześniej były różne eliminacje, choć nikt nie brał tego poważnie. A tu nagle się okazało, że Potwór będzie gwiazdunią, bo to tylko kilkoro dzieci z każdej klasy startuje.

Co prawda Janeczka doniosła Matce jakiś czas temu, że przyjeżdża do nich inna szkoła na turniej, ale Matka puściła to mimo uszu, bo co tam takie podskoki maluchów.

Matka nigdy nie mogła się zakwalifikować do żadnych zawodów, a za Matki czasów to o Pingwina sie walczyło (wielki, pluszowy i brudny jak nieszczęście). Niestety do rzędu matkowego zawsze dawali najciaśniejszą szarfę, która grzęzła na niej, lub Matka w niej, wszystko jedno, bo efekt był ten sam. Następnie Matka klinowała się pod ławeczką i to już wystarczy.

A tu Janeczka wraca ze szkoły z tych ćwierćfinałów, czy jak tam je zwał i aż pluje śliną, tak opowiada:

-„Nie masz pojęcia, mięczaki, przegrali!!!”

-„Ale kto?” – Matka oderwała się od szmaty.

-„No tamci, z „siódemki”. Mięczaki jedne, ciućmaki, przegrali z nami!”

-„No dobrze” – Matka się ucieszyła, ale starała się zadziałać wychowawczo – „tylko, że to nie powód, żeby ich tak nazywać…”

-„A coś ty!” – podskakiwała Janeczka – „Mięczaki, mięczaki, mięczaki! Przegrali do zera!!!”

-„Ojej!”- zdziwiła się Matka jak nie wiem co -„To wy aż tacy dobrzy jesteście w tym sporcie?!”

-„Chyba tak!”

-„Jak to – chyba?” – Matka już nic nie rozumiała – „Wygraliście do zera i mówisz – chyba?”

-„No tak, bo ci z „siódemki” w ogóle nie przyjechali…”

Klubowo

Matka wracając wczoraj z Janeczką ze szkoły, jak zwykle ucięła sobie z nią pogawędkę. W kwestii nauki nic się nie zmieniło, żadna uwaga w dzienniczku nie przybyła, no nudy.

Jednak Potwór kręcił się i kręcił i Matka zaraz wyczuła, że coś się święci.

-„No dawaj, co się stało?” – zachęciła subtelnie Matka Janeczkę.

A ta siedziała, jak na szpilkach albo rozżarzonych węglach i mało nie eksplodowała na tylnej półce. Matka zaczęła sie obawiać, czego też opowieść Potwora miałaby dotyczyć, no bo bez opowieści to sobie już w ogóle nie wyobrażała.

-„No bo my mamy w szkole, eeeeee…. mamy w szkole założony eeeeee…no taki klub!”

Matka natychmiast oczami wyobraźni, na pierwszy rzut oka zobaczyła dyndającą czerwoną latarenkę przy wejściu do ostatniej klasy w korytarzu. Na drugi rzut oka ujrzała otwierające się drzwi od innego pomieszczenia i Janeczkę wtykającą dwudziestogroszówkę za pasek (za pasek, też mi coś!) tańczącemu koledze ze starszej klasy. Kolega jest (nie)ubrany odpowiednio do okoliczności.

Matka skontrolowała w związku z tym sytuację na drodze i zarejestrowała mijaną własnie aptekę. Tak na wszelki wypadek.

-„To jaki to klub?” – zapytała mimochodem.

Potwór nastroszył się z dumy.

-„To klub „Wampir i Człowiek”!!!”

Matka natychmiast zatrzymała się i na wstecznym wróciła pod aptekę.

-„A, bardzo przepraszam, kto należy do tego klubu???”

Potwór pogardliwie wywrócił oczami. No żeby Matka takich podstawowych rzeczy nie wiedziała!

-„No jak to – KTO? Wampiry i agenci!!!”

Matce znów wyobraźnia podsunęła widok Janeczki obwieszonej girlandami z czosnku i wbijającej srebrny widelec w klatę koledze. Kolega miał dłuższe ząbki od standardowych… Widelec zresztą też. Tak na wszelki wypadek…

Ale zaraz potem (Matki wyobraźnia dośc bujną jest) to już Janeczka biegała z długimi ząbkami goniąc kolegę, który podstawił jej kiedyś nogę…

-„To ty jesteś agentem, czy wampirem?” – zapytała Matka na skraju zawału.

-„O jeny! Jakim znowu wampirem! Wampiry są podstępne i niewidzialne!!!” – wkurzyła się Janeczka

-„No dobra, niewidzialne! Załóżmy, że niewidzialne!” – Matka wcale nie była tego tak pewna – „To kim TY jesteś w tym klubie???”

-„No jak to – kim?” – prychnęła Janeczka -„wiadomo, że …DYREKTOREM!!!”


No to Matka mogła już spokojnie opuścić parking przed apteką…

Ćwiczenia

Matka sobie jednak jakoś poradziła. Niania, choć chora, zadzwoniła, żeby przywieźć Maryśkę. W domu jest jeszcze mama niani i ojciec, Maryśka juz nieraz przerabiała taki wariant i jest nim, nawiasem mówiąc, zachwycona.

Matka czuje jednak, że musi wykonać kilka telefonów po lekarzach, żeby tę nianię wzięli na jakieś badania. Toż zdrowy by nie wytrzymał biegania do łazienki przez tydzień, trzy dni przerwy i znów to samo…

Maryśka dziś rano, kiedy wytaszczyła wszelkie swe części z łóżeczka, ogromnie sie zainteresowała, czemu też cioci Ani dziś nie ma.

-„Cioci nie ma, bo jest chora, ale pojedziemy do niej, jak tylko zjesz śniadanie” – zapowiedziała Matka.

„Oooooooooo! Choja? Okjopnie choja? A co siem stajo?” – zapytał zatroskany Potworek.

Matka, jak to Matka, przecież nie wyłuszczy Maryśce kawy na ławę prostym i zrozumiałym językiem, bo po pierwsze Potworek powtórzy wszystkim naokoło i sprawa się rypnie. A elegancko też nie powie, bo nie sądzi, żeby Maryśka wiedziała co to jest niestrawność i tak dalej.

-„Wiesz co?” – zasępiła się Matka – „No ciocia całą noc wstawała do łazienki”

„Fstawaja? Siusiu?” – Maryśka ogromnie się zainteresowała na Matki nieszczęście.

-„Nie, no nie siusiu” – Matka zrobiła piruecik z wielkiego umysłowego wysiłku – „Wiesz, bolał ją brzuszek, nie mogła spać, chodziła do łazienki i potem z powrotem do łóżka, znów do łazienki, potem do łóżka, i zaraz znowu do łazienki… Okropnie sie nachodziła, i zmęczyła, wiesz?”

„Aha!!!!” – wykrzyknął radośnie Potworek, bo zderzyły mu się szare komórki –„Cficyła sobie chodzenie? No, to tejas musi BAJDZO ŁADNIE chodzić!!!


Matka nie jest tego aż TAK bardzo pewna…

Zamki na piasku

Matka lubi sobie pewne rzeczy zaplanować. Tak już ma, bo jej robota lubi planowanie. Wtedy lepiej idzie, więcej się zrobi i w ogóle. Zwłaszcza, kiedy się złoci. Wtedy nic nie może „wypaść” znienacka, bo wszystko weźmie w łeb i już.

Matka sobie zaplanowała więc, że dziś kończy szlifowanie foteli. Bo trzeba sobie kiedyś powiedzieć dość – inaczej by się je głaskało w nieskończoność, albo do gołego drewna. Poza tym są jakieś terminy, które przez niedawną długą chorobę niani kwiczą coraz bardziej.

Wczoraj Matka przygotowała juz pulment na kolejny etap i dziś fotele zaczną się robić ciemnoczerwone.

A w tak zwanym międzyczasie Matka odkurzy ten Sajgon, bo jednak z piwnicy się nosi do mieszkania. Kredowy pył wejdzie w każdą dziurkę.

I zmyje na mokro między jednym schnięciem a nakładaniem kolejnej warstwy pulmentu.

I napisze coś.

I z prezentacją powalczy, bo temat już ma i zdjęć pozrzucała do komputera mnóstwo.

I ogarnie.

A wieczorem przyjdą Młodzi po zdjęcia. No właśnie – Matka trzymać musi też kciuki, żeby zdjęcia wyszły piękne, bo ludzie tacy mili.

A może jeszcze coś poprasuje, bo znów ma 12 pralek wyschniętego prania…

Zapowiada się ciekawy dzień!

Pracowity i w ogóle!

Matka lubi takie dni, bo ma poczucie dobrze wykorzystanego czasu.

I mało wyrzutów sumienia, że coś tam.

A nawet wcale!


I właśnie zadzwoniła niania, że znów całą noc siedziała w łazience…

I do lekarza idzie…

I może do szpitala pojedzie w innym mieście jakby co…


No i ŁUP!!!