Wakacje Matki

Rodzinka Matki zajrzała wczoraj do znajomych, którzy posiadaja dzieci w podobnym wieku, bo dziewczynkę ośmioletnią, koleżankę Janeczki z przedszkola i drugą, rok starszą od Maryśki. Postanowiliśmy to jakiś czas temu wykorzystać i wybrać się na wspólne wakacje, bo z racji dzieci potrzeby i ograniczenia mamy podobne.

Ponieważ nie byliśmy dawno nigdzie na typowym wypoczynku zagranicznym a w zasadzie przez ostatnie trzy lata wyjeżdżalismy tylko na tydzien do Szczawnicy, więc decyzja zapadła, że tym razem trudno, będzie ciepła zagranica.

Mielismy wczoraj rzecz obgadać, a tu sie okazało, że znajomi już są w zasadzie zdecydowani i wysyłają zgłoszenie. Biuro małe, ale posprawdzali, teraz czekają tylko, czy wpłacą tam obowiązkowe ubezpieczenie, na wypadek upadku firmy (bo inaczej naród nie dostanie zwrotu pieniędzy).

Miejscowość tez mała, na Riwierze Olimpijskiej w Grecji. Posiłki trzy, serwowane przez kelnera, plaża obok, ruiny zamczyska też, góra Olimp zarówno. I Matka nie wie. I czai się.

Pozaglądała w internet, niewiele więcej się dowiedziała.

Cena dosyć, dosyć, bo 1099 za dorosłego, 900 za Janeczkę i 500 za Maryśkę. Jedzenie wliczone.

Pozostaje dojazd (jak jest z gazem na trasie i cenami, Matka jeszcze nie wie) i wszelkie dodatkowe atrakcje typu ubezpieczenie, jakieś wejścia tam (zapewne drogie), napoje i rzeczy, które normalnie się w terenie kupuje.

I Matka teraz siedzi zwinięta w piruecik i kombinuje, że pewnie drugie tyle trzeba będzie doliczyć.

A może ktoś wie co przewidzieć trzeba?

Bo decyzję Matka podjąć musi szybko, oj szybko…

Kawa i młot

Matka rzadko patrzy w telewizor. No nie ma czasu, to po pierwsze. Po drugie telewozor w porze dobranocki okupowany jest przez Potwory. Potem udaje się zerknąć na Wiadomości i trzeba pacyfikować dziatwę. Po trzecie albo czwarte, w porze najwiekszej oglądalności MiaUżon patrzy zawsze na jakiś mecz. Nie, nie mamy żadnej Cyfry, nawet trzeci program nie dociera, ale zawsze jakiś mecz się znajdzie.

A potem Matka słyszy, że ona to nic, tylko wisi przed telewizorem! A ona może jedynie te Wiadomości, Teleexpress i czasem Klan, bo akurat nie ma nigdzie nic innego…

A jak coś dobrego puszczają, to koło północy, jak na przykład „Piękny umysł”. Matce siadł magnetowid i nagrywac nie może, więc uczapierza się i stara wytrwać, ale umysły do 1.30 to już nie dla niej…

Za to wczoraj zaparła się i obejrzała „Dzień świra”, którego wcześniej okazji poznać nie miała. Bo Matka w kinie nie bywa, bo jakby miała zostawić Potwory pod opieką babci z powodu tak błahego powodu, jak kino, to pewnie umarłaby natychmiast. Durna jest i jej strata, ale tak ma, matkowo-polkowo.

Wracając więc do „Dnia świra” – Matka siedziała samotnie, bo MiaUżon odpadł po pół godzinie i nie wiedział, z czego Matka rży.

A jak film się skończył, to Matka doszła do wniosku, że film ją śmieszył, bo w zasadzie śmiała się z siebie samej. No, może nie całkiem, bo pewnych rzeczy nie robi, choćby ze względu na różnicę płci…

Ale to sypanie kawy i wyciąganie tej odrobinki, o którą jest za dużo. I wsypywanie jej z powrotem po namyśle…

I wszystko to, co gość mówił sąsiadom – no tego to się może nie robi, ale czy aby tak wiele razy nie myśli? Bo Matka, jak mieszkała w bloku to zawsze miała ochotę spuścić granat na tych, co rozwalali o 7.00 jezdnię młotem pneumatycznym…

A MiaUżon to kiedyś zawsze wracał i sprawdzał, czy drzwi zamknięte. Teraz już z domem tego nie robi, ale ze trzy razy wychodzi z kościoła i kontroluje, czy zamknał samochód

A był kiedyś jeszcze jeden genialny film z kręgu Młodych Gniewnych kina angielskiego i nazywał się „Billy kłamca”. Kto nie widział, niech popatrzy. I też znajdzie czastkę siebie…

Bo każdy ma w sobie chyba trochę tego „świra”.

Góra

Matka świtem zeszła dziś do pralni i ujrzała Mount Everest. Zamrugała kilka razy, bo ostatnio oczy ja podszczypują, ale góra nie znikała. I była do tego różnokolorowa. Podstepna, paskudna i nieoczekiwana. Skąd tam się wzięła?

Nie pozostało Matce nic innego, tylko przerzucić część góry do pralki, taką powiedzmy czapę lodową, a następnie zapodać tam proszek do białego.

Matka ma zamiar zrobić to dziś jeszcze cztery razy i wywalić pranie także na balkon. Nie jest tylko pewna, czy pralka to zdzierży…

Bo takie to przyjemności pozostały Matce, kiedy MiaUżon jeździ jej samochodem. Prócz zakładania zaprawy na fotele, rzecz jasna. A nissan czeka tymczasem w garażu, aż w sąsiednim, większym mieście załatwią części i dadzą MiaUżonowi samochód zastępczy. Co i tak nie jest pewne.

O! I posmęciła Matka od rana okrutnie, więc idzie zrobić sobie kawę, żeby wejść na obroty. A z tą kawą to jest tak, że… a nie, to potem. Matka najpierw ją sobie wypije a potem napisze…

Ludzie

Uwagę Matki zwrócił dziś jakiś chrobot albo szelest. Taki cichutki.

Matka podążyła w tamtym kierunku i ujrzała schowaną w kąciku Maryśkę, która porwała z szafki czteropak mydeł Bobas i usiłowała wściubolić paluszek w celu wyłuskania pojedynczych sztuk. A potem oczywiście otwarcia ich i wypakowania koło zlewu.

-„A co ty, kochana, robisz? Przecież jest mydło w łazience!” – zawołała Matka

„Eeeeee” – zmieszał się Potworek – „Ja tyjko otfiejam! A co to za mydjo?” – zmienił nagle kierunek rozmowy.

-„Bobas!” – odpowiedziała Matka wyciągając przezornie opakowanie z rak Maryśki

-„A to jest dja dzieci?„- spytał Potworek

-„Dla dzieci” – potwierdziła Matka

„A dla ludzi tes?

-„No pewnie, że dla ludzi też! Dzieci przecież są ludźmi…” – odparła nieco zaskoczona Matka.

„No jasne!” – rozpromienił się Potworek –„Ziupejnie zapomniajam, ze jestem TES ludziem!”

Wkurzona mać

Matka wróciła ze swojej weekendowej szkoły. Miała dziś informatykę.

Pan starał się być bardzo dowcipny. Sprawdził listę obecności i każdemu coś miłego powiedział a propos jego nazwiska lub imienia.

-„A nie może pani zrezygnować z jednego imienia?” – zapytał koleżankę, której na liście obecności nadgorliwy komputer wybił oba imiona z dowodu.

Koleżanka mogła. Pan bardzo zadowolony skreślił. Doszedł do Matki.

-„Jestem!” – Matka podniosła cztery litery -„Ale nie zrezygnuję z drugiego nazwiska”

-„A szkoda, szkoda” – zafrasował się pan – „Bo wie pani, pani przez to SPOWALNIA systemy komputerowe, bo trzeba przewidywać więcej krateczek na literki”.

-„O, to straszne” – Matka wczuła się w dramatyzm sytuacji – „I do tego mam jeszcze drugie imię…”

Załamany w ten sposób pan oznajmił wszystkim, że należy teraz odpalić komputer, napisać konspekt lekcji a następnie, jako pomoc naukową, prezentację do danej lekcji. I to jest praca zaliczeniowa.

Matce zbielało w oczach. Pracy miało nie być. Jeśli konspekt, który ma mieć ręce i nogi, to można by chyba powiedzieć, że trzeba postarać się na przykład o jakiś podręcznik…

Potem trzeba znaleźć odpowiednie ilustracje, niektórzy wykresy czy inne diabły. Sporo jest w internecie, ale zwykle należy to jakoś przygotować. Tak się Matce wydaje.

A poza tym Matka nie po to tam przyszła, żeby walczyć z OpenOfficem, którego nie zna i domyślać się, co znaczy taka czy inna ikonka. I kombinować, jak zrobić prezentację w tymże programie. Bo jedni mieli w komputerach OpenOffica a inni produkty Microsoftu.

-„Wie pan co?” – odezwała się Matka – „Pan to właściwie założył, że każdy z nas umie robić prezentację a ja na przykład nie wiem, jak to ugryźć, bo nie czułam potrzeby nauczenia się. I w ogóle to dwubitowa jestem.”

-„Pani nie wie, jak się robi prezentację?” – pan otworzył szeroko oczka

-„Nie wiem, bo ja do malowania tego nie potrzebuję! I nie miałam czasu uczyć się czegoś, co mi do tej pory nie było potrzebne! A gdybym wiedziała, co będziemy dziś robić, to bym się nauczyła, bo to chyba trudne nie jest…”

Pan podrapał się w głowę.

-„A czy jeszcze ktoś NIE umie?” – zapytał.

Podniosło się dziewięć rąk na czternaście…

Bo wszyscy mieli lekko dosyć takiej organizacji pracy.

-„Wie pan co?” – wykombinowała Matka -” Ja to sobie idę, siądę spokojnie o północy, kiedy mi nikt nie trzeszczy i zrobie konspekt, który ma ręce i nogi i przyda mi się do czegoś”

-„Aha” – pana lekko przytkało -„No to dobrze, bo my potem wypalimy z tego płytę dla was wszystkich”

O! Pan wypaliłby płytę z takich bzdetów, jakie byśmy wypocili przez dwie godzinki z niczego.

A potem można by mówić, że nauczyciele to kretyni a kandydaci na nich – leserzy.

A tak Matka ma trzy tygodnie na nauczenie się Power Pointa i zrobienie czegoś z głową.

No chyba się Matce uda, co?

Przód

Matka ciagle jeszcze usypia Maryśkę na kolanach, choć Potworek miał okres samotnego zapadania w sen w swoim łóżeczku. Okres ten póki co minął i Maryśka lubi wysłuchiwac kołysanek (ciągle mamy na tapecie „Dzieweczkę”, „Stokrotkę” i „Okę” – inne hity Potworek odrzuca) w bezpośredniej bliskości rodzicielki.

Matka przychodzi więc do pokoju, przygotowuje dla Maryśki jakiegoś miśka, jej poduszkę a nastepnie gasi światło. Maryśka stoi tymczasem przy fotelu i czeka aż Matka, obijając się o wszelkie możliwe przeszkody dobrnie do bujanego fotela.

Kiedy już Matka namaca fotel i upewni się, że nie jest on łóżkiem, komodą ani oknem, siada, po czym wciąga na kolana Potworka i kładzie go na poduszce, żeby łatwiej jej było potem wykonać zrzut łóżkowy.

Bo trzeba powiedzieć, że u Matki prawie na wsi, ciemności panują raczej egipskie i wyślepianie się niewiele pomaga, zwłaszcza zaraz po zgaszeniu światła.

Ostatnio Matka rozczapierzyła się na fotelu, wymacała Maryśkę i dawaj ją wciągać na kolana. Dziecię przytyło ostatnio nieźle, więc Matce zajęczało między 14 a 15 kręgiem. Niestety, nie dało się Maryśki posadzić, bo zesztywniały jej kolana. Matka pomacała raz jeszcze – włosy są, poduszka jest, misiek tez jest ogromny, ale kolana jak się nie zginały, tak nie maja zamiaru tego zrobić!

-„No co jest?!” – wkurzyła się Matka, bo trochę jej się spieszyło – „Czemu ty kolan nie zginasz, przecież inaczej nie siądziesz!?”

„No bo Mamujku wies, nie da jady…” – zapiszczał nieśmiało Potworek w ciemnościach –„…bo ja mam PSIÓD tu, z djugiej stjony…

BUM!

Oj, Matka siadła wreszcie do zakładania zaprawy na swoje krzesełka. Fotele, przeprasza.

Wcześniej była w szkole na dwóch lekcjach i musi powiedzieć, że już pomału się oswaja, choć oczywiście lekcji nie prowadzi, jedynie siedzi na nich. Ale to i tak sukces, bo Matka do odważnych nie należy, a dla takich ludzi wejście do liceum po dwudziestu jeden latach, jak by nie patrzeć, to może być szok. Akustyczny i kulturowy…

Ale dzień zaczął się o świcie, kiedy Maryśka wstała dwie godziny przed czasem i rozłożyła organizację dnia na łopatki. Takie rozkładanie jest samo w sobie bardzo przyjemne, aczkolwiek obciąża kręgosłup. Maryśka bowiem wdrapuje się ofierze na ręce, po czym robi zwiędłego kalafiora lub przytulię czepną, jak kto woli (a przytulia czepna to taka roślinka i jak Matka przepytywała MiaUzona z zielnika na studiach, to jej tak zostało w pamięci) i trwa w tej roli około godziny.

Matka w tym czasie sterczy w jednej nogawce od piżamy, wlecze drugą, czyli pozostałą, czasem ma górę, czasem nie i trzęsie w zwiążku z tym zębem. Albo dwoma.

A potem zadzwoniła babcia, która telefonów z zasady i oszczędności nie wykonuje w ogóle.

-„A co słychać?” – babcia zapytała.

Matka zbaraniała.

-„A to, co zwykle rano. Janeczka pojechała z ojcem do szkoły a ja się tu szykuję, bo też wychodzę zaraz. A czemu?”

-„A nic, nic” – tu Matka usłyszała łoskot spadanego kamienia z serca babci -„Bo ja tylko ZŁY SEN miałam i dzwonię, żeby sprawdzić”

-„E tam, Mamo” – prychnęła Matka- „Kto to w sny wierzy? Nic się nie stało, jakby cos było, to przecież bym dzwoniła!”

-„No ja wiem, ale chciałam się upewnić” – babcia była wyraźnie zadowolona i po kilku słowach pozegnały się z Matką, obie bardzo zadowolone, że nie ma złych wiadomości.

A potem przyszła niania i Matka stanęła w blokach startowych, tylko, że dowodu rejestracyjnego znaleźć nie mogła. Nawiasem mówiąc okazało się, że go miała w czeluściach swej torby obronnej, ale zamiast grzebać wykonała telefonik sprawdzający do MiaUżona.

-„Nie mam dowodu chyba i nie będe szukał. I nie mam czasu!”- warknął MiaUżon.

Matce natychmiast obrócił się radar we właściwą stronę. Matka ma słuch prawie absolutny. Prawie – to jest świetna rzecz, bo dzięki temu nie wpada na scenę albo do dołu z orkiestrą i nie morduje fałszującego wiolonczelisty, jak ci, co absolutnym obdarzeni zostali.

Matka wysłyszała w warknięciu MiaUżona przygnębienie.

-„A stało się może coś? Bo tu mi Babcia wydzwania, że złe sny miała…”

-„Rozbiłem samochód” – jęknął MiaUżon.

No i widzieliście Babcię? Matka proroka nie doceniła w jego własnym kraju…

No i mamy klops. Garaż nissana tylko w sąsiednim mieście. Samochodu zastępczego na razie nie ma. Auto jest jak najbardziej na chodzie, ale kichowato wygląda. Lampy, atrapa, maska – do wymiany. Pas przedni bez wątpienia do prostowania. Zniżki obie out! A pani w samochodzie, w który przyłożył MiaUżon ma kreseczkę jedynie…

Trudno. Ciężko będzie MiaUżonowi z dojazdami do pracy, bo tydzień to wszystko co najmniej potrwa.

Ale nie ma co narzekać, bo jest samochód Matki.

I przede wszystkim nikomu się nic nie stało, choć Janeczka uderzyła w ryk i zgarnęła ją szczęśliwie do szkoły matka innego dziecka.

I dorosły by ryknął, bo nerwy puszczają a huk jest nieproporcjonalny do szkody.

No to teraz mamy tu w domu zmiany w grafiku.

A Matka chciała tylko właściwie napisać, że było BUM.

Oznaki wiosny

Matka pojechała dziś na lekcje do gimnazjum. Szkoła nie do końca zwykła, bo nie tylko uczniowe chodzą w mundurkach, ale i nauczyciele. Jak młody, to nie sposób odróżnić od ucznia, jedynie emblematu na kieszonce nauczyciel nie ma.

Matka naostrzyła sobie zęby na plastykę i dowiedziała sie na dzień dobry, że zajęcia są w plenerze.

Tu Matce lekko ciary po plecach przeszły, bo skrobała rankiem szybę w samochodzie…

Cóż, ciary się wzmogły, kiedy młodzież doszła w miejsce plenerowe, czyli nad dużą rzekę. Połowa z nich nie miała ołówków, druga połowa kartek, trzecie połowa węgla a czwarta gumek. Coś Matka pomyliła? E, nie, chyba nie…

Kiedy już Matka ogłuchła całkiem na jedno ucho, bo delikatnie mówiąc – wiało i kiedy przybrała modny w tym sezonie kolor buraczkowy, pani zarządziła odwrót i stwierdziła, że kolejnej lekcji w tym miejscu to chyba się przeprowadzić nie da.

Tematem zajęć były „Oznaki wiosny”.

Z powodu dużych braków w ulistnieniu dzieci do niewątpiwych oznak wiosny zakwalifikowały jak jeden mąż:

-most

-Matkę sterczącą nad brzegiem jako słup soli

-łódkę

-przekaźnik telefonii cyfrowej.

Zwłaszcza ten ostatni zwiastować musi wiosnę, bo pojawił się na wszystkich pracach…

Serce spóźnione

Matka tak sobie od przedwczoraj myśli o nowym papieżu. I ma mieszane uczucia.

Nie dlatego, że Niemiec, albo nie ten – bo Matka uważa, że jest w tej chwili najlepszą możliwą osobą. I miała nadzieję, ze konklawe tak właśnie się zakończy. Nawet powiedziałaby, że chciała, żeby tak wybierali tego papieża ze trzy dni, albo dłużej.

A wszystko przez to, że u Matki w sercu na dole zrobiła sie taka mała kłujka. Powinna być wielka, jak ocean, ale Matka w końcu nie jest głupia i umie sobie to przetłumaczyć. Są reguły, zwyczaje, potrzeby. Może, gdyby Matka była Pigmejem, Chińczykiem, Ekwadorczykiem, Eskimosem albo innym UFO, to nie miałoby dla niej takiego znaczenia.

Tylko, ze serce nie sługa i Matka czuje się trochę tak, jakby jej matka po śmierci taty już po tygodniu wyszła za mąż. Niby dwie zupełnie różne sprawy, ale uczucie podobne. I mimo najszczerszych chęci trudno tak od razu nad nim zapanować.

Umarł król – niech żyje król! Zawsze tak było.

Tylko to serce nie nadąża…

Tak sobie, ale nie do końca

Uff, Matce dzień udał się średnio.

Pojechała dziś z inwestorami do sąsiedniego miasta w celu pożyczenia habitu i tak, jak się spodziewała, wróciła z niczym. Zakon to jest zakon i obowiązują reguły posłuszeństwa. Bez uzgodnienia z górą żadne decyzje, zwłaszcza takie, podjęte być nie mogą.

Matka próbuje teraz załatwić to z dwóch innych stron i wygląda na to, że się uda, ale też nie od razu. A czas nagli.

Tak więc jest parę dni na skończenie a przynajmniej „podciągnięcie” srebrzenia krzesełek oraz praktykowanie w szkole.

A potem Matka robi łapankę wśród koleżanek, przebiera w ten habit i robi zdjęcia. I szuka „odpowiednich” oczu i je fotografuje.

I maluje, maluje, maluje…

Hmmmmmmmm…

Ale zobaczyła Matka przy tym parę ciekawych bardzo rzeczy i to jest cenne. Bo zostaje w pamięci na całe życie.