Nowomowa

Maryśka zadaje pytania bez przerwy. Pyta nawet wtedy, gdy doskonale zna odpowiedź. Kiedy Matka to zauważyła, przestała się aż tak bardzo przejmować i zawsze wcześniej stara się rozpoznać teren. Jeśli się okazuje, że Maryśka pyta tylko dla samego pytania, Matka odpłaca się tym samym. Wcale to zresztą Potworka nie zniechęca…

„Co jobis?” – Maryśka wpada do kuchni.

Matka wykonywała akurat szalenie i porażająco wręcz atrakcyjną czynność, jaką jest obieranie ziemniaków.

-„Obieram kartofle na obiad”

-„A po co?”

Kiedy Maryśka wpadnie w ciąg „poców”, to lepiej od razu wyskoczyć przez okno. Żadna odpowiedź nie jest wystarczająco dobra.

-„A po to, żebyśmy zjedli”

„A po co?”

I tu następuje dwadzieścia ping-pongów, z których parzyste (albo jak kto woli – nieparzyste) są zawsze „pocami”.

A od paru dni Potworek z upodobaniem tworzy nowe czasowniki. Są bardzo logiczne, ale raczej niewystępujące w przyrodzie. Ożywionej bądź nie. Matce bardzo się podobają, więc po pierwszym pytaniu od razu przystępuje do ataku.

Kiedy więc usłyszała dzisiaj:

-„Co jobis?”

A przygotowywała właśnie sypaną szarlotkę i była straszliwie ciekawa, jak też wyjdzie, bo to pierwszy raz. Jedną ręką mieszała więc w misce a drugą włączała piekarnik. Po chwili okazało się, że pamięć operacyjna jest za mała i należało poświęcić się całkowicie jednej czynności, Matka zajęła się więc piekarnikiem. No w końcu wiadomo, że dwubitowa jest…

-„No CO ja robię?” – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

No jak to co? – odrzekł bardzo z siebie dumny Potworek – ZAPIEKAJNICAS piekajnik!!!


No i niech ktoś powie, że nieprawda!

Co to był za ślub…

Matka wróciła ze ślubu. Wszystko poszło świetnie, zdjęcia powinny być ładne. Bo czasem tak bywa, że para przepiękna a na zdjęciach makabra. Matce raz tak się zdarzyło. To znaczy wszyscy byli zadowoleni, ale na kartkach wyglądało to gorzej, niż na żywo.

Matki to wcale nie dziwiłoby, gdyby chodziło o nią, bo jest paskudna, więc i na fotografiach wygląda ohydnie, ale ładni ludzie? Na płaskim brzydcy? Nie na jednym, ale na 37 x 3 (no liczyć Matce się nie chce ile to w sumie) zdjęciach?

A tu wygląda na to, ze będzie fajnie. Młodzi przemili. Matka umówiła się z nimi w parku, przy tych krzaczorach godzinę przed ślubem, bo ta pogoda taka niepewna. Lepiej wykorzystać każdy promyk słońca, niż potem mieć po ślubie guzik z pętelką, kiedy będzie lało, jak z cebra.

No i finał był taki, że zmoczyło nas dokumentnie w tym parku, chleba dla łabędzi zapomnieliśmy, więc trzeba było je wabić stokrotkami a gość z samochodem (oj, czarny Chrysler był. Taki garbaty, staromodny, cudeńko)musiał wjechać w alejki, żeby ratować Młodą Parę przed zalaniem absolutnym.

Matka dodawać nie musi, że po ślubie świeciło przepiękne słońce…

Ale wiecie, jak popatrzyła sobie w te oczy, jak zobaczyła, jaki blask bije od tych młodych ludzi, to zaraz serce jej rosło…

Bo robienie zdjęć na ślubie ma bardzo istotną zaletę: ma się najlepszą miejscówkę. Nawet ksiądz musi się co jakiś czas odwrócić, albo wsadzić nos w książkę.

A Matka ma lożę królewską z możliwością połażenia. Jak nikt.

Ech, fajnie było!

Najpiękniejszy dzień w życiu

Matka wróciła przed chwilą z parku.

Nie, Matka nie zwariowała. Umówiła się tam, żeby pooglądać krzaczory. Teraz to znowu głupio brzmi, więc Matka wyłuszcza.

Zdarza się Matce robić zdjęcia na ślubach. Z początku to było grzecznościowo, ale potem znajomi znajomych się wyżeniali i też chcieli takie zdjęcia. Nie to, żeby Matka jakieś tam wodotryski miała, normalny analogowy Nikonek, robiący zdjęcia na zwykłym filmie. Tyle tylko, że Matka zanim cyknie, to pomyśli. A to już dużo.

Matka idzie więc jutro na ślub, żeby wpadło jej małe kieszonkowe a dziś miała spotkać się z młodymi, żeby te krzaczory, no, wiecie. Bo najczęściej po ślubie Matka zarządza zdjęcia grupowe przed kościołem, co nie wiedzieć dlaczego naród dziwi. Rodziców młodych najczesciej wtedy nie ma, bo pędzą sprawdzić, czy aby kołdunki w rosole odpowiednio parzą, ale swiadków i chrzestnych udaje się wepchnąć pod mur i ustrzelić.

A kiedyś Matka zaciągnęła młodą parę do parku i porobiła trochę fotek nieformalnych, takie lewe oczko, prawa chmurka, listek tu i listek tam.

No to teraz bez tego parku ani rusz, wszyscy chcą.

Ale nikt z Matką krzaków nie chciał oglądać!

I Matka stawiła się z rana w umówionym miejscu i zastanawiała się, jak też pozna ludzi, skoro ich na oczy nie widziała. Bo szło narodu mnóstwo.

Ale kiedy pojawili się ci właściwi, to nie było żadnych watpliwości. To po prostu było widać po ich oczach, że to jutro jest TEN dzień.

I okazało się, że wiedzą, czego chcą. Wyciągnęli karteczkę, a na niej było spisane po kolei zdjęcie po zdjęciu. Matka przejrzała i uspokoiła ich, że zrobi tych zdjęć dużo więcej.

A potem jeszcze powiedzieli, że sami przejrzeli krzaczory, zaciągnęli Matkę pod różowokwiatkowe i inne płaczące, pokazali plany dalekie i bliskie. No jeden cud. Wiedzą, czego chcą i jak chcą!

A Matka tylko zapytała, czy na przekazanie znaku pokoju podejdą do rodziców, żeby nie była zaskoczona.


-„Wie pani co, myśmy się zastanawiali, ale się popłaczemy i jak to będzie wyglądać? A chcieliśmy ślub nie na poważnie, tylko tak z uśmiechem…”

Matka zaśmiała się:

-„Jak się macie popłakać to i tak się popłaczecie! A z uśmiechem to będzie na pewno. W końcu to najpiękniejszy dzień w życiu!”

A potem zastanowiła się i dodała:

-„Dopóki nie urodzą się dzieci. Bo dla mnie najpiękniejszym momentem był ten, w którym położna podała mi do przytulenia jeszcze całe umorusane dziecko…’


No właśnie. Jaki jest najpiękniejszy dzień w życiu?

O kolorach

Maryśka jest choreńka. Choreńka i zdziwiona, bo nie chorowała tak chyba z rok. A tu leje się z nosa ciurkiem i kaszel w związku z tym paskudny się przyplątał.

Pojechałysmy całą trójcą wczoraj do pediatryczki, która koleżanką Matki z jednej ławki jest. Niegłupią w dodatku.

Koleżanka Maryśkę osłuchała, rozpromieniła się i orzekła, że nic nie słyszy. W związku z tym dała leki takie tam, na opędzenie wirusa, za które Matka zapłaciłaby ze 100 złotych, gdyby nie to, że część z nich ma w domu. Uff….

Gdy Janeczka wyszła na chwilę z gabinetu po swoją kartę, bo zaraz jest świetna okazja do wypisania recept wszelakich, Matka scenicznym szeptem powiedziała do koleżanki:

-„A nie masz ty jakichś karteczek, takich wiesz, do zapisywania i wyrywania? No, takich w bloczku?”

Pediatryczka zagrzebała w swojej cudownej szafeczce, gdzie ma także naklejki, będące zmorą Matki, jako, że Janeczka okleiła chyba już cały dom.

Wyciagnęła bloczek karteczek z misiem i dała Maryśce. Dodać należy, że Janeczka posiadywa podobnych kartek całą furę i są one najbardziej strzeżoną tajemnicą Potwora zaraz po lalkach Barbie, segregatorach, klockach, pisakach, kredkach, blokach rysunkowych, pastelach olejnych, kilku pluszakach, bransoletkach, kolczykach, zegarkach i przepaskach.

Potworek zarumienił się ze szczęścia i grzebał niesmiało w karteczkach palcem, nie mogąc uwierzyć, że to jego. Własne, całkiem, zupełnie i w ogóle.

Po chwili jednak zzieleniał na twarzy, potem zżółkł a na końcu poczerwieniał. Matka spojrzała z ogromnym niepokojem, ale zaraz się uspokoiła.

To wróciła Janeczka i zmieniając kolory swojego oblicza, rzucała blask na Maryśkę…

No i mamy w domu dwa bloczki z karteczkami. Raczej jeden i kupę kartek.

Bo Maryśka swoje już powyrywała.

Przecież karteczki w bloczku służa wyrywaniu.

A nie chowaniu przed siostrą…

Drama

Kiedy Janeczka znika z pola widzenia i sytuacja staje sie bezpieczna (czytaj – gdy Janeczka jest w szkole, lub poszła na rower), Maryśka natychmiast wykopuje spod ziemi rzeczy najbardziej, ale to najbardziej zakazane.

Najciekawsze jest to, że takim zakazanym owocem bawi się najlepiej, jak anioł wręcz. Dwie, trzy godziny Maryśki nie ma a zabawa odchodzi taka w kącie, że aż dym idzie. Ostatnio na tapecie są lalki Barbie, w ilości sztuk dwóch lub trzech, jeśli Janeczka niedokładnie pochowa. Zresztą niezależnie od głębokości i szczelności schowka, Maryśce odkopanie wszystkiego zajmuje góra dwie sekundy.

Dziś Matka zauważyła, że Potworek przytargał sobie dwie lale, jedną brunetkę a drugą jakąś jaśniejszą nieco. Kiedy już rozebrał je do rosołu, bo lalka ubrana to wróg naczelny numer trzy, rozpoczął przedstawienie dla jednego widza. Widzem był oczywiście Potworek, nie Matka, która udawał, że smaży kotlety i łomotała patelnią.

„Dzień dobji, popjosę kajtecki!

„Jakie znowu kajtecki?!!” – zatrzęsła się z oburzeniem czarna lala

„Kajtecki w duzim segjegatoze. Poogjondam sobie!” – ukłoniła się ładnie lala jaśniejsza.

„Nie wojno patsec na kajtecki!

„Aje ja beńde wojno psewjacać! Nie powyjywam!” – miauczała jasna.

„Nie dam i jus!!!”– czarna poszła w zaparte.


I tak jakiś czas…

Tu i psycholog nie byłby potrzebny. Zdaje się.

Karteczki sa wszędzie.

Tradycyjnie

Maryska kaszle i kaszle. Matka zaczyna podejrzewać, że Potworek uczulił się na jakieś pyłki, bo jeśli antybiotyk nie pomógł, żadnych innych objawów nie ma a kaszlą równo z MiaUzonem? Koniec świata. Albo wizyta u lekarza…

Przez ten nieszczęsny kaszel Maryśka budzi się w nocy i popłakuje przez moment, potem znów zasypia i tak w kółko. A Matka oczywiście siada na łóżku i już, już ma startować z odsieczą, kiedy wszystko cichnie. Nastepnie pada jak kłoda tylko po to, żeby po sekundzie znów usiąść i strzyc uszami.

Na całe nieszczęście Potworek gdzieś koło czwartej był uprzejmy przybyć do naszego łóżka, władował się, zgniatając kilkakrotnie Matce czaszkę kolankiem i zaległ.

„A ty, co jobis?” – zapiszczał po chwili.

-„Śpię!!!” – zaryczała Matka.

-„Aha!!! – znów zapiszczało – „To siem posuń!

Matka wykonała rzut okiem w ciemnościach. Jako pierwsze objawiły jej się kwadraty z drewna bukowego, każdy składający się z kilku deszczułek. Na nich lakier półmatowy Domalux, lat osiem. Stan zadowalający.

Znaczy się, psiakrew, Matka JUŻ wisi nad podłogą!!!

-„Gdzie ci się mam posunąć, jak zaraz spadnę?!” – warknęła Matka.

„Nie posunies siem? No to ja idem na dół po ksesełecko. Pjastikofe!

Matka wytrzeźwiała natychmiast. Potworek schodzący w egipskich ciemnościach po schodach i wracający tą samą drogą z plażowym krzesełeczkiem, to już było nadto wrażeń.

-„No już się posunęłam!” – Matka miotnęła się w górę, żeby Potworek myślał, ze to w bok.

I tak to rano MiaUżon wstał z szafą odciśnietą na muniu a Matka z oczami zapuchniętymi od zwisania nad podłogą.

Noc jak noc…

Szybka diagnoza

Dzięki uprzejmości i nadprzyrodzonym zdolnościom Thei Matka odzyskała zaginiony rano wpis:

Matka od rana się tłucze.

Najpierw zadzwonił budzik, ale jakoś wcześnie było, bo Maryśka poprzestawiała wskazówki, więc Matka postanowiła dospać momencik. Przez ten czas przyśniło jej się, że miast na wczasy zagraniczne, pojechali całą czwórką gdzieś czterdzieści kilometrów pod Matki metropolię, do ośrodka nad jeziorem. Miały tam być luksusowe pokoiki, które Matka z MiaUżonem wcześniej oglądali, a tu na miejscu się okazało, że pokoiki poszły dla VIPów a Matkę wsadzili w jakiś bunkier. Raz, ze Potwory przeszkadzać nie będą, a dwa to podobno nienajgorszy – co prawda bez okien, ale klimę juz zamontowali, bo inaczej ludzie padali, jak muchy…

Matka jednak machnęła ogonem i odjechali, kurząc za sobą. Nie wiadomo, co dalej, bo MiaUżon się zerwał rycząc, ze zaspaliśmy. Ryczy tak co rano, ale zwykle w tym czasie Matka juz na dole robi śniadanko, a tu przez bunkry też zaspała.

A potem to juz klasyka – Janeczce nie odpowiadała konfekcja szkolna (za mały otwór na ceber, za wiszące spodnie, za wszystko i za nic…), herbata była za gorąca, chleb za zimny, teczka za ciężka, sok się nie mieścił, sandały nie? A czemu nie? A czemu chmury? A czemu ma padać? To jednak sandały nie?

I kiedy już odjechali Matka pomyślała sobie, ze nie odkurzyła, trup się ściele gęsto, fotele nie zataszczone do pracowni, pranie nie wstawione, dwanaście pralek czeka na uprasowanie, za oknem gęsto i szaro.
No i w ogóle życie jest smutne nad wyraz.

Nic, tylko OstryZespółPoświąteczny.

Oj, chyba aspiryna tu nie pomoże…

Ze dwie setki by trzeba…

Nowy zwyczaj

Rodzinka Matki poszła w niedzielę do kościoła. A kościół nasz jest nowy, położony pod samiutkim lasem. Ciężkie czasy teraz nastały, bo drzwi są otwarte cały czas i Maryśka wypuszcza się na schody przed kościołem. Matka zostaje na straży w środku, gdyby jednak Potworek zechciał łaskawie wrócić a MiaUżon pilnuje na zewnątrz.

Ponieważ łaska Potworka objawia się nadzwyczaj często, więc Matka kręci głową na prawo i lewo, bo Maryśka pojawia się i znika.

Ostatnimi czasy jednak, wprowadziła nowy zwyczaj – zanim wejdzie do środka, zasuwa naookoło kościoła. Nie jest to zbyt atrakcyjna czynność dla rodzica, który raz brnie za nią w piachu, raz w trawsku, ale Potworek zaparł się i już. A trzeba przyznać, że jest to kawałek drogi i to stromo pod górkę.

Po obleceniu kościoła mamy spokój, Maryśka ładuje się do środka.

-„Czemu ty tak biegasz naookoła tego kościoła?” – zapytała kiedyś zasapana Matka, która zdecydowanie wolałaby wtedy być w środku.

„No bo ksionc tejaz nie chodzi a mi siem podobajo, jak z tymi pajmami wsiscy śli! To sobie sama jobie PJOCESJEM!”

Wizyta

Matka zajrzała i zobaczyła, ze coś zjadło jej dzisiejszy wpis! I nie spodobało jej się to!

A wczoraj pojechali z całą gromadką do koleżanki na kawę. Takiej Matki i MiaUzona znajomej z licealnej klasy.

Koleżanka popatrzyła na Matkę i powiedziała z podziwem:

-„Ale ty wyglądasz!”

Matka co prawda nie wygląda za bardzo, ale koleżance o schudnięcie chodziło. Bo Matka, stosując po swojej pięciodniówce, dietę ŻM, chudnie i chudnie. W sumie to już koło 8 kilo!

-„No!” – odrzekła Matka dumna jak paw -„Zastosowałam dietę pięciodniową a teraz nie żrę słodkości tyle i pomaga!”

Beata, bo tak koleżance na imię, wytaszczyła na stół Kopiec Kreta i owocową sałatkę. Matka nażarła się bezczelnie, bo Kopiec Kreta był dla niej zupełnie nowym doświadczeniem i Matka nie pożałowała, że spróbowała.

Beata wierciła się jednak i w końcu wydobyła z siebie:

-„Słuchaj, a może ja bym też tak spróbowała tej diety? No bo zobacz” – tu pomacała się po tłustej łapce – pewnie by mi nie zaszkodziło!”

-„A pewnie, że spróbuj! Już tyle osób zastosowało i zadowolone są, jak nie wiem co!” – zachęcała ją Matka.

-„No dobrze” – koleżanka wyciągnęła kartkę – „To dawaj mi tu, co się je po kolei”

-„Najpierw kilo ziemniaków, potem kilo marchewki, potem biały ser…” – i tu kulka Pomysłowego Dobromira uderzyła Matkę w łeb, mało nie robiąc dziury. A Beata zapisywała, aż dym szedł!

-„Kochana!” – Matka ledwo mogła z siebie wydobyć głos – „Co ty piszesz? Przecież tę dietę to ja dostałam właśnie od… ciebie!!! Rok temu, przed zjazdem klasy!!!”

-„O matko….A ja jej wcale nie stosowałam, tylko tobie powiedziałam i zapomniałam…”


I tak to juz wiemy, że niestosowanie dziety pięciodniowej sprzyja rozwojowi sklerozy…

W kolorze blue

Matka zagrzebała w pamięci w poszukiwaniu pierwszych majów. A było ich, było…
Najpierw w podstawówce co roku obowiązkowy pochód. Matka w ósmej klasie to nawet szła w poczcie sztandarowym a było to wyróżnienie jak jasny gwint! Kolega, który niósł sztandar spisał się jednak nieszczególnie, bo upał był jakiś wyjątkowo makabryczny (jak to jest, że w edy to albo skwar panował nieznośny, albo ziąb, że ząb na ząb nie trafiał?) a sztandar osadzony jakoś chybotliwie. Kolega podtrzymywał więc opadające drzewce jak mógł, ale ciężar pokonał go wkrótce i Matka ujrzała ze zdumieniem fikające nóżki, bardzo rosłego zresztą, chłopięcia, które okazały się nie być obutymi w pepegi wysmarowane pastą Nivea celem odświeżenia, jeno w prywaciarskie, jasnobrązowe buciory, zakończone obciachowymi czubami, obitymi srebrnymi blaszkami…

Ale Matka nie o tym miała napisać, jak zwykle zresztą.

Bo Matce przypomniał się pochód roku 84go, a wcześniej na pochodach licealnych nie bywała. Dziwne to bardzo, biorąc pod uwagę początek lat osiemdziesiątych.

Matki wychowawczyni odezwała się wtedy do klasy:

-„Wiecie, pochód nie jest co prawda obowiązkowy, ale sami rozumiecie. Pochód mamy 1go a maturę 10go…”

Klasa Matki wiedziała i aż nazbyt dobrze rozumiała.

Matka wystroiła się więc rankiem w białą bluzkę i czarną spódniczkę ze studniówki, ale cały czas kombinowała, jak tu zrobić coś, żeby było wiadomo, że Matka tu idzie z musu, nie z chęci.

I jak tylko zajrzała do szafy, to zaraz wiedziała, co zrobi. Bo trzeba wiedzieć, że jedynym słusznym obuwiem były te nieszczęsne, pastowane pepegi. A pepegów nie było. Naród nakładał więc na stare tenisówki kolejne warstwy pasty Nivea albo Pollena i szedł, rozrzucając tafelki odpryskującej kredy na boki. A Matka pepegów nie posiadała.

Jedenym sportowym obuwiem były chińskie trampki, po które trzeba było stać w kolejce niemal po nocy, lecz Matka nie stała. Wygladało się w nich zresztą jak kretyn, ale to widać dopiero z perspektywy lat…

Ale Matki Matka w grudniu 83 roku pojechała na pielgrzymkę do Rzymu. Przywiozła wtedy stosunkowo niedorosłej Matce kilka porażających rzeczy, do których należały – niebieściuchny szetlandzki sweterek, czarny kożuszek, który do dziś wisi w szafie i kwiczy, dwa trójpaki za małych fig, w których chodzi teraz Janeczka, zegarek elektroniczny z melodyjką (co to było w klasie!) i gwóźdź wycieczki absolutny, czyli ohydne, burżuazyjne, zgniłe i absolutnie przepiękne błękitne trampki!!!

Matka tymi trampkami porażała naród przez dobre trzy lata, zanim się całkiem nie rozpadły.

I włożyła je na ten pochód pierwszomajowy i szła w nich dumna jak paw.

I wszyscy wiedzieli o co chodzi!

I nawet Matce do głowy nie przyszło, że zakończyła w ten sposób pochody pierwszomajowe w swoim życiu…