100% kobiety

Matka pojechała wczoraj po chleb do hipermarketu. Spieszyła się, jak nie wiem co, bo godzina była późna a przecież trzeba Janeczkę odebrać ze szkoly. Dała sobie więc dziesięć minut na przebywanie w sklepie i pędem ruszyła.

Kiedy tak przebiegała koło ciuchów zauważyła, że naród kotłuje się wokół kosza z koszulkami polo. Matka zakotłowała się również, bo MiaUżon posiada lekkie braki w takowych koszulkach. Wyciągnęła z tłumu cztery kolory i rzuciła do wózka. Cena smieszna, bo niecałe 9 złotych to jest nic. Do tego metka wyglądała bardzo zachęcająco i macanie materiału przyniosło oczekiwane zadowolenie Matce.

W drodze do chleba były jednakowoż stojaki z odzieżą damską, mijane jak dotąd przez Matkę obojętnie. Tym razem jednak w oczy Matki rzuciły się spodenki w różnych kolorach, tudzież spódnice, których Matka prawie nie nosi oraz bluzki bez rękawów.

Matka nawrzucała znów do koszyka i pognała do przymierzalni, żeby odsiać te źle leżące, za duże i za małe.

Okazało się , że bluzka leży dobrze, natomiast spodnie leżą dobrze, za to spódnica leży dobrze.

Ponieważ Matka się zakałapućkała w tym, co sobie pomyślała, więc jednym ruchem i rzutem na taśmę wpirzyła wszystko do koszyka i wyprysnęła do kasy. Rzadko jej się zdarzają zakupy typowo „dla siebie”…

No i do tego wszystkiego po Janeczkę tez zdążyła w przepisowym czasie.

A wieczorem…

A wieczorem to dobrze, że odkopała jakiś zapomniany chleb w zamrażarce…

Piękność dnia

Matka patrzyła sobie wczoraj na Maryśkę, która siedziała na kanapie.

-„Ale ty jesteś piękna!” -rzuciła Matka komplement Potworkowi.

„Pienkna?” – zastanowił się Potworek –„Nieeeee… nie jestem pienkna!” – dodał po namyśle.

-„Jesteś, jesteś! I Janeczka też!”

Maryśka zamachała przecząco głową.

„Nie jestem pienkna i Janecka tes nie jest pienkna!”
Matkę zastanowiło, skąd Maryśka ubzdurała sobie coś takiego. Na pewno nikt jej tego nie powiedział, czyli Potworek sam sobie coś namieszał w łepetynie.

-„No to powiedz mamie, czemu ty uważasz, że NIE jesteś piękna!

Maryśka rozłożyła bezradnie rączki:

„No nie jestem pienkna, bo tata ma… cajne buty!”


No to Matka teraz żegna i idzie powywalać wszelkie czarne buty MiaUżona.

Tylko, że dalej nie wie – czemu?

Kulturystka

Matka pojechała wczoraj do szkoły po Janeczkę. Potwór siedział w świetlicy i patrzył na bajkę w telewizorze. Dłuższa chwila minęła, zanim Matce udało się udrożnić kanał komunikacyjny między nią a Janeczką, ale w końcu sie udało.

Jakie było jednakowoż Matki zdumienie, kiedy zobaczyła, że Janeczka utyka.

-„A co się stało? Przewróciłaś się?” – spytała

-„Nieeee” – mruknęło dziecię z niechęcią – „Tak mi tylko teraz noga zdrętwiała.”

Matka odpowiedź kupiła, ale Janeczka ledwo zlazła po schodach do szatni.

-„No przeszło ci?” – Matka była zaniepokojona już nie na żarty

-„Nie, no ten, zaraz mi przejdzie” – skrzywiła się znów Janeczka.

-„A kiedy ci się tak zrobiło?” – Matka postanowiła przepytać Potwora

-„Na drugiej przerwie. No, może na trzeciej…”

-„Zaraz, zaraz” – Matce zapaliła się czerwona lampka -” Najpierw mówisz, że zdrętwiała ci noga w świetlicy, teraz, że na drugiej przerwie!”

-„Ojeju! Czepiasz się!” – wkurzyła się Janeczka – „Ja nie wiem, kiedy! Boli mnie w biodrze i tyle!”

Matka postanowiła wykonac manewr, którym kończą się cztery na pięć odprowadzeń Janeczki do szatni. Zadarła kiecę, chwyciła tornister Janeczki i powiedziała:

-„A ja teraz idę do samochodu a ty masz się tam pojawić za momencik!” – po czym podniosła teczkę Potwora.

No, niezupełnie.

Bo teczka okazała się mieć przyciąganie większe, niż nasz glob.

Matka poleciała na pysk. Jak zresztą mogło być inaczej, jeśli przyłożyła siłę taką, jaką zwykle przykłada się do tornistra.

-„Co ty tam masz, do licha???” – Matka tym razem to już nie żartowała

Potwór wywrócił demonstracyjnie oczami i zawiesił system.

Matka zielona ze złości poszła do auta, obijając po nogach teczkę. Ledwo dolazła. Tornister ważył co najmniej dziesięć kilo. Wyglądał, jak ładunek terrorysty – idioty.

Janeczka musiała po kryjomu dorzucić coś do niego rano, bo zwykle ma w nim dwie cienkie książki i dwa zeszyciki. A to, co tam bylo, przechodziło ludzkie pojęcie! Przez szparę Matka dojrzała cztery segregatory nabite karteczkami i jeszcze mnóstwo innych badziewi. Jak ona tam je wcisnęła, pozostanie tajemnicą Janeczki.

-„No dobra!” – Janeczka trzasnęła drzwiami – „Możemy jechać. A jak już tak bardzo chcesz pojechac ze mną do lekarza od nóg, to tylko nie do tego, co Maryśkę wsadził w gips!”

Matka zzieleniała, po czym zżółkła. Żółty chyba modniejszy w tym sezonie.

-„Ja to z tobą pojadę do lekarza, co ci tę nogę nie w gips wsadzi, tylko obetnie!!!”- warknęła i pomyślała:

-„I odetnie. Karteczki od tornistra. Jakem Matka!”

Nawet słonia bolałaby noga od takich ciężarów…

Odgłosy wiosny

Matka niedawno robiła sobie coś w kuchni. Janeczka handlowała karteczkami na dworze a Maryśka oddała się z lubością „czytaniu”.

Czytanie w wykonaniu Potworka wygląda zawsze tak samo – Maryśka z namaszczeniem przewraca kartki książeczek i własnymi słowami opowiada, co tam widzi. Ponieważ ze trzydzieści książek zna juz prawie na pamięć, więc nie za bardzo odbiega to od oryginału…

Matka nie widziała co prawda Potworka, ale wiedziała, że siedzi w fotelu, bo dochodził stamtąd piskliwy głosik i szelest przewracanych kartek.

Nagle, przez szum wody, Matka usłyszała jakiś potworny charkot. Zakręciła natychmiast wodę. Dźwięk ustał. Maryśka najwyraźniej nie słyszała, bo opowiadała dalej cienkim głosikiem.

Matka zaczęła płukać obrane ziemniaki. Znów zacharczało.

Zakręciła wodę. Cisza.

Może kran?

Matka zanurkowała pod zlew i obmacała wszystkie złączki i syfony. Nic. Obejrzała zmywarkę. W porządku. Podejrzała kuchenkę i lodówkę. Nic luźnego nie zobaczyła.

Kiedy już wyciągała łeb znad wiadra ze śmieciami zacharczało znów!

Matka wyprysnęła z szafki z obierkami na głowie i pognała w stronę Maryśki, bo charkot najwyraźniej dobywał się z jej wnętrzności!

-„Co się stało?!!!” – wrzasnęła przerażona Matka nad głową Potworka

Maryśka upuściła książeczkę ze strachu i wywaliła na Matkę oczka.

„Nooooo… nic… Ja tyjko cytam to, co WIJK mówi Cejwonemu Kaptujkowi…”

Podjazd z kartoflami

Matka wpuściła wczoraj do domu MiaUżona po wieczornym wstawianiu samochodu na podjazd. Jak już Matka nieraz wspominała – sama tego nie robi, bo wychodzi za drogo. Odkąd kosztowało to 400 złotych, MiaUżon zaczął wstawiać autko sam…

Matce jest bardzo przykro, a może wcale nie jest bardzo przykro, bo jeśli Matka nie umie wjechac na podjazd, który usytuowany jest:

– nieprostopadle w stosunku do jezdni,

– ma spadek jakieś 30 stopni,

– brama jest szersza od samochodu o 15 cm

– po jednej stronie jest mur najeżony kamuszczkami

– i w ten interes trzeba w dodatku wjechać tyłem


– to znaczy, że Matka jest prawdziwą kobietą.


Ale Matka znowu o czym innym zaczęła.

Wraca już do MiaUżona. Jeśli ten wstawia samochód nieco przydługo, to znaczy, że wróci z reklamóweczką. I tak było i tym razem.

Torba jest zawsze wypchana w charakterystyczny sposób i dochodzi z niej brzękanie. Ale Matkę zdziwiło to, że brzękanie było jakieś inne, przytłumione.

-„A coś ty kupił poza piwem?” – zapytała zdumiona Matka. MiaUżon rzadko coś kupował do domu, jeśli nie dostawał szczegółowych wytycznych.

-„Eeeee” – zawstydził się MiaUżon -” Ja tu sobie zaraz ugotuję. No ugotuję na jutro….”

-„Co ugotujesz?!” – Matka przerwała to, co robiła, czyli nicnierobienie. Bo MiaUżon to już gotować z własnej woli, to nic nie gotował.

-„Nooooooo… młode ziemniaki. I powiedz mi, co dalej, bo ja zaczynam tę pięciodniową dietę…”


Matka została zapowietrzona. Koniec świata!

Ale to znaczy, że efekty działań Matki zostały przez MiaUżona zauważone.

Bo – nie chwaląc się – Matka stosując teraz umiarkowanie dietę ŻM – chudnie dalej… I doszła do pięciu kilo.

My same!

Janeczka przyrządziła sobie wczoraj napój.

Matka już dawno przestała zwracać uwagę na efekty uboczne tej nauki. Nie tak dawno po nalewaniu sobie przez Potwora przemysłowych ilości soku z czarnej porzeczki do maleńkiej szklanki, musieli z MiaUżonem rozbierać dwie szafki kuchenne, bo Janeczka wstrzeliła się w przerwę między dwoma blatami. Zalała wszystkie garnki, miejsca podszafkowe, międzyszafkowe, podokienne niedostępne i zaszafkowe.

Ponieważ nie planowaliśmy z MiaUżonem hodowli grzybów kapeluszowych, a już tym bardziej nie zamierzaliśmy produkować penicyliny, pozostało nam mile spędzić popołudnie. Janeczka ofukana – upłynniła się a Matka z MiaUżonem zostali na placu boju, uprzyjemniając sobie czas miłą i niezobowiązującą pogawędką, zawierającą słowa typu: „baranie, najpierw, durna, idiotyczne, gary, syf” i tym podobnymi.

Ale miało być nie o tym.

Janeczka zaczęła ostatnio robić sobie drinki, zawierające w swym składzie sok z czarnej porzeczki, marchwiowy i czasem dodatkowo resztki owocowej herbaty. No makabra.

Matka już dawno przestała to zauważać i znacznie lepiej w związku z tym się czuje.

Janeczka siadła z tym wczoraj na tarasie, bo z jedzeniem obiadu rodzina przeniosła się na świeże powietrze. Niestety Potwór je wszystkiego dużo naraz. I pije tez dużo. Czyli inaczej mówiąc – dużo nabiera w paszczę.

I wczoraj się zakrztusił…

Matka została zaatakowana ze wszystkich stron sokiem. Janeczka z jednej, ale za to napój napadł ją w innej formie.

Matka wyglądała więc jak biedronka, Janeczka raczej jak świnia.

Kiedy udało się udrożnic otwory oczne, Matka zarządziła zrzut ubraniowy natychmiastowy i namoczyła wszystko w zlewie. Po godzinie okazało się, że nic z tego. Plamy jak były – tak są. Ciuchy były nienajgorsze i prosto z szafy. Pozostało przy świętej niedzieli włączyć pralkę…

I tu Matka doszła wreszcie do początku opowieści.

Bo kiedy już pranie sie skończyło, trzeba było wykonać tę nieludzko paskudną czynność, czyli odwirować rzeczy jeszcze raz w wirówce i powiesić.
Matka uporała się z czterdziestoma parami gatek (sama Janeczka posiada 28 par) i jakimiś dwudziestoma skarpetek,które powiesiła na karuzelkowym wieszaczku, po czym przystąpiła do zarzucania sznurów pod sufitem większymi sztukami.

Kiedy skończyła i opadły jej ręce, usłyszała radosny pisk za sobą:

„Pomogjam ci po cichutku, Mamujku!”

Matka padła, bo nie spodziewała się w piwnicy nikogo.

Kiedy już się podniosła, uznała za stosowne dokonać oględzin udzielonej pomocy.

I padła po raz drugi.

Potworek zdjął z karuzelki czterdzieści par gatek i dwadzieścia par skarpetek i umieścił je z powrotem w wirówce…

Daktyloskopia

Janeczka przyniosła ze szkoły kolejne objawienie. Jest tak zawsze, kiedy lekcja jest ciekawa.

Matka zdziwiła się, bo w piątek było zastępstwo – do klasy przyszła pani świetliczanka i zrobiła temat spoza podręcznika. Janeczka nie przepada za bardzo za zastępstwami, ale tym razem było inaczej.

-„Zgadnij o czym dziś była lekcja?” – Potwór zawołał od progu.

-„No o czym?” – Matka podniosła głowę znad przeklejanych właśnie foteli.

-„Ojeju, nie chcesz zgadywać!” – obruszyła się Janeczka – „Dziś było o dłoniach!”

-„Yyyy…” – Matka dzielnie podtrzymywała rozmowę, używając dostępnych akurat środków wyrazu. W paszczy trzymała pędzel.

-„Mówiliśmy o palcach. Ty wiesz?” – przypomniało się Potworowi -„Masz pojęcie, że na świecie nie ma dwojga ludzi, co mają takie same palce?”

-„Yyyyyy????” – zdziwiła się Matka

-„No tak!” – Janeczka wypięła pierś z dumą -„To wszystko przez te linie!”

-„Yyyyiee?” – Matka przerwała pacykowanie foteli klejem

-„Linie, linie!” – Potwór machnął ręką -„Ludzie nie mają takich samych palców, bo na nich są linie POPULARNE!!!”

Dziura 13

Matka wróciła dziś z wwekendowej szkoły. Po chwili nadciągnął MiaUżon z pułkiem Potworów.

Potwory siedziały dziś u Babci, natomiast tatuś jeździł z piórem po mieście i załatwiał klientów, którzy ocknęli się w ostatniej chwili. Z ubezpieczeniami oczywiście.

-„I co tam robiłyście?’ – zapytała Matka Potwory, obawiając się, że Babcia własnie dogorywa po wyjściu wnuczek.

Janeczka otworzyła paszczę, ale Maryśka była szybsza.

-„Babcia zasija mi dziuję!” – oznajmiła

-„Dziurę, mówisz, zaszyła…” – Matka zastanowiła się głęboko, jakąż to Potworek mógł mieć dziurę, ale nic nie wymyśliła. W skarpecie? W spodniach? Postanowiła wziąć Maryśkę na spytki.

-„A gdzie ci tę dziurę Babcia zaszyła?”

„No jak to- gdzie?” – zdumiał się Potworek – „Pefnie, ze w domu!

Jolka, jolka…

Matka z okazji zakończenia diety kupiła sobie dwa pudełka tektury, czyli chlebka chrupkiego, czy jak go tam zwał. Na ile zna życie, to prędzej zeżrą go motyle, czyli te paskudne mole, które przynosi sie czasem ze sklepu w orzechach albo innym dziadostwie.

Prędzej motyle, niż Matka, ale za to jakie samopoczucie dobre! Brak wyrzutów sumienia. Bułeczki będą sobie leżały a Matka papier wetnie.

A póki co spędza sobie milutko czas na układaniu jolki. Jolki własnoręcznej.

Matka nie zwariowała. To ktoś inny.

Bo na jutro trzeba przynieść do weekendowej szkółki konspekt lekcji biologii z kartą pracy i czymś, co sprawdzi wiedzę uczniów.

Po jakiego grzyba Matka ma pisać konspekt do biologii, z której niewiele pamięta, to ona nie wie. I pozostali też nie, bo uczyć będą czego innego. Ale ktoś mądry tak wymyślił.

Siedzi więc Matka i kombinuje pepsynogeny z lipazami, żółcią i hydrolizą. Mogła zrobić wzór sprawdzianu na podsumowanie, ale z tym tyle roboty…

Machnęła więc jolkę, nawet, nawet wyszła jej niezła.

A pani kazała to wszystko przynieść TAKŻE na dyskietkach.

Będzie więc miała 34 dyskietki.

No ciekawe, ciekawe…

No po co jej tyle dyskietek?

A może po co tyle scenariuszy, kart pracy, krzyżóweczek?

Matka litościwie zamknie sprawę i oszczędzi sobie i innym domysłów…

Z mitologii

Janeczka wracająca ze szkoły, to Janeczka nawiedzona. Podobnie było w przedszkolu. Matka mogła godzinami mówić, że jak się przechodzi przez jezdnię, to trzeba spojrzeć w lewo, prawo i jeszcze raz w lewo. A może odwrotnie?

Kiedy Janeczka poszła z przedszkolem na lekcję zachowania na ulicy, natychmiast wszystko Matce wyłuszczyła w samochodzie.

-„Przecież ja ci to mówiłam tysiąc razy!!!” – przypomniała Matka

-„Taaak?” – wywaliła oczy Janeczka -„Zupełnie nie zauważyłam!”

No jasne. Jak Matka trzeszczy, to Potworowi przelatuje koło ucha równo.

To samo jest teraz, w szkole. Czasem jednak Janeczka sprzeda Matce jakąś wiadomość nową.

Czyni to nieodmiennie z miną Leonarda da Vinci prezentującego machinę latającą.

-„Ty wiesz?”- zagaiła wczoraj Janeczka szalenie elegancko – „Uczyliśmy się dzisiaj o starożytnej Grecji!”

-„Naprawdę?”- Matka padła pół-trupem. Na całkowitego nie mogła sobie pozwolić, bo podjeżdżała pod górkę – „a o czym konkretnie?”

-„No, o takim potworze!”

-„O potworze?” – Matka lekko się skrzywiła, bo ze starożytną Grecją kojarzy jej się wiele rzeczy, ale potwór na końcu.

-„No! O takim jednym, co pożerał ludzi i miał tylko jedno oko!!!” – zawołała Janeczka bardzo zadowolona, że Matka nie jest zorientowana w temacie.

-„No dobrze” – powiedziała Matka chytrze – „A jak ten jednooki potwór się nazywał?”

-„Yyyyyyyyy, zaraz, yyyyyyy, no na końcu języka mam, yyyyy…” – kombinowała Janeczka.

Matka wypuściła dym z samochodu otwierając okno.

Janeczka dotleniła się i wrzasnęła radośnie:

-„Mam! Mam! On się jakoś tak nazywał – Klops…”