Matka siadła sobie wczoraj wieczorem i właczyła telewizor. Janeczka podążyła zażywać kąpieli, natomiast Potworka trzeba było w tym czasie koniecznie czymś zająć, żeby nie trzaskał siostrze drzwiami od kabiny prysznicowej.
Bramka na pierwsze piętro została więc zamknięta na głucho a Maryśce przygotowane różne wabiki na stole, żeby tylko nie przypomniało jej się, że można wietrzyć siostrę.
Potworek dostrzegł jednak wprawnym oczkiem, że Matka zapuściła telewizornię i przytoczył się w celu skontrolowania jakości obrazu.
–„O, fijm siem zacina! – stwierdził krótko, ładując się Matce na kolana.
Matce było raczej wszystko jedno, jaki to film, bo i tak żadnego nie ogląda do końca. Zerknęła jednak – to było „Kilerów dwóch”. Doszła do wniosku, że treści tam raczej nie ma drastycznych i zostawiła program taki, jaki był. Poza tym zarazi tak by szły na górę, żeby Potworek się mógł wytaplać w brodziku z całą swoją menażerią.
–„Aje mamujku, zobać!” – zbystrzała nagle Maryśka –„Ten fijm jest INNY!!!”
-„Inny od czego?” – zdziwiła się Matka
Maryska wykonała serię westchnień, wzruszeń ramionkami i wywrotów oczkami.
–„No INNY od INNEGO fijmu…”
No tak… Matka znowu nie rozumie najprostszych rzeczy…
Majowy grill?
Matka skończyła na dziś robotę i ma sedecznie dosyć. Szlifowała mianowicie fotele na mokro i przezornie włożyła rękawiczki. Oczywiście nie zwróciła uwagi, że w tak zwanym międzyczasie w obu zrobiły się maleńkie dziureczki i rekawice miast chronić, działały jak kompres, niekoniecznie leczniczy. Matka zrzuciła je teraz i ujrzała ręce praczki…
Idzie więc na salony i zaraz wytaszczy książkę z przepisami na grilla. W zamrażarce siedzi sobie łosoś atlantycki, jest co prawda trochę biały, nie taki ślicznie różowy, ale Matka zamierza przetestować, co on za jeden. I zaprze się i pogrzebie w przepisach na łososia.
I chyba jeszcze coś wymyśli z mięsa.
I zapekluje, żeby pachniało wzdłuż, wszerz i na okrągło.
Bo co to za weekend majowy bez grilla?
Kombinator?
Matka z racji choroby niani, korzysta z pomocy szwagierki, która czuwa, żeby Maryśka nie wyniosła całego domu. Matka ma bowiem w czwartki i piątki te nieszczęsne lekcje, które hospituje (jaka piękna nazwa, tak, jakby Matka była co najmniej dyrektorem).
Matka kiedy wraca, zbiera zeznania Potworka i szwagierki, po czym porównuje. Różnią się najczęściej o 180 stopni, Matka uznaje więc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i normie.
-„Ty wiesz?” – powiedziała dziś szwagierka _”Marysi coś dziś upadło pod stół, jak jadła. Spojrzała na mnie, zrobiła piękne oczy i spytała: No chyba mi podniesiesz?”
„O!” -zdziwiła się Matka, bo w jej obecności Maryśce ani w głowie takie rzeczy. Znaczy się Potworek już kombinuje, kogo da się przekabacić w celu ułatwienia sobie żywota. -„I co zrobiłaś?”
-„No, zapytałam, czy to na pewno JA mam podnieść to, co spadło” – odparła szwagierka.
-„A kto?” – zawachlował wtedy rzęsami Potworek – „psecies schylajom siem mjodsi. A w tym towazistfie to JA jestem stajsa!
Dodajmy, że szwagierka ma 49 lat…
„Buria mgłoju niebo krojet…”
Matka gnała wczoraj w deszczu z jednej szkoły do drugiej. Praktykę miała, znaczy się. Trochę plastyki a potem rosyjski. I była bardzo ciekawa, co też na rosyjskim się zmieniło.
Matka swojego czasu posługiwała się tym językiem doskonale. Osiem lat nauki w szkole zrobiło swoje a Matka przedmiot lubiła, nawet w olimpiadzie startowała w podstawówce i to z sukcesami. Teraz już nie używa i nie ma ( ku swojemu wielkiemu bólowi) kablówki ani Cyfry (to już ją nie boli), więc nawet na programy popatrzeć rosyjskie nie może.
Na lekcji okazało się , że to jest poziom zupełnie postawowy, bo dzieciaki w gimnazjum rosyjskiego nie miały. Matka trafiła na temat, który do dziś zna wzdłuż i wszerz, o każdej porze dnia i nocy, bo ten rosyjski to jej się okrutnie wdrukował. Dzieci uczyły się typów szkół i nazwy własnego liceum. Orka na ugorze.
-„Pierwyj obszczeobrazowatilnyj licej…” – mówiła pani
-„Pierwyj obszczy…” – dukało chłopię
-„Nie obszczy! Obszczeobrazowatielnyj…” – pani znów
-„Obszczy…”
I tak w kółko.
A potem Matka pojechała po Janeczkę i opowiedziała jej, co robiła.
-„I ty, mamo, umiesz mówić po rosyjsku?” – Potwór zrobil wielkie oczka.
-„No pewnie, że umiem” – odrzekła Matka, która wiele razy już to Janeczce mówiła -„Bo kiedyś rosyjskiego to się trzeba było uczyć, nie tak, jak dziś. Teraz to możesz sobie wybrać niemiecki, francuski, czasem włoski o angielskim nie mówiąc. A kiedyś rosyjski to była podstawa, a zachodniego języka uczyli dopiero w średniej szkole. Matka to pamięta prawie wszystkie wiersze, co to o Leninie były. I kawałek „Eugeniusza Oniegina”, i „Zamieć” Puszkina, i „Żdi mienia”. I mnóstwo innych rzeczy. Jak będziesz chcaiała, to też będziesz się uczyła rosyjskiego, bo to się bardzo przydaje”
Janeczka siedziała i słuchała jak zamurowana. Jak nie Potwór, który ciagle przerywa i zmienia temat. I marudzi. A tu nic, cisza.
Nagle z tylnej ławki doszlo Matkę delikatne pochrząkiwanie.
-„Czy ja bym mogła już coś wtrącić?” – spytała Janeczka cichutko.
-„No pewnie, słucham?” – Matka zastrzygła uszami.
-„Czy mogłabyś teraz eeee… powiedzieć to wszystko jeszcze raz eee…ale już po polsku?”
Legenda
MiaUżon pojechał wczoraj po raz pierwszy w życiu na wywiadówkę. Matka nie za bardzo wie, jak się dogadał z panią, skoro nie wydaje z siebie od kilku dni dźwięków, ale może pani umie czytać z ruchu warg?
W każdym razie bardzo mu się spodobało i wrócił dumny jak paw. Janeczka bowiem, po raz kolejny, napisała sprawdzian bezbłędnie. Co do zachowania, to miała oczywiście dopisane, że rozmawia na lekcjach, ale to już Matki specjalnie nie wzrusza. Opatrzyło jej się…
Pani za to przekazała MiaUżonowi, że dziecię w czasie czytania przez nią legendy „leżało pod ławką i machało nogami”.
-„Czemu ty się tak brzydko zachowywałaś?” – zapytała Matka Janeczkę, bo MiaUżon mimo usilnych prób, nijak nie mógł osiągnąć z Potworem nici porozumienia.
-„Och, mamo!” – wywróciła oczami Janeczka-„Żebyś ty wiedziała, jaka ta legenda była przeraźliwie nudna!”
I odpłynęła do swojego pokoju z tornistrem pod pachą.
Czyta pod kołdrą Ludluma, czy co?
Cisza
Matka MiaUżona ma z głowy. I to już czwarty rok z rzędu!
Bo MiaUżon się uczulił na jakieś pyłki, zdaje się, że na brzozę, a tych to drzewek mamy za oknem pod dostatkiem. Przynajmniej cały parapet jest żółty od pyłków, zapewne zreszta nie tylko brzozowych.
MiaUżon po drugim roku nie wytrzytmał zresztą i udał się do lekarza celem otrzymania konkretnej porady. Dostał receptę na leki, które miał zacząć brać przynajmniej miesiąc przed pyleniem, co w trzecim roku zrobił. Efekty były bardzo wyraźne, bo schudł mu portfel. Poza tym nic!
Zeźlił się więc i w tym roku bojkotuje wszystko.
A dlaczego Matka ma go z głowy? A to bardzo proste. MiaUżon pewnego pięknego dnia zaczyna mieć potworny katar. Potem kaszle i trwa to z trzy tygodnie.
A następnie rano wstaje, otwiera paszczę i nic.
Cisza.
MiaUżon nie ma głosu.
Zapalenie krtani.
No to dwa tygodnie z głowy.
Matka nic nie rozumie, jak nie chce. MiaUżon piszczy i macha rękami a Matka robi gały jak spodki.
Najgorzej tylko, jak dzwonią klienci, bo myślą, że nikt nie odbiera telefonu…
Ostatnio Matka zauważyła w jakimś czasopiśmie artykuł o sztucznym sercu Religi. Obok pokazana była też jakaś taka proteza krtani, czy coś takiego dziwnego z syntetyzerem mowy. Matka pokazała tylko tak sobie MiaUżonowi, ale się obraził.
I to obraził się bez słów.
Te chłopstwo to wrażliwe takie.
Okropnie
I to na malutkie pyłki?
A może na jad Matki?
Ja tu zaraz…
No i jak Matka zlazła z fotelami na taras i wyłączyła komputer, to zaraz robota poszła, jak złoto.
Tymczasem przyjechała szwagierka z odsieczą i postanowiła, ku ogromnej radości Matki, wziąć Maryśkę na spacer na tak zwany drugi dwór. Jak się Potworkowi nudzi na tarasie lub w ogródku, to melduje, że chce iść na dwór.
-„Przecież jesteś na dworze!” – protestuje Matka
–„Aje tu jest piejfsy, a na ujicy djugi dfój!”
No więc Maryśka została obuta i wyszła na dwór. Po chwili jednak Matka, która pracowicie zaprawiała fotele na tarasie, usłyszała tupot Maryśkowych stópek.
Potworek wyjrzał przez drzwi balkonowe i pogroził Matce poważnie paluszkiem:
-„Aje ja tu ZAJAZ wjócem!”
No to drżyjcie, narody…
Było miło, ale już jest mniej
Matka zrobiła sobie wczoraj wolny dzień. Już nie pamięta, kiedy jej się tak zdarzyło. Janeczka w szkole, Maryśka w domu i Matka na dokładkę.
Matka wytaszczyła się na taras, zasiadła w fotelu i zajęła sie nicnierobieniem. Po 10 minutach miała dosyć. Maryśka, jako dziecię niekonfliktowe grzebała sobie coś w kąciku a Matka zdychała z nudów.
Przywlokła więc pół metra bieżącego zaległych gazet, zrobiła sobie trzy kawy i dopiero wtedy wiedziałą, że żyje!
W ten to pożyteczny sposób zmniejszyła się ilość makulatury w domu i kawy w puszce, za to Matce w głowie nieco przybyło wiedzy. I do tego słoneczko świeciło przepięknie.
Ale dziś już Matka wstawiła kolejne pranie i właśnie miała startowac do pracy na strych, kiedy zadzwoniła niania, że znowu biega do łazienki, jak to zwykle po wizycie kontrolnej w szpitalu. Matka pomyślałaby, że to nerwowe, bo zdarza się niemal za każdym razem, ale potem za długo trwa.
I Matka ma teraz zagwozdkę, i MiaUżon musi przywieźć babcię, bo robota stoi.
A jak stoi, to i pieniędzy nie będzie.
O! I do tego Maryśka wstała właśnie. No to Matka pędzi!
Znowu nie zdążyła nawet napisać tego, co miała, bo w dygresje wcześniejsze wpadła…
Rzeczywistość zaskrzeczała…
Matka siadła wczoraj z MiaUżonem i spojrzeli realnie na swoje dochody i możliwości.
Spojrzenia nie wypadły dobrze. Jak by nie liczyli, to wychodziło na to, że kupa forsy pójdzie na Grecję, za to umordują się nieprzytomnie dojazdem a na miejscu i tak nie zobacza wiele. Po pierwsze Potwory nie lubia podróżować. To znaczy Maryśka jest grzeczna, jak ta lala, ale Janeczka piętnascie kilometrów za Matki metropolią zaczyna pytać z częstotliwością jedno pytanie na minutę, kiedy będziemy na miejscu.
Nie wpływa to za dobrze ani na MiaUżona, ani na Matkę.
Do tego wszystkiego zaczynają się po chwili prać, bo Maryśce, tradycyjnie nie wolno wziąć do ręki nic, co jest zabawką. To to już w ogóle szkoda gadać.
Gdyby Matka chciała na miejscu pojeździć i pozwiedzać, to dochodzi dodatkowy majątek i użeranie się z dziećmi, które tymi formami spędzania wypoczynku nie będą zdaje się zainteresowane…
Wyszło więc Matce na to, że wyjazd służy jedynie stawianiu babek z piasku a w tym przypadku piasek jest stanowczo za daleko.
Matka zda się chyba na jakieś last minute, bo może. I na tydzień a nie na dwa. I może jednakowoż samolotem? Bo marnować cztery dni na dojazd, który człowieka wykończy, to bez sensu. Jak na razie przynajmniej.
Bo Potwory sa jeszcze za małe, żeby jechać tak na żywioł, w nieznane. Zwłaszcza, że ulubioną ich czynnością jest jedzenie.
Matka pogrzebie więc w internecie w poszukiwaniu czegoś ciekawego i będzie czyhać na okazję.
Tunezja?
Jakaś wysepka?
Byle pogoda pewna, jedzenie załatwione i święty, anielski spokój.
Matka pomyślała sobie, że jest w stanie zaoszczędzić coś, jeśli będą sami. Bo już ze znajomymi, to choćby człowiek chciał, to nie da rady. Zwyczajnie i po prostu…
Blondie
Matka posiedziała sobie wczoraj z Maryśką na tarasie. Słońce przypiekało, brameczka skutecznie broniła Potworkowi zejścia do ogrodu, w którym ani myśli wyrosnąć dosiana trawa. No żyć, nie umierać.
Dziś będzie podobnie, zwłaszcza, że nie ma niani. Tylko czy słońce się utrzyma, to Matka nie wie.
Kiedy wczoraj Potworek przyniósł sobie nocnik i zasiadł na widoku, Matka zauważyła, że w kąciku ogródka zakwitły dwa zapomniane, dzikie tulipanki. Skontrolowała, czy Maryśka może je zobaczyć – nie, nie mogła, zasłaniała ściana. Przesunęła ją więc i pyta:
-„Widzisz, jakie piekne, żółte tulipany?”
-„Nie widze!” – pokręcił przecząco głową Potworek
Matka zazgrzytała jeszcze raz nocnikiem.
-„A teraz widzisz?”
Maryśka potoczyła wzrokiem w lewo, potem w prawo, nawróciła i zahaczyła wreszcie wzrokiem o kwiatki.
-„Widze!”
Matka ucieszyła się.
-„Prawda, jakie śliczne?”
–„Niepjawda! Brzitkie!”– zamachał stanowczo łapkami Potworek
-„Coś ty?” – wywaliła wielkie oczy Matka -„Kwiatki – brzydkie? Dlaczego???”
–„Bo tata ma cajne wjosy!”
O, ludzie… Najpierw czarne buty Maryśce nie odpowiadały, potem czarne włosy? Co z tym czarnym kolorem?
No Maryśka jest póki co blondynką. Ale zaraz, zaraz, może po prostu czarny nie pasuje do blondynki?
No i niby słusznie. Blondynka w czarnym wygląda lepiej nie mówić jak…
Matka pomyślała sobie, że Kiepura to miał szczęście, że Maryśki na świecie wtedy nie było. Bo znając siłę przekonywania Potworka, mielibyśmy dziś przebój:
„Blondynki, blondynki,
ja wszystkie was dziewczynki…